1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Kasze – zdrowe dodatki do potraw

Kasze – zdrowe dodatki do potraw

Fot. Fanny Hansson
Fot. Fanny Hansson
Proponuję trzy sposoby przyrządzania bogatych w białka roślin zbożowych i pseudozbóż. Warto o nich pamiętać, gdy chcemy żeby zupy, sałatki i wrapy były bardziej pożywne lub też próbujemy wzbogacić któryś z przepisów – pisze Therese Elgquist, autorka książki „Zdrowe zielone proteiny”. 

Gotowanie sorgo w mleku kokosowym, aby je potem doprawić imbirem i cytryną, to prosty sposób, żeby je „uszlachetnić”. Owies nazywam „owsem jogi”, ponieważ gotowałam go albo smażyłam w rozgrzewających przyprawach w czasie moich podróży, gdy pełniłam funkcję „kucharza jogi”.

Kokosowe sorgo z imbirem i cytryną

  • 200 ml sorgo, najlepiej namoczonego
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1 ekologiczna cytryna, sok i skórka
  • 100 ml mleka kokosowego
  • 300 ml wody
  • szczypta nieoczyszczonej soli morskiej lub kamiennej
Gotuj sorgo z imbirem, cytryną i solą w mleku kokosowym i wodzie przez 30-35 minut, aż zrobi się miękkie; odstaw, żeby odparowało; wymieszaj z tartą skórką cytryny.

Złoty owies jogi z magicznymi przyprawami

  • 200 ml owsa spożywczego
  • 2 łyżki oleju kokosowego tłoczonego na zimno
  • 1 łyżeczka ziaren gorczycy
  • 1 łyżeczka ziaren kminku
  • 1 łyżeczka ziaren kolendry
  • 1 łyżeczka mielonej kurkumy
  1. Ugotuj owies zgodnie z przepisem na opakowaniu.
  2. Rozgrzej olej w garnku albo w woku; dodaj przyprawy i podsmażaj, aż zaczną podskakiwać; dodaj owies i wszystko dokładnie wymieszaj.
Uwaga: Najlepiej używaj całego owsa albo – dla odmiany – łuskanego; należy pamiętać, żeby go przed użyciem namoczyć.

Ziołowa komosa ryżowa z cebulą sałatkową i ciecierzycą

  • 200 ml białej komosy ryżowej
  • 1 puszka gotowanej ciecierzycy (230 g)
  • 100 ml mieszanych, grubo siekanych świeżych ziół
  • 2 pokrojone w plastry cebule sałatkowe
  1. Ugotuj komosę ryżową według przepisu na opakowaniu; odstaw, żeby ją schłodzić; mieszaj widelcem.
  2. Opłucz ciecierzycę i razem z ziołami i cebulą sałatkową wymieszaj delikatnie z komosą ryżową.

Zdrowe zielone proteiny Therese Elquist Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

GMO – czy jest się czego bać?

Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Mało co, wywołuje dziś w Polakach tyle emocji. Generalnie jesteśmy przeciwnikami GMO, choć niektórzy nie mają pojęcia, co te literki oznaczają. A wielu spośród tych, którzy co wiedzą, że chodzi o Genetycznie Modyfikowane Organizmy, nadal nie ma pojęcia, na czym ta modyfikacja polega. Polacy są organizmom genetycznie modyfikowanym z zasady przeciwni, i to niezależnie od wieku i wykształcenia.

Spory o to, czy GMO nam szkodzi czy też nie, toczą się na forach naukowych i w przeciętnych polskich rodzinach, choć GMO już otacza nas ze wszystkich stron. A podziały czasem przebiegają przez środek stołu, przy którym zbiera się rodzina na niedzielnym obiedzie.

Tymczasem człowiek zmienia świat roślin i zwierząt od tysięcy lat. Pszenica, która dziś jest podstawą naszego wyżywienia, niewiele ma wspólnego z tą sprowadzoną kiedyś z Azji Mniejszej. Jest znacznie bardziej plenna, odporna na wiele chorób, zdolna wytrzymać trudniejsze warunki klimatyczne, a z jej ziarna można uzyskać więcej mąki. Dzisiejsza krowa naprawdę nie przypomina tura, od którego przecież pochodzi. To człowiek, krzyżując rasy, wybierając potem najlepsze osobniki i rozmnażając je, doprowadził do obecnego wyglądu krowy. Różnica między tym krzyżowaniem gatunków i ras, czyli ingerencją człowieka w życie zwierząt i roślin niemal od zarania świata, a tym, co robimy dziś przy pomocy genów, polega tylko na szybkości i precyzji przemian – tłumaczy genetyk prof. Piotr Węgleński.

Czy my dziś w Polsce żyjemy ciągle bez GMO? Krótko mówiąc, czy dyskutujemy o przyszłości, czy o świecie, który już nas otacza?
Prof. Piotr Węgleński: To nie przyszłość, świat jest pełen organizmów genetycznie modyfikowanych. Nie mówimy przecież tylko o żywności. Mamy leki GMO, mamy ubrania. Gdybyśmy chcieli zrealizować hasło Prawa i Sprawiedliwości „Polska wolna od GMO”, to stalibyśmy się krajem nudystów, bo wszystko, co jest zrobione z bawełny, pochodzi z bawełny GMO. Nie ma dziś innej.

Spieramy się o to, czy dopuścić uprawianie np. genetycznie modyfikowanej kukurydzy, ale czy wszystkie rośliny, które nas otaczają i uważamy je za zdrowe, czyli wolne od GMO, nie zostały już zmodyfikowane? A jeśli tak, to czym się różnią od tej kontrowersyjnej kukurydzy?
Niczym. Myślę, że opór, jaki budzi żywność GMO, w dużej mierze bierze się z fatalnej nazwy: genetycznie modyfikowana. Ja bym czegoś takiego do ust nie wziął. Tak jak nie chciałbym jeść chemicznie modyfikowanej żywności. Otóż, po pierwsze, my nie modyfikujemy żywności, tylko rośliny, z których się ją wytwarza. A po drugie, od dziesięciu tysięcy lat człowiek zmienia rośliny i zwierzęta, i to bardzo skutecznie.

Przecież nasza pszenica, ta dziś powszechnie przez polskich rolników uprawiana, ma niewiele wspólnego tą, którą sprowadziliśmy z Azji Mniejszej. Krok po kroku, przez tysiące lat, poprzez krzyżowanie odmian, selekcję najlepszych osobników, uzyskaliśmy te odmiany, jakie dziś mamy – znacznie bardziej plenne i wytrzymałe na niesprzyjające warunki.

Człowiek tą metodą nie tylko krzyżował odmiany tego samego gatunku, ale także różne gatunki. Mieliśmy wybitnego naukowca prof. Wolskiego, który był twórcą m.in. pszenżyta. Skrzyżował dwa gatunki, nie „po bożemu”, one się same nie skrzyżowały, zrobił to naukowiec.

To była manipulacja genami?
Tak, tylko dokonana poprzez krzyżowanie osobników, czyli np. usuwano pręciki z kwiatu i przynoszono pyłek z  innego osobnika. Dawniej wśród tysięcy potomstwa skrzyżowanych osobników szukaliśmy takiego, który nam najbardziej odpowiada, odpowiada celowi, jaki chcieliśmy osiągnąć. Teraz przeprowadzamy zabiegi na poziomie DNA. Możemy dodać roślinie konkretny gen, dokładanie taki, jaki chcemy.

Szybciej dochodzimy do celu.
Dużo szybciej i precyzyjniej. Na przykład, w krajach, gdzie ryż jest głównym pokarmem, ludzie zapadają na ślepotę, bo do tego doprowadza brak witaminy A, która w ryżu nie występuje. Więc naukowcy ze Szwajcarii skonstruowali odmianę ryżu, zwaną złotym ryżem, do którego dodali gen, odpowiadający za wytwarzanie witaminy A. Nasiona takiej odmiany ryżu rozdawano za darmo rolnikom w biednych rejonach Azji. Ten ryż jest zresztą największym wrogiem przeciwników GMO, gdyż nie da się oskarżyć jakiegoś zachodniego koncernu, który sprzedaje nasiona GMO, by zbić fortunę. Badania nad wytworzeniem tego ryżu przeprowadzono za pieniądze rozmaitych organizacji typu FAO, a nie prywatnych koncernów. Złoty ryż jest dobrodziejstwem dla ludzi, co budzi wściekłość organizacji typu Greenpeace, bo tu nie ma się do czego przyczepić.

Co złoty ryż spowodował?
Ludzie, którzy go jedzą, przestali zapadać na ślepotę. Ale podobnych wynalazków jest bardzo dużo. Dotyczą nie tylko roślin. W Meksyku modyfikuje się samce komarów, by w tych strefach, gdzie malaria jest wszechobecna, zapładniały samice, ale by nie były zdolne do stworzenia potomstwa, i tak ogranicza się rozprzestrzenianie malarii.

Mleko, które codziennie pijemy, pochodzi też od zmutowanej krowy?
Nie zmutowanej technikami inżynierii genetycznej, lecz takiej, która na drodze licznych mutacji i selekcji wygląda zupełnie inaczej niż jej przodkowie. Nasza krowa pochodzi prawdopodobnie od tura. Poprzez krzyżowanie i selekcję doprowadziliśmy do wyodrębnienia ras mlecznych i ras mięsnych, który stały się jakby fabrykami mleka lub mięsa. Obecna krowa mleczna żyje inaczej niż nawet ta przed kilkudziesięciu laty, daje więcej mleka, ma inny kościec itd. Tyle tylko, że ta modyfikacja odbyła się nie poprzez wszczepianie genów, a krzyżowanie bydła przez hodowców.

To może lęki społeczeństw wynikają z tego zbyt szybkiego tempa. Dawniej dochodziliśmy do nowych osobników stopniowo, latami, mieliśmy czas oswoić się ze zmianami, choćby z tym, że krowy dają coraz więcej mleka, a teraz ...
To nie zawsze trwało latami. Na przykład skrzyżowano żubra z krową i już w pierwszym pokoleniu otrzymano mieszańca zwanego żubroniem. Taki mieszaniec sam w przyrodzie nie powstał.

No tak, ale ludzie nagle dowiadują się, że ubrania bawełniane wykonano ze zmutowanej bawełny. Słyszą o modyfikowanych ziemniakach, czują się osaczeni. To może ich przerażać.
A dlaczego nas nie przeraża, że trzydzieści lat temu nie było telefonów komórkowych, a dziś prawie każdy ma taki telefon w kieszeni? Świat cały czas się zmienia, unowocześnia, nie należy się tego bać. Spory wokół genetycznie modyfikowanych organizmów, energetyki jądrowej, gazu łupkowego, in vitro, nawet wokół katastrofy smoleńskiej – wszystkie one mają wspólny mianownik – specjaliści mówią jedno, a opinia publiczna urabiana przez polityków i część mediów wierzy w coś innego. Zauważmy, że przeciwko GMO jest społeczeństwo europejskie, amerykańskie już nie.

My, Europejczycy, mamy odmienne podejście do innowacji. Powiedziałbym nawet, że przez stulecia do USA wyjeżdżali z Europy ludzie najbardziej przedsiębiorczy, niebojący się wyzwań, nowoczesności, a na naszym kontynencie pozostawali ludzie podatni na wpływy religijne, rozmaite ideologie, zacofani – tacy, którzy nie chcieli zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Doszło do swego rodzaju negatywnej selekcji. Dlatego dziś w USA konsumenci nie boją się żywności z GMO, bo rozumieją, że nie ma się czego bać, i mają zaufanie do swoich uczonych.

Koronny argument przeciwników GMO jest taki, że możemy dziś z całą pewnością powiedzieć, że znamy skutki GMO, lub ich brak, w dalszej perspektywie. Nie możemy powiedzieć, że nie zaszkodzą one następnym pokoleniom, choćby wywołując nowe choroby cywilizacyjne. Może pan powiedzieć z przekonaniem, że nie boi się takiej żywności?
Tak. Mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie dlatego, że wierzę w jej nieszkodliwość, tylko dlatego że czytam. Proszę zauważyć, że przeciwnicy GMO nigdy nie zacytowali raportu Komisji Europejskiej, która wydała 200 mln euro z naszych podatków na badania nad skutkami GMO. Trwały one dziesięć lat, od 2001 do 2010 roku. I konkluzja tego raportu jest taka, że żywność i pasze dla zwierząt są absolutnie bezpiecznie. W USA jedzą taką żywność od 20 lat. Ten raport KE potwierdza raporty amerykańskie, np. Food & Drug Administracion.

My w Polsce badań nad skutkami GMO nie prowadziliśmy, robiliśmy badania nad paszami w Instytucie Weterynaryjnym w Puławach i wyniki też są jednoznaczne – pasze z takich roślin niczym nie różnią się od pasz z roślin niemodyfikowanych. Ja, jako biolog, wiem, że one nie mogą się niczym różnić, bo w roślinie jest około 40 tysięcy różnych genów, a my dodajemy jeden. I wiemy dokładnie, co to jest za gen, czy może powodować jakieś choroby, na co może wpływać. Sprowadziliśmy sobie do Europy ziemniaki, Kolumb je przywiózł. To było coś nowego, nieznanego na naszym kontynencie, a przyjęło się, jakby tu rosło od zawsze. Co chwila pojawia się coś nowego – grejpfruty, kiwi, awokado, brokuły. Rozmaite mieszańce, których poprzednie pokolenia nie znały. Jedno mogę powiedzieć: te modyfikacje, jakich się teraz dokonuje, są niesłychanie starannie sprawdzane, kontrolowane pod kątem ich wpływu na zdrowie człowieka i zwierząt.

Ale czy jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wpłyną na następne pokolenia?
Jesteśmy. Cała wiedza przyrodnicza, zwłaszcza ta z XX wieku, mówi nam, że jeśli GMO nam teraz nie szkodzi, to nie zaszkodzi również przyszłym pokoleniom. Śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę jak tzw. eksperci, często ludzie z tytułami profesorskimi np. z dziedziny medycyny, wypowiadają absurdy. Na przykład, że może nam zaszkodzić mięso drobiowe, jeśli kurczak był karmiony soją modyfikowaną, jakby ten gen z soi mógł sobie przeskoczyć do kurczaka, a potem do naszych genów. To jest absolutnie niemożliwe.

Pan to mówi jako genetyk?
Tak jest. Inżynierią genetyczną zajmuję się prawie czterdzieści lat. Byłem na pierwszej konferencji poświęconej GMO w Kalifornii, w 1975 roku, na której uczeni przedstawili wyniki pierwszych doświadczeń nad mieszaniem genów i zastanawiali się, czy to nie doprowadzi do jakichś niebezpiecznych skutków. Było około stu pięćdziesięciu uczonych z całego świata i kilkuset dziennikarzy – trzy dni dyskutowaliśmy. Duży wpływ na przebieg tej konferencji miała wypowiedź Jamesa Wattsona, noblisty od spirali DNA, który był doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej. Wattson wygłosił wtedy następujące stwierdzenie: „Gdybym mógł powiedzieć, co my mamy w naszych magazynach, to państwo w ogóle nie zajmowalibyście się ewentualnymi niebezpieczeństwami związanymi z nowo tworzonymi organizmami. Bo mamy tyle świństwa, że każdego mieszkańca planety możemy zabić na osiem różnych sposobów. A Rosjanie mają drugie tyle”.

Podczas tej konferencji ustalono zasady, które nadal w Stanach obowiązują. Chodzi o to, by tak prowadzić prace w inżynierii genetycznej, by uważać na najbardziej niebezpieczny element doświadczenia. Czyli jeśli robimy insulinę w drożdżach, to można takie doświadczenia przeprowadzić nawet w szkole, bo ani insulina, ani drożdże nie są niebezpieczne. Ale jeśli chcemy zrobić szczepionkę przeciwko wirusowi HIV, to potrzebne są zabezpieczenia najwyższej klasy, bo wirus ten jest bardzo niebezpieczny i na jego geny musimy bardzo uważać.

W USA ciągle tych zasada się przestrzega. Natomiast Europa pod wpływem różnych organizacji pozarządowych i proekologicznych wymyśla wszelkie możliwe ograniczenia, także tam, gdzie to jest zupełnie zbędne.

Nie ma ucieczki od dalszych eksperymentów?
Nie ma.

Po co to robimy?
W  świecie medycznym choćby po to, by wynaleźć szczepionki przeciwko nowotworom. W żywności – by walczyć z głodem. Norman Borlaug, laureat pokojowej nagrody Nobla za wyhodowanie pszenicy „meksykanki”, która spowodowała tzw. zieloną rewolucję w Indiach, czyli zlikwidowała głód, niesłychanie ostro zaatakował Greenpeace za ataki na GMO i wręcz uznał tę organizację za przestępczą, gdyż utrudnia ratowanie przed głodem wielu mieszkańców naszej planety. Borlaug otrzymał swoją pszenicę, wykorzystując metody tradycyjne. Dzięki nim można było wykarmić siedem miliardów ludzi, a metody, które obecnie się stosuje, pozwolą na wykarmienie dziesięciu miliardów ludzi.

Czyli GMO to po prostu oznacza więcej żywności?
To oznacza znacznie więcej żywności. Ale też paliwa. Brazylijczycy po to wycinają lasy tropikalne, by zwiększyć powierzchnię upraw roślin przeznaczonych na biopaliwa. Jeśli dzięki GMO stworzymy rośliny, które będą dużo szybciej rosły, miały dużo więcej składników potrzebnych do biopaliw itd., to uratujemy tysiące hektarów lasów tropikalnych.

Przecież nic w przyrodzie nie ginie. Jeśli dzięki GMO stworzymy roślinę odporną na jakąś konkretną chorobę i dzięki temu zwiększymy jej plony, to za chwilę okaże się, że atakuje ją inny wróg i plony znowu spadają. I będziemy tworzyć kolejną roślinę odporną na tę nową chorobę.
Oczywiście. To samo jest z antybiotykami i człowiekiem. Flemming wynalazł penicylinę, ona uratowała miliony ludzi, ale potem pojawiły się szczepy organizmów odpornych na penicylinę, więc wymyślono następne antybiotyki, potem kolejne. To samo będzie z roślinami.

Skoro tego wyścigu nie możemy wygrać, to może nie warto się ścigać?
To zły wniosek. Ten wyścig wygrywamy. Proszę zobaczyć, o ile dłużej dziś żyjemy niż żyli ludzie w XIX wieku. Dzieje się tak dzięki temu że człowiek ściga się z naturą, wprowadza w życie swoje odkrycia naukowe.

Ekolodzy twierdzą, że tymi eksperymentami niszczymy w naturze bioróżnorodność.

To ja zacytuję pewnego rolnika, który kiedyś powiedział mi tak: jak sieję pszenicę, to ja nie chcę mieć na polu żadnych maków, chabrów, pięknych kolorowych kwiatuszków, nie chcę bioróżnorodności. Ja chcę mieć tylko pszenicę.

My zapominamy o tym, jak bardzo zmieniliśmy naszą planetę. Teraz sześćdziesiąt procent lądów stałych, nie licząc tego, co znajduje się pod lodem, przeznaczonych jest na cele rolnicze. Reszta to pustynie, suche stepy, dżungle, góry, miasta. Nasza planeta dziś nie przypomina tej, po której hasali nasi przodkowie. Te zmiany są konsekwencją wzrostu zaludnienia. By wykarmić rosnącą liczbę ludności, trzeba było zwiększać obszary rolne. Mimo to nadal panuje głód np. w Etiopii, Sudanie, a powiększać obszarów rolnych już się nie da. Dlatego uprawa roślin z GMO jest odpowiedzią na problemy głodu i m.in. właśnie z tego powodu poparli je uczeni z Papieskiej Akademii Nauk. To naturalnie wywołało ogromną niechęć do nich tzw. Zielonych. Ale wszystkie poważne instytucje naukowe to popierają, nie ma ani jednej, która byłaby przeciwna modyfi kowaniu organizmów.

Ale jest wielu uczonych, na których powołują się przeciwnicy GMO, uczonych, którzy wskazują na niebezpieczeństwa z tym związane.
Jest dokładnie czterech uczonych cytowanych przez przeciwników GMO. Dr Arpad Pusztai ze Szkocji, dr Irina Ermakova z Rosji, dr Eric-Giles Seralini z Francji i J. Zentek z Austrii.

Prace zespołów tych uczonych zostały zdyskwalifikowane przez poważne gremia naukowe, które wykazały podstawowe błędy metod doświadczalnych i nieprawidłową interpretację wyników. Np. prace Pusztaia zdyskwalifikowała specjalnie powołana komisja Royal Society. Już przestano cytować pana Jeffreya Smitha, nauczyciela tańca z Iowa, który powiedział, że jeśli 1500 joginów będzie jednocześnie lewitować, to się świat zmieni. Smith napisał dwie książki: „Nasiona kłamstwa” i  „Genetyczną ruletkę”. To właśnie książką „Nasiona kłamstwa” były minister środowiska pan prof. Szyszko wymachiwał w Sejmie, twierdząc, że są tu dowody na szkodliwość GMO. W tę książkę uwierzyli też lekarze z Instytutu Onkologii w Gliwicach – prof. Chorąży i dr Katarzyna Lisowska, która stała się jednym z bardziej żarliwych przeciwników GMO.

„W Indiach 10 tysięcy rolników popełniło samobójstwo”. To też wymysł?
W rolnictwie indyjskim zachodzą teraz poważne zmiany, następuje komasacja gruntów, to rodzi różne frustracje wśród farmerów. Możliwe, że dochodzi tam do samobójstw. Jednak nie ma to nic wspólnego z GMO.

To kto występuje przeciwko GMO?
Ludzie niedoinformowani, niemający wiedzy, a także fundamentaliści, którzy uznają GMO, razem z aborcją i eutanazją, za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Drugim rodzajem przeciwników są szlachetnie oburzeni, zwykle młodzież, którzy protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, zabijaniu wielorybów, fok i  tego typu zjawiskom. Z badań przeprowadzonych w Polsce wśród młodych ludzi wynika, że połowa z nich nie wiedziała, co to jest GMO, ale aż siedemdziesiąt procent było przeciwko i deklarowało gotowość wyjścia na ulice, by protestować. Tacy ludzie zwykle zasilają organizacje typu Greenpeace.

Jest też trzecia grupa – to cyniczni politycy, którzy tę niewiedzę ludzi i lęk przed groźnie brzmiącą nazwą wykorzystują dla celów politycznych, budują na tym poparcie dla swoich partii.

Dlaczego wrogiem przeciwników GMO stała się amerykańska firma Monsanto?
Bo pierwsi wpadli na pomysł zarabiania na nasionach roślin genetycznie modyfikowanych.

A może Monsanto zapłaciło za badania nad roślinami GMO i uzyskało takie wyniki, jakie chciało, po to, by czerpać z tego zyski?
Firmy nie płacą za badania, płacą za produkt. Chcą na przykład otrzymać odmianę ziemniaków odpornych na stonkę ziemniaczaną. Firma płaci więc za produkt, a od stwierdzenia tego, czy on jest bezpieczny dla ludzi i zwierząt, są różne niezależne agencje. One mają to badać.

Ale jeśli wprowadzimy uprawy roślin genetycznie modyfikowanych, to rolnicy będą skazani na kupowanie nasion, właśnie od firmy Monsanto, a one są znacznie droższe od zwyczajnych.
A kto ich do tego zmusza? Mają wybór. To jest jak z gazem łupkowym. Gazprom chyba jest bardzo przeciwny temu, by wydobywano gaz łupkowy, bo boi się utraty rynku zbytu na swój gaz. Tak samo europejscy dostawcy niemodyfikowanego ziarna nie lubią firm Basf i Monsanto, które sprzedają ziarno modyfikowane, i dlatego rzucają pod ich adresem różne oskarżenia, insynuacje, straszą tą żywnością itp. Popatrzmy na to, jak na grę, jaka toczy się między wielkimi producentami nasion o rynki zbytu.

Mimo protestów „szlachetnie oburzonych” i „cynicznych polityków” Sejm uchwalił ustawę o nasiennictwie, która dopuszcza w Polsce uprawy roślin GMO. Co prawda z pasami ochronnymi wokół tych pól, ale wiele roślin, np. rzepak, jest wiatropylnych i ich pyłek będzie się przenosić z wiatrem na znaczne odległości. To może prowadzić do niekontrolowanego krzyżowania się roślin GMO z innymi roślinami.
To bardzo dobrze, Greenpeace powinno się cieszyć, bo zwiększy się bioróżnorodność.

To pan sobie robi żarty, panie profesorze.
Nie. Ja tylko wskazuję na brak logiki. Jeśli przeciwnicy GMO najpierw martwią się, że pola będą zbyt jednorodne, a zaraz potem obawiają się krzyżowania roślin i powstania nowych odmian, to dla mnie jest nielogiczne.

Ja nie widzę niczego niebezpiecznego w GMO. Kiedyś ludzie podróżowali konno, potem pociągami napędzanymi węglem, dziś elektrycznymi, a niedługo będziemy jeździć pociągami na energię słoneczną. To się nazywa postęp.

A  co z argumentem, że tak naprawdę rośliny GMO nie rozwiążą problemu głodu. Bo plony z tych roślin są najpierw bardzo wysokie, ale po pewnym czasie zaczynają spadać i są podobne jak w przypadku tradycyjnych roślin.
Otóż nie. Teraz jest tak, że plony odmian skrzyżowanych metodą tradycyjną po pewnym czasie spadają, i to jest naturalne zjawisko. Zwykle przy organizmach heterozyjnych w pierwszym pokoleniu mamy bujne potomstwo, a potem jest gorzej. Tak jest teraz z naszymi roślinami. Dzięki GMO my tworzymy takiego mieszańca, który stale daje obfite plony, ma takie cechy genetyczne.

Tworzymy roślinę z genem, który daje jej odporność na pewne owady, np. ziemniaki odporne na stonkę albo kukurydzę na omacnicę prosowiankę. I zobaczmy, jakie są skutki lęków przed GMO: na południu Polski omacnica zniszczyła uprawy kukurydzy, ale już parę kilometrów dalej, za czeską granicą, kukurydza udała się wspaniale. Bo Czesi nie boją się GMO i uprawiają kukurydzę zmodyfi kowaną, która jest na omacnicę odporna.

No właśnie. Jeśli za południową miedzą mamy Czechów, którzy się nie przejmują i uprawiają rośliny genetycznie modyfikowane, to czy my w Polsce możemy uznać, że GMO nas nie dotyczy?
Nie. Stanowimy część świata. Europa jest nastawiona przeciwko GMO. Obowiązuje myślenie, że to amerykański wynalazek, a my, tu, w Europie, jesteśmy mądrzejsi i go nie wprowadzimy. Ale to walka skazana na przegraną. Szczególnie kiedy na wielką skalę wejdą leki oparte na GMO. Myślę, że jesteśmy już bardzo, bardzo blisko produkcji szczepionek przeciwnowotworowych.

Jakieś osiem lat temu widziałem wyniki badań przeprowadzonych w Seattle w USA, kiedy testowano te szczepionki nie na myszach czy królikach, ale na ludziach. Były trzy grupy ochotników, po pięćdziesiąt osób każda, gdzie testowano szczepionki przeciwko rakowi płuc, jelita grubego i rakowi piersi. Ten zabieg polegał na takiej modyfikacji komórek naszego układu odpornościowego, by one szkoliły limfocyty do zwalczania komórek nowotworowych. Otóż w przypadku raka płuc i jelita otrzymano w stu procentach pozytywne rezultaty, natomiast szczepionka nie zadziałała w ogóle na raka piersi, tu nie trafi ono z właściwym zabiegiem. Za dziesięć lat te szczepionki będą powszechnie dostępne.

Prof. Piotr Węgleński
jest genetykiem, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Autor kilkudziesięciu prac naukowych i podręczników genetyki. Pionier inżynierii genetycznej w Polsce. W latach 1999-2006 rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Zdrowie

Asafetyda – rozgrzewająca przyprawa, która zastąpi czosnek i cebulę

Asafetyda dostępna jest w sklepach ze zdrową żywnością, żywnością orientalną i online. Trzeba uważnie czytać skład, ponieważ może zawierać gluten! (fot. iStock)
Asafetyda dostępna jest w sklepach ze zdrową żywnością, żywnością orientalną i online. Trzeba uważnie czytać skład, ponieważ może zawierać gluten! (fot. iStock)
Asafetyda, czyli „czarcie łajno” lub „smrodzieniec” – polskie nazwy tej przyprawy brzmią wyjątkowo „melodyjnie”. Jednak ta żywica, pozyskiwana z orientalnego drzewa, idealnie podkręca smak nie tylko dań kuchni indyjskiej – przekonuje Maciej Szaciłło, współautor książki „Przyprawy, które leczą”.

Układy pokarmowe wielu osób „nie rezonują” dobrze z czosnkiem. Asafetyda z powodzeniem może zastąpić czosnek, szczególnie gdy mamy problem z jego trawieniem. W przypadku asafetydy należy jednak pamiętać, że jest to również bardzo rozgrzewająca przyprawa (w nadmiarze może prowadzić do nadkwasoty). Jedną z jej zalet jest fakt, że ciało po jej zastosowaniu nie wydziela przykrego zapachu (jak w przypadku czosnku).

Asafetyda jest żółta, sproszkowana i ma bardzo intensywny aromat. Stosuje się ją zamiennie lub w celu uzupełnienia smaku czosnku i cebuli. Jak się okazuje, asafetyda równie dobrze sprawdza się jako dodatek do naszej, swojskiej kuchni. Niewielką ilość tej przyprawy możecie dodać np. do fasolki po bretońsku. Asafetyda wzbogaci jej bukiet smakowy. Doda charakterystycznej siarkowej ostrości. Przede wszystkim jednak ułatwi trawienie, a co za tym idzie, przyswojenie składników odżywczych zawartych w tym daniu.

Asafetyda – właściwości zdrowotne

  • Stanowi doskonałe lekarstwo na niestrawność.
  • Działa rozgrzewająco.
  • Asafetyda niszczy też pasożyty – zwłaszcza glisty i owsiki.
Jak piszą Vasant Lad i David Frawley w Jodze ziół: „Asafetyda to silny środek pobudzający trawienie, który usuwa pozostałości przemiany materii blokujące układ pokarmowy (…) Oczyszcza florę jelitową i wzmacnia agni (czyli ogień trawienny wg. ajurwedy). Asafetyda ma właściwości podobne do czosnku, lecz jest silniejsza i ma bardziej nieprzyjemny zapach. Jako środek wspomagający trawienie jest stosowana z takimi przyprawami jak imbir, kardamon i sól kamienna”.

Asafetyda – jak ją stosować?

Silnie pobudzającą asafetydę możesz stosować (w ilości maksymalnie 1 /4 łyżeczki) w tych wszystkich przepisach, gdzie występuje czosnek i cebula. Można nią zastąpić wspomniany czosnek i cebulę lub stosować dodatkowo. Podsmażamy ją bardzo krótko z resztą przypraw i uważamy, aby jej nie przypalić.

- Używam jej bardzo często do dań z większymi strączkami (jak fasola czy ciecierzyca), ale również do części dań kuchni indyjskiej – wymienia Maciej Szaciłło. Doskonałym sposobem na wzmocnienie poprawienie strawności roślin strączkowych jest właśnie… asafetyda.

Przeciwwskazaniem do używania asafetydy są: wysoka gorączka, nadkwasota, wysypka, pokrzywka i ciąża.

Szczypta (asafetydy nie można stosować w dużych ilościach) dodana do potrawy pozwoli zredukować gazy, wzdęcia i poprawi krążenie.

Asafetyda na kolki (według ajurwedy): zmieszaj 2 g asafetydy z 5 g adżwanu (indyjski kminek; dostępny w sklepach z żywnością orientalną lub online), podpraż na sucho (bez oleju) i zmiel z moździerzu. Zmieszaj z 2,5 g czarnej lub różowej soli himalajskiej i wypij z ciepłą wodą. Dzieci powinny stosować połowę dawki.

  1. Zdrowie

Ajurweda i zmysł smaku - jak poszczególne smaki wpływają na nasze zdrowie i emocje?

Zapotrzebowanie na ostre przyprawy wskazuje na głód trawiennego ognia lub chorobę. Problem polega na tym, że zniekształciliśmy swój zmysł smaku w wyniku stosowania sztucznych substancji. (fot. iStock)
Zapotrzebowanie na ostre przyprawy wskazuje na głód trawiennego ognia lub chorobę. Problem polega na tym, że zniekształciliśmy swój zmysł smaku w wyniku stosowania sztucznych substancji. (fot. iStock)
Czy zaobserwowałeś, że w trakcie choroby tracisz apetyt i najczęściej zmysł smaku? To dlatego, że zarówno smak, jak i apetyt oraz tzw. siła trawienia (innymi słowy ogień trawienny zwany „agni”) są ze sobą ściśle powiązane. Zdaniem ajurwedy każda choroba (czyli nierównowaga w organizmie) bierze się właśnie ze złego trawienia – czytamy w książce „Przyprawy, które leczą” Karoliny i Macieja Szaciłło.

Smaki i emocje

„W ajurwedzie zioła są postrzegane przez pryzmat energetyki. Właściwości ziół są klasyfikowane ze względu na ich smak, powiązanie z żywiołami, właściwości rozgrzewające lub chłodzące, wpływ na trawienie oraz inne potencjalne właściwości. Ten prosty system energetyki jasno przedstawia podstawowe cechy ziół i różni się od złożonej analizy chemicznej, która sprawia, że często gubimy się w gąszczu szczegółów. System ten oferuje strukturę, w której zioła daje się łatwo zidentyfikować i zrozumieć. Dzięki temu można je dobierać stosownie do indywidualnej konstytucji i choroby.” – podkreślają dr Vasant Lad i David Frawley w książce „Joga ziół”. Sposób w jaki my, ludzie Zachodu, postrzegamy smak, bardzo odbiega od tego, jak patrzono na niego w starożytności. Jak piszą dwaj lekarze ajurwedyjscy, pionierzy tego systemu w Stanach Zjednoczonych, w sanskrycie słowo „rasa” wykracza poza „smak”. „Rasa” to również esencja danej rośliny. To ona świadczy o jej właściwościach zdrowotnych. O tym, jak wpływa na nasze ciało, na nasze emocje. Co ciekawe, słowo „rasa” to również „krążenie, poczucie ożywienia i taniec”. Zdaniem ajurwedy smak wpływa więc na nasz układ nerwowy, ożywia umysł i zmysły. Sprawia, że chce nam się żyć. Dobry smak jest również warunkiem naszego prawidłowego trawienia. Kiedy coś nam smakuje, automatycznie wzrasta nasz tzw. ogień trawienny. Ten ostatni wpływa bezpośrednio na wchłanianie, na florę jelitową. A co za tym idzie również na przyswajanie składników odżywczych…

Skupmy się teraz na sześciu podstawowych smakach i na tym, jak wpływają one na całą wielopoziomową strukturę, którą jesteśmy. Słodki, kwaśny, słony, ostry, gorzki i cierpki – to sześć podstawowych smaków, które wyróżnia się w ajurwedzie. Co ciekawe, idealna równowaga między nimi prowadzi do powstania tak popularnego dziś słonego, „rosołowego”, wręcz „mięsnego” smaku… umami. I choć między wymienioną „apetyczną szóstką” powinna panować harmonia, najbardziej wyczuwalnym smakiem opisanej wcześniej kuchni sattwicznej (podnoszącej nasz poziom energii) powinna być… słodycz! Już w tym momencie warto podkreślić, że rzadko się zdarza, aby zioło miało tylko jeden smak. Jeden jest jednak najczęściej dominujący. Maciek, odkąd „rozsmakował się” w ajurwedzie, gotuje w oparciu właśnie o smaki. Nie zastanawia się więc już do czego pasuje kurkuma czy kardamon. Wie natomiast, że słodkawy rosół potrzebuje gorzkiej kozieradki, a kwaśny sos pomidorowy dobrze będzie się komponował z ostrością chili i kremowym, słodkim mlekiem kokosowym. Kiedy wchodzi do kuchni, przyświeca mu jeden cel – równowaga smaków.

Według ajurwedy w procesie leczenia ważne jest wyostrzenie smaku. (fot. iStock) Według ajurwedy w procesie leczenia ważne jest wyostrzenie smaku. (fot. iStock)

Słodki

To prawda, że słodki smak pada najczęstszą ofiarą wszystkich osób chcących zrzucić nadmiar kilogramów. Zwyczajnie eliminują go z diety. Jednak zdaniem ajurwedy słodycz jest najbardziej sattvicznym (w od powiednich ilościach i przy dobrym trawieniu dającym jasność umysłu i lekkość) ze smaków. Warunkuje ona przyjemność i poczucie bezpieczeństwa. Jest to pewnie związane z tym, że mleko matki jest właśnie słodkie. Sprzyja też długowieczności i dodaje energii. Słodki wychładza i odżywia wszystkie komórki w naszym ciele. Jego nadmiar prowadzi jednak do otyłości, cukrzycy, odkładania się wody, zmęczenia i ospałości. W tym momencie warto dodać, że najlepszym sposobem na dostarczenie sobie słodyczy nie jest biały rafinowany cukier. Zdecydowanie lepiej sprawdzi się ta płynąca z całości pokarmowych, czyli pokarmów, które oprócz słodkiego smaku mają inne cenne wartości. W przypadku depresji genialną substancją słodzącą (która nie powinna być poddawana obróbce termicznej powyżej 40°C) jest naturalny miód, który nie tylko rozgrzewa, ale również osusza. Ajurweda gloryfikuje też wszystkie słodkie warzywa, takie jak dynia czy słodkie ziemniaki oraz posiadające słodki smak przyprawy (jak np. cynamon) czy ghee, masło sklarowane. Jakie przyprawy są słodkie? Cynamon, kardamon, koper włoski czy lukrecja.

Kwaśny

Oglądaliście kiedyś programy kulinarne Jamiego Oliviera? Ja przed laty pasjami. Zawsze z mieszaniną zadziwienia i fascynacji patrzyłam na ilość oliwy, chili oraz… soku z cytryny, który dodawał do praktycznie wszystkich swoich potraw I choć Jamie nie miał ugruntowanej wiedzy na temat ajurwedy, kierował się intuicją. Na jakimś poziomie czuł, że kwaśny poprawia smak potraw. Mało tego, rozgrzewa, a co za tym idzie podsyca ogień trawienny (ułatwia więc trawienie pokarmu). Wzmacnia nasze ciało oraz ożywia i rozbudza umysł. Nawilża. Pobudza wydzielanie śliny i ułatwia przełykanie. Dodaje nam również sił. Punkt widzenia współczesnej fitoterapii jest podobny. Podkreśla, że kwaśny pobudza, sprzyja trawieniu, zwiększa apetyt i jest wiatropędny. Jednak ajurweda podkreśla, że w nadmiarze osłabia nasze zęby (zbyt duża ilość soku z cytryny lub octu niszczy przecież szkliwo), potęguje pragnienie i uwaga: powoduje gromadzenie się toksyn we krwi. Co ciekawe, u osób osłabionych może również prowadzić do obrzęków. Emocjonalnie, kwaśny (pozytywny aspekt) zwiększa naszą umiejętność oceniania. Ocena (nie osąd) jest przecież istotnym aspektem naszego życia. Jednak nadmierne ocenianie (a tym samym zbyt duża ilość kwaśnego) może prowadzić do zazdrości, a nawet zawiści.

Jakie przyprawy są kwaśne? Tamarynda i sumak.

