Wychowanie przez doświadczanie

Wychowanie przez doświadczanie
fot.123rf

Znam dzieci, które pytają: „Mamo, czy ja to lubię?”. Na co mama odpowiada: „Tak, lubisz”. Albo: „Nie, nie lubisz”. Dziecko ma prawo czegoś nie lubić, ale niech samo do tego dojdzie – mówi Magdalena Śniegulska, psycholog z SWPS w Warszawie.
Rodzice tak mocno przejęci swoją rolą to chyba ewenement w historii rodzicielstwa.

Jak popatrzymy na średniowiecze, to zobaczymy, że stosunek dorosłych do dzieci był rzeczywiście zupełnie inny niż teraz. O bliskości sensu stricte nie było mowy, nawet w zamożnych rodach, gdzie dzieckiem zajmowały się wynajęte osoby odpowiedzialne nie tylko za wychowanie, ale też zabezpieczenie wszelkich jego potrzeb, w tym emocjonalnych. Dzieci w tamtych czasach bardzo szybko wchodziły w rolę dorosłych – ubierały się jak dorośli, uczestniczyły w życiu dorosłych. Egzekucja publiczna była świetną rozrywką zarówno dla starego, jak i dla młodego i nie było pomysłu, żeby separować dzieci od takich wydarzeń. Ale, oczywiście, w źródłach antropologicznych czy socjologicznych można znaleźć takie rodziny, takie kultury, które bardzo troszczyły się o dziecko. Należy pamiętać, że śmiertelność noworodków w owych czasach była bardzo wysoka. Zatem ze względów emocjonalnych, ale i socjobiologicznych przywiązanie do dziecka nie było dobrą strategią, bo narażało rodziców na stres.

Dystans do dziecka – to nie mieści nam się w głowie.

Z perspektywy naszej wiedzy o dziecku, o jego potrzebach, rozwoju, takie praktyki nas zadziwiają. Zdumiewa na przykład fakt, że w XIX wieku, czyli nie tak dawno, parlament brytyjski, regulując prawo pracy dzieci, przyjął, że do 13. roku życia można pracować nie więcej niż 48 godzin tygodniowo! A powyżej 18 lat – 70 godzin! Trzeba jednak zauważyć, że dzieci stanowiły wtedy tanią siłę roboczą, więc chętnie je zatrudniano. Rodzice byli przekonani, że ich rola polega na tym, żeby hamować potrzeby dziecka, naginać je do pewnych norm. Teraz zupełnie inaczej myślimy o wychowaniu, bo też mamy inną wiedzę na ten temat. Większość rodziców uważa, że owszem, dziecko powinno dostosować się do norm, ale też ma prawo do swoich indywidualnych potrzeb. Ci, o których pani pisze, dobrze wykształceni, wyczekujący dziecka, starannie projektują jego rozwój. Ale to nie jest cała prawda o współczesnych matkach i ojcach. Pracując na warszawskiej Pradze w Stowarzyszeniu „Wspólne Podwórko”, mam kontakt z zupełnie innymi rodzicami.

Nawet jednak ci mniej zamożni starają się zapewnić swoim dzieciom wszystko to, co mają ich rówieśnicy.

Myślę, że wynika to z bogatej oferty skierowanej do rodziców i dzieci. Ale też wielu rodziców chce zapewnić swoim dzieciom coś, czego sami nie mieli. I to wszystko sprawia, że mogą czuć się trochę zagubieni.

I może dlatego chronią dzieci przed wyimaginowanymi niebezpieczeństwami.

Ochrona dziecka jest naturalną reakcją rodziców. Ale zawsze warto zadać sobie pytanie, przed czym chronię i czy ochrona jest dobrym rozwiązaniem. Bo tak naprawdę nasza rola powinna polegać na tym, że właściwie od urodzenia przygotowujemy je do samodzielności. Ten proces musi zachodzić i w nas, i w dziecku. I kiedy pojawia się niebezpieczeństwo, to naszym zadaniem nie jest usuwanie go, tylko pokazanie narzędzi, za pomocą których dziecko może sobie samo poradzić. Oczywiście, ono musi mieć pewność, że je w tym wspieramy. Czasem rodzice postrzegają pewne sytuacje jako zagrażające, zanim dziecko samo to sprawdzi.

Proponowanie dziecku wielu aktywności to dobry pomysł?

Rodzice mają prawo do określenia, jakie wartości są dla nich ważne i jaką drogę chcą wybrać dla swojego dziecka. Ale bardzo istotne jest też to, aby zobaczyli, co ono jest gotowe przyjąć. Są dzieci, które potrzebują bardzo dużo stymulacji, inne natomiast potrzebują wyciszenia, rytuałów. Każde dziecko rozwija się inaczej. Dlatego trzeba je obserwować. Poprzeczka, jaką mu stawiamy, musi być dostosowana do jego możliwości. Jak jest za niska, to dziecko się nie rozwija, jak jest zbyt wysoka, to traci motywację, frustruje się, bo cel jest nieosiągalny.

