1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Z pamiętnika sfrustrowanej rowerzystki

Z pamiętnika sfrustrowanej rowerzystki

Zobacz galerię 12 Zdjęć
Powiedzieć, że Warszawa jest miastem nieprzyjaznym rowerzystom, to mało. Rower w stolicy Polski to wróg. Pieszych i kierowców.

Pieszych: Rowerem po chodniku? Kto to widział. Rowery na ulice! – krzyczą na mnie staruszki, które mijam w drodze do pracy. Nikogo nie rozjeżdżam, uprawiam pedałowanie wręcz refleksyjne o umiarkowanej prędkości, używam dzwonka, a jednak... Wiązanka o mocniejszym przekazie niż ta babcina spotyka mnie przynajmniej raz na dzień. Tymczasem od roku obowiązuje nowe prawo. Jeżeli ruch na ulicy jest dozwolony z prędkością ponad 50 km/h, rowerzysta jedzie z dzieckiem do lat 10, jest zła pogoda albo chodnik ma co najmniej 2 m szerokości – rowerzyście wolno jechać chodnikiem.

Kierowców: Rowerzyści spowalniają ruch, powodują zagrożenie! Ja na ulice się nie pcham, nawet te, na których ruch jest ograniczony do 50 km/h. Czy z taką prędkością jeżdżą samochody ulicą Puławską? Tam wszyscy tną koło setki. Znam statystyki: rocznie na polskich drogach ginie średnio 500 rowerzystów (czterokrotnie więcej niż średnia w UE), a 5 tys. zostaje rannych.

Pozostają ścieżki rowerowe. W Kopenhadze, gdzie rowerem przemieszcza się 50 proc. mieszkańców, łączna długość sieci ścieżek rowerowych przekroczyła już 390 km. Ale tam w ścisłym centrum jest więcej rowerów niż obywateli. Pal sześć sfiksowaną na punkcie ekologii Skandynawię, ale spójrzcie na jeżdżące w szpilkach paryskie elegantki, berlińskich ostrokołowców czy bolońskich staruszków jedną ręką trzymających parasolkę! Są równouprawnionym elementem miejskiego pejzażu. Mają swoje ścieżki, ba, nawet sygnalizację świetlną! Tymczasem w Warszawie ścieżek rowerowych może i jest więcej niż mostów nad Wisłą, ale w centrum to rzadkość.

Z jakiej racji wątek rowerowy na blogu kulinarnym? Bo jest parę kawiarni, które reklamują się jako cycle friendly.

Wygodny Rower (Al. Jerozolimskie 4) Wypada najlepiej w zestawieniu. To kawiarnia sieci warsztatów/sklepów/wypożyczalni rowerowych (trzy punkty: ul. Stawki 19, ul. Ostrzycka 2/4, ul. Smolna 10). Kawiarnia jest ulokowana obok legendarnych Luster, w pobliżu swojego warsztatu na Smolnej. Przed wejściem stojaki na rowery, przy drzwiach koszyk z narzędziami. Można więc naprawić usterkę, nabrać sił przed dalszą jazdą, posilając się tartą, ciastem czy tostem, i podnieść sobie ciśnienie mocną kawą.

W Wygodnym Rowerze do kupienia fantazyjne dzwonki 

Dynamo Cafe (ul. Smolna 16) Położona niedaleko wymienionej wcześniej konkurencyjnej kawiarni. Ma urokliwy wystrój retro z elementami zabawnie wykorzystanych części rowerowych (koła, siodełka) przerobionych przez zaprzyjaźnioną z miejscem artystkę. W sezonie można tu wypożyczyć rower, zjeść domowy barszcz czy babkę ziemniaczaną.

Osir (ul. Tamka 40) Największe rozczarowanie rekonesansu. Brak stojaków rowerowych przed kawiarnią reklamującą się hasłem „cycle culture cafe” przekracza moje pojęcie abstrakcji. Zapytany barman mówi: – To nie moja knajpa. Coś z usług rowerowych? Można napompować sobie koło... A w planach miały być i wypożyczalnia, i warsztat. Szkoda. Jest za to klimatyczna kawiarnia z fajnym wystrojem. Ażurowa ścianka przywieziona z czeskiej Pragi, niemiecka bąblowa lampą, kolorowy stojak na kwiaty kupiony w sklepie DDR, meble odnowione przez Agatę Hasiak (Refre), a do tego pozostałe po Złotej Kaczce dwukolorowe kafelki na podłodze oraz kraty w oknach.

Relaks (ul. Puławska 48, wejście od ul. Dąbrowskiego) Z rowerowego warsztatu zostało tylko wspomnienie… oraz pompka zamontowana przy barze. Stojaków również nie uświadczysz. Za to świetna kawa, którą opijają się mieszkańcy Mokotowa. Do niej kanapki, tarty i ciasta. A to wszystko w trzeszczących sklejką oryginalnych wnętrzach z nieocenioną możliwością kontemplacji polskiej sztuki plakatu na ścianach.

Jazdę na rowerze traktuję trochę jak szkołę charakteru. Nie zsiądę z niego mimo braku ścieżek rowerowych i będę czekać na pierwszą w mieście kawiarnię połączoną z warsztatem i sklepem rowerowym. Do zobaczenia na Masie Krytycznej!

Fot. Basia Starecka, Kuchcik

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Podaruję Ci relaks i witalność. Wygraj walentynkowy pobyt w Studio Sante

 (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)
(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Miłość wyraża się przez czułość, wzajemną troskę i drobne gesty. Dbajmy o siebie - walentynki można mieć każdego dnia.

Od roku żyjemy w napięciu, a większość naszych życiowych przyjemności, takich jak: spotkania z przyjaciółmi, podróże, kino, teatr, chodzenie na fitness, zostało zawieszonych. Tym bardziej relaks powinien się stać ważnym elementem codzienności. Wypoczynek jest nam niezbędny do życia - jak oddech. Życie w napięciu sprawia, że rzadziej się uśmiechamy, częściej chorujemy i szybciej się starzejemy. Dlatego warto wziąć sprawy w swoje ręce i świadomie o siebie zadbać! Dziś trudniej myśleć o dalekich wyjazdach, ale nie trzeba pokonywać setek kilometrów, by z czułością potraktować swoje ciało, zrestartować głowę, odprężyć się. Wystarczy weekend, by poczuć lekkość, przypływ sił witalnych i energię do działania. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie to miejsce, gdzie można całościowo zadbać o regenerację. To ekskluzywna przestrzeń terapeutyczno-wellnessowa, położona w Warszawie, stworzona przez firmę Sante. Holistyczne podejście do regeneracji, czyli odpowiednia dieta, aktywność fizyczna, i troska o sferę psychiczną (relaks, czas na przyjemności) daje najlepsze efekty. Kompleksowe ujęcie dbania o siebie i bliskich, zmienia jakość życia na lepszą. I podnosi odporność organizmu, co zwłaszcza w dobie pandemii ma znaczenie.