Słony

Na wstępie zaznaczę, że słony występuje rzadko w świecie przypraw i ziół. Jest raczej smakiem minerałów, a nie roślin. I  choć nasza współczesna dietetyka nie przepada za słonym smakiem, ajurweda ma do niego dużo bardziej ambiwalentne podejście. Z jednej strony zauważa, że słony rozgrzewa i sprzyja trawieniu. Uspokaja, a jeśli jest takie wskazanie, również przeczyszcza (w dużych ilościach ma nawet działanie wymiotne). Doskonale uziemia. Łagodzi więc nadmiar żywiołu powietrza i przestrzeni (wata). Oczyszcza również naczynia krwionośne i nadaje smak pożywieniu (dzieci najczęściej ubóstwiają wszystko co słone). Jakie są konsekwencje nadmiernych ilości słonego? Wywołuje pragnienie i osłabia (również męskość). Nasila infekcyjne choroby skóry i nadkwasotę. Może wywoływać krwotoki oraz m.in. dnę moczanową. Emocjonalnie, w odpowiednich ilościach słony wywołuje radość życia. W namiarze zwiększa jednak nasze pragnienia i może prowadzić do hedonizmu.

Ostry

Nietrudno się domyślić, że ostry smak rozgrzewa, ale również wysusza. Pobudza, zwiększa apetyt oraz ma działanie napotne i wykrztuśne. „Działa oczyszczająco na jamę ustną, pobudza ogień trawienny, oczyszcza pożywienie, pobudza wydzielanie substancji w jamie nosowej, powoduje łzawienie oczu oraz oczyszcza zmysły. Pomaga w leczeniu chorób związanych z powolną pracą jelit, otyłością, opuchlizną w podbrzuszu oraz nadmiarem płynów w ciele. Nadaje smak pożywieniu, łagodzi swędzenie (…) zabija robaki i zarazki (…) udrażnia naczynia krwionośne” – piszą dr Frawley i Lad (cytując fragment Czaraka Samhita, jednego z najbardziej znanych traktatów poświęconych ajurwedzie). Później dodają, że ostry stosowany w nadmiarze osłabia męskość, wywołuje ospałość i wyczerpanie. Jego dominującymi żywiołami są ogień i powietrze. Sprawia to, że ostry odpowiada za pieczenie, „wysuszenie” organizmu, podrażnienia, stany zapalne i  przeszywające bóle w ciele. Emocjonalnie, ostry pobudza nas do działania. Kieruje naszą uwagę od środka na zewnątrz. Jednak w nadmiarze prowadzi do gniewu i rozdrażnienia. Jakie przyprawy są ostre? Lista jest dość długa, a na niej m.in. asafetyda, czarny pieprz, kardamon, cynamon, goździki, kolendra, imbir, chrzan, oregano czy cebula.

Uwaga: ostry smak jest najczęściej efektem występowania w roślinach olejków eterycznych.

Gorzki

Choć sam w sobie nie jest przyjemny, spełnia niezwykle ważną funkcję. Jaką? Odrobina gorzkości równoważy wszystkie pozostałe smaki. Uwypukla słodycz. Maciek zawsze powtarza, że słodkie dania (jak np. pierogi ruskie) potrzebują gorzkiego (w tym przypadku reprezentowanego przez mocno przypieczoną cebulkę). Podobnie w naszym życiu. Niewielka ilość bólu, pomaga nam docenić szczęście… Zastanówmy się teraz, jaką funkcję pełnią wszystkie gorzkie zioła? Oczyszczającą i ściągającą. Podobnie działa gorzki smak. Obniża gorączkę, wychładza, działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie. Jak podkreślają wielokrotnie już cytowani autorzy Jogi ziół gorzki (…) „oczyszcza krew i wszystkie tkanki oraz powoduje zmniejszanie się guzów. Na ciało oddziałuje w sposób redukujący, wyniszczający oraz uspokajający, choć w niewielkich ilościach działa pobudzająco, zwłaszcza na trawienie”. Podobnie jak ostrość, gorzkość jest częstym smakiem wśród roślin. Gorzki, jak już wspomniałam, pomaga docenić to, co piękne w naszym życiu. Jako smak wychładzający kieruje naszą uwagę od zewnątrz do środka. Pomaga nam skonfrontować się z rzeczywistością. Jednak w nadmiarze wywołuje żal, gorycz i frustrację! Jakie rośliny mają smak gorzki? Na przykład aloes.

Cierpki

Podobnie jak gorzki (i słodki) wychładza. Kieruje więc naszą energię do środka. (…) „smak cierpki ma działanie uspokajające, powstrzymuje biegunkę, działa leczniczo na stawy (ale nie na osteoporozę), sprzyja zabliźnianiu się oraz leczeniu ran i skaleczeń, działa wysuszająco, ujędrniająco i ściągająco. Łagodzi kapha i pitta, hamuje krwawienie oraz sprzyja wchłanianiu płynów” (…) – czytamy w Czaraka Samhita. Okazuje się, że cierpki ma działanie przeciwzapalne. Jednak w nadmiarze prowadzi do zaparć, bólu serca, osłabienia i przedwczesnego starzenia. Z natury jest suchy, nieprzyjemny i oczyszczający. Emocjonalnie, cierpki sprawia, że stajemy się bardziej świadomi siebie (tego co w środku). Jednak w nadmiarze zwiększa lęki, prowadzi do introwertyzmu i braku poczucia bezpieczeństwa. Jaki jest przykład cierpkiej przyprawy? Sumak, ale również kurkuma.

Wspomniany kwaśny, słony i ostry kierują naszą uwagę ze środka na zewnątrz. Z kolei smaki wychładzające (słodki, gorzki i cierpki) sprawiają, że energia skierowana jest do wewnątrz. Gdy zjemy coś intensywnie rozgrzewającego, krew dopływa do skóry, która automatycznie staje się rumiana. Z kolei, gdy jest nam zimno, gdy jesteśmy wycofani, krew odpływa od powierzchni skóry. Stajemy się bladzi. Wyglądamy trochę jakby „kropelka po kropelce”, „oddech po oddechu” uchodziło z nas życie. Dlatego osoby pogrążone w depresji mają najczęściej słabe krążenie, zimne nogi, ręce i blady, prawie biały odcień skóry.

Zastanówmy się teraz, kiedy możliwe jest osiągnięcie prawdziwego szczęścia (i zdrowia)? Jeśli w naszym życiu panuje równowaga między tym co w środku, a tym co na zewnątrz. Jeśli mamy za co żyć, spełniamy się zawodowo, ale również od czasu do czasu przyglądamy się naszym emocjom. Jesteśmy ich świadomi. Nie wypieramy ich. Potrafimy nimi zarządzać. Bardzo pomocne w osiągnięciu owej harmonii są właśnie smaki.

Jak tłumaczy Robert Swoboda w Prakriti. Odkryj swoją pierwotną naturę „Twoja osobowość zawsze stara się zapewnić sobie jak największy komfort. Dąży do zaspokojenia, które daje słodki smak. Aby to uzyskać, wykorzystuje także inne, niezbędne smaki – rozgrzewające lub wychładzające, w zależności od potrzeby. Smaki kwaśny, słony i ostry są rozgrzewające. Natomiast słodki, gorzki i cierpki – wychładzające. Każda z odpowiadających im emocji jest odpowiednio gorąca lub zimna. Gorąco powoduje rozszerzanie się, a zimno kurczenie się. Ze zdrowiem jest tak samo jak z zasadami fizyki. Chłód zwęża kanały fizyczne i mentalne, a ciepło je rozszerza”.

Fragment z książki „Przyprawy, które leczą” Karoliny i Macieja Szaciłło.

  1. Zdrowie

Dieta niełączenia, czyli jak odpowiednio łączyć produkty

Przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków. Dieta niełączenia sprawi, że energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie. (Fot. iStock)
Przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków. Dieta niełączenia sprawi, że energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie. (Fot. iStock)
Czy wiesz, że przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków? Poznaj dietę niełączenia, a energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie.

"Jesteś tym, co jesz" – program telewizyjny Gillian McKeith, a potem książka pod tym samym tytułem, przyniosły autorce sławę, a setkom tysięcy osób świadomość, co jeść, a czego nie, by dobrze się czuć i zapewnić sobie zdrowe i długie życie. Z rad słynnej dietetyczki chętnie korzystają celebryci, m.in. Jennifer Aniston i Demi Moore. Abstrahując od tego, na ile w osiągnięciu ich świetnego wyglądu pomagał także laserowy skalpel, trzeba przyznać, że dieta niełączenia bardzo im służy.

Dieta diet

Gillian McKeith nie jest pierwszą ani jedyną, która zaleca rozdzielać poszczególne grupy produktów. Już 100 lat temu, w latach 20. ubiegłego wieku, dr William Howard Hay, zaniepokojony swoimi problemami ze zdrowiem, sięgnął do mądrości medycyny naturalnej i udało mu się zapanować nad zapaleniem kłębuszków nerkowych. Propagowany przez niego system odżywiania wspiera m.in. leczenie migren i alergii pokarmowych. Wiele współczesnych diet korzysta z zasad propagowanych przez dr. Haya – również m.in. prof. Michał Tombak, dla wielu „zdrowotne guru” – zwłaszcza że „skutkiem ubocznym” takiej diety jest optymalna sylwetka, czyli zrzucenie zbędnych kilogramów lub też przybranie na wadze, jeśli dręczy kogoś niedowaga.

Dieta niełączenia (inaczej rozdzielna) oparta jest na założeniu, że choroby biorą się z nagromadzonych w organizmie toksyn, a te z kolei są wynikiem złego trawienia połączonych w jednym posiłku produktów. Zatem, aby ich nie łączyć, musimy wiedzieć najpierw, jak je podzielić.

Podziel na dwa

Dr Hay wyodrębnił dwie główne grupy produktów – zakwaszające organizm i zasadowe. To, jak pokarm jest trawiony i spalany, zależy od środowiska, jakie mu zapewnimy. Białka (np. nabiał, mięso) powodują zakwaszanie organizmu, węglowodany (np. kasze) wywołują reakcję zasadową. Łączenie tego, co zakwasza, z tym, co zasadowe, wydłuża czas trawienia (czasami nawet dwukrotnie) – węglowodany i białko trawione są w innym tempie (mięso – około czterech godzin, makaron czy ziemniaki – około dwóch). Jak mawia prof. Tombak, węglowodany zaczynamy trawić już w ustach, białka w żołądku, potrawy roślinne w jelicie cienkim. Stąd problemy m.in. ze wzdęciami, zgagami, ale i z bólami głowy i kręgosłupa, cerą, alergiami. Trawienie nieodpowiednio zestawionych produktów obciąża wydajność układu pokarmowego i osłabia organizm – toksyczne związki odkładają się w nim i wywołują stan zapalny, co jest przyczyną wielu chorób.

Nie ile, ale co

Spowolniony w wyniku złych połączeń metabolizm nie służy zdrowiu i sprawia, że przybieramy na wadze. Zatem nie to, ile zjesz, ale co i w jakim towarzystwie, ma wpływ na wagę ciała, ale i równowagę całego organizmu. Oto kilka zasad, których przestrzeganie przybliży cię do zdrowia, dobrego samopoczucia i zgrabnej sylwetki:
  • unikaj w jednym posiłku łączenia białka i węglowodanów (jeśli kanapka, to nie z wędliną, ale np. z masłem i pomidorem);
  • nie łącz białka z produktami neutralnymi (z produktami neutralnymi możesz łączyć węglowodany);
  • spożywaj pięć posiłków dziennie (trzy większe, tzw. dania główne, i dwie lub więcej niewielkich przekąsek, najlepiej z warzyw lub owoców);
  • ogranicz alkohol, kawę i herbatę – zamiast tego pij wodę, soki warzywne i zioła (dr Hay zaleca szklankę świeżo wyciskanego soku z warzyw przed każdym posiłkiem);
  • potrawy raczej gotuj, niż smaż;
  • na kolację spożywaj wyłącznie węglowodany (są szybciej trawione);
  • owoce jedz zawsze oddzielnie, przynajmniej pół godziny przed albo po innym posiłku (w przeciwnym razie fermentują, powodują wzdęcia, gdy wchodzą w reakcje z jeszcze niestrawionymi produktami z innych grup);
  • rób dwu- lub trzygodzinne przerwy między posiłkami węglowodanowymi i białkowymi (po zjedzeniu węglowodanów odczekaj dwie godziny, zanim zjesz białko, a po białkowym posiłku – trzy, zanim zjesz coś z grupy węglowodanów);
  • jedz powoli, nie spiesz się.
Zwolennicy diety niełączenia twierdzą, że rezultaty odczuwalne są już po kilku dniach – czujemy się lżejsi i mamy więcej życiowej energii. Dzieje się tak dlatego, że energia zaoszczędzona na trawienie szkodliwych produktów przemiany materii poprawia metabolizm i samopoczucie, mamy więcej zapału, nie czujemy się ociężali i ospali, poprawiają się wyniki badań i cera. Trzeba się tylko odrobinę przestawić.

– Najpierw będzie to lekki szok. Nagle okazuje się, że nie mogę zjeść ziemniaków, kaszy, ryżu ani nawet kawałka chleba, gdy mam ochotę na mięso. Przecież tym się nie najem! – mówi Anna Rosiek z portalu zdrowoodchudzeni.pl.

– Ale to nieprawda. Najesz się, i to z dużą korzyścią dla zdrowia organizmu – zapewnia.

Niełączenie pewnych produktów w jednym posiłku pozwala łatwiej strawić pokarm i przyswoić więcej zawartych w nim witamin i minerałów. Unikamy wielogodzinnego zalegania w przewodzie pokarmowym trudniej trawionych składników.

– Każdy, kto choć trochę zajmuje się kuchnią, wie, co dzieje się na przykład z mięsem po kilku godzinach leżenia poza lodówką. A im cieplej, tym proces gnicia, psucia się następuje szybciej – przekonuje Anna Rosiek. – Temperatura w naszym przewodzie pokarmowym to aż 36,6 stopnia Celsjusza – teraz już łatwo można sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy dostarczymy żołądkowi mało roztropnie dobrane składniki. Dobrze znany jest wszystkim z pewnością „efekt lenia” po takim posiłku, a później nieuchronnie – wzdęcia, gazy, zgaga itp. Pora wreszcie zrozumieć, że to my sami pracujemy na takie dolegliwości.

Trzy filary zdrowia

Niestety, zła wiadomość jest taka, że stosując się do diety niełączenia, trzeba ograniczyć to, co lubimy najbardziej, czyli węglowodany i cukry. Należy też zmienić nawyki – mimo że łatwo i szybko można przygotować kanapkę z wędliną czy żółtym serem. Jeśli już chcesz zjeść chleb, to najlepiej jak najmniej przetworzony, z ciemnej mąki i z ziarnami, a zamiast plastra szynki polej kanapkę dobrą oliwą lub zjedz ją z grillowaną papryką czy cukinią, suszonym lub surowym pomidorem.

Dieta niełączenia opiera się na trzech filarach zdrowia:

  • jesz oddzielnie produkty białkowe, oddzielnie węglowodanowe,
  • sięgasz po produkty naturalne i pełnowartościowe,
  • pamiętasz o równowadze kwasowo-zasadowej w organizmie (nie zakwaszasz zanadto).

  1. Zdrowie

Czy wiesz, co jesz? Poznaj podstawowe zasady zdrowego odżywiania

Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Wielu ludzi uważa, że wiedzą, jak się zdrowo odżywiać, znają się na dietach i dietetyce, pomimo że zasady żywienia poznają głównie za pośrednictwem mediów.

Zdrowe odżywianie stało się modne, więc na każdym kroku spotykamy się z  reklamami, w których znane osoby wychwalają niesamowite właściwości odżywcze różnych produkowanych masowo artykułów. Ponieważ media wciąż cieszą się dużym zaufaniem, często wpadamy w  pułapkę reklam, wierząc, że przemysłowo wytwarzane soki, jogurty, margaryny, zupy instant, oleje, wędliny, majonezy, batoniki to najlepsze rzeczy, jakie możemy sobie wyobrazić. Do tego dochodzą reklamy leków i  suplementów diety, które zgodnie z  oświadczeniami producentów zapewniają nam zupełną bezkarność – możemy jeść właściwie wszystko, pod warunkiem że będziemy zażywać odpowiedni suplement wspomagający np. pracę wątroby. Niestety, w  realnym życiu tak nie jest. Gdyby te reklamy były prawdziwe, nie istniałyby choroby ani problemy z nadwagą i otyłością. Prawda jest jednak taka, że dając się skusić obietnicom łatwego życia, szybkiego spadku masy ciała, zachowania zdrowia albo poprawy samopoczucia, dajemy się zwieść. W  dużych ilościach te produkty mogą okazać się szkodliwe dla zdrowia.

