1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Perfekcjonizm – jak z nim żyć?

Perfekcjonizm – jak z nim żyć?

Perfekcjonista swoim podejściem do życia zamęcza siebie oraz innych. (Fot. iStock)
Perfekcjonista swoim podejściem do życia zamęcza siebie oraz innych. (Fot. iStock)
Walka ze zgubnym perfekcjonizmem zaczyna się od przezwyciężenia lęku przed nieprzewidywalnością życia. Pogodzenia się z faktem, że wcale nie musisz być doskonała. I zaufania, że kiedy odpuścisz kontrolę nad światem, on się nie rozpadnie, a ty nie znikniesz.

Jestem perfekcjonistką. Swoją potrzebę uporządkowania świata, ludzi i przede wszystkim samej siebie sprytnie ukrywam pod płaszczykiem pozornego luzu, swobodnego stylu bycia, artystycznego bałaganu w domu, w pracy, w związkach, przyjaźniach… A tymczasem prawda o mnie, tak jak o wszystkich perfekcjonistach, jest całkiem inna.

Rzadko sprzątam, bo kiedy ogarnie mnie kompulsywny szał porządków, nie pozwalam domownikom korzystać z kuchni, a brudna szklanka czy część garderoby porzucona niedbale na oparciu krzesła bezpowrotnie niszczy moją pracę i niweczy idealistyczną wizję wszechobecnego ładu. Niechętnie odstawiam samochód do myjni, bo moment, kiedy nieskazitelnie czyste opony kół dotykają brudnej ziemi, boli mnie niemal fizycznie. Godzinami opracowuję plany terapii moich pacjentów, zapisuję, w nieskończoność udoskonalając, konspekty moich tekstów i książek, w trzech kalendarzach robię plany rzeczy do załatwienia na najbliższy miesiąc. Ale życie oczywiście okrutnie drwi z mojej potrzeby doskonałości. Pacjenci w ostatniej chwili odwołują sesję albo przynoszą na terapię jakieś nowe wątki, których nie byłam w stanie przewidzieć. Każdy dzień rzuca mi pod nogi jakiś kamyczek. I z planów nici…

Pokolenie perfekcjonistów

Współczesny świat wspiera perfekcjonizm. Oszałamiające tempo życia, wszechobecność zmian, powszechnie panująca konkurencja i rywalizacja wykluczają jakikolwiek błąd, wzmacniają sztywność, precyzję, skuteczność i efektywność. Społeczeństwo jednomyślnie hoduje pokolenie robotów – nadludzi, którzy od poczęcia mają obowiązek mieć niezmienny pomysł na życie (choć wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie), wyznaczoną i skrupulatnie zaplanowaną ścieżkę kariery. Nie ma miejsca na improwizację, autentyczność czy spontaniczność – wszystko musi być dokładnie zaplanowane, przewidziane, policzone, zaszufladkowane i surowo ocenione.

Rodzina sumiennie realizuje wymagania współczesności. Dziecko ma być udoskonaloną wersją rodziców, ma obowiązek zrealizować wszystkie ich niezrealizowane plany, marzenia i aspiracje. Szkoła nie toleruje inności, indywidualizmu, ujawniania uczuć, własnych przemyśleń czy buntu. Każdy błąd jest surowo oceniany. Cena za wyłamanie się z tego systemu jest bardzo wysoka – oznacza krytykę, dewaluację i bycie wykluczonym, skazanie na życie poza nawiasem. Im mniej hojnie obdarzyła cię natura: nie dała doskonałego zdrowia, nieskazitelnej urody, odporności stali czy żelaznych nerwów, tym bardziej musisz wyrabiać w sobie perfekcyjne nawyki, bo inaczej zginiesz, świat cię nie zauważy, a bliscy wycofają miłość i akceptację.

W wydaniu perfekcjonistycznym nawet życie zgodnie z naturą przybiera postać fanatyzmu, ortodoksyjnej ekologii. Wolność, spontaniczność, autentyczność – proszę bardzo, byle pod ścisłą kontrolą, zgodnie z planem. I pod presją ogromnego lęku, że nie uda ci się być doskonalszym od Pana Boga. Bo perfekcjonista chce być lepszy niż doskonały, pragnie robić niezwykłe rzeczy, rzucać świat na kolana. To daje mu poczucie wszechmocy, pozwala skrzętnie ukryć własną słabość.

Artysta i rzemieślnik w jednym

Dorota trafiła do mnie, skierowana przez terapeutkę manualną, u której pojawiła się z powodu uporczywych migren. Bóle głowy, sztywność karku, bezsenność, napięcie w szyi – typowe dolegliwości somatyczne perfekcjonistów. Oni żyją „w głowie”, a bezustanne planowanie, kontrolowanie, intelektualna obrona przed atakiem powodują napięcia w górnej części ciała. Terapeutka pracowała z Dorotą nad normalizacją napięć w okolicach szyi i karku. Poleciła, by pacjentka ćwiczeniami wzmocniła mięśnie brzucha, co spowodowałoby rozluźnienie górnych partii. Ale nie miała świadomości, że Dorota to perfekcjonistka. Robiła 200 brzuszków dziennie i po dwóch tygodniach położyła się na stole rehabilitantki z „kamieniem” w brzuchu i pośladkach. Na jednej z sesji, kiedy pracowałyśmy z ciałem, poczułam, że tułów Doroty pokryty jest jakby stalowym pancerzem. Intuicja podpowiedziała mi, by nie rozbrajać jej ochrony, bo to mogłoby wywołać atak paniki. Kiedy razem oddychałyśmy, poczułam w głębi jej ciała mięciutki rdzeń, ruchliwy jak rtęć. Kołysząc jej ciałem w rytm naszego zintegrowanego oddechu, próbowałam delikatnie poruszyć ów rdzeń. Dorota powiedziała, że czuje się dziwnie, że trochę przeraża ją to doświadczenie. Poprosiłam, by w domu, każdego dnia, przez kilka minut, siadała na podłodze, obejmowała się ramionami i kołysała w rytm oddechu.

Po pół roku terapii Dorota stwierdziła, że chce zmienić swoje życie. Zaufała swojej „miękkiej”, autentycznej części, zrezygnowała z pracy w zachodnim koncernie i postanowiła założyć fundację wspierającą twórczość dzieci z beskidzkich wsi.

– Perfekcjoniści, którzy trafiają do mnie na terapię, to często artystyczne dusze – mówi Teresa Raczkowska, psychoterapeutka. – Na przykład jedna z moich pacjentek, malarka, zgłosiła się do mnie, kiedy lęk przed popełnieniem błędu nie pozwalał jej wziąć pędzla do ręki. Zablokowanie ekspresji twórczej było tak silne, że zapomniała, jak przyrządza się grunt pod obraz. Pacjentka pracowała również na Akademii Sztuk Pięknych. Etat, stałe pieniądze zapewniały solidne podstawy i były także przykrywką dla marzeń.