(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie) (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)

Studio Sante - holistyczna regeneracja na wyciągnięcie ręki

Karta Podarunkowa do Studio Sante to doskonały pomysł na prezent dla bliskiej osoby, którą chcesz obdarować wszystkim, czego teraz potrzebuje - relaksem i czułością. A troska o siebie i ukochane osoby, wyrażona w drobnych gestach, wcale nie jest trudna. I co najważniejsze - dodaje sił witalnych. Można i warto się o tym przekonać.

W Studio Sante w komfortowych i bezpiecznych warunkach zregenerujesz ciało, wyciszysz umysł i osiągniesz stan głębokiego relaksu. To wyjątkowe SPA & Wellness, w którym wzmocnisz siły życiowe i poprawisz samopoczucie. Jeśli marzysz o rozluźniającym i rozpieszczającym zmysły zabiegu - idealny o tej porze roku będzie masaż balijski wykonywany przez Balijki. Rytuał ten pozwoli chociaż przez chwilę poczuć się jak na egzotycznych wakacjach.

(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie) (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)

Walentynki to dobra okazja do zadbania o wasz związek. Jeśli ciągle nie masz pomysłu jak je spędzisz - podpowiadamy. Romantyczny wieczór walentynkowy w SPA Studio Sante to idealny pomysł na prezent dla zakochanych.

W miejskim uzdrowisku czeka na Ciebie wiele rytuałów, które możesz przeżyć z ukochanym - masaż Bora Bora, masaż balijski, kapsuła floatingowa, masaż jaśminowy. Przy wyborze kilku zabiegów rabaty nawet do -15%.  Sprawdź ofertę!

„Studio Sante może być nie tylko ważnym wsparciem dla naszej regeneracji, lecz także przypomnieniem, że regeneracja i doładowanie energetyczne są niezbędne do życia – nie wolno ich lekceważyć” - mówi Wojciech Eichelberger, znany psychoterapeuta, twórca Instytutu Psychoimmunologii. Ma to znaczenie zwłaszcza w trudnych pandemicznych czasach.

(Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie) (Fot. Studio Sante Uzdrowisko Miejskie)

Walentynki każdego dnia - miłość wyrażona w drobnych gestach

By zmienić swój świat na lepszy, wcale nie trzeba wiele. Miłość i poczucie bezpieczeństwa rodzi się z małych, drobnych rzeczy, działań, gestów. Mężczyzna, który masuje swojej ukochanej stopy i przynosi jej kwiaty, sprawia, że ona czuje się zaopiekowana. Kobieta, która dba, by jej mężczyzna codziennie rano zjadł na śniadanie zdrową owsiankę i zabrał do pracy zdrową przekąskę, daje mu najcenniejszą rzecz — troskę o jego zdrowie. Przepływ prostych, małych gestów i działań to właśnie miłość i wzajemne wsparcie.

Pomysł na zdrową słodkość od serca - wegańska panna cotta z chałwą 

(Fot. Sante) (Fot. Sante)

Składniki: 400 ml napoju roślinnego migdałowego Sante Organic 100 g chałwy wegańskiej 3 łyżki syropu z agawy 1/3 łyżeczki pasty waniliowej 1 płaska łyżeczka agaru Do podania: owoce, łyżeczka pokruszonej chałwy

Przygotowanie: napój roślinny z agarem zagotowujemy cały czas mieszkając. Odstawiamy do delikatnego ostudzenia i miksujemy z chałwą, pastą waniliową i syropem z agawy. Przelewamy do pojemniczków do panna cotty lub małych miseczek i studzimy w lodowce minimum godzinę, do stężenia. Miseczki przykładamy do talerzyków, obracamy. Posypujemy chałwą i przyozdabiamy owocami.

UWAGA KONKURS!

Weź udział w konkursie i wygraj kartę podarunkową do Studio Sante wraz z zestawem produktów Sante do przygotowania walentynkowej kolacji albo śniadania. Nagrodzimy 5 osób. 

Co trzeba zrobić?

1. Wyślij odpowiedź na pytanie „Jakie są Twoje sprawdzone sposoby na relaks w mieście?” na adres mailowy konkurs@zwierciadlo.plw treści maila wpisując nazwę "Sante konkurs”. 2. Na odpowiedzi (maksymalnie w pięciu zdaniach) czekamy w terminie od 10 do 20 lutego 2021 roku. 3. Biorąc udział w konkursie, akceptujesz REGULAMIN KONKURSU 4. Wygrane trafią do autorów najciekawszych odpowiedzi.

 

  1. Styl Życia

Dlaczego powinniśmy pokochać spacerowanie?

– Tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych – pisze Frédéric Gros w książce „Filozofia chodzenia”. (Fot. iStock)
– Tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych – pisze Frédéric Gros w książce „Filozofia chodzenia”. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dlatego że jest proste, przyjemne, naturalne. I potrzebujesz do niego tylko dwóch sprawnych nóg. – Dla tych, którzy chcą zwolnić, nie wymyślono nic lepszego niż chodzenie – twierdzi filozof Frédéric Gros. Ale korzyści jest znacznie więcej…

Wolność od trosk dnia codziennego

Wychodzisz z domu i idziesz. Po prostu. Bez konkretnego celu – choć możesz też urządzić sobie spacer do ulubionej kawiarni, wokół jeziora czy na szczyt pagórka. Najważniejsze jest to, że nie zabierasz na ten spacer pracy ani wkurzającego sąsiada, uciekasz myślami od wczorajszej kłótni z partnerem czy zepsutego kranu. Nigdzie się nie śpieszysz, z nikim się nie ścigasz, niczego nikomu nie udowadniasz. – Tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych – pisze Frédéric Gros w książce „Filozofia chodzenia”. Liczy się tylko droga, ładna pogoda, widoki, które podziwiasz z każdym krokiem. To nauka prostych przyjemności. Spacerując, jesteś sobą, a jednocześnie nikim. Na chwilę przestajesz być prężną bizneswoman, matką, przyjaciółką, żoną czy zawsze dająca sobie radę najstarszą córką. Ty tylko idziesz przed siebie.

Wyciszenie umysłu

Ruch oczyszcza myśli i wypełnia umysł nową jakością, poczuciem harmonii i spójności. Często nosimy w sobie jakiś problem, który bezskutecznie omawiamy ze znajomymi, nie znajdując rozwiązania, a wystarczy półgodzinny spacer po parku, by rozwiązanie rozbłysło przed naszymi oczami niczym jasny neon. To dlatego, że nasza kreatywność lubi ciszę, ale właśnie taką ciszę jak podczas spaceru. Kiedy nie produkujemy nowych słów czy teorii, a nastawiamy się na odbiór. Cisza lasów czy parków jest specyficzna, z jednej strony bardzo głośna, wypełniona odgłosami natury, z drugiej – odświeżająca, bo wolna od hałasu dnia codziennego. W tej ciszy pojawiają się odpowiedzi, ale i pytania, których w biegu nie jesteśmy w stanie usłyszeć. Nie bez powodu Sokrates tak uwielbiał pytać i spacerować jednocześnie.

Przebywanie na świeżym powietrzu

Kontakt z naturą jest potrzebny wszystkim ludziom, a zwłaszcza współczesnym mieszczuchom, przebywającym godzinami w klimatyzowanych lub ogrzewanych pomieszczeniach, przemieszczających się do i z pracy samochodami, metrem czy tramwajem. Dlatego spacer – zwłaszcza ten w otoczeniu zieleni, wody i przestrzeni – jest jak przewietrzenie pokoju: to, co dusiło i nie pozwalało odetchnąć, ulatuje gdzieś w dal i wypełniamy się nową energią. Choć spacer też nas przemieszcza, to nie pokonany dystans ma w jego wypadku największe znaczenie, lecz sama decyzja, by wyjść na dwór. W dzieciństwie po prostu to robiliśmy – wychodziliśmy na dwór, teraz, jeśli wychodzimy z domu, to zwykle dlatego, że musimy gdzieś się dostać, z kimś spotkać, zrobić coś innego. Tymczasem spacer jest właśnie tym pierwotnym wyjściem na dwór dla samego wyjścia i odetchnięcia świeżym powietrzem.

Zwolnienie tempa życia

– W chodzeniu prawdziwym świadectwem pewności siebie jest powolność – twierdzi Gros. Nie chodzi oczywiście o to, by snuć się bez energii, ale by wędrować w swoim rytmie, nie śpiesząc się, nie bijąc żadnych rekordów, a raczej dostosowując się do rytmu otaczającej nas przyrody. To najprostsza praktyka mindfulness, czyli umiejętności skupienia się na chwili. Gdy idziesz w swoim tempie, minuta ma dokładnie tyle sekund, co powinna mieć, twój umysł się oczyszcza, ciało nabiera werwy, mięśnie się rozluźniają, wzrok odpoczywa. Odbierasz świat wszystkimi zmysłami – słyszysz nawołujące się dzieci, śpiew ptaków, szelest liści, czujesz powiew wiatru, solidność ziemi pod nogami, widzisz piękno otaczającego cię świata. – Wędrówka pozwala nam odnaleźć czyste doznanie bycia, odkryć na nowo prostą radość istnienia, którą cieszyliśmy się w dzieciństwie – pisze Frédéric Gros.

Poczucie jedności ze sobą i światem

Nawet jeśli spacerujesz w pojedynkę, to nigdy samotnie. Jest z tobą wszystko to, co świat ma ci do zaoferowania. Błękitne niebo, zielona trawa, strzeliste pagórki, ptaki, kwiaty, nawet deszcz. Wszystko to coś do nas mówi i domaga się uwagi. Jak pisze Gros, kto czułby się samotny, kiedy ma na własność cały świat?! Czasem pojawia się w nas nawet czysto fizyczna potrzeba odwiedzenia ulubionych, „naszych” zakątków, nasycenia się znów tymi samymi widokami, sprawdzenia, co zmieniło się w tak znanej okolicy. Spacerując, nie jesteśmy nigdy sami, bo jest z nami też nasze ciało. Mówią o tym wszyscy zapaleni piechurzy, że umysł staje się wtedy świadkiem ciała. Aktywnym i czujnym. Podąża za jego rytmem i jest dumny z tego, jak sobie radzi.

Energia i dobre samopoczucie

Idąc, odczuwamy energię swojego ciała, energię płynącą z ziemi, ale też z naszego miarowo uderzającego serca. Energią wypełniają nas też krajobrazy, dźwięki i wonie, które czujemy podczas wędrówki. – W chodzeniu odnajdujemy momenty czystej przyjemności, uwarunkowanej tym, co spotykamy na swej drodze – pisze Frédéric Gros. – Gdy chodzimy, czujemy również radość, rozumianą tutaj jako uczucie związane z działaniem. Piechur doświadcza jeszcze uczucia, które można by nazwać „szczęściem” – dodaje filozof. Jeśli dołączymy do tego zestawu także poczucie dojmującego spokoju, relaksu i pełni – mamy idealny przepis na dobre samopoczucie.

Większa kreatywność

Podczas spacerów powstała niejedna książka i niejedna koncepcja filozoficzna. Dla filozofa Fryderyka Nietzschego chodzenie było wręcz warunkiem tworzenia. Nie tylko pozwalało odpocząć ciału całymi dniami zgiętemu wpół przy biurku, ale było istotnym składnikiem jego dzieł. Nietzsche chodząc, myślał i pisał. Podobnie i my podczas wędrówki możemy wpaść na doskonały pomysł, wymyślić zgrabny wiersz, ułożyć plan raportu, jaki mamy oddać pod koniec dnia, czy zaplanować letni wypoczynek. I możemy być pewni, że we wszystkim tym będzie radość, świeżość i prostota – bo taki właśnie jest nasz umysł po solidnej dawce spaceru.

Kontakt z Absolutem

Tradycja pielgrzymowania to jedna z podwalin naszego chrześcijańskiego świata. Pielgrzymuje się po to, by dać świadectwo wiary, by odkupić winy, wybłagać coś u Boga, ale też podziękować za łaskę – jakąś konkretną albo ogólnie – łaskę życia. Pielgrzymka to metafora ludzkiego życia. Nie wiesz, jaki jest jej cel, po drodze wiele rzeczy i osób witasz, by chwilę potem je pożegnać, doświadczasz trudów i znoju wędrówki, ale i zachwytu nad jasnymi porankami i ciepłymi wieczorami. Poprzez kontakt z naturą, ale i z samym sobą, jesteś w stanie dotknąć Absolutu, czymkolwiek on dla ciebie jest, odebrać siebie i świat na bardzo duchowym poziomie, na którym nic nie ma swojej przyczyny i skutku, bo jest jednością.

Dłuższe i zdrowsze życie

Jesteśmy stworzeni do tego, by być w ruchu, a chodzenie to najbardziej naturalna i dostępna nam wszystkim forma ruchu. A do tego bardzo zdrowa. Jak podają naukowcy, 40-minutowy spacer trzy razy w tygodniu zwiększa objętość hipokampu, czyli obszaru w mózgu związanego z pamięcią. Na dodatek w wyniku badań nad mieszkańcami tzw. niebieskich stref, czyli rejonów świata, w których mieszka najwięcej stulatków, okazało się, że jednym z warunków długowieczności jest umiarkowany i regularny wysiłek fizyczny, taki jak kopanie ogródka czy właśnie spacer. Kris Verburgh, lekarz i naukowiec zajmujący się tematyką starzenia się, w swojej książce „Klepsydra żywienia” pisze: „Marsz to jedna z najzdrowszych form ruchu, jaką sobie można wyobrazić. Za jego korzystnym wpływem na ludzki organizm przemawiają stulecia historii”.

Silne i gibkie ciało

Prosty kręgosłup, zdrowe stawy, silne nogi, energiczne ruchy – nie sposób przecenić czysto fizycznych korzyści, jakie płyną ze spacerowania. Nietzsche wędrówkami leczył się z dokuczających mu migren, lekki marsz przynosi ulgę osobom zmagającym się z depresją, ta forma ruchu jest też idealna w stanach osłabienia organizmu po chorobie czy kontuzjach. A na dodatek wzmaga apetyt na dobre jedzenie i… życie.

  1. Styl Życia

Sesja z gongami i misami tybetańskimi – dobry sposób na relaks

Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Muzyka łagodzi obyczaje. Ale też emocje tak silne, że uniemożliwiają odpoczynek... Czy sesja z gongami tybetańskimi to dobry sposób na seans relaksacji – sprawdziła dziennikarka Marta Urbaniak. 

Wśród moich bliskich koncerty gongów i mis tybetańskich zyskują na popularności. Nic dziwnego – czasy mamy niepewne, a sesje muzykoterapii należą do najbardziej znanych sposobów na relaks całego ciała.

Terapia dźwiękiem, podobnie jak ziołolecznictwo, znana jest w wielu rejonach świata i sięga tysięcy lat. Australijscy Aborygeni leczyli instrumentem zwanym didgeridoo. W medycynie chińskiej stosuje się kamertony, w hinduskiej – śpiewa mantry, a szamani wchodzą w transowe doznania dzięki rytmicznym uderzeniom bębnów. Tradycja koncertów mis i gongów w Nepalu i Tybecie ma już ponad trzy tysiące lat. Przeczytałam, że tybetański gong ma najsilniejsze wibracje spośród wszystkich instrumentów znanych ludzkości, a przez to najmocniej rezonuje z naszym ciałem. Natomiast misy, ręcznie wykute ze stopu 12 metali, wydają dźwięki o wszystkich częstotliwościach, których potrzebujemy. Co ciekawe, większe znaczenie dla naszego dobrostanu ma nie melodia, a rytm. To on sprawia, że koncerty gongów i mis tybetańskich dają niezwykłe wrażenie otulenia, które prowadzi do poczucia absolutnego relaksu. Tak silnie oddziałują na ciało i umysł, że nazywa się je wręcz kąpielami w gongach. Postanowiłam sprawdzić, jak taka kąpiel zadziała na mnie.

Mój eksperyment

W listopadzie, jak często wtedy się zdarza, czułam się zmęczona i przygnębiona. Do tego doszedł lęk spowodowany pandemią i sytuacją kobiet w Polsce, który sprawiał, że od dłuższego czasu nie przesypiałam w spokoju całej nocy. Gdy jednak weszłam do studia Akademia Sound Therapy na warszawskim Żoliborzu, od razu poczułam się bezpiecznie. Światło było przygaszone, pachniało kadzidłem, a z głośników sączyła się łagodna muzyka.

W centralnym punkcie sali stały instrumenty, rozpoznałam wśród nich imponujący tybetański gong oraz misy. Rozłożyłam własną matę do jogi i otuliłam się kocem (również własnym, w końcu trwa pandemia). Dźwięki niosły się pojedynczo i nie tworzyły linii melodycznej. Każdy wybrzmiewał powoli i w końcu przechodził w ciszę. Leżałam z zamkniętymi oczami, czekając na śmiałe wizje albo stan zen. Ale nie nadchodziły, zamiast tego jedna myśl goniła drugą. Zaskakujące dźwięki kolejnych instrumentów za każdym razem sprowadzały mnie jednak do tu i teraz. Stopniowo uspokajałam się, gonitwa myśli mijała, a ja zaczęłam zwracać uwagę na doznania z ciała. Każdy instrument wybrzmiewał przez kilkanaście sekund i mogłam go nie tylko usłyszeć, ale i poczuć. Misy mają niską tonację, a prowadząca, Beata Aussenberg, dyplomowana masażystka dźwiękiem, chodziła z nimi po całej sali. Gdy uderzała w nie, stojąc blisko mnie, miałam gęsią skórkę.

Najmocniej odebrałam głęboki dźwięk tybetańskiego gongu, czułam, jakbym unosiła się w przestrzeni, a nie leżała na podłodze. Po chwili dźwięk rozpłynął się, ustępując łagodnemu dzwoneczkowi, który brzmiał słodko i kojąco. A potem w całej sali rozniósł się odgłos kropel deszczu uderzających o drewniany dach, zupełnie jak podczas czerwcowej ulewy. Moje myśli płynęły teraz bardzo wolno, zaś przed oczami pojawiały się obrazy. Pozwalałam im się zmieniać, jakbym powoli obracała kalejdoskop. Na moment znalazłam się w innej czasoprzestrzeni, skąd wróciłam na odgłos gongu, tym razem cichszy i spokojniejszy.

Gdy otworzyłam oczy, czułam się odprężona i wypoczęta. W ciele czułam błogość, jakby ktoś mnie długo przytulał. To trwało przez cały wieczór, a w nocy spałam głęboko i miałam barwne sny. Nie wybudziłam się nawet o piątej nad ranem, co ostatnio notorycznie mi się zdarzało. Zmęczenie, z którym borykałam się od dłuższego czasu, minęło, przez kilka dni miałam więcej energii, lepszą koncentrację i wszystko mi się chciało.

Gdy opowiedziałam o swoich wrażeniach Beacie, nie była zdziwiona. Jak mi wytłumaczyła, każdy z nas ma swój niepowtarzalny kod dźwiękowy i dzięki regularnym koncertom gongów jesteśmy w stanie go zharmonizować. A to wpływa na całe życie: jakość naszych relacji i sfery zawodowej, zdrowie, poczucie sprawczości i bycia w zgodzie ze sobą.

Uzdrawiające fale

Według fizyki dźwięk to fala. Tym samym jest ona odbierana nie tylko przez zmysł słuchu, ale też dotyku. Współcześni naukowcy zbadali jej wpływ na organizm człowieka już w ponad 400 badaniach. – Według kultury Wschodu człowiek powstał z dźwięku, a więc jest dźwiękiem – mówi ekspertka.

Jedna z teorii mówi o tym, że dźwięki mis i gongów synchronizując działanie obydwu półkul mózgu, wprowadzają fale mózgowe w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. To stan głębokiego relaksu, ale jednocześnie wyostrzonej świadomości, o czym wie każdy, kto w łóżku wpada na najlepsze pomysły i dlatego zawsze trzyma przy nim notes. Często się więc zdarza, że taki terapeutyczny koncert przynosi uczestnikom rozwiązanie trapiących ich problemów albo niezwykłe olśnienie.

Bywa też, że wracają wspomnienia. – Pamiętam uczestniczkę, która przeniosła się za którymś razem do miejsca z dzieciństwa, o którym dawno zapomniała. Nie tylko widziała je oczami wyobraźni, ale czuła też związane z tym miejscem zapachy. Za każdym razem jest niesamowicie poruszona, w jaki sposób dźwięki potrafią obudzić to, co w nas uśpione – opowiada Beata Aussenberg.

Badanie opublikowane w „Journal of Evidence-Based Integrative Medicine” wykazało, że już godzinna sesja gongów pomaga zredukować napięcie, niepokój, zmęczenie, a nawet depresję, pozostawiając uczestników ze zwiększonym poczuciem duchowego dobrostanu. Niskie tony dźwięków ułatwiają wejście w stan zbliżony do medytacji, pomagając ukoić stres i potęgując wewnętrzny spokój. Pozwalają też zatrzymać gonitwę myśli, co jest wspaniałym odpoczynkiem dla głowy.

Koncerty gongów mogą również otworzyć emocjonalnie − w trakcie sesji często pojawiają się łzy smutku lub złości. Jak tłumaczy masażystka, warto odpuścić kontrolę i pozwolić sobie je przeżyć, a wtedy będzie to dla nas prawdziwie uwalniające i oczyszczające doznanie. Czasem czujemy, że coś się z nami dzieje, ale nie potrafimy tego nazwać. Po terapeutycznej kąpieli w dźwiękach dochodzimy do sedna swoich problemów i możemy się od nich wyzwolić.

Pozytywne wibracje

Naukowcy sugerują, że terapeutyczne działanie dźwięków spowodowane jest wibracjami, w które wprawiają one komórki naszego ciała (mamy ich w końcu aż cztery biliony!). To dla nich nie tylko fantastyczny masaż, ale też możliwość, by uwolnić toksyny. Wszystko po to, żeby zainicjować w ciele proces samouzdrawiania.

– Koncert może wręcz wywołać chwilowy ból w organie, który wymaga leczenia. Sama, gdy gram, często czuję kolano, które niedawno operowałam. Po koncercie ból mija – przyznaje masażystka. – Zwłaszcza dźwięki mis tybetańskich pomagają uwolnić napięcia mięśniowe w ciele (i z tego powodu czasem wykonuje się nimi masaże, przykładając rozwibrowaną misę do spiętego miejsca). Wielokrotnie słyszałam, jak po koncercie komuś odpuściła blokada w barku czy ból pleców – dodaje.

Dźwięki gongów przynoszą ukojenie pacjentom hospicjów i domów opieki społecznej. Mówi się o ich obiecującym wpływie na spowalnianie choroby Alzheimera oraz demencji. Sprawdzają się też w przygotowaniach do porodu i w jego trakcie. Łagodzą ból menstruacyjny. Obniżają ciśnienie krwi, poprawiają krążenie. Z dobroczynnego działania dźwięków mogą korzystać nawet dzieci.

Istnieją też oczywiście przeciwwskazania do kąpieli w gongach. To wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne wszczepione w ciało, przede wszystkim rozruszniki serca, ale też np. aparaty słuchowe. Ostrożność powinny zachować osoby leczące się neurologicznie, bo dźwięki mogą wywołać u nich niespodziewaną reakcję organizmu, jak również kobiety w pierwszym trymestrze ciąży. Wszystkim pozostałym terapia dźwiękami przynieść może same korzyści.

Warto jedynie pamiętać o tym, by przed koncertem i zaraz po nim pić dużo wody, z której w końcu głównie składa się nasz organizm. Oczywiście to wszystko nie przychodzi po jednej sesji, ale z czasem. To naturalne, że na początku ciężko opanować natłok myśli, a zamiast medytować układamy w głowie listę rzeczy do zrobienia. Jednak z sesji na sesję coraz łatwiej osiągnąć stan odprężenia. Jak zapewnia Beata Aussenberg, im częściej będziemy kąpali się w dźwiękach, tym głębsze staną się nasze doznania.

  1. Styl Życia

Czas wolny jest równie ważny jak oddech. Jak efektywnie odpoczywać?

Ponieważ każdego odpręża co innego, warto poszukać najlepszej dla siebie metody na wchodzenie w stan relaksu i regeneracji. (Fot. iStock)
Ponieważ każdego odpręża co innego, warto poszukać najlepszej dla siebie metody na wchodzenie w stan relaksu i regeneracji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Odpoczynek jest równie ważny jak oddech, najlepiej zatem, by był naturalny i głęboki. A przede wszystkim lepiej go nie wstrzymywać za długo! Ponieważ jednak każdego odpręża co innego, warto poszukać najlepszej dla siebie metody na wchodzenie w stan relaksu i regeneracji.

Co z tego, że słuchamy webinarów o równowadze między karierą i czasem po godzinach, a stosik z książkami o zdrowym stylu życia staje się coraz większy...  Jesteśmy wyczerpani tempem, w jakim świat goni naprzód i w jakim my próbujemy za nim nadążyć. Nie mamy czasu na spokojne zjedzenie posiłku, spotkanie ze znajomymi ani nawet na wystarczająco długi sen. Liczymy, że jeśli dobrze pójdzie, w weekend uda nam się odpocząć, a jeśli nie w ten, to w następny albo w wakacje, w najgorszym wypadku – na emeryturze.

– Co u ciebie? – A wiesz, zalatany jestem. – To tak jak u mnie, pracuję po 12 godzin na dobę, wieczorami padam ze zmęczenia i na nic nie mam czasu…

Znajomy dialog? Ile razy zastanawiałeś się, czy dość pracujesz? Albo czy do rzeczy, które masz na głowie, nie wypadałoby (zgodnie z najnowszymi standardami „zajętości”) dołożyć jeszcze czegoś? Czy twój elektroniczny kalendarz nie ma aby za dużo pustych miejsc, bo kiedy tak dokładnie mu się przyjrzeć, to na przykład w poniedziałki coś by się jeszcze zmieściło, w końcu dziś nikt nigdy nie jest „po pracy”, bo nawet w łóżku, tuż przed snem, wypada zajrzeć do służbowej skrzynki mailowej.

Długie życie nawyków

Niespełna rok temu ten rozszalały świat się zatrzymał, tak po prostu, z dnia na dzień. Zostaliśmy zamknięci w domu, odizolowani od znajomych z pracy, a zwłaszcza najstarszych – członków rodziny. Pozbawieni możliwości egzotycznych wyjazdów, uprawiania sportów, chodzenia do kin i teatrów. Zmuszeni do izolacji, do wychodzenia z domu tylko w razie konieczności. Niektórzy odetchnęli z ulgą: wreszcie sobie odsapnę, wreszcie będę mieć czas na zaległą lekturę, domowe porządki, remont na strychu… I tu pojawił się dylemat, bo czy w obliczu tego, co dotknęło cały glob można mówić o odpoczynku?

Pierwotny lęk o zdrowie i życie uaktywnił silny stres, pozbawiając nas  poczucia bezpieczeństwa i zaburzając umiejętność relaksu i odprężenia. Ponadto praca w domu, kontakty służbowe i towarzyskie prawie wyłącznie online, czyli konieczność ciągłego przebywania w wirtualnym świecie – bezpowrotnie zmieniły sens procesu odpoczynku. Co dziś jest pracą, a co czasem wolnym? Czy to, że mogę pracować we własnym łóżku, w piżamie, czasami bez włączonej kamery, podgryzając śniadanie, a jeśli znudzi mi się spotkanie z szefem, to mogę podejrzeć, co słychać na Facebooku – to jest praca czy relaks? A kiedy wyloguję się z firmowej sieci i siedząc w tej samej pozycji i przed tym samym monitorem komputera, odpalę Netfliksa – to jestem nadal w pracy czy już się relaksuję?

Wiosną, po pierwszym rzucie pandemii rzeczywiście sporo z nas poddało się procesowi zwolnienia tempa, zwłaszcza że wiele atrakcji do tej pory niedostępnych (bo za daleko, bo korki, zmęczenie po pracy i tak dalej) zyskało formę online. Przez chwilę na topie były wirtualne lekcje jogi, medytacji, fitnessu czy tematyczne webinary, ale powoli wszystko wraca do normy. Z analizy opublikowanej w połowie października na łamach „Gazety Wyborczej” wynika, że zwyczaje Polaków, którzy do tej pory dzielili swoją dobę na sen i pracę albo naukę, pomimo pandemii, niewiele się zmieniły. Zmuszeni restrykcjami zrezygnowaliśmy ze spotkań na mieście, dalekich podróży, a czasowo także z uprawiania sportu. Przerzuciliśmy się na oglądanie, słuchanie, czytanie i ewentualnie spacery. Jednak większość z nas żyje „po staremu”, czyli – świat się zatrzymał, a my dalej biegniemy jak te chomiki w kołowrotku.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż co najmniej z trzech powodów, o których poniżej.

Kolekcjonerzy zmęczenia

Po pierwsze: nie umiemy odpoczywać. Przede wszystkim dlatego, że nie potrafimy zwolnić tempa i to – jak pokazuje pandemia – nie dlatego że świat goni, ale dlatego że to my sami biegniemy na oślep coraz szybciej.

Po drugie: definicja odpoczynku nie jest wcale taka oczywista. Czy wyjście z psem ma spacer jest już odpoczynkiem, czy jeszcze obowiązkiem? Pewnie zależy kiedy. A przerwa w pracy: na lunch, na kawę albo na prywatne ploteczki – to odpoczynek czy raczej przerywnik, zwłaszcza że przerwa obiadowa często oznacza dłuższy pobyt w pracy, a jedząc czy plotkując, i tak ciągle jesteśmy myślami przy obowiązkach zawodowych.

Choć naturalny rytm życia to przeplatające się cykle: aktywność – odpoczynek (mózg jest w stanie mobilizować się przez 50 min, po czym nasza koncentracja zaczyna spadać), to kulturowo wykształciło się w nas przekonanie czy nawyk, że odpoczywamy dopiero po pracy, a przerwy w trakcie to nie odpoczynek. Nieumiejętność płynnego przestawiania się z aktywności na relaks to także efekt przewlekłego stresu i ciągłego stanu pobudzenia układu nerwowego. Żyć zgodnie z rytmem: aktywność – odpoczynek potrafią jedynie ludzie sukcesu, którzy mają zdolność jednominutowego wyłączania się albo dziesięciominutowych drzemek i, przede wszystkim, nie angażują uwagi we wszystkie przypadkowe myśli.

Wszyscy badacze zgodnie twierdzą, że odpoczynek jest trudniejszy do zdefiniowania, niż można by się spodziewać. Na przykład sen nie jest uznawany za odpoczynek, a za zaspokojenie potrzeby fizjologicznej. Nie ma również jednoznacznej odpowiedzi, czy odpoczynek odnosi się do wypoczętego umysłu, czy wypoczętego ciała. Niektórzy ludzie twierdzą, że ich umysł nie może się zrelaksować, dopóki ciało nie będzie w pełni wypoczęte. Inni mają odwrotnie: dopiero zmęczenie ciała poprzez energiczne ćwiczenia pozwala umysłowi odpocząć.

I wreszcie, po trzecie, nie dajemy sobie prawa do odpoczynku i często sami siebie poganiamy. Przodują  w tym niestety kobiety, przekonane, że ich uczucia, pragnienia i potrzeby są mniej ważne niż to, co się dzieje na zewnątrz: osiągnięcia, relacje, sprawy zawodowe. W efekcie kolekcjonujemy drobne zmęczenia jak puste opakowania po prezentach (bo mogą jeszcze się przydać) i w końcu poważnie się przeciążamy. I tylko nie bardzo rozumiemy, dlaczego przydarza się nam problem zdrowotny czy bunt ciała...

We współczesnym świecie mamy dużo (może za dużo?) kuszących propozycji i chcemy z tego wszystkiego skorzystać. W rezultacie nie mamy czasu, żeby całą tę wiedzę zintegrować.

Spaceruj i czytaj

Claudia Hammond, badaczka relaksu i autorka niewydanej po polsku książki „The Art of Rest: How to Find Respite in the Modern Age” (na której ślad trafiłam dzięki artykułowi Pauliny Wilk ,,Wyższa szkoła wypoczynku”, kiedy robiłam research do tego tekstu) przekonuje, że w dzisiejszym świecie odpoczynek jest sztuką, której trzeba się po prostu nauczyć. Z badań przywoływanych przez Hammond jasno wynika, że odpoczynek, który utożsamiany jest z odprężeniem, to stan ciała i umysłu, który każdy z nas osiąga na swój sposób. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle umiemy rozpoznać, w jakich okoliczności taki stan osiągamy.

Zespół badaczy (wśród których była Claudia Hammond) zadał ludziom z 134 krajów pytanie: ,,Jaka czynność daje ci najlepszy odpoczynek?”.  Jak się okazało, popularny mindfulness nie znalazł się w pierwszej dziesiątce wskazań (wiele osób szybko się zniechęca, nie potrafi skutecznie się odprężyć zarówno fizycznie, jak i psychicznie). Z medytacją uważności wygrało m.in. oglądanie telewizji (pozwala zaangażować się w życie innych osób, zapewniając ucieczkę od osobistych problemów i ulgę, że inni mają gorzej od nas) oraz leniuchowanie w bąbelkach – czyli gorąca kąpiel. Na podium znalazło się przebywanie w samotności (trzecie miejsce) – już minimalna dawka odosobnienia daje odpoczynek od narażania się na ocenianie; kontakt z naturą (drugie miejsce) i czytanie – zwycięzca rankingu. To pierwsze miejsce wcale nie  jest takie oczywiste, bo przecież wymaga dużego wysiłku poznawczego.  Jednak podczas czytania nasz mózg nie jest w stanie ani spoczynku, ani pełnej koncentracji – i być może jest to właśnie ten stan spokojnej mobilizacji, który nam służy. I tu zbliżamy się, choć minimalnie, do sedna definicji odpoczynku, a mianowicie: nie jest on równoznaczny z biernością.

Nie odkładaj na jutro

Pomysłów na efektywny odpoczynek mamy pod dostatkiem. Nie wiadomo, które z nich okażą się najskuteczniejsze, kiedy nasz świat obudzi się po pandemii. Tak naprawdę problem polega na tym, że przestaliśmy rozpoznawać stan zmęczenia. Najbardziej wytrwali unikacze odpoczynku, którzy potrafią funkcjonować nawet 10 lat bez urlopu, po prostu nie czują zmęczenia (prawdopodobnie ogólnie niewiele czują). A prawda jest taka, że nie poczujemy zmęczenia, dopóki nie wyjdziemy z głowy i nie posłuchamy, co słychać w naszym ciele. Czy i gdzie właściwie odczuwamy zmęczenie

Okazało się, że ważnym testerem zmęczenia jest kość krzyżowa. To w tym miejscu – płaskim odcinku pomiędzy kręgiem lędźwiowym a kością ogonową – zwykle odczuwamy ciężar. I to nie tylko wtedy, kiedy zbyt długo siedzimy, ale także kiedy zbyt dużo myślimy. Kość krzyżowa powiązana jest z odpoczynkiem i regeneracją (to tu zaczynają się nerwy układu przywspółczulnego). Jak rozluźnić to miejsce? Najpierw trzeba poczuć, co tam się dzieje. Opisać to doznanie jak najdokładniej: ciężko/lekko, zimno/ciepło, nieruchomo/drżąco. Następnie poczuć, czego nasza kość krzyżowa potrzebuje. Może położenia się na kanapie na wznak, z ugiętymi nogami, a może na boku z poduszką pomiędzy kolanami albo na podłodze z łydkami opartymi o łóżko? Mamy jeszcze do wyboru kołysanie miednicą, np. na piłce lekarskiej,  albo taniec.

Koniecznie zauważajmy moment, kiedy przekraczamy granice swojego zmęczenia. I raz na zawsze pożegnajmy się z hasłem „Jestem zmęczony, ale mam jeszcze coś do zrobienia, więc odpocznę sobie jutro”.

  1. Styl Życia

Ajurweda na chłody

W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Chcesz rozgrzać ciało, a jednocześnie się zrelaksować? Uwolnić od bólu i poczuć przypływ sił witalnych? Wyciszyć umysł i emocje? Wszystko to oferują zabiegi wywodzące się z ajurwedy.

Pewnie słyszałaś o trzech doszach – energiach kształtujących nasze ciała, rozróżnianych przez ajurwedę. W wielu książkach czy na stronach internetowych znajdziesz test, który pomoże ci ustalić, która z nich dominuje w twoim organizmie.  Ale niezależnie od tego, czy twoją konstytucją jest vata, pitta czy kapha, polub olej! Dlaczego? Chociażby dlatego, że równoważy doszę vata, bardzo chwiejną niemal u wszystkich. Negatywnie wpływają na nią takie czynniki, jak stres, pośpiech, nadmierny wysiłek, niedosypianie, chłód, zimne posiłki, używki, nieregularny tryb życia...

– Vata uchodzi za królową dosz. Jeśli jest w równowadze, również pozostałe uzyskują stabilny poziom – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska, nauczycielka ajurwedy. – Do tego odpowiada za starzenie się i degenerację organizmu. A krótki masaż głowy, przy użyciu minimalnych ilości oleju, działa odmładzająco.

I właśnie od takiego masażu głowy terapeutka zaczyna zwykle sesję.

Precz z amą!

– Ludzie przychodzą do mnie najczęściej zmęczeni, zestresowani, więc najpierw ułatwiam im się wyciszyć, zostawić za sobą problemy, zabieganie właśnie poprzez masaż. Pomaga też przy bezsenności, depresji, pobudzeniu nerwowym – mówi Żuk-Widmańska.

Taka „przygrywka” odbywa się na siedząco. Ruchy są energiczne, obejmują też barki. Uwaga przenosi się do ciała i można przystąpić do bardziej zaawansowanych działań, do prawdziwego rozgrzania. Choćby do sztandarowego zabiegu ajurwedyjskiego, czyli Abhyangi. Tutaj także główną rolę odgrywa olej sezamowy. I używa się go naprawdę dużo – zwłaszcza dla osób z dominującą vatą.

Ruchy terapeutki są zdecydowane, posuwiste. Do tego dochodzi rytmiczne oklepywanie ciała. W ten sposób porusza się zastałą energię i uwalnia swobodny przepływ prany. – Ten masaż nie może być delikatny, w przeciwnym razie nie spełniłby swojej funkcji – tłumaczy Żuk-Widmańska. Chodzi o oczyszczanie. – Pokarm, który trafia do naszego żołądka, zostaje w procesie trawienia przetworzony na substancje odżywcze oraz odpady. Ale według ajurwedy jest jeszcze trzecia substancja, toksyczna – ama. Podczas gdy na naturalne odpady mamy kanały wydalnicze, lepka, kleista ama odkłada się w tkankach. Dostaje się do krwi, zaczyna podróżować po ciele, gromadzi się w najbardziej osłabionych miejscach. Wywołuje nadciśnienie, bóle stawów, głowy... Żeby pozbyć się amy, trzeba ją niejako zebrać z człowieka i wtłoczyć do układu wydalniczego. Ciepły olej sezamowy, wcierany w ciało, przenika przez wszystkie siedem tkanek, rozpuszcza ją i odrywa. Oczyszczony organizm odżywa – twierdzi terapeutka.

W zależności od szkoły Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. – Przyjmuje się, że przez 35 minut nie powinno się go zmywać, żeby dotarł w głąb każdej tkanki – mówi Elżbieta Żuk-Widmańska. – Poza rozpuszczeniem toksyn ten masaż daje też rozluźnienie, ulgę przy różnych dolegliwościach bólowych i problemach układu nerwowego. Nawilża całe ciało, zostawia je z uczuciem przyjemnego ciepła. Jedyne przeciwwskazania to rany, nadciśnienie i ciąża.

Fosa i stemple

Rozgrzanie wcale nie musi się kończyć na Abhyandze. Chcesz pójść krok dalej? Pozwolić, by uzdrawiające ciepło popłynęło wzdłuż kręgosłupa? Oto Kati Vasti (kati – kręgosłup, vasti – fosa). Leżysz na brzuchu, już rozgrzana, a terapeuta przykleja ci na plecach wałek z ciasta orkiszowego w kształcie kółka. Do powstałej w ten sposób „miseczki” wlewa ciepły olej sezamowy, czasem z dodatkiem kamforowego.

Ten zabieg ma już inny charakter, jest z kolei bardzo statyczny. Ruch jest wręcz niewskazany – każda zmiana pozycji może zniweczyć misterną konstrukcję. Nieporuszona, kontemplujesz więc ciepło. Na początku temperatura jest wysoka – najlepiej taka na granicy wytrzymałości. Błyskawicznie jednak obniża się, więc terapeuta wybiera łyżką olej i ponownie napełnia „fosę”. – Wraz z wylewanym olejem usuwany jest nadmiar vaty – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska. – To skuteczny sposób, żeby się go pozbyć.

Zabieg ten jest świetny na bóle kręgosłupa, dyskopatię, rwę kulszową – zapewnia terapeutka. Leżysz tak 15–20 minut. Albo i 30. W zależności od tego, czego potrzebujesz i ile wytrzymasz w bezruchu. Niewykluczone, że zaśniesz. Potem masz utrzymać ciepło.  Zatem zrezygnuj z ambitnych planów – co najwyżej przygotuj sobie mleko z kurkumą albo wodę z cytryną. I idź do łóżka.

Jeszcze inne możliwości daje masaż sakiewkami (inaczej stemplami), Podi Kizhi (podi – proszek, kizhi – sakiewka). Podstawa to wspomniane (lniane) sakiewki, wypełnione ziołami plus olej sezamowy, choć w niektórych wypadkach stosuje się bardziej skomplikowany wywar, na bazie mleka. Najpierw kładziesz się na brzuch, terapeuta zaczyna masaż od nóg. Nawilża kolejne części ciała, po czym sięga po aromatyczne, ociekające olejem, ciepłe woreczki. Zaczyna stawiać nimi na skórze „stemple”. Rytmicznie, jeden przy drugim. Potem wykonuje nimi koliste ruchy, uciskając. Masaż przynosi ulgę przy bólach mięśni, sztywności stawów czy chronicznych bólach reumatycznych. Usuwa skutki stresu i napięcia. Poprawia krążenie, wspomaga przewodnictwo nerwowe.

Nie tylko ciało

Elżbieta Żuk-Widmańska podkreśla, że każdy zabieg dotyka wszystkich aspektów człowieka: – Piękno zabiegów ajurwedyjskich polega na tym, że wychodzą daleko poza działanie fizyczne.

Jak możesz sama wpłynąć na umysł, stosując zasady ajurwedy? Najprostsza rada dla wszystkich: smaruj się codziennie olejem sezamowym. – Codzienna auto-Abhyanga zapewnia zdrowie i długowieczność. Dobrze pamiętać, że stawy masuje się okrężnymi ruchami, a kości podłużnymi. Że ciało to również stopy, dłonie, twarz, uszy, szyja – wylicza Elżbieta Żuk-Widmańska. – Najlepiej rozpocząć od głowy, tam się wszystko zaczyna.

Elżbieta Żuk-Widmańska terapeutka ajurwedy. Wiedzę i umiejętności zdobywała w Instytucie Jiba Ayurveda w Indiach.