Zrób to sam

Najlepsze jedzenie to takie, które przyrządzimy samodzielnie ze świeżych, dobrej jakości półproduktów, których droga od producenta do naszej kuchni jest najkrótsza. Jeśli chcemy być zdrowi, na co dzień powinniśmy omijać półki sklepowe z  produktami przetworzonymi i  unikać jedzenia fast foodów. Wiele moich pacjentek jest przerażonych, kiedy podczas pierwszych konsultacji dochodzą do wniosku, że właściwie nie wiadomo, co jeść, bo wszystko, co do tej pory jadły i czym karmiły swoją rodzinę, jest niezdrowe. Ale aż tak źle na szczęście nie jest. Wystarczy poznać parę zasad robienia zakupów – jedna z takich podstawowych umiejętności to czytanie etykiet, aby uniknąć popełniania najpoważniejszych błędów.

Szczególną czujność zalecam, kiedy mamy do czynienia z  pięknie opakowanym produktem. Bardzo często atrakcyjne opakowanie idzie w parze ze skomplikowaną technologią produkcji, która znajduje odzwierciedlenie w liście trudnych do wymówienia nazw chemicznych, wypisanych na etykiecie. I  to powinna być już pierwsza wskazówka – jeżeli nie potrafisz rozszyfrować nazw składników produktu, po prostu pozostaw go w sklepie! Producenci zapewniają nas, że te składniki znajdują się na liście dozwolonych dodatków do żywności, ale nie wiemy, jakie ilości tych substancji przyswajamy i w jakim stopniu właśnie nam mogą zaszkodzić.

Co jest w środku?

Bardzo uczulam na pięknie wybarwione sztucznymi barwnikami produkty, które cieszą oczy i  przyciągają wzrok – jest to oczywista manipulacja. Jej ofiarami mają paść przede wszystkim dzieci. Niestety, te piękne kolory to syntetyczne dodatki, które wzmagają zachowania nadaktywne, wywołują alergie, stwarzają ryzyko zachorowania na raka. I tak barwnik E129, czyli czerwień allura – zakazana w  niektórych krajach, takich jak Belgia, Szwajcaria, Australia czy Norwegia – może nasilać objawy astmy i wywoływać nadpobudliwość psychoruchową u dzieci. Niestety, sklepy spożywcze często nie ułatwiają rodzicom życia i  umieszczają te łakocie w  najbardziej widocznym miejscu, czyli na poziomie wzroku dziecka. Dlatego radzę, żeby na zakupy wybierać się bez dzieci. I  pamiętajcie, by NIGDY nie nagradzać dziecka słodyczami! Otrzymując je jako nagrodę, np. za dobre zachowanie, dziecko zaczyna myśleć, że cukierki są bardziej wartościowe niż inne posiłki.

Słodycze to poza barwnikami głównie cukier. Wszyscy już wiedzą, że cukier szkodzi i  wiedzą o  tym także producenci, którzy wykorzystują naszą niepełną wiedzę o  składnikach przetworzonej żywności. Na etykietach widzimy napis: „zero cukru”, myślimy „OK”. Ale zamiast niego używane są sztuczne substancje słodzące, takie jak na przykład aspartam. Dodaje się go do ponad 6 tys. produktów spożywczych i  środków farmakologicznych. Znajdziemy go w  słodkich napojach typu light, ale także w zwykłych napojach, sokach oraz w jogurtach, płatkach śniadaniowych czy gumach do żucia. Jest też składnikiem leków, a  swoją popularność zawdzięcza naturalnej słodyczy. Według badań jest aż 200 razy słodszy od cukru, a  przy tym nie dostarcza kalorii. Na tym jednak jego zalety się kończą. Aspartam (E951) stanowi przyczynę 75 proc. niepożądanych reakcji na dodatki do żywności, zgłaszanych do amerykańskiego Urzędu ds. Leków i  Żywności, takich jak bóle głowy, pogorszenie samopoczucia, skurcze mięśni, przybieranie na wadze, depresje, bezsenność, zaburzenia wzroku, wysypki, utrata słuchu, trudności w oddychaniu, napady apopleksji, nowotwory. Ale jak tu żyć bez słodyczy?

Zamiast kolorowych napojów przyzwyczajajmy dzieci do picia wody z dodatkiem cytryny i  miodu. Dużo zdrowszym rozwiązaniem będzie również sporządzenie soku samodzielnie w domu ze świeżych owoców. Odrobina miodu powinna sprawić, że dziecko będzie przepadało za takim koktajlem. Polecam pieczone jabłka, gruszki lub owocowe sałatki. Propozycją zdrowszą niż wysokokaloryczne desery będzie także sok owocowy 100-proc., zamrożony i  podany w  formie lizaka. Zamiast kupować lody, zróbmy sorbety.

Tak jak łatwo zastąpić cukier i  słodziki, tak też łatwo możemy zastąpić substancje wzmacniające smak, czyli na przykład kolejnego przestępcę chemicznego: glutaminian sodu. Znajdziemy go w kostkach rosołowych, zupkach i  potrawach instant, mieszankach przypraw, sosach i słoikach z  gotowymi daniami. Według badań długofalowe skutki częstego używania glutaminianu sodu to między innymi: nadpobudliwość, zaburzenia hormonalne, uszkodzenie siatkówki oka, zaburzenia przewodnictwa nerwowego i  wzrost ryzyka otyłości. Szczególnie niebezpieczny może okazać się dla osób na niego nadwrażliwych oraz dla astmatyków i dzieci. Glutaminian sodu występuje w produktach jako E621 – wzmacniacz smaku i  zapachu o aromacie grzybo- i  mięsopodobnym. Jak możemy go zastąpić? Zioła, zioła i  jeszcze raz zioła. Świeże mają niesamowity aromat, wzbogacają potrawy i wydobywają z  nich to, co najlepsze. Niech w  twoim domu nie zabraknie szałwii, która dzięki zawartości licznych związków aktywnych działa antydepresyjnie, antybakteryjnie, przeciwzapalnie i  antyseptycznie. Zawiera witaminy A, C, witaminy z grupy B, minerały, takie jak wapń, magnez, potas, sód, cynk i żelazo. Szałwia obfituje także w lotne olejki i  fitozwiązki, m.in. kwas rozmarynowy, kamforę, taniny i  flawonoidy. Miej też zawsze świeżą bazylię zawierającą antybakteryjny eugenol, który przeciwdziała skurczom brzucha, nudnościom i  biegunkom. Bazylia wspomaga pracę układu pokarmowego, działa przeciwpasożytniczo i  zapobiega wzdęciom.

Unikaj też produktów z długim terminem przydatności do spożycia, bo to oznacza, że użyto tam konserwantu, takiego jak np. benzoesan sodu (E211). Jest on stosowany między innymi w: napojach, sokach, przetworach, konserwach, deserach, przyprawach czy sosach. Przy większym stężeniu może powodować uwalnianie histaminy, a  co za tym idzie – objawy alergiczne. Związek ten w połączeniu z powszechnie występującym kwasem askorbinowym (witaminą C) tworzy benzen – substancję rakotwórczą. Ponadto badania wykazują związek spożycia benzoesanu ze wzrostem agresji i  nadpobudliwości u dzieci. Nie ma co ukrywać: robienie zakupów w dzisiejszych czasach to dosłownie rosyjska ruletka. Pamiętaj, że produkt spożywczy, który prawie nigdy się nie psuje i  zbyt pięknie wygląda, powinien być podejrzany – nie wystarczy czytanie etykiet, trzeba mieć po prostu wiedzę o tym, co nas odżywia, a  co truje. Co prawda trochę więcej czasu poświęcisz na robienie zakupów i  przygotowywanie posiłków, ale za to nie będziesz truć siebie i  swoich bliskich – to się naprawdę opłaca.