Perfekcjoniści bardzo często mają czujące serca i nadwrażliwe dusze. Ów „defekt” prawdopodobnie nakłonił w dzieciństwie ich rodziców, by trenowali dziecko do bycia doskonałym. „Możesz tworzyć te swoje bohomazy, brzdąkać na pianinie, ale zawód masz mieć solidny, bo marzeniami na chleb nie zarobisz” – to zdanie, które perfekcjonista słyszał od najmłodszych lat. Spełniając oczekiwania matki i ojca, wybrał zawód prawnika, informatyka, lekarza, a zarabiane dzięki niemu pieniądze pozwalają mu pielęgnować marzenia. Jednak perfekcjonizm nierzadko „brudzi” także marzenia: paniczny lęk przed popełnieniem błędu, bezustanne poprawki, niemożliwość zakończenia dzieła z poczuciem, że coś można zrobić jeszcze lepiej – często powoduje twórcze kryzysy.

Perfekcjonizm sposobem na chaos

Perfekcjoniści odczuwają przymus porządkowania chaosu w świecie, bo to pozwala im obniżyć lęk przed wewnętrznym nieładem. – Jeden z moich pacjentów pragnął wtłoczyć świat w swoje ramy – opowiada Teresa Raczkowska. – To była jego życiowa misja. Wieczorami szczegółowo analizował kryzys ekologiczny świata, miał do tego nawet specjalne programy. Ciągle narzekał na partnerkę, która ignorowała jego potrzebę właściwego ustawienia kubków w kuchennej szafce. Dla niego to było ważne, a ona to lekceważyła, co odbierał jako jawny dowód, że go nie kocha. Bywa, że perfekcjonista ucieka się do przemocy w stosunku do ludzi, którzy myślą, czują i zachowują się inaczej niż on.

Niestety perfekcjoniści często mają pecha w relacjach, bo oczarowują się typowymi bałaganiarzami. Ich miękka, wewnętrzna, szczelnie ukrywana przed światem część przyciąga prawdziwych luzaków, beztroskich obiecywaczy, pojawiające się i znikające meteoryty.

– On nigdy nie odpowiada na moje SMS-y, nie oddzwania, choć obiecuje, śmieszy go moja pedantyczność, bez pytania bierze moje rzeczy – żaliła się jedna z moich pacjentek. Przestała płakać dopiero wtedy, kiedy powiedziałam jej, że może właśnie dlatego go wybrała. Że być może on i jego życie w chaosie pozwolą jej ujawnić i pokochać jej spontaniczną, wrażliwą część, którą z taką determinacją ukrywa nawet przed samą sobą.

Perfekcjonizm to zewnętrzna zbroja, zgrabny, choć niewygodny pancerzyk, który pozwala grać rolę narzuconą przez rodziców, społeczeństwo. Pomaga obniżyć napięcie, zapewnia złudne poczucie bezpieczeństwa, ukrywa uczucia, przytępia ekspresję, spontaniczność, chroni przed oceną i krytyką, daje wymierne efekty. Bycie nadzwyczajną – perfekcyjną w pracy, relacjach, życiu – tuszuje wszystkie niedoskonałości, ukrywa kompleksy, pozwala zasłużyć na miłość i akceptację.

Taka osoba żyje pod ciągłą presją, bez przerwy wszystko udoskonalając, zwykle nie zdąża na czas i nigdy nie jest z siebie zadowolona, bo przecież mogłaby zrobić coś jeszcze lepiej. W środku miękka, na zewnątrz jest jak skała: nadodpowiedzialna, niezawodna, nie zna słowa: „niemożliwe”. Kiedy wieczne niezadowolenie z siebie powoduje, że zaczyna chorować albo cierpieć na depresję, bywa, że rzuca ją na drugi biegun – staje się pełna negacji: rozwala wszystko dookoła, wywołuje nadmierny chaos. „Wszystko albo nic” – staje się jej dewizą życiową. Idealny porządek albo totalny bałagan, życie pod kreskę albo na aucie. Wtedy zwykle trafia na terapię, bo ma poczucie, że przestała kontrolować swoje życie.

Dlatego jeśli – tak jak ja – chcesz oswoić swój perfekcjonizm, miej odwagę zanurzyć się w odmienny biegun, poczuć totalny luz, chaos, brak reguł. To pozwoli ci złapać równowagę, indywidualną homeostazę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie jestem doskonała. I dobrze!

Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Doskonałość osiąga się poprzez akceptację niedoskonałości, pisze w swojej książce "Living Wabi Sabi", Taro Gold. Weźmy sobie tę myśl do serca.

Wiesz, że dzięki błędom, przypadkom, awariom odkryto DNA, penicylinę, aspirynę, teflon, nylon, płatki kukurydziane? Największe osobiste odkrycia stają się naszym udziałem, kiedy umysł jest cichy, bo wtedy otwiera się dusza. To dobra wiadomość dla tych, którzy są w momencie zastoju, gorszego samopoczucia, kiepskiej formy, czy tkwią w życiowym martwym punkcie. Coś nie pozwala im działać, myśleć, planować. Taro Gold pisze, że przecież tak rzadko mamy okazję odpocząć od pracy, odprężyć się i nie myśleć. Nie usiłować poprawiać się, pracować nad sobą, krytykować się, starać, zmieniać.

"Chcę być doskonała. Chcę być silna w obliczu stresu i niepewności. Chcę być idealną partnerką dla mężczyzny, matką na złoty medal" - mamy wobec siebie takie wymagania i oczekiwania. Ale to nie jest życie. Nie ma możliwości, żeby być doskonałą. Nawet, jak chodzisz na terapię, nie za każdym razem wprowadzisz w życie to, o co się rozwinęłaś. Czasem złościmy się, frustrujemy, że w kółko od nowa odrabiamy te same lekcje. "Znowu skrzyczałam dziecko, znowu uległam szefowej, znowu próbowałam manipulować mężem, znowu nie trzymałam granic. Chcę być doskonała".

Ale właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. Bo kiedy w takim momencie zaakceptujemy się, spojrzymy się na siebie ciepło, poczujemy, że nie musimy na nic zasługiwać, coś w nas się zmieni na zawsze. Być zadowoloną z siebie, kiedy właśnie dostałyśmy awans lub mężczyzna powiedział nam komplement, to łatwe. I tak naprawdę pozorne, bo miłość własną uzależniamy od rzeczy i sytuacji zewnętrznych. To utrata wolności.

Pozwolenie sobie na bycie niedoskonałą to ulga płynąca ze zdjęcia maski. Powiedzenie nie normom społecznym i kulturowym wymaga odwagi. W świecie, w którym wypada odnosić sukces finansowy i rozwojowy, jesteśmy sobie takie, jakie jesteśmy. Z lękiem przed odrzuceniem, brakiem pieniędzy, z tłustymi włosami. Jeśli w tym momencie poczujemy się ze sobą dobrze, wygrałyśmy. I nie chodzi o to, żeby zrezygnować ze swoich marzeń i aspiracji, nie. Możesz to wszystko zrobić, ale w innej intencji niż zdobycie własnego uznania.

W stanie, w którym niewiele się w twoim życiu dzieje, kiedy wokoło jest pusto, nie masz dokąd uciec, zyskujesz dużą szansę, żeby odkryć kim naprawdę jesteś. I, obojętnie czy jesteś introwertyczką, artystką, czy chcesz wspinać się w Himalajach, przede wszystkim jesteś.

  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.
 

  1. Psychologia

Kiedy dążenie do ideału jest pułapką? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem

Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Idealny facet, idealny dom, idealna praca. Ideał rodziny, ideał matki Polki, Polaka patrioty. Ideał Miłości, Dobra, Boga... Ideały są siłą napędową naszego życia, ale też zmorą tego świata, skoro pod ich sztandarem dokonano największych zbrodni. Czy ludzkość dorosła do idealizmu? – pytamy Katarzynę Miller i Wojciecha Eichelbergera.

Wielu ludzi uważa, że oni sami, ich związki albo życie powinny być idealne. Co takie myślenie powoduje?
K.M.:
Napędza do zmian, ale może mieć aspekt dołujący – kiedy porównujemy siebie z owym ideałem. Wówczas bilans zawsze wychodzi ujemny. Taką tendencję mają osoby w dzieciństwie przez rodziców kochane „warunkowo”. Dziecko wiecznie aspiruje, próbuje dążyć do narzuconego mu wyśrubowanego ideału. Ma nadzieję, że mu się kiedyś uda zadowolić rodziców, zasłużyć na miłość. A jak wiemy, ideału nie da się osiągnąć. Tacy dorośli wiecznie żyją wizją, że będzie dobrze. Kiedyś. Kiedy już zdobędą nowe auto, nowego mężczyznę czy żonę, większy dom. I to „kiedyś” nie następuje nigdy. Są wiecznie nienasyceni i niespełnieni.

W.E.: Wielu rodziców chce być rodzicami idealnymi. A idealni rodzice muszą mieć dzieci idealne. Wtedy zaczyna się przemoc.

K.M.: Co potem my musimy odkręcać w gabinetach. Bo dziecko, które się całe życie uczyło na szóstki i udowodniło, że rodzina jest idealna, że ono jest idealnym dzieckiem, musi się jakoś pozbierać i zacząć normalnie żyć.

W.E.: Idealizm, a właściwie idealizowanie innych jest niebezpieczną postawą w stosunkach między ludźmi. W ten sposób wypieramy ze świadomości to, co w drugim człowieku trudne, negatywne, naganne. Nie chcemy z powodu tej osoby przeżywać rozczarowania, gniewu czy okazywać wobec niej dezaprobaty, więc ją idealizujemy. Żyjemy w odrealnionej relacji z odrealnioną osobą i za wszystko obwiniamy siebie.

Częstym źródłem niepowodzeń w związkach jest idealizowanie miłości. Sami sobie zadajemy wiele bólu i cierpienia niekończącym się czekaniem na idealną miłość z idealnym partnerem, zamiast zacząć żyć. Idealizujemy rodzinę. Uznajemy ją za źródło wszelkich cnót: miłości, uczciwości, wsparcia, szacunku, ciepła, patriotyzmu, a także najlepszej edukacji seksualnej. Ale w rzeczywistości sytuacja wygląda bardzo smutno.

K.M.: Najwięcej wypadków jest w domu, najwięcej morderstw w rodzinie, najwięcej przemocy, molestowania. Nie chcemy tego widzieć, więc... idealizujemy dzieciństwo. Wszyscy wzdychają, ach, cudne dzieciństwo, choć wiemy, że to bolesny czas, pełen problemów nas przerastających. Oczywiście większość to jakoś przeżywa i nawet wychodzi na prostą, ale by mówić, że to był szczęśliwy czas, należy ładnie wszystko wyprzeć.

W.E.: Idealizowanie to lukrowanie, zamiatanie pod dywan, żeby ładnie wyglądało. Taka postawa uniemożliwia trafną diagnozę, a tym samym jakiekolwiek skuteczne działanie naprawcze.

Ale idealizowanie to nie idealizm, który ma dla mnie w pierwszym odruchu pozytywne konotacje. Jest często cichym i pokornym kultywowaniem jakiegoś ważnego marzenia, które wyznacza nasz życiowy azymut. Dzieje się tak, gdy wiemy, że ideał jest nieosiągalny, ale potrzebujemy do niego dążyć. To często uruchamia nasze działania w pozytywnym kierunku.

K.M.: Postawa idealistyczna związana jest z tak zwanymi wartościami wyższymi, takimi jak honor, sumienie, miłość, wiara, wspólnota, dobro, piękno... W tym sensie można powiedzieć, że bardzo ważne jest, by ludzie mieli idee. Byli idealistami.

W.E.: Ale tu pojawiają się pułapki. Szczególnie gdy zmieniamy ideał w ideologię i zaczyna nam się wydawać, że ideał można zadekretować, z góry go ludziom narzucić i wcielać w życie. Historia jest pełna przykładów idei, które realizowane na siłę zamieniały się nieuchronnie w żałosne karykatury: na przykład komunizm, nacjonalizm, nazizm czy klerykalizm. Bo ideał bywa osiągalny jedynie w wewnętrznym, duchowym wymiarze człowieka.

K.M.: Każdy człowiek, który sobie zadaje pytanie o sens świata, życia, ociera się o idealizm. Wcześnie straciłam wiarę w katolicyzm i stałam się „materialistką”. Liczył się real, bezpośrednie doznanie. Po jakimś czasie stwierdziłam, że takie podejście mnie bardzo ogranicza. I wróciłam na łono idealizmu. W filozoficznym sensie oznacza to, że oprócz życia tu i teraz jest jakaś tajemnica, coś nieznanego, czego nie możemy dojrzeć, dotknąć. Życie z takim nastawieniem jest głębsze, szersze, wyższe. Poczułam wielką ulgę.

Ideału z założenia nie powinno się móc osiągnąć. Co by było, gdybyśmy go tak osiągnęli?
W.E.:
Nuda i bezruch nie do zniesienia!

K.M.: Śmierć za życia. Jak by to było, gdyby jedna róża kwitła wiecznie? Nie więdła. Na co nam inne róże, ogrodnictwo, starania... Jeśli ona jest zawsze, my nie mamy nic do zrobienia. Całe szczęście jest tylko idea róży, prawda? I my ją podziwiamy, chcemy, by owa idea się uzewnętrzniała ciągle i ciągle. Uwielbiam to zdanie Gertrudy Stein: róża jest różą jest różą jest różą. Piękne. Odkrywcze. Głębokie.

W.E.: Czysty zen.

K.M.: I mamy w sobie tę ideę. Wszyscy wiemy, czym jest róża. W tym sensie wszyscy jesteśmy idealistami. Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy.

W.E.: Idealizm i materializm to skrajności, które intuicyjnie odbieramy jako paranoidalnie zafałszowany obraz świata. Dlatego nazwanie kogoś idealistą brzmi lekceważąco i obraźliwie, ale także nazwanie kogoś materialistą brzmi obraźliwie i trochę groźnie.

Mnie się wydaje, że idealista mimo wszystko brzmi lepiej.
K.M.:
Bo materialista każdego wykorzysta, a idealista odda ostatnią koszulę?

W.E.: Idealizm jako skrajność, jako tendencja do przebywania wyłącznie w chmurach, nie jest dobrym sposobem na życie, odcina nas od konkretności istnienia. Z kolei materializm też pozbawia nas równie ważnego aspektu istnienia. Co nam zostaje w takim razie? Jak w jednym spojrzeniu w każdej rzeczy zobaczyć jednocześnie jedno i drugie?

K.M.: Mnie się podoba pragmatyzm i utylitaryzm. Życie pożyteczne, humanistyczne, związane z człowiekiem.

A realizm? Mówi się: bądź realistą, popatrz trzeźwo.
W.E.:
Realista też coś gubi. Bezcenną odrobinę szaleństwa, zdolność do podejmowania ryzyka, zapamiętywania się w czymś. Jak w przypowieści o budowie świątyni. Filozof się przechadza i zauważa trzech mężczyzn ociosujących kamienne bloki. Choć ociosują ten sam kamień za te same pieniądze, mają zupełnie inne miny. Pierwszy ma zaciętą twarz, wali młotem nieskładnie, z całej siły. Co robisz, człowieku?– pyta filozof. Nie widzisz? Haruję jak wół na tej budowie, żeby zarobić na chleb dla rodziny. To materialista. Drugi z wniebowziętą miną pracuje kiepsko, bo popatruje w niebo, a nie na dłuto. A co ty robisz? – pyta filozof. Jak to, nie widzisz? Buduję Dom Boży. To idealista. Trzeci ze spokojem i uwagą ciosa kamień. A co ty robisz? Po prostu ociosuję kamień – odpowiada.

A to kto?
W.E.:
To ten, który przekracza materializm i idealizm z pełnym zaangażowaniem, oddając się całym sobą temu, co robi. Nie idealizuje, nie dewaluuje, nie racjonalizuje swego działania. Nie oddziela siebie od tego, co robi.

K.M.: Niebezpieczne jest to, że idee rodzą się w głowie, głowę mamy natomiast wysoko ponad wnętrznościami, bardzo często więc między tym, co myślimy, a tym, co czujemy, nie ma kontaktu. Jest dużo ludzi typu „pierwsi od moralności”, którzy potępiają wolne związki, a sami zdradzają partnerów. Nie ma konsekwencji między ich poglądami a czynami. Idea zasłania i usprawiedliwia wszystko. To rozszczepienie.

W.E.: Pewien student zapytał pewnego razu wykładowcę filozofii: Czy pan jest szczęśliwy? Czy filozofia przyniosła panu szczęście? - Kolego, czy widział pan kiedyś, żeby drogowskaz szedł drogą, którą wskazuje? – odpowiedział wykładowca. Można i tak. Ale czyż nie lepiej być wędrowcem niż tylko drogowskazem?

K.M.: Gdy ktoś z założenia nie idzie drogą, którą wskazuje, to czysty cynizm.

W.E.: Choć paradoksalnie lepszy bywa cynik, który jest ze sobą w kontakcie, bo można do niego jakoś dotrzeć, przekonać go do zmiany zachowań, niż idealista, który jest zupełnie rozszczepiony. Tak jak pewien nasz polityk, który powiedział o sobie, że jest samym dobrem.

K.M.: To czyste zakłamanie. Prawdziwsze jest stwierdzenie, że mamy w sobie i diabła, i anioła. A jeszcze pośrodku zwykłego człowieka, bo przecież nie wszystko w nas jest czystym złem albo dobrem. Mamy w sobie sporą szarą strefę normalności. Człowiek, który sobie nie zdaje sprawy z tego, że ma w sobie potencjał zła, nie chce tego o sobie wiedzieć, jest niebezpieczny. Bo kiedy owo zło czyni, wypiera to.

W.E.: Takiemu „idealiście” wydaje się, że wszystko, co robi w imię idei, jest dobrem.

Zbrodnie religijne mają takie właśnie podłoże.
W.E.:
Inkwizycja, wyprawy krzyżowe, wojny religijne, nawracanie, rewolucje moralne i kulturowe – to nic innego jak mordowanie milionów ludzi w imię zideologizowanego, paranoidalnie wykoślawionego dobra. Utopijne ideologie są przekleństwem naszego świata. Taka pseudoideowość w sposób nieunikniony zamienić się musi w cynizm. Bo zabijając i krzywdząc innych, czyli czyniąc zło w imię idei dobra, demoralizujemy się i jak powietrza potrzebujemy cynicznych i paranoidalnych uzasadnień naszego postępowania.

K.M.: W dodatku nadal mamy na ustach i sztandarach miłość, miłosierdzie, Boga, postęp...

W.E.: W psychiatrii „idealizm” nazywa się ideą nadwartościową. Człowiek, który się nią kieruje, ma niczym niezachwiane poczucie racji i misji. Jego decyzje i zachowania nie podlegają żadnej dyskusji i nie poddają się żadnej korekcie. To z takiego stanu umysłu rodzą się wszelkie fanatyzmy i fundamentalizmy.

K.M.: Dlatego lgną do nich umysły proste, które chcą się czymś posłużyć, podeprzeć, a nie musieć argumentować, słuchać, rozumieć, widzieć.

Tęsknota za prostym rozgraniczeniem, że tak znaczy tak, a nie oznacza nie, bez światłocienia, przydarza się każdemu...
W.E.:
Świadomy człowiek wie, że to niespełniony ideał. Ale dla wielu ludzi kuszące jest najprostsze rozwiązanie w świecie pełnym niejednoznaczności, coraz bardziej skomplikowanym. Można z góry wiedzieć, co dobre, a co złe, przestać myśleć i czuć i pozbyć się niewygodnego przecież sumienia.

K.M.: Mój szef mawiał na to: cztery cegły w głowie i do tego ułożone w kwadrat. Żadna zmiana nie jest możliwa. Taki idealizm jest maczugą albo kijem bejsbolowym ego. Ideą przez łeb i koniec. W dodatku trup ma się słać gęsto. Aż sami zostaniemy na tym polu.

W.E.: Pewien generał, który zdobywał ostatnią twierdzę katarów, przybiega do biskupa i pyta: Jak odróżnić naszych od katarów? A duchowny na to: Zabijajcie wszystkich, Pan Bóg ich odróżni.

K.M.: To przykład największego niebezpieczeństwa drzemiącego w idealizmie. Pychy. Człowiek o niskim poczuciu wartości i dużym potencjale wielkości jest w stanie utożsamić się z ideą i uznać siebie za proroka, wysłannika.

W.E.: Wręcz za uosobienie idei, za jej czystą emanację. Wtedy tragedia gotowa. Zawsze znajdą się inni opętani, którzy się podłączą i pójdą „czynić dobro”, naprawiać gwałtem świat i innych.

Dlaczego świat się temu poddaje?
K.M.: Bo gdy ktoś idzie przebojem, machając pałą, zwykle zdąży zrobić wiele złego, zanim ci wszyscy pełni wątpliwości i pytań pozbierają się wewnętrznie i staną do walki. Chodzi o to, że ci, którzy myślą, zadają pytania, są w innym miejscu niż ci, którzy znają wszystkie odpowiedzi. Ci drudzy nie tracą energii i czasu na dywagacje i rozważania. Oni działają i nie mają wątpliwości.

Co możemy zrobić?
K.M.: Uratujemy się, jeśli będziemy sobie zdawać sprawę, że idee są jedynie lampami, które świecą z wysoka i oświetlają nam drogę, nie są celem ostatecznym.

W.E.: Gwiazdy marzeń i ideałów są po to, aby wyznaczały kurs, a nie po to, aby je chwytać, przywłaszczać sobie i więzić. Gdy w wystarczającym stopniu zrealizujemy nasz ideał w swoim wewnętrznym świecie, to wiele z tego, co wydawało się nam dotąd zwykłe, banalne, trudne i wymagające natychmiastowej zmiany, ukaże swoje idealne oblicze.

  1. Psychologia

Psychoterapia – od czego zacząć? Kiedy warto skorzystać z pomocy?

Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu terapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu psychoterapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Jakie uczucia, emocje są ewidentnym wskazaniem do psychoterapii? Kiedy powinna zapalić się „czerwona lampka”? Po pomoc psychologiczną warto się zgłosić, gdy odczuwamy jakiś rodzaj subiektywnego cierpienia, gdy emocje, myśli czy zachowania utrudniają nam codzienne funkcjonowanie, obniżają jakość życia, a dotychczasowe metody radzenia sobie z trudnościami nie przynoszą ulgi lub wręcz nasilają problemy.

Niestety, wciąż o wizycie u psychologa czy psychoterapeuty myślimy w kategoriach „nie mam wyjścia, muszę iść”. Przecież do innych specjalistów zapisujemy się z reguły, gdy coś nas niepokoi, jest inne niż dotychczas, jakoś zmienione, a nie, gdy są już ewidentne wskazania.

Z czym ludzie najczęściej zgłaszają się do gabinetu psychoterapeuty? Najczęściej zgłaszają się z trudnościami w relacjach z innymi, w relacji z samym sobą. Miewają trudności w nawiązywaniu, pogłębianiu czy utrzymywaniu bliskich, satysfakcjonujących relacji, czują się nierozumiani, nieakceptowani, niedoceniani, źle traktowani i to prowadzi do jakichś konsekwencji: kłótni, złości, smutku, wycofywania się z relacji.

Miewają trudność z wywieraniem nadmiarowej presji na siebie i/lub innych, z akceptacją jakichś aspektów siebie i/lub innych. Niektórym bardzo trudno pogodzić się ze stratą. Zgłaszają się z brakiem umiejętności konstruktywnego radzenia sobie z emocjami, z napięciem (np. w sytuacji kryzysu). Są i tacy, którzy próbując radzić sobie z cierpieniem, korzystają z niekonstruktywnych metod, takich jak uzależnienia, czy przygodny, ryzykowny seks.

Niektórzy czują się gorsi od innych, niewarci miłości, brakuje im chęci do życia. Miewają też objawy utrudniające codzienne funkcjonowanie: ataki paniki, natrętne myśli, fobie, tiki, trudności ze snem, różnego rodzaju bóle, drętwienia czy dolegliwości układu pokarmowego.

Co tak naprawdę psychoterapia ma nam dać? Czego możemy oczekiwać? Wiele osób ma mylne wyobrażenia na ten temat. Poza możliwością „wygadania się” w bezpiecznych, nieoceniających warunkach, kiedy to przez 50 minut cała uwaga skierowana jest na klienta, co – warto podkreślić – już jest ważnym czynnikiem leczącym, psychoterapia daje możliwość zwiększenia świadomości swojego funkcjonowania (lepszego poznania siebie). Terapia daje również szansę do szukania nowych, przynoszących więcej korzyści metod radzenia sobie, podejmowania bardziej świadomych i wynikających z wyboru decyzji, a co za tym idzie zmniejszenia odczuwanego cierpienia.

Często pacjenci myślą, że psychoterapeuta powie im jak żyć, poda gotowe rozwiązanie, „uleczy”. Czy zdają sobie sprawę, że sami muszą wykonać dużo pracy? Rzeczywiście, część klientów spodziewa się wizyty, która będzie przypominała tę u lekarza - ja powiem co mi jest, a psychoterapeuta powie mi, co mam z tym zrobić, aby było mi lepiej i po kilku spotkaniach trudność zostanie rozwiązana. Nie mają wyobrażenia, że to jest droga, której przejście często zajmuje kilka, kilkanaście miesięcy. I nie ma co się dziwić, nie mają obowiązku wiedzieć, na czym psychoterapia polega. To dość naturalne, że przychodzą w cierpieniu i z oczekiwaniem, że ono zniknie. To jest zadanie dla psychoterapeuty, aby edukować, urealnić oczekiwania, starać się zrozumieć trudności tej osoby i wspólnie z nią ustalić terapeutyczne cele do pracy.

Klienci przychodzą z objawami i nadzieją, że zadzieje się coś, co sprawi, że te objawy znikną. Często dysponujemy różnymi poznawczo-behawioralnym narzędziami, pozwalającymi zmniejszyć trochę ich dotkliwość. Niemniej to tylko wierzchołek góry lodowej i stosunkowo powierzchowna praca. Dlatego w toku rozmów staramy się ustalić mechanizmy trudności oraz ich źródła - jak one się ukształtowały. Mając takie szersze rozumienie możemy danej osobie zaproponować pracę nad przyczyną jej trudności. Jeśli klient będzie nią zainteresowany, wspólnie ruszamy w podróż, jaką jest psychoterapia. Za jej plan i wskazywanie drogi w kierunku celu odpowiedzialny jest terapeuta. Za wykonanie pracy nad zmianą - klient.

Na czym polega ta praca, którą człowiek wykonuje podczas trwania psychoterapii? Jest to zależne od tego, z czym się zgłasza i jakie są przyczyny trudności. Ogólnie rzecz ujmując: na zaopiekowaniu się krzywdami z przeszłości, przepracowaniu śladów minionych doświadczeń.

Bardzo ważnym elementem pracy terapeutycznej jest zwiększenie świadomości natury swoich problemów, a także wysiłek działania wbrew swoim dotychczasowym mechanizmom.

Coraz więcej osób ma teraz dolegliwości psychosomatyczne. Czy dzięki terapii widać poprawę stanu zdrowia? Objawy w ciele, o ile wykluczono podłoże medyczne, mogą być efektem trudności psychologicznych. Somatyzacja to nieświadome generowanie objawów fizycznych. Wyraża cierpienie psychologiczne, które z różnych powodów trudno wyrazić w bardziej jawny sposób. To taki mechanizm obronny, polegający na nieświadomym przekierowaniu wypartych uczuć w objawy fizyczne (forma symbolicznej komunikacji).

Wracając do mojej metafory góry lodowej, jest to objaw widoczny nad powierzchnią wody. Praca psychoterapeutyczna polega na odkryciu, co jest pod jej powierzchnią i przepracowaniu przyczyn, które powodują taki efekt. W wyniku psychoterapii jest możliwe poradzenie sobie z dolegliwościami psychosomatycznymi.

Załóżmy, że osoba podjęła już decyzję o rozpoczęciu psychoterapii. Od czego powinna zacząć? Znaleźć psychoterapeutę, czy może nurt, w którym chce pracować? Myślę, że każdy z tych pomysłów jest dobry. Każdy z nas, w zależności od sposobu swojego funkcjonowania, swoich potrzeb, preferencji, dotychczasowych doświadczeń - wybierze dla siebie inną metodę selekcji. I to jest ok.

Warto na pewno zwrócić uwagę, aby psychoterapeuta, do którego się zapisujemy miał odpowiednie wykształcenie. Psychoterapeuta nie musi być psychologiem, ważne jednak, aby ukończył lub był w trakcie pełnego, 4-letniego szkolenia psychoterapeutycznego w szkole spełniającej standardy PRP lub EAP, akredytowanej przez PTP czy PTTPB. Ważne również, aby psychoterapeuta poddawał swoją pracę stałej superwizji, uczestniczył w kursach, szkoleniach i konferencjach branżowych.

Jakie nurty mamy do wyboru w psychoterapii i co je wyróżnia? Nurt psychoanalityczny wywodzi się z teorii Freuda i polega na odkrywaniu nieświadomych mechanizmów funkcjonowania i przenoszeniu ich do świadomości. Terapeuta pracuje głównie na przeniesieniu, czyli przekierowywanych na niego emocjach związanych z innymi osobami oraz przeciwprzeniesieniu, czyli emocjach, jakie pacjent w nim wywołuje. Jest to psychoterapia długoterminowa, często odbywa się w rytmie dwóch sesji w tygodniu. Psychoterapeuta mówi niewiele, nie jest dyrektywny.

Nurt psychodynamiczny również polega na poznaniu mechanizmów własnych zachowań i ich wpływu na codzienność, szczególny nacisk kładzie się na relację terapeutyczną. Pojawia się tu nieco więcej dialogu z pacjentem, psychoterapeuta pełni rolę korektywnego obiektu.

Psychoterapia Gestalt zakłada, że źródłem trudności są niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby. Skupia się na budowaniu świadomości siebie oraz tego, co zaburza klientowi kontakt ze światem, będąc tym samym źródłem jego cierpienia. Jak każde podejście humanistyczne, akcentuje podmiotowość klienta i stawia go na równi z terapeutą.

W nurcie systemowym trudności klienta rozumiane są jako objaw konfliktów i problemów występujących w systemie rodzinnym (w rozumieniu: rodzina pochodzenia, związek, małżeństwo, własna rodzina). Psychoterapeuta strata się zrozumieć sposób funkcjonowania całego systemu i funkcję, jaką pełnią w nim objawy. W psychoterapii uczestniczy jedna osoba, para lub cała rodzina.

Nurt poznawczo-behawioralny (CBT), najbardziej dyrektywny i ustrukturalizowany - korzysta z wystandaryzowanych protokołów, które służą do modyfikacji myślenia i zachowania. Skupia się na teraźniejszości, identyfikacji wzorców, zależności pomiędzy myślami, emocjami i zachowaniami oraz na rozwiązaniu problemu. Nurt ten przechodzi ostatnio sporo zamian, tzw. trzecia fala uzupełnia ten sposób myślenia o doświadczenia z innych nurtów, m.in. humanistycznych. W ten sposób powstała m.in. terapia schematów (TS), terapia akceptacji i zaangażowania (ACT), terapia dialektyczno-behawioralna (DBT) czy terapia skoncentrowana na współczuciu (CFT).

Nurt integracyjny wykorzystuje techniki i metody wszystkich nurtów, dobiera się je do potrzeb klienta.

Czy nie jest tak, że na poszczególne problemy zaleca się konkretny nurt? Jak długo trwa psychoterapia w poszczególnych nurtach? Nie każdy psychoterapeuta pracuje ze wszystkimi trudnościami. Część problemów wymaga od terapeuty dodatkowego przeszkolenia, jak np. terapia uzależnień czy terapia par. Jeśli mamy jakąś hipotezę na temat tego, co nam dolega lub mamy diagnozę od psychiatry, na pewno warto zapytać psychoterapeutę czy pracuje z taką trudnością. Jeżeli jednak nie potrafimy tego samodzielnie określić, to pierwszych kilka spotkań terapeutycznych jest właśnie po to, aby w tym pomóc. To jest czas, w którym zarówno klient ma szansę zobaczyć czy ten psychoterapeuta, jego osobowość i sposób pracy są dla niego ok, czy czuje się przy nim dobrze, jak i psychoterapeuta ma okazję rozeznać się nieco w tym, jak wygląda ta góra lodowa pod powierzchnią wody i czy ma on odpowiednie kompetencje do tego, aby pomagać i prowadzić taką psychoterapię. Jeśli nie, na pewno podpowie, gdzie warto udać się po dalszą pomoc - czy to do innego specjalisty, czy to do innego psychoterapeuty, który będzie umiał skuteczniej pomagać.

Nurty psychoterapeutyczne różnią się między sobą sposobem myślenia, konceptualizowania trudności i wykorzystywanymi technikami pracy. Badania pokazują, że efektywność psychoterapii w mniejszym stopniu zależy od nurtu pracy, a w większym od relacji terapeutycznej.

Czas trwania psychoterapii uzależniony jest od wielu czynników, obecnie chyba wszystkie nurty proponują pracę zarówno krótkoterminową, czyli ok. 12-20 spotkań, jak i długoterminową, czyli ok. roku, dwóch, a nawet trzech lat.

Po czym poznajemy, że trafiliśmy na właściwego psychoterapeutę? Po tym, jak czujemy się w relacji z nim - czy w miarę bezpiecznie, swobodnie i komfortowo, czy mamy poczucie, że możemy powiedzieć o wszystkim, kiedy będziemy na to gotowi. Rozmawiając o ciężkich dla nas doświadczeniach trudno, aby było nam miło i przyjemnie, ale ważne jest, aby czuć się wysłuchanym, rozumianym, akceptowanym, szanowanym. Dobrze mieć poczucie, że psychoterapeuta jest na mnie uważny, skupiony na mnie, stara się mnie rozumieć, jest moim sojusznikiem i działamy we wspólnej sprawie.

A jeśli mamy wątpliwości – to przez jak długi okres dawać tej relacji szansę? Czasem już po jednym spotkaniu, jak po pierwszej randce, wiemy, że nic z tego nie będzie. Wtedy nie warto kontynuować. Taka pierwsza faza psychoterapii - faza konsultacji - z reguły trwa od trzech do pięciu spotkań. Jest to czas na wstępne rozpoznanie trudności klienta i postawienie celów do dalszej pracy terapeutycznej. Czas, w którym omawiamy: nad czym klient chciałby pracować, co jest możliwe do pracy, na co możemy się umówić, a na co nie i czy klient widzi w tym sens. Jeśli tak, podejmuje decyzję o podjęciu psychoterapii.

Co w sytuacji, gdy osoba ma już depresję lub zaburzenia psychiczne i bierze leki psychotropowe? Czy wówczas o psychoterapii decyduje psychiatra? Decyzja o podjęciu psychoterapii zawsze należy do klienta. Nawet jeśli psychiatra, neurolog czy internista sugeruje lub wręcz kieruje na terapię, to klient podejmuje ostateczną decyzję. Spotkania konsultacyjne z psychoterapeutą są czasem wstępnego rozpoznania trudnościach i często pomagają klientowi zobaczyć,czy widzi w takiej pracy jakiś sens dla siebie, czy dostrzega, w czym ona mogłyby mu pomóc.

Najlepsze efekty w leczeniu depresji i wielu innych zaburzeń osiąga się łącząc leczenie farmakologiczne, czyli wizyty u psychiatry, z psychoterapią, czyli regularnymi, cotygodniowymi lub częstszymi spotkaniami z psychoterapeutą.

Czy dla osób będących pod opieką psychiatry polecane są jakieś szczególne rodzaje psychoterapii? Nawet w szpitalach psychiatrycznych pracują psychoterapeuci wszystkich nurtów.

Wiele osób, szczególnie w czasie pandemii, sięga po leki uspokajające i antydepresyjne? Czy ma to wpływ na przebieg psychoterapii? Leki wpływają na funkcjonowanie człowieka, taka jest ich funkcja. Zawsze należy brać je pod opieką lekarza psychiatry i zgodnie z jego zaleceniami. W takim przypadku z reguły ułatwiają przebieg procesu psychoterapeutycznego, choć nie zawsze są niezbędne do tego, aby poradzić sobie z trudnościami. Niejednokrotnie psychoterapia jest wystarczająca. Niejednokrotnie też leki są wręcz niezbędne, aby móc pracować terapeutycznie albo też, w przypadku cięższych zaburzeń czy chorób psychicznych, psychoterapia jest jedynie działaniem wspomagającym leczenie psychiatryczne.

Leki przyjmowane niezgodnie z zaleceniami albo też leki na receptę przyjmowane bez odpowiedniego nadzoru lekarza mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać proces terapeutyczny. Jeśli przyjmowanie leków ma charakter nałogowy, niezbędna jest pomoc terapeuty uzależnień.

Jak pandemia wpłynęła na jakość psychoterapii? Mam na myśli psychoterapię online. Znam terapeutów, którzy zrezygnowali z tej formy prowadzenia psychoterapii. Zresztą sami pacjenci nie chcieli jej dłużej kontynuować… Spotkania online mają swoje ograniczenia, ale badania pokazują, że psychoterapia online jest równie skuteczna jak ta prowadzona tradycyjnie, w gabinecie. Nic nie zastąpi kontaktu bezpośredniego, niemniej dla wielu klientów to jest jedyna możliwa forma korzystania z pomocy, nie tylko w dobie pandemii. Całe szczęście, że technologia dalej nam takie możliwości.

Warto przy tym zadbać, aby spotkania online możliwie najbardziej przypominały spotkania w gabinecie - odbywały się w formie rozmowy z kamerą i aby obie strony mogły się wzajemnie widzieć i prowadzić rozmowę w komfortowych warunkach – umożliwiających skupienie, zapewniających dyskrecję, swobodę wypowiedzi, bez udziału osób trzecich, za zamkniętymi drzwiami, bez konieczności trzymania telefonu w ręce, przy zminimalizowanej liczbie rozpraszaczy.

Trudno mi sobie wyobrazić psychoterapię w postaci rozmowy telefonicznej bez kamery, wymiany maili czy czatu. Choć są to czasem skuteczne narzędzia do przeprowadzenia interwencji kryzysowej.

Kiedy wiadomo, że psychoterapia dobiega końca? Psychoterapia zakończona sukcesem to taka terapia, w której udało się osiągnąć założone cele - te postawione na początku psychoterapii, jak i te, które pojawiły się w trakcie jej trwania (o ile się pojawiły). Z reguły klient czuje większy spokój, mniej cierpienia, ma mniej ważnych spraw do omówienia, ma poczucie, że umie sobie radzić z nimi samodzielnie. Chwali się swoimi sukcesami, z zadowoleniem opowiada o nowych sposobach reagowania.

Wtedy wspólnie przyglądamy się, jakie mieliśmy cele, co się udało osiągnąć i w jakim stopniu. Zastanawiamy się, czy jest coś jeszcze, czego klient by potrzebował, w czym psychoterapeuta może mu służyć. Jeśli tak - stawiamy sobie cele do dalszej pracy, jeśli nie - kończymy na tym etapie nasze spotkania.

Niektórzy pacjenci mają wątpliwości, czy powinni pójść na psychoterapię do mężczyzny, czy do kobiety. Naprawdę jest jakakolwiek różnica? W jakich sytuacjach płeć rzeczywiście ma znaczenie? Częściej to wynika z indywidualnych preferencji klienta, przy kim czuje się swobodniej, bezpieczniej, lepiej. Zdarzają się przypadki, w których płeć psychoterapeuty może coś klientowi ułatwiać bądź utrudniać. Może tak się zdarzyć, że psychoterapeuta zasugeruje pracę z osobą innej płci, nie jest to jednak częste.

Psychoterapie grupowe to temat na osobną rozmowę. Zapytam więc tylko: w jakich przypadkach są one bardziej wskazane niż psychoterapie indywidualne? Myślę, że mniej to jest związane z konkretną trudnością czy zaburzeniem, a bardziej z indywidualnym sposobem funkcjonowania jednostki i tym, co jej najbardziej posłuży.

Psychoterapia grupowa bywa bardzo pomocna dla osób doświadczających trudności w relacjach międzyludzkich i społecznych, którym trudno jest inicjować czy budować satysfakcjonujące relacje. Daje wiele okazji do eksperymentowania. Niemniej bywa też, że właśnie z tego powodu jest zbyt dużym wyzwaniem.

Psychoterapia grupowa sprawdza się ponadto w terapii uzależnień, zaburzeń osobowości, zaburzeń odżywiania czy depresji.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Styl Życia

Odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Rozmowa z nauczycielką jogi Yin Julitą Skórską

Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem – mówi nauczycielka jogi Yin Julita Skórska.

Yin i yang to w powszechnej świadomości energia żeńska i męska. Choć są inne, to każda z nich uzupełnia i równoważy drugą. Czy powinniśmy je utożsamiać z kobietą i mężczyzną? Czy chodzi tu raczej o pierwiastek męski i żeński, obecne w każdym z nas – Jungowskiego animusa i animę?
Koncepcja yin i yang pochodzi z filozofii chińskiej. Jung dla zachodniego odbiorcy stworzył koncepcję animy i animusa. Obie mówią o tym samym: o przeciwstawnych siłach, które nie są jednak w walce czy kontrze do siebie, tylko się uzupełniają, a jedna bez drugiej nie może istnieć. Tak jak cień, który, by istnieć, potrzebuje słońca, tak jak zimno, które do tego, byśmy je odczuli, potrzebuje ciepła. Energia yin kojarzy nam się z energią kobiecą, a yang – z męską, i słusznie, ale tu nie chodzi tylko o podział na płcie, lecz także o cechy przyrody czy charakteru, które się z tymi energiami łączą.

Yin to odpuszczanie, poddawanie się, bierność – podczas zajęć z jogi yin głównie leżymy w określonej pozycji i przyglądamy się temu, co się w nas dzieje. Yang to z kolei działanie, wychodzenie, przejmowanie inicjatywy – w czasie jogi yang mobilizujemy i rozgrzewamy mięśnie. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, ale też smutek, chłód. Yang to dzień, słońce, ziemia, radość i ciepło. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć i do obu mieć dostęp. Wiedzieć, kiedy powinniśmy działać, a kiedy odpoczywać lub zrezygnować z walki. I pamiętać, że bez działania nie docenimy odpuszczenia, a bez bierności – nie docenimy działania. I tak samo jest w jodze Yin&Yang. Przełączamy się w niej z rozluźnienia w działanie, i z powrotem. Czyli doceniamy pracę mięśniową, w której stoimy i się rozgrzewamy, jak i pracę odpuszczającą, w której leżymy i nie zastanawiamy się, czy mamy coś poprawić albo zmienić.