Moim zdaniem rodzice nie doceniają wagi umiejętności miękkich, takich jak budowanie relacji, współpraca.

To prawda. Świat niesłychanie się zmienia, nie wiadomo, jakie za dziesięć lat będą potrzebne zawody. Wiemy natomiast na pewno, i to się nie zmienia na przestrzeni dziejów, że człowiek jest istotą społeczną, więc zawsze będą mu potrzebne umiejętności interpersonalne. A tego nie da się nauczyć na kursie, tego trzeba doświadczyć.

Kiedy? Przecież wypełniamy dziecku zajęciami cały dzień.

No właśnie. Ono powinno doświadczyć także nudy, nicnierobienia, ciszy. Tymczasem, kiedy dzieci odwiedzają się nawzajem, często nie wiedzą, w co się bawić. Mówią: „Mamo, nudzi nam się, zrób coś”. Kilkanaście lat temu było to nie do pomyślenia, dzieci miały pomysły na zabawę i do głowy im nie przyszło pytać o to rodziców. Dzisiaj też pewnie wiedzą, co lubią, ale są przyzwyczajone do nadopiekuńczości rodziców. Według mnie straszne są te wszystkie przedszkola, w których dzieci mają wypełniony cały czas różnymi zajęciami i kiedy wychodzą do domu, są tak skołowane, że nadają się tylko do łóżka. A gdzie uczenie reguł współżycia w grupie, lubienia się, a zwłaszcza nielubienia? Rodzice mają kłopot z napięciami w grupie. Gdy tylko pojawia się konflikt, są w pełnej gotowości do działania. Informują o tym nauczycielki, rozmawiają z innymi rodzicami, nie dając szansy dzieciom na załatwienie sprawy między sobą. Nie chodzi o to, żeby ignorować napięcia, ale żeby najpierw rozmawiać o tym z dzieckiem, a nie wszystkiego za nie załatwiać.

Rodzice mają też problem ze stawianiem granic.

Tymczasem jasno wyznaczone granice dają dziecku poczucie bezpieczeństwa. Natomiast pozostawienie mu zupełnej swobody decydowania powoduje, że nagle czuje się dorosłym, co jest dla niego bardzo obciążające. Rodzice nie dostrzegają konsekwencji swoich zachowań. Gdy na przykład pytają trzyletnie dziecko, co chce do picia na śniadanie, to tak naprawdę powinni zaakceptować każdą odpowiedź, także taką: „Chcę coca-colę”. To może lepiej od razu zapytać: „Co wybierasz: herbatę czy mleko?”. Wybierania też trzeba się nauczyć, to długi proces, więc ułatwmy go dzieciom, dając im na początku ograniczone wybory, a potem stopniowo je poszerzajmy.

Rodzicielstwo to najtrudniejsza rola w życiu?

Raczej odpowiedzialna, ale też dająca dużo satysfakcji. Chciałabym zdjąć z rodziców poczucie, że to takie strasznie trudne zadanie. W pełni zgadzam się z psychologiem Donaldem Winnicottem, który powiedział, że dzieciom potrzebni są „wystarczająco dobrzy rodzice”, a nie rodzice idealni. Wystarczająco dobrzy rodzice pamiętają też o sobie, o swoich potrzebach. I w ten sposób uczą dzieci empatii i dostrzegania innych ludzi.

Mam wrażenie, że rodzice bardziej przejmują się rodzicielstwem, niż nim cieszą.

Bo nie mają czasu się cieszyć. Po jednym z wykładów, w którym krytycznie odnosiłam się do bezrefleksyjnego słuchania rad ekspertów, podeszła do mnie studentka i powiedziała: „Byłam właśnie taką matką. Zapisałam się na kurs szkolący rodziców, jak uczyć niemowlęta czytania, i tak przejęłam się tą nauką, że nie zauważyłam, kiedy moje dziecko zaczęło siadać. Przegapiłam ten moment, bo w ogóle z nim nie byłam, tylko cały czas koncentrowałam się na celu”. Oto do czego może prowadzić przesadne projektowanie rozwoju dziecka.

Magdalena Śniegulska – doktor psychologii z Zakładu Psychologii Klinicznej Dziecka Uniwersytetu SWPS. Zajmuje się psychologią rozwojową, zaburzeniami zachowania i interwencją kryzysową. Współzałożycielka Stowarzyszenia „Wspólne Podwórko”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze