1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Znaczenie słów

Znaczenie słów

123rf.com
123rf.com
Podświadomość nie zawsze rozumie wypowiadane przez nas słowa dokładnie tak samo jak my. Alicja M. Bednarska, doradca rozwoju osobistego, tłumaczy, jak słowa programują naszą podświadomość

Drażni mnie, gdy ktoś mówi, że coś „powinnam”. Z czego to wynika?A co niesie ze sobą „powinnam”? Tak się składa, że abstrahując od etymologii, od jakichkolwiek językoznawczych rozważań – w samym słowie zawarte jest pojęcie winy. Jeżeli „powinnam”, to jestem winna, bo jeszcze tego nie zrobiłam, być może ociągam się, zaniedbuję coś. Idąc dalej: skoro coś powinnam zrobić, a tego nie robię, to muszę się w jakiś sposób ukarać – choćby nie najlepszym samopoczuciem.

Samo słowo „wina” wciąż odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Postrzegamy świat w kategoriach winy – wystarczy, że jakaś drobna rzecz ułoży się nie po naszej myśli, szukamy winowajcy.

To zawdzięczamy w dużej mierze praktykom kościelnym – publicznemu wyznaniu winy, biciu się w piersi. W naszej kulturze winę wysysamy z mlekiem matki, niesie ją ze sobą grzech pierworodny. Rodzimy się winni, po czym wciąż pielęgnujemy w sobie to poczucie winy. Ten program bardzo trudno jest zmienić.

A jak jest z „muszę”?

Jeżeli musisz, to zastanów się, kto cię zmusza, kto lub co powoduje ten przymus. Słowo „muszę” ściąga w dół, niesie w sobie wyjątkowo ciężką energię...

Funkcjonujemy w świecie, w którym mamy pewne obowiązki i często powodują one, że coś rzeczywiście musimy.

Na szczęście zawsze można zmienić to świadomie na „chcę” i zrzucić z siebie brzemię tego przymusu – wówczas zadanie, które nam powierzono lub które sobie wyznaczyliśmy, będzie mieć inną jakość. Nie chodzi o to, żeby stosować cenzurę, wykreślać pełnoprawne słowa z języka, tylko o świadomość tego, co mówię, jak mówię i w jaki sposób może to wpłynąć na moją energię, moje samopoczucie, moją rzeczywistość. Czasem rzeczywiście coś muszę, ale jeśli przestawię sobie w głowie, że chcę to zrobić, nie będę przeżywać z tego powodu katuszy, zrobię to szybciej, łatwiej. Ja stosuję od lat mantrę: „robię bez robienia i jest zrobione”. Działa.

Zmiana „muszę” na „chcę” może być jednak dla niektórych zbyt radykalna, wywołać opór. Co powiesz na „mam do zrobienia”?

Tak, „mam do zrobienia” jest neutralne. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji, bo łatwiej prawdopodobnie przyjdzie nam powiedzieć „chcę kupić kwiaty do wazonu” niż „chcę skopać ogród”.

A jak to jest z „problemem”? To też słowo, którego używamy z lubością. Najdrobniejsza przeszkoda, niedogodność, uciążliwość wystarczy, by powiedzieć „mam problem”.

Lubię mówić: problemem nie są nasze problemy, tylko to, jak sobie z nimi radzimy. W mojej pracy widzę, w jak różny sposób ludzie reagują na te same sytuacje. Kiedyś przyszła do mnie osoba, której spiętrzyło się dużo trudnych spraw, ale w ogóle nie mówiła o nich „problemy”, ktoś inny ma „poważny problem”, bo zepsuł mu się pilot od telewizora. Tak naprawdę wszystko to są sprawy do załatwienia, do rozwiązania. Na szczęście coraz więcej osób traktuje je jako sposobność, żeby zmienić coś w życiu, poprawić jego jakość. W tym sensie nie ma problemów. Tak jak nie ma błędów, tylko lekcje.

Alicja M. Bednarska – doradca rozwoju osobistego, praktyk transformacji oddechem, praktyk NLP, prowadzi ustawienia rodzinne metodą Berta Hellingera i warsztaty rozwoju osobistego, www.berckana.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak podświadomość reaguje na nasze słowa?

Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Nasza podświadomość nie zawsze rozumie wypowiadane przez nas słowa dokładnie tak samo jak my. Tłumaczy je po swojemu, wyłapuje ukryte znaczenia. Nie wszystkie nam sprzyjają. O słowach programujących naszą podświadomość z Alicją Bednarską, trenerką rozwoju osobistego, rozmawia Jolanta Berent.

Pamiętam, że pierwszym słowem, na które zwróciłaś mi uwagę, odkąd zaczęłyśmy się spotykać, było „powinnam”. A co niesie ze sobą „powinnam”? Tak się składa, że – abstrahując od etymologii, od jakichkolwiek językoznawczych rozważań – w samym słowie zawarte jest pojęcie winy. Jeżeli „powinnam”, to jestem winna, bo jeszcze tego nie zrobiłam, być może ociągam się, zaniedbuję coś. Idąc dalej: skoro coś powinnam zrobić, a tego nie robię, to muszę się w jakiś sposób ukarać – choćby nie najlepszym samopoczuciem.

Samo słowo „wina” wciąż odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Postrzegamy świat w kategoriach winy – wystarczy, że jakaś drobna rzecz ułoży się nie po naszej myśli, szukamy winowajcy. Nawet jeśli ktoś mówi „to nie twoja wina”, w podtekście jest przeświadczenie, że kogoś trzeba tą winą obarczyć, ukarać. To zawdzięczamy w dużej mierze praktykom kościelnym – publicznemu wyznawaniu winy, biciu się w piersi. W naszej kulturze winę wysysamy z mlekiem matki, niesie ją ze sobą grzech pierworodny. Rodzimy się winni, po czym wciąż pielęgnujemy w sobie to poczucie winy. Ten program bardzo trudno jest zmienić.

A jak jest z „muszę”? Jeżeli musisz, to zastanów się, kto cię zmusza, kto lub co powoduje ten przymus. Słowo „muszę” ściąga w dół, niesie w sobie wyjątkowo ciężką energię...

Funkcjonujemy w świecie, w którym mamy pewne obowiązki i często powodują one, że coś rzeczywiście musimy. Na szczęście zawsze można zmienić to świadomie na „chcę” i zrzucić z siebie brzemię tego przymusu – wówczas zadanie, które nam powierzono lub które sobie wyznaczyliśmy, będzie mieć inną jakość. Nie chodzi o to, żeby stosować cenzurę, wykreślać pełnoprawne słowa z języka, tylko o świadomość tego, co mówię, jak mówię i w jaki sposób może to wpłynąć na moją energię, moje samopoczucie, moją rzeczywistość. Czasem rzeczywiście coś muszę, ale jeśli przestawię sobie w głowie, że chcę to zrobić, nie będę przeżywać z tego powodu katuszy, zrobię to szybciej, łatwiej. Ja stosuję od lat mantrę „robię bez robienia i jest zrobione”. Działa.

Zmiana „muszę” na „chcę” może być jednak dla niektórych zbyt radykalna, wywoływać opór. Co powiesz na „mam do zrobienia”? Tak, „mam do zrobienia” jest neutralne. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji, bo łatwiej prawdopodobnie przyjdzie nam powiedzieć „chcę kupić kwiaty do wazonu” niż „chcę skopać ogród”.

 
Kwestia upodobań. Czasem stwierdzenie „muszę pójść na imieniny szefa” jest jedyną, niepodważalną prawdą o danej sytuacji. I nie ma powodu, żeby tego tak nie wyrazić, ważne, byśmy w pełni zdawali sobie sprawę z ciężaru wypowiadanych przez nas słów. Na przykład „chcę”, „pragnę” to tak zwane słowa mocy i warto odwoływać się do nich, kiedy dążymy do realizacji naszych celów. „Chciałbym zdać egzamin”, „chciałabym mieć dziecko” nigdy nie będzie miało takiej mocy jak „chcę...”. Jeśli naprawdę czegoś chcemy, nie ma się co tak asekurować.

Skoro już o asekuracji i planowaniu, przypomniało mi się, że nie lubisz słowa „spróbować”. Tu znowu oczywiście wiele zależyod sytuacji. Jeśli ktoś nigdy nie robił żadnych wypieków i mówi „spróbuję upiec ciasto”, to znaczy, że podejmuje wyzwanie i przyjmuje, że rezultat może być mało zadowalający – wyjdzie albo i nie. Ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie na sesję oddechową czy warsztaty, poczym stwierdza, że spróbuje coś zmienić w życiu, to jest bardzo wysokieprawdopodobieństwo, że tego nie zrobi. „Zrobię to” ma moc, „spróbuję” jest bardzo zachowawcze, nie popycha spraw do przodu. „Spróbuję się nauczyć”, „spróbuję się obudzić”, „spróbuję być na czas” – mówiąc w ten sposób, daję sobie automatycznie przyzwolenie, że tego nie zrobię, że mi się nie uda.

„Powinienem, powinnam” niesie w sobie poczucie winy. W naszej kulturze wysysamy tę winę z mlekiem matki. Mówiąc „muszę”, wrzucamy sobie na barki ogromny ciężar, odbieramy sobie prawo wyboru

Czasem mówimy tak, żeby nie składać obietnic bez pokrycia, nie rozczarować innych, zostawić sobie margines bezpieczeństwa. Gorzej, kiedy takie niezobowiązujące obietnice składamy sami sobie. Kiedy słyszę od kogoś deklarację w rodzaju „spróbuję”, mówię: „To teraz spróbuj wstać. Ale nie wstawaj, tylko spróbuj”. Słowo „spróbować” obwarowuje daną sytuację warunkami: zrobię to, ale... A „ale” – wiadomo – kwestionuje pierwszy człon wypowiedzi. To takie słowa znoszące. Kiedy podczas warsztatów dochodzimy z uczestnikami do pewnych odkryć, „ale” oznacza zwykle krok do tyłu, tworzenie przeszkód i koncentrowanie się na tych przeszkodach.

A jak jest z „problemem”? To też słowo, którego używamy z lubością. Najdrobniejsza przeszkoda, niedogodność, uciążliwość wystarczy, by powiedzieć „mam problem”. On jest przy tym taki uniwersalny, obecny we wszystkich językach...

Lubię mówić: problemem nie są nasze problemy tylko to, jak sobie z nimi radzimy. W mojej pracy widzę, w jak różny sposób ludzie reagują na te same sytuacje. Niedawno przyszła do mnie osoba, której spiętrzyło się dużo trudnych spraw, ale w ogóle nie mówiła o nich „problemy”, ktoś inny ma „poważny problem”, bo zepsuł mu się pilot od telewizora. Tak naprawdę wszystko to są sprawy do załatwienia, do rozwiązania. Na szczęście coraz więcej osób traktuje je jako sposobność, żeby zmienić coś w życiu, poprawić jego jakość. W tym sensie nie ma problemów. Tak jak nie ma błędów, tylko lekcje.

Tak jak nie ma negatywnych emocji? Owszem, nie ma. Nazywając lęk czy złość negatywnymiemocjami odrzucamy je, nie chcemy im się przyjrzeć. A to są takie same emocje jak wszystkie inne, chcą nas o czymś poinformować, zwracają nam na coś uwagę, domagają się jakiejś reakcji. Co wcale nie znaczy, że – jeśli odczuwamy złość – musimy podnieść nakogoś głos czy rękę. Zawsze mamy wybór.

Kiedy dokonujemy ważnych wyborów życiowych, często mówimy, że coś poświęciliśmy. Czy to nie jest tak, że w ten sposób robimy z siebie automatycznie cierpiętnika? O, my uwielbiamy cierpieć. To nasza narodowa specjalność.

 
„Za miliony kocham i cierpię katusze”, „cierpienie uszlachetnia”... No właśnie: z jednej strony tradycja narodowa, a z drugiej znów – katolicka. Stąd też kultywowany przez pokolenia wizerunek matki Polki. Moja mama całe życie poświęcała się dla dobra dzieci – to był jeden wielki obowiązek, ja też to potem robiłam przez wiele lat.

Potem zrozumiałam, że życie składa się z wyborów: wybieram to, co dla mnie w danym momencie najlepsze, a z innych rzeczy po prostu rezygnuję. I nie rozprawiam o poświęceniu, bo to ogromnie obciąża dziecko. Do tego te konotacje ze świętością... Tymczasem dla wielu osób „poświęcenie” jest znakomitym alibi, usprawiedliwieniem: nie robię tego, bo się poświęciłam. Ale chyba najbardziej podstępnym słowem, jakiego często używamy, jest „zasługiwać”.

Na czym polega podstęp? To słowo wprowadziła w książce „Zasługuję na miłość” Sondra Ray, zresztą u Louise Hay w afirmacjach też to się pojawia. One pisały swoje poradniki wiele lat temu, do tego nie wiadomo, w jakim stopniu można zaufać tłumaczom, w każdym razie to „zasługuję” mocno zakorzeniło się w naszej kulturze – przekonanie, że muszę zasłużyć na to, żeby mnie kochano. „Pan Bóg nie będzie cię kochał, jeśli będziesz niegrzeczna”, „Mamusia nie będzie cię kochała, jak zabrudzisz sukienkę, nie zjesz, nie posprzątasz zabawek”.

Najskuteczniejsze afirmacje to te formułowane w czasie teraźniejszym, z najwyższą dbałością o szczegóły zamówienia. Uważaj, o co prosisz – naprawdę możesz to dostać.

I powstaje program: na wszystko, co dobre, trzeba zasłużyć, nie ma nic za darmo. To, co dobre, jest nam po prostu dane, a my przyczepiliśmy się – między innymi z powodu naszego poczucia winy – by postrzegać świat w kategoriach nagrody i kary. Warto uświadomić sobie, czym tak naprawdę jest zasługiwanie. „Zasługuję na miłość, obfitość...”, ale jak, jakie są warunki? Co muszę zrobić, kim muszę się stać, żeby zasłużyć? Przyjmujemy, że bez zasług pewne rzeczy nam się nie należą, odrzucamy więc bezwarunkową miłość, prawo do odpoczynku, dobrego samopoczucia...

Często chcąc kogoś wesprzeć, mówimy „zasługujesz na coś lepszego” i wydaje nam się, że to jest OK, że pomagamy mu podnieść poczucie wartości. Jeśli mówimy „zasługujesz na lepsze stanowisko” komuś, kto wykazał się premiowanymi w danym miejscu pracy rezultatami, to rzeczywiście jest to OK. Natomiast jeśli chodzi o tożsamość, bycie, uczucia, na nic nie trzeba zasługiwać: przychodzisz na ten świat i z samego faktu, że tu jesteś, warta jesteś miłości.

Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że tworzenie afirmacji to wyższa szkoła jazdy. Wiadomo, że nie mogą zawieraćnegacji, bo nasza podświadomość nie zna słowa „nie”. Odpadają więc zdania w rodzaju „żebym nie była chora”, czy „nic mi nie grozi”, ale również takie jak „jestem wolna od lęków” czy „rezygnuję z wszystkichtrosk”, bo programują naszą podświadomość na lęk i troski właśnie. Najlepsze są moim zdaniem takie afirmacje, w których formułujemyprostymi słowami – koniecznie w czasie teraźniejszym– to, czego chcemy, precyzując w szczegółach zamówienie. Na przykład: „Mój dochód rośnie z każdym dniem o co najmniej 10 złotych”. To „co najmniej” jest bardzo ważne, żeby nie wprowadzać sobie ograniczeń. Zawsze mówię ludziom, z którymi pracuję: „Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać”. Może się zdarzyć na przykład, że ktośprosi o „dużą kasę” i dostaje wielką, opancerzoną kasę pancerną. Do tego pustą.

  1. Psychologia

Jak reagować, gdy dziecko używa wulgarnych słów?

Przekleństwa wypowiadane przez dziecko mogą śmieszyć, oburzać, irytować. Niezależnie od tego, jakie wywołują uczucia, warto wypracować metodę reagowania w takich sytuacjach. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Przekleństwa wypowiadane przez dziecko mogą śmieszyć, oburzać, irytować. Niezależnie od tego, jakie wywołują uczucia, warto wypracować metodę reagowania w takich sytuacjach. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zdarza się, że w najmniej sprzyjających okolicznościach dziecko nagle użyje wulgarnego słowa, którego na pewno nie usłyszało w domu. Co robić? Zawsze tylko jedno – zachować stoicki spokój.

1. Gdy dziecko przeklnie w złości, nie odbieraj mu prawa do wyrażania silnych emocji.
Powiedz: „Jesteś bardzo zły. Tylko że to bardzo brzydkie słowo, lepiej jest mówić…” – i tu zaproponuj ciekawe zamienniki w rodzaju: „do licha, o, mamuniu”.

2. Gdy w normalnej rozmowie dziecko użyje wulgaryzmu, zapytaj spokojnie
: „Co to znaczy?” Udaj, że nie wiesz. Odpowiedź będzie wymagać od dziecka wysiłku (tłumaczenia), więc je speszy. Gdy nie będzie ci chciało powiedzieć albo zacznie coś nieporadnie tłumaczyć, powiedz jakby cię nagle olśniło: „Aha, tobie chodzi o kupę, waginę, członka, uprawianie miłości, bo chodzi ci o to, żeby ktoś wyszedł?”. Zastąp słowo niewłaściwe właściwym i na tym zakończ temat.

3. Czasem dzieci przeklinają z premedytacją.
Gdy dziecko przeklina przy dziadkach lub na ulicy przy obcych, to sygnał, że walczy z tobą.Ono już wie jak wielką moc mają brzydkie słowa i że za ich pomocą, jak za pomocą czarodziejskiego zaklęcia wywołuje się twoją frustrację. Odbierz mu władzę nad sobą – przestań słyszeć przekleństwa. Nie reaguj. Ignoruj. Zmieniaj temat, udawaj, że byłaś tak zamyślona, że nie usłyszałaś.

4. Nie popadaj w skrajności, nie przywiązuj do tego aż takiej wielkiej wagi.
To, że dziecko użyje czasem wulgaryzmu, nie świadczy o matce. Przestań tak myśleć. Z drugiej strony, w żadnym razie nie wybuchaj śmiechem, nie powtarzaj reszcie domowników, co mały dziś powiedział. Nie zachęcaj go do przeklinania.

5. Gdy na ulicy ktoś usłyszy przekleństwo i zareaguje, pozwól mu zwrócić swojemu dziecku uwagę.
Niech ono zobaczy, jaki jest oddźwięk społeczny na takie zachowanie. Raczej zrób minę, że się zgadzasz z tymi uwagami. To, że ktoś zwróci twojemu dziecku uwagę, nie jest dla dziecka traumą, nie odbieraj tak tego.

6. Jeśli twoje dziecko interesuje się wulgaryzmami, to znaczy, że interesuje się językiem i ma niezaspokojoną potrzebę imponowania.
Czas zatem, żebyś nauczyła go trudnych logopedycznie wierszyków, słów, którymi może zaimponować dorosłym. Rozszerz słownictwo dziecka o niebanalne słowa, a będzie miało coś pozytywnego do popisywania się.

7. Jeśli dziecko często wplata wulgaryzmy, na przykład w samotnej zabawie czy podczas rozmowy, przyjrzyj się jak w domu mówicie.
Czasem zupełnie nieświadomie używa się wulgaryzmów lub śmieje z żartów z brzydkim słowem.

8. Nie przejmuj się, gdy drugi rodzic przeklina przy dziecku, pęka ze śmiechu, słysząc w jego ustach wulgaryzmy.
Jeśli nie możesz się w tej sprawie porozumieć – zachowaj swoje priorytety. Nie martw się, że dziecko poczuje się zagubione. Nic podobnego. Dziecko ma naturalny dar wyczuwania, co przy kim mu wolno. Mama nigdy nie przeklina i nie lubi przekleństw – niech dziecko wyrasta, widząc, że żyjesz według tej zasady.

9. Jeśli twoje dziecko ma kolegę, który przeklina, to jeszcze nie powód, żeby z nim zrywać znajomość.
To raczej dobra okazja na akcję wychowawczą. Zaproś kolegę do domu i zwyczajnie, jak z własnym dzieckiem, zastąp, zamień, wytłumacz. Nie obrzydzaj tego kolegi i nie osądzaj go, nie podawaj jako przykład najgorszego zachowania, tylko potraktuj jak swoje dziecko. Wychowaj go. Przecież w końcu wszystkie dzieci są nasze!

 

  1. Zwierciadło poleca

Wrześniowy "Sens" z Marleną Dietrich na okładce już w sprzedaży

Ukazanie się wrześniowego SENSu oznacza, że lato wkracza na ostatnią prostą. Proponujemy jednak, by – zamiast żałować, że to już – cieszyć się każdą chwilą.  Czyli? Po prostu być tu i teraz... I czytać SENS, w którym co miesiąc staramy się podpowiedzieć Czytelnikom, jak żyć bardziej świadomie.

„We wrześniowym SENSie przeszłość miesza się z teraźniejszością, a nawet przyszłością. Piszemy o ludziach, którzy swoje serce oddali rekonstrukcjom historycznym, a jednocześnie o jednej ze współczesnych plag – internetowym hejcie. Wygrzebujemy z niepamięci (wcale nie tak odległej) pionierki polskiej informatyki czy gwiazdę sprzed lat (ale jakże wyprzedzającą swoje czasy) Marlenę Dietrich, a kilka stron dalej uderzamy w mit miłości romantycznej, w którym od lat wychowywane są kolejne pokolenia” – pisze redaktor naczelna Joanna Olekszyk w edytorialu.

Na naszą okładkę trafiła tym razem Marlena Dietrich, gwiazda kina i estrady. Utalentowana, konsekwentna, odważna, pożądana ... prowokowała i budziła wielkie emocje. Z Tomaszem Raczkiem rozmawiamy o jej pięciu życiach i pewnej współczesnej aktorce, którą można by nazwać jej intelektualną następczynią. O kim  mowa? Zapraszamy do lektury wywiadu w numerze!

W Temacie Numeru odkrywamy zalety świadomego ograniczania – nie tylko rzeczy, ale i bodźców, powierzchownych znajomość, pożeraczy czasu i energii. W cyklu tekstów pt. „Minimalizm na nowe czasy” przybliżamy doświadczenie tych, którzy minimalizm traktują nie jako kolejną modę, ale narzędzie rozwoju.

Drugi duży blok tematyczny poświęcamy miłości do retro. Skąd w nas zamiłowanie do minionych czasów? Jak wyjaśnia terapeuta, Mateusz Ostrowski, każdy z nas tego czasem potrzebuje. O swojej pasji opowiada rekonstruktorka Marta Veil a prof. Irena Ponikowska dzieli się z Oriną Krajewską profesjonalną wiedzą o leczeniu uzdrowiskowym.

Wspomniany w edytorialu hejt to nie jedyne niebezpieczeństwo związane z rozwojem Internetu. Brak umiaru w korzystaniu z sieci grozi uzależnieniem. Jak nauczyć młodych ludzi zdrowej relacji z technologią Ewa Nowak pyta terapeutę i autora książek Krzysztofa Piersę. 

Jak zwykle, wiele miejsca poświęcamy relacjom. Wspólnie z ekspertami szukamy m.in. odpowiedzi na pytania: Co się kryje pod naszą złością na partnera? Jacy są współcześni ojcowie? Czy związek na odległość może przetrwać?

W numerze także rozmowa z uznanym pilot szybowcowym Sebastianem Kawą, który opowiada o podniebnych falach i niecodziennych lądowiskach, oraz kolejny odcinek filmoterapii Grażyny Torbickiej i Martyny Harland, w którym polecają „Pojedynek na głosy”.

Zanim przyjedzie babie lato, naładujmy wszyscy wewnętrzne baterie! Tego Wam, Drodzy Czytelnicy, i sobie życzymy na ostatniej prostej wakacji.

  1. Styl Życia

Najlepsze wakacje dla ciebie - jak dostosować urlop do naszych potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia?

Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia. (Fot. 123rf)
Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia. (Fot. 123rf)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Psychologowie pracy grzmią: homo faber potrzebuje pełnych trzech tygodni urlopu, żeby zregenerować siły. Ilość to jedno – jakość drugie. Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu Sens. 

Urlop szyty na miarę

Nie leć na oślep do modnego kurortu, bo tam chcą przyjaciele. Nie jedź po raz kolejny do sprawdzonego od lat, nudnego pensjonatu, bo tam miła pani Zosia dobrze gotuje. Wsłuchaj się w swoje potrzeby – pomyśl, jaka forma wypoczynku pozwoli ci się odprężyć, doładować energię?

Zasady wyboru urlopu

  • Odmień dni. Spędzaj urlop na aktywności zupełnie innej niż ta, którą masz na co dzień. Jeśli twoja praca wymaga siedzenia przed monitorem komputera – nie odpoczywaj, surfując po Internecie. Taki urlop nie przyniesie wytchnienia. Będzie pozornym oderwaniem się od codziennych obowiązków. Zafunduj sobie dużą dawkę świeżego powietrza i ruchu. Natomiast osoby, których codzienna praca wiąże się z wysiłkiem fizycznym, przemieszczaniem się, najlepiej zrelaksują się w hamaku z książką.
  • Spraw sobie przyjemność. Wtedy zarówno ciało, jak i dusza się zrelaksują. Wydzielają się hormony szczęścia, podnosi się poziom serotoniny. Ciało uwalnia się od nagromadzonych stresów, a nawet bólu fizycznego. Niech urlop będzie spełnieniem marzeń!

Klasztorna cisza

Pracujesz na wysokich obrotach, wśród wielu ludzi, z klientami, kontrahentami? A potem resztkami sił próbujesz zadbać wieczorem o rodzinę? Pewnego pięknego dnia poczujesz symptomy wypalenia zawodowego. Spotykasz się ze wszystkimi, ale nie ze sobą! Recepta wakacyjna dla ciebie to długa przerwa – od wszystkiego.

Propozycja urlopu: izolacja w klasztornej celi i spotkanie z samym sobą. W tym wypadku wystarczy tydzień. Jak się okazuje, wcale nie trzeba jechać do aśramy do Indii. Już kilkadziesiąt klasztorów w Polsce przyjmuje zmęczone i przepracowane istoty, oferując wyciszenie i odpoczynek, np. klasztor Kamedułów na krakowskich Bielanach, Benedyktynów w Tyńcu, Franciszkanów w Pińczowie czy pokamedulski klasztor o wdzięcznej nazwie Pustelnia Złotego Lasu w Rytwianach.

Pod gruszą, na plaży

Ach, wyspać się wreszcie, wygrzać, godzinami wpatrywać się w naturę... Czy taki obraz wprowadza cię w błogostan? Jeśli tak, zaplanuj trzytygodniowy wypoczynek. Pierwszy tydzień poświęć na odespanie i relaks, drugi na korzystanie z uroków miejsca, trzeci na ładowanie akumulatorów i regenerację. Nie oczekuj, że natychmiast poczujesz się wakacyjnie. Twój mózg potrzebuje czasu, by przystosować się do upragnionego nicnierobienia. Przez pierwsze dni ciągle będą się kotłować w głowie nieprzetrawione myśli, fragmenty rozmów z zebrań, będziesz sprawdzać komórkę. Nie biczuj się za to, tak musi być, nie wyłączysz przecież swojej głowy ot tak, pstryk!

Skuteczną metodą na okiełznanie mózgu jest ruch, dlatego na początku przeplataj leniuchowanie ze sportem. Wybierz formę aktywności, którą lubisz, nie zmuszaj się do jakichś dyscyplin, tylko dlatego, że akurat są w zasięgu ręki. Nic nie musisz! To najważniejsze hasło dobrego urlopu.

Sztuka i przeszłość

Jeśli należysz do osób skazanych na monotonną pracę – w wakacje obcuj z pięknem, sztuką, z przeszłością. Wybierz urlop w miejscu, gdzie odbywa się festiwal teatralny albo w takim jak Florencja, gdzie można kontemplować renesansowe obrazy i freski na plenerze ceramicznym. Zaspokoisz potrzebę rozwoju osobistego, intelektualnego, manualnego. Codzienność pozostanie gdzieś daleko...

Jeśli uczta ducha cię nie pociąga, jedź tam, gdzie świętem jest każdy posiłek, by delektować się smakiem świeżych lokalnych potraw – do Toskanii. Spowolnione tempo lokalnego życia pozwoli ci delektować się szczegółami, na które na co dzień nie ma czasu. Spowoduje też wzmocnienie więzi z bliskimi. Na nowo przyjrzysz się partnerowi, zaznasz radości wspólnego biesiadowania przy wielkim, suto zastawionym stole...

  1. Styl Życia

Afirmujesz i masz!

Nasze afirmacje działają nie tylko, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także, gdy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. (Fot. iStock)
Nasze afirmacje działają nie tylko, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także, gdy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. (Fot. iStock)
Pozytywne myśli to żadna magia. To konkretne narzędzia do zmiany naszego życia. Używane świadomie mogą pomóc nam osiągnąć takie cele, jakich pragniemy – mówi Johanna Kern, nauczycielka rozwoju osobistego, pisarka, blogerka i reżyserka od 30 lat mieszkająca w Kanadzie.

Afirmację łatwo utożsamić z chciejstwem.
Bo to jest rodzaj chciejstwa, ale popartego pozytywną intencją. Wbrew pozorom myśli nie są tak abstrakcyjne, jak nam się wydaje, dobrze pokierowane dają konkretne korzyści. Wiedzieli o tym już starożytni filozofowie, mistycy, wpływowi ludzie, teraz potwierdzają naukowcy.

Na czym polega moc myśli?
Obecnie wyjaśnia to fizyka kwantowa, ale wiadomo to było od stuleci, nawet na poziomie wierzeń, a mianowicie, że absolutnie wszystko, co istnieje, jest energią, począwszy od komórek naszego ciała, poprzez florę, faunę, planety, galaktyki i wszystko inne we wszechświecie, w tym nasze myśli. Pierwsza zasada teorii kwantowej mówi, że rzeczywistość jest stworzona przez obserwatora, to znaczy: dopóki nie ma obserwatora, nic nie istnieje. Druga zasada – istnieje tak zwana połączalność, czyli wszystko, co kiedykolwiek na siebie oddziaływało, już na zawsze jest ze sobą związane. Tak więc na poziomie energii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Tworzymy zatem świat nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Dlatego to nasze chciejstwo jest tak ważne. Można powiedzieć, że jakie chciejstwo, taka nasza rzeczywistość.

Nie możemy jednak afirmować czegoś nierealnego.
Możemy, tylko że nasza podświadomość to odrzuci, bo uzna takie myśli za niedorzeczne. Odrzuci na przykład afirmację: „Idę do banku i tam będzie czekał na mnie milion złotych”, bo nie jest ona zgodna z tym, co wie nasza podświadomość. To, co bowiem afirmujemy, musi się zgadzać z naszą wizją siebie, świata i z wizją tego, co ja określam jako wizję serca, czyli z tym, kim naprawdę pragniemy być. Tak więc afirmacja typu: „Jestem zdrowa”, jeśli jestem chora, „jestem bogata”, kiedy nie mam na rachunki, będzie nieskuteczna.

A kiedy stanie się skuteczna?
Kiedy będziemy praktykować ją krok po kroku. A zacząć powinniśmy od zmiany przekonań na własny temat. Dobrze najpierw zobaczyć, że naprawdę jesteśmy warci lepszego życia, lepszego losu. Dostrzec, że każdy człowiek na tej planecie, każda roślina i każde zwierzę, wszystko, co żyje, jest absolutnie unikalne. Pomyślmy na przykład: każde źdźbło trawy na trawniku przed naszym domem jest nie tylko inne od źdźbła na tym samym trawniku, ale od wszystkich źdźbeł na całym świecie. To samo z listkiem na drzewie, ze zwierzętami, także z człowiekiem. Warto dostrzec własną unikalność, wyjątkowość, fakt, że możemy decydować o swoim życiu, wnosić coś do życia innych. I powoli zacząć afirmować, na przykład mówiąc: Już wiem, że życie może mi przynieść dobro, czekam na coraz lepsze dni.

Nawet gdy jestem w dramatycznej sytuacji?
Nie mogę wtedy wmawiać sobie, że jest cudownie, bo moja podświadomość to wyśmieje, ale mogę powiedzieć to, co jest zgodne z prawdą, czyli: „Są momenty, że czuję się dobrze, czekam, aż będzie ich więcej”. Następna afirmacja: „Czuję się coraz lepiej, wierzę, że wyzdrowieję”. I kolejna: „Cieszy mnie, że wychodzę z choroby”. To samo, jeśli chodzi o sukces. Nie można od razu powtarzać: „Odnoszę sukces”, bo jeśli podświadomość widzi co innego, to tę myśl natychmiast odrzuci. Lepiej zacząć od stwierdzenia: „Coraz więcej umiem, wierzę, że mogę znaleźć wymarzoną pracę, być docenioną. Nie możemy przy tym tylko powtarzać tych zdań, nic nie robiąc. Trzeba pogłębiać swoje talenty, to oczywiste. Ale razem z rozwojem zawodowym trzeba też rozwijać sposób myślenia o sobie na coraz lepszy. Afirmowanie to stopniowe przekształcanie swoich wewnętrznych przekonań na coraz bardziej pozytywne.

To nie wygląda na dokarmianie ego?
Nie. Nie wmawiamy sobie przecież, że jesteśmy piękni, zdrowi i bogaci, ale akceptując siebie takimi, jacy jesteśmy, „ulepszamy się” w kierunku, w jakim chcielibyśmy podążać.

Jak to się dzieje, że afirmacje działają?
Najogólniej rzecz ujmując – nasz mózg zbudowany jest między innymi z neuronów, które się ze sobą komunikują. Każda nasza myśl wywołuje jakąś emocję, która powoduje wydzielanie substancji chemicznej, na którą z kolei reagują neurony. I jeżeli na przykład żyję w potwornym lęku, nic mi się nie udaje, tym samym wydzielam pewne substancje chemiczne, do których neurony się przyzwyczajają, tworząc tak zwane ścieżki neuronalne. I tak jak to ze ścieżką bywa, im częściej się po niej chodzi, tym jest głębsza, wyraźniejsza, w końcu staje się częścią naszego życia. Nowe pozytywne myśli wydzielają inne substancje chemiczne, powodują powstawanie nowych ścieżek neuronalnych. To tak jakbyśmy zaczęli chodzić przez trawnik nową wygodniejszą dróżką. Im częściej nią chodzimy, im częściej powtarzamy pozytywne myśli, tym mocniejsze staje się nowe powiązanie międzyneuronalne. Żeby utrwalić te ścieżki, potrzeba mniej więcej sześciu tygodni. I tyle samo czasu musimy przeznaczyć na to, żeby te poprzednie „zarosły”. Ale żeby całkowicie zmienić styl życia z negatywnego na pozytywny, potrzeba co najmniej sześciu miesięcy. W książce „365 (+) afirmacji pięknego życia” podpowiadam, jak to robić krok po kroku.

Wielu ludzi uważa, że afirmowanie jest nieskuteczne.
Afirmację trzeba robić rzetelnie. Jeżeli afirmujemy rano przez minutę, a przez cały dzień mamy negatywne myśli, to oczywiste, że wielość tych myśli stłamsi te kilka pozytywnych. Niektórzy uważają, że trzeba bez przerwy klepać afirmacje. Nieprawda. Trzeba ich użyć w odpowiednim momencie. Jeżeli afirmujemy przypływ pieniędzy, to najlepiej robić to nie wtedy, kiedy mamy pustą kieszeń, ale kiedy kupujemy sobie coś upragnionego, nawet bardzo taniego. Dobrze wtedy powiedzieć: „Cieszę się, że mam więcej, niż potrzeba mi na to, czego chcę”. Bo rzeczywiście coś kupujemy i dostajemy resztę. Trzeba używać takich okazji. Ważne jest, aby to, co afirmujemy, wywoływało jakieś uczucia. Jeżeli nie wywołuje, to przynajmniej sobie to wyobraźmy. Afirmacja działa, kiedy robimy ją w pozytywnych emocjach. Trzeba więc nauczyć się poznawać swoje emocje. I kiedy nie czujemy się dobrze, nie afirmujmy, pozwólmy sobie na odreagowanie, na smutek, płacz. Nie mówmy: „jest super”, w momencie kiedy płaczemy i jest nam smutno. Afirmacja wtedy nie zadziała. W tragicznych chwilach trudno użyć pozytywnej afirmacji, lepiej wtedy powiedzieć: „Wybieram, aby czuć się coraz lepiej”. „Wybieram” to bardzo ciekawe słowo. Bo skoro wybieram i powtarzam tę intencję, to powoli tak się stanie, w pewnym momencie wytworzą się bowiem nowe ścieżki neuronalne. Pamiętajmy, że nasze afirmacje działają nie tylko wtedy, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także kiedy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. Co ciekawe, natura bardzo wzmacnia afirmacje, a to z kolei wiąże się z tak zwanymi falami mózgowymi alfa, bardzo pomocnymi w skutecznej nauce.

Nie w głowie nam afirmacja, kiedy na przykład tracimy pracę.
Trzeba dać sobie czas na przeżycie każdej straty. A po pierwszym szoku powoli zacząć wzmacniać działania pozytywnymi myślami. Być może okaże się, że trudne doświadczenie tak nas rozwinie, że dzięki niemu znajdziemy dużo lepszą pracę. Człowiek nie jest w stanie zaradzić żadnym problemom, jeśli się podda. W stanie depresji musi iść do lekarza. Ale jeśli pozwoli sobie na odreagowanie, rozluźni się i zacznie pozytywnie myśleć, to często pod wpływem tych myśli rzeczywistość układa się jak plastelina. Afirmacje to żadna magia. To konkretne narzędzia do zmiany naszego życia. Używane świadomie mogą pomóc nam osiągnąć takie cele, jakich pragniemy.

Masz na to jakieś dowody?
Moje życie jest najlepszym dowodem. 30 lat temu znalazłam się na emigracji. Byłam wtedy bardzo młoda, nie znałam języka, nie wiedziałam, jak zdobyć pracę, przyjaciół, akceptację. I mimo to myślałam pozytywnie, nie zdając sobie, oczywiście, sprawy z tego, że afirmuję. Efekt był taki, że osiągnęłam bardzo wiele. Dostałam się na Uniwersytet w Toronto na wydział filmowy, gdzie aplikowało ponad 40 osób na miejsce, bo to jedna z najlepszych szkół w Kanadzie. Musiałam bardzo szybko nauczyć się języka na wysokim poziomie. Ukończyłam studia jako najlepsza, a jeszcze w czasie studiów zaczęłam robić filmy krótkometrażowe, które zdobyły uznanie krytyków. Od razu po studiach dostałam pracę przy produkcji filmów fabularnych dla kampanii filmowej Great Western Paradise Films, potem już w swojej kampanii filmowej zrobiłam własny film fabularny z gatunku fantasy „Kraina cieni: legenda”, który też odniósł sukces. Można by powiedzieć, że tworzyłam własną rzeczywistość w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany, choć prawda jest też taka, że ja po prostu myślałam pozytywnie i ufałam temu, co mi podpowiadał mój wewnętrzny głos.

Jak to się stało, że zajęłaś się rozwojem osobistym?
Zawsze dzieliłam się z innymi moimi pasjami. Zarówno artystycznymi, jak i – potem – tymi związanymi z rozwojem, karierą. Od momentu, kiedy wiem, jak świadomie stwarzać swoją rzeczywistość, przekazuję tę wiedzę innym. Życie może być naprawdę cudownym doświadczeniem, a nie odklepywaniem dnia po dniu i czekaniem, aż ktoś za nas coś zrobi albo nasze problemy same się rozwiążą. Otóż nic samo się nie rozwiąże. Swoje doświadczenia opisałam w książce autobiograficznej „Mistrz i zielonooka nadzieja”. Jestem przekonana, że można wyzwolić się z własnych opresji myślowych, emocjonalnych, zdrowotnych.

Tobie udało się wyjść z ciężkiej choroby. Pomogło afirmowanie?
O tak. Po wypadku, w którym złamałam łokieć, zapadłam na ciężką neurologiczną chorobę, tak zwany zespół Sudecka. Cierpiałam potworny ból dzień po dniu, bo leki przeciwbólowe nie działały. Ludzie w takim stanie popełniają samobójstwa. Dowiedziałam się, że mogę cierpieć do końca życia. Przyjęłam to do wiadomości, ale mam taką cechę, że nie stawiam „nie” przed przymiotnikami. Niemożliwe jest dla mnie możliwe, nieuleczalne uleczalne. No i w tym chronicznym bólu, kiedy nie mogłam wykonywać swojego ukochanego zawodu, czyli robić filmów, kiedy nie mogłam się w ogóle poruszać, bo każdy ruch sprawiał ból, powiedziałam sobie: „Jeżeli będę myślała o bólu, to moje życie stanie się rzeczywiście nieuleczalne. Postanowiłam: „Niech boli ręka, ale ja mam przecież zdrowe serce, głowę i drugą rękę”. I tą zdrową ręką napisałam dwie książki, za które w krótkim czasie dostałam cztery nagrody w USA. Wierząc, że tak jak uleczalne są nasze myśli, tak uleczalne jest ciało, zaczęłam afirmować zdrowie i stosować alternatywne metody leczenia. Powoli ból ustępował. Teraz jeszcze czasami się odzywa, ale w niewielkim stopniu. Cały czas świadomie buduję nowe ścieżki neuronalne.

Twój mąż, dużo od ciebie młodszy, o którym mówisz, że go sobie wymarzyłaś, też jest owocem afirmacji?
No oczywiście! Wyszłam za mąż 12 grudnia 2012 roku, kiedy miał być koniec świata. Dwa miesiące później miałam wypadek. Mąż, który nigdy nie miał takich obowiązków na swoich barkach, zajmował się mną, czuwał przy mnie dzień i noc. Dzięki temu mogliśmy przeżyć czas o wiele intensywniej. Jesteśmy razem niespełna trzy lata, a ja czuję, jakbyśmy przeżyli dziesięć razy tyle. Dzięki chorobie przekonałam się, jakim mąż jest wspaniałym mężczyzną – pomocnym, opiekuńczym, wrażliwym. Kiedy zdarzyło się to nieszczęście, nie usiedliśmy i nie płakaliśmy, tylko powiedzieliśmy sobie: „Jakież to cudowne wyzwanie w naszym małżeństwie, możemy się sprawdzić, zobaczyć, czy to trudne doświadczenie nas umocni”. I umocniło! Mam takiego męża, jakiego sobie wymarzyłam, mam takie życie, jakie sobie wymarzyłam, choć było trudne: mój tata został zamordowany, gdy miałam półtora roku, potem emigrowałam z kraju, zachorowałam. Zawsze jednak myślałam pozytywnie. Moja pierwsza afirmacja tuż po przyjeździe do Kanady, jeszcze nieświadoma, była taka: „No, to teraz zbuduję sobie takie życie, jakiego pragnę”. Nie miałam złudzeń, wiedziałam, że nie wszystko będzie szło jak z płatka. I kiedy zdarzały się trudne chwile, mówiłam sobie: „To bardzo ciekawa przygoda, widocznie czegoś ma mnie nauczyć”. Wyciągałam z niej wnioski i szłam do przodu.

Jak z perspektywy emigrantki widzisz naszą polską specyfikę myślenia?
Rozumiem ją. Polacy przez stulecia byli pod opresjami: zaborów, okupacji, totalitaryzmów. Powtarzali: „Jest mi źle, jestem ciemiężony”. Dzieci słuchały rodziców i jako dorośli powtarzały to samo. W umysłach Polaków wytworzyły się więc ścieżki neuronalne, które „każą” im właśnie tak postrzegać rzeczywistość. Ale można zmienić sposób myślenia, odnaleźć radość życia. Problemy i kłopoty będą pojawiać się w naszym życiu ciągle. Raz jesteśmy zdrowi, raz chorzy, raz czujemy się dobrze, raz źle, raz nam wychodzi w pracy, raz nie. To normalne, to są tylko doświadczenia, które nas rozwijają. Nie ma co skupiać się na tym, co nas dołuje, tylko na tym, co pozytywne. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby być optymistami, żeby stwarzać sobie coraz lepsze warunki do życia, to nasza przyrodzona natura.

Pesymistyczne nastawienie też działa, tylko negatywnie – jak samospełniająca się przepowiednia.
Oczywiście. Nasze myśli można porównać do fal radiowych, bo też mają pewną częstotliwość, wibracje, zasięg. Gdy wysyłamy pesymistyczne myśli, one przyciągają te o podobnej częstotliwości. Nasz umysł szuka ludzi podobnie myślących. Nawet jest takie powiedzenie – ktoś nadaje na tych samych falach.

Pomoc ludziom w zmianie myślenia to twoja misja?
Dzielę się z ludźmi metodą znaną od starożytności, ja jej nie wymyśliłam, tylko ulepszyłam w taki sposób, żeby trafiła do absolutnie każdego człowieka. Świat sprzyja nam w tym, żebyśmy byli szczęśliwi. Jeżeli tak się nie czujemy, to tylko dlatego, że narozrabialiśmy na taką skalę, że zniszczyliśmy swoje szczęście, albo dlatego, że skupiamy się na czymś innym. Cała przyroda, ewolucja świata wspierają to, co pozytywne i budujące. I tylko to przetrwa.

Johanna Kern
nauczycielka rozwoju osobistego, propagatorka afirmacji jako narzędzia do osiągania życiowych celów, autorka interaktywnej strony internetowej www.johannakern.pl, gdzie można znaleźć wiele materiałów do słuchania, oglądania i czytania oraz blog. Z wykształcenia aktorka i reżyserka. Ma na koncie filmy krótkometrażowe i film fantasy „Kraina cieni: legenda”, do którego muzykę skomponował Romuald Lipko (Budka Suflera). Pisarka. Jej kilkakrotnie nagradzana książka „Mistrz i zielonooka nadzieja” została przetłumaczona także na język polski.