Ale po co iść na jogę, na której leżysz i nic nie robisz?
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Tak w życiu, jak i w jodze osiągamy to poprzez pracę bardziej tkankową, powięziową. Nie używamy mięśni, więc ich nie blokujemy, nie są rozgrzane, a my możemy wejść głębiej – na poziom tkanek łącznych. Wtedy dochodzi do masowania organów wewnętrznych, do oczyszczenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym. Często obserwuję to na zajęciach – coś ustępuje i nagle pojawiają się łzy albo nowe rozwiązania problemów – właśnie dlatego, że podeszliśmy do nich w inny sposób. Zwykle myślimy, że coś zdziałamy, gdy będziemy przeć do przodu – tymczasem często coś może udać się właśnie dlatego, że nic nie zrobimy.

A czy my też jesteśmy bardziej yin abo yang?
Każdy z nas ma w sobie obie energie, ale jedna z nich jest bardziej charakterystyczna. Astrologia dzieli nawet znaki zodiaku na te bardziej yin i yang. Yin to: Byk, Rak, Panna, Skorpion, Koziorożec i Ryby. Yang: Baran, Bliźnięta, Lew, Waga, Strzelec i Wodnik. Ale też nie namawiam do określania się wyłącznie przez znak zodiaku. Lepiej poobserwować siebie – w życiu, ale i na macie. Jeśli mamy więcej energii do działania, takiej skierowanej na zewnątrz – to prawdopodobnie przeważa u nas energia męska. Jeśli jesteśmy skierowani raczej do wewnątrz, refleksyjni  – bliżej nam do energii żeńskiej. I to niekoniecznie musi się pokrywać z naszą płcią. Jeśli jesteśmy bardziej yin, przyda nam się od czasu do czasu trochę więcej energii yang – i odwrotnie.

A jeżeli pozycje odpuszczające, bardziej bierne, nas uwierają czy denerwują?
To znaczy, że mamy je częściej wykonywać, pod warunkiem że nie pojawia się ból. Trzy główne zasady praktyki Yin to: wejdź do pozycji do momentu, w którym ciało zaczyna stawiać opór; pozostań w bezruchu; wytrzymaj przez jakiś czas i obserwuj (zwykle 3–5 minut w zależności od pozycji). Na przykład ja jestem zdecydowanie yang, choć mój znak zodiaku wskazywałby na yin. Na początku miałam problemy z pozycjami yin, nie potrafiłam w nich wytrzymać bez ruchu ani odpuścić gonitwy myśli. Za każdym razem, gdy odpuszczałam, pojawiała się chęć, by jednak coś zmienić, poprawić. Mam tak też w życiu. Lubię działać, rozwiązywać problemy w sposób aktywny, próbować nowych rzeczy. Ale przecież nie można w kółko czegoś zmieniać. Dlatego joga Yin bardzo mi służy i już się z nią polubiłam. Jestem pewna, że dla wielu osób może to być bardzo ciekawe doświadczenie. W jodze Yin nie ma czegoś takiego jak doskonała pozycja, nie ma dociskania i poprawiania.

Energia yang mobilizuje ciało, ale może też tworzyć w nim blokady. Skoro mamy działać, to spinamy się, by przygotować się do tego działania.
Właśnie, a yin pomaga zobaczyć, co jest pod tym spięciem. Jakie emocje się pojawiają: irytacja, złość, a może smutek, tęsknota czy bezradność?

Nie lubimy bezradności.
Ale jeśli będziemy ciągle spięci, to nigdy się do niej nie dogrzebiemy. Oczywiście nie ma sensu zanurzać się w bezradności na długo. Kiedy rozpoznamy, skąd się bierze, będziemy mogli się jej pozbyć poprzez rozluźnienie w pozycji. I to jest właśnie działanie w niedziałaniu. To, która energia w nas dominuje, możemy nawet sprawdzić, przyglądając się swojemu ciału. Nasza prawa strona jest męska, a lewa – żeńska. Jeśli w jakiejś pozycji czujemy, że jedna ze stron jest słabsza, jest to dla nas wskazówką, że właśnie ta strona, ta energia wymaga przyjrzenia się jej.

Nie masz wrażenia, że do niedawna nasz świat był bardziej yang – goniący do przodu, aktywny, ciągle coś stwarzający? Pandemia zmusiła nas do wejścia w bycie yin: czekanie, odpuszczanie, wchodzenie w głąb siebie.
Może tak naprawdę pandemia jest początkiem ery yin, ery odpuszczania? No bo co możemy zrobić? Jesteśmy zamknięci w domach, oddzieleni od bliskich, czasem też bez pracy. Nasze plany stały się nieaktualne. Im większa irytacja się pojawia, tym bardziej trzeba sobie pozwolić na odpuszczenie.

Yin to też pierwiastek kobiecy – coraz częściej słyszymy, że wchodzimy w erę kobiet.
To zdecydowanie jest era żeńskiej energii. Kobiety przewodzą, ale to nie zawsze oznacza, że działają, czasem chodzi o przewagę kobiecego myślenia, wrażliwości czy też właśnie kobiecej energii. Yin to intuicja, yang to rozum. Wielu z nas odkrywa teraz większy dostęp do tej bardziej intuicyjnej, duchowej części siebie. Nam, kobietom, może się wydawać, że nie musimy zagłębiać się w energię kobiecą. Ale może właśnie jest ona przez nas zaniedbana, zdominowana przez nadmiar energii męskiej. Może zapominamy o odpoczynku, może nie słuchamy swojego wewnętrznego głosu?

A może nie widzimy w poddaniu się czy bierności siły?
To jest zupełnie inna siła, poddanie nie musi oznaczać przegranej. To raczej świadomość tego, kiedy trzeba się wycofać, by nie tracić energii na rzeczy niezależne od nas. A kiedy nie trwonimy energii, mamy jej więcej. Oczywiście nadmiar yin też nie jest wskazany. Kiedy zamykamy się w sobie, nie słuchamy i nie dostrzegamy innych – nie realizujemy się w pełni i nie jesteśmy w harmonii ze sobą i światem.

Nie mogę nie spytać o ważny element twoich zajęć, a mianowicie zapachy i dźwięki...
Jestem bardzo wrażliwa na zapachy, wprowadzam je na zajęcia w postaci olejków eterycznych, kadzideł, świec zapachowych. Z olejków najczęściej stosuję lawendę, eukaliptus i goździki, z kadzideł – głównie te o zapachu drzewa sandałowego. Z kolei dźwięk to już osobna historia. Jako dziecko śpiewałam w chórze i tańczyłam. Odkryłam tę pasję na nowo podczas jogi. Zajęciom, które prowadzę, zawsze towarzyszy odpowiednio dobrana muzyka, dodatkowo używam mis tybetańskich oraz dzwoneczków Koshi w tonacji odpowiadającej żywiołowi powietrza. Jego właściwości to rozwijanie kreatywności i koncentracji, rozbudzanie abstrakcyjnego myślenia. Te dzwoneczki zostały mi podarowane i dobrane do mojej osobowości, dlatego ze mną rezonują. Ale tonacje dzwoneczków przypisane są również do pozostałych żywiołów: wody –emocje, intuicja, harmonia, czułość i opiekuńczość, ziemi – stabilizacja, siła i wytrwałość, oraz ognia – miłość, energia życiowa i odwaga. Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje. Z kolei wibracja mis tybetańskich wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, usuwa blokady energetyczne, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny. Każdy reaguje i przeżywa ich brzmienie inaczej – i to jest piękne. Oczywiście można prowadzić zajęcia jogi Yin bez tych dodatków. Traktuję je jako mój prezent dla uczestników.