1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Indywidualizm – co to za etap w rozwoju osobistym? Zalety i wady bycia indywidualistą

Indywidualizm – co to za etap w rozwoju osobistym? Zalety i wady bycia indywidualistą

Indywidualizm ma swoją cenę - grozi odrzuceniem i krytyką, ale w zamian daje zgodę ze sobą. (Fot. Getty Images)
Indywidualizm ma swoją cenę - grozi odrzuceniem i krytyką, ale w zamian daje zgodę ze sobą. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pierwsza lekcja dorosłości: sprzeciwić się komuś bliskiemu, rodzinie, środowisku – w obronie własnych zasad i odczuć. Grozi odrzuceniem, krytyką, ale w zamian daje zgodę ze sobą. Indywidualizm ma swoją cenę, ale bez niego nie ma rozwoju.

Pierwsza lekcja dorosłości: indywidualizm. Co to znaczy sprzeciwić się komuś bliskiemu, rodzinie, środowisku – w obronie własnych zasad i odczuć. Grozi odrzuceniem, krytyką, ale w zamian daje zgodę ze sobą. Indywidualizm ma swoją cenę, ale bez niego nie ma rozwoju. Kto to indywidualista i co to tak naprawdę oznacza nim być?

Z badań psychologów społecznych wynika, że najbardziej lubimy ludzi, którzy są do nas podobni. Chcemy być tacy jak inni: mieć wokół siebie ludzi, którzy czują, myślą, żyją podobnie – to zupełnie naturalne. Czasami jednak w sercu budzi się tęsknota za byciem indywidualistą, osobą indywidualną, niepowtarzalną, odrębną. Ale ta tęsknota wywołuje lęk: przed odrzuceniem, brakiem akceptacji, krytyką czy samotnością. Jesteśmy istotami stadnymi, nie chcemy żyć sami, poza nawiasem, wykluczeni. Jak przeciwstawić się ludziom, którzy są dla nas ważni? Co się stanie, kiedy to zrobimy? Jak bronić swojego zdania, słysząc słowa: „Jeśli… (myślisz, robisz, czujesz) inaczej niż ja, to znaczy, że mnie nie kochasz”? W obliczu tak mocnego argumentu tłumimy swoją tęsknotę za odmiennością, a tak naprawdę za byciem sobą, indywidualistą. Od czasu do czasu powraca w postaci narzekania, frustracji, poczucia niezrozumienia, izolacji czy egzystencjalnej samotności. Jak znaleźć złoty środek?

Od symbiozy do indywidualności

Kiedy przychodzisz na świat, wydaje ci się, że ty i najbliższa ci osoba, czyli matka, to jedno. Owa symbioza trwa mniej więcej do drugiego roku życia, kiedy to po raz pierwszy zaczynasz mówić o sobie: „ja”. Bunt dwulatka, bezustanne sprawdzanie swojej sprawczości, przekonanie o własnej omnipotencji – to właśnie realizacja rozwojowej potrzeby indywidualności, bycia indywidualistą bądź indywidualistką. Potrzeby, która ma potężną energię, ale niestety z równą siłą jest torpedowana przez rodziców. Szybko dowiadujesz się, że w zamian za miłość, akceptację i przynależność do rodziny musisz podporządkować się normom i zakazom oraz być lojalna w stosunku do rodziny, zapominając o tym, kto to indywidualista. Potem następuje czas porównywania. Słyszysz: „Dostałaś czwórkę? A co dostała Małgosia?”, „Dlaczego nie możesz być tak posłuszna jak Iwonka?”, „Bierz przykład ze swojego brata, on nie sprawia nam takich problemów jak ty”. Kiedy, wkraczając w wiek szkolny, wychodzisz z mniej lub bardziej bezpiecznego domu, szukasz sprzymierzeńców w świecie zewnętrznym, spychając indywidualizm na dalszy plan.

Chcesz być podobna do swoich rówieśników, bo w grupie czujesz się pewniej, zaspokajasz potrzebę akceptacji i przynależności. Kompromisy, podporządkowanie się zdaniu większości, często kosztem własnych potrzeb i pragnień, czy wewnętrzny, stłumiony bunt i rozczarowanie – to cena, jaką za to płacisz. Nawet jeśli sobie tego nie uświadamiasz, w twoim ciele zapisują się wszystkie emocje związane z potrzebą, by stanąć wreszcie po swojej indywidualistycznej stronie.

Zakochanie, pragnienie znalezienia bratniej duszy, swojej „drugiej połówki”, osoby, która – jak ci się wydaje – czuje i myśli podobnie do ciebie, to właśnie tęsknota za odnalezieniem siebie w drugim człowieku. Powrót do stanu symbiotycznej fuzji z matką, symboliczne cofnięcie się do okresu życia płodowego i pierwszych miesięcy po narodzinach. Jednak kiedy minie czas zauroczenia i pojawią się pierwsze oznaki odrębności, do drzwi waszego raju we dwoje może zapukać kryzys.

Razem w związku czy osobno jako indywidualista?

Marek i Agnieszka są małżeństwem od 10 lat. Trafili do mnie, kiedy w związku nastąpił rozłam. – Żona zdradziła mnie, emocjonalnie – powiedział Marek. – To on najpierw mnie oszukał, kupił sportowy samochód bez mojej zgody – dodała Agnieszka. Zanim w domu pojawił się jego motor i jej emocjonalny kochanek, po okresie romantycznej symbiozy obudziły się deficyty, które, jak to najczęściej bywa, zaprowadziły ich do ołtarza. Marek, Dorosłe Dziecko Alkoholików, oczekiwał od partnerki ciągłego zapewniania, że jest najważniejszy, izolował ją od przyjaciół, był zazdrosny o jej pracę. Agnieszka, porzucona przez rodziców we wczesnym dzieciństwie, pragnęła nieustającego zachwytu, adoracji, była zazdrosna, kiedy mąż bardziej zachwycał się ich córką niż nią. Brakowało jej namiętności w związku. Chciała męża kochanka, a nie męża przyjaciela czy ojca ich dzieci. Zamiast mówić o swoich pragnieniach, oczekiwali, że jedno zmieni się dla drugiego. Kiedy to się nie udało, przyszli do mnie, licząc, że wskażę, kto jest winny rozpadowi ich związku, ukarzę winowajcę i wróci sielanka.

„Praca jest dla ciebie ważniejsza niż rodzina”, „Albo twoje hobby, albo ja” – te nawoływania w sprawie lojalności to dylemat każdego z nas. Jeśli dołożyć do tego oczekiwania rodziców, przyjaciół, szefa w pracy – fundujemy sobie niezły konflikt wewnętrzny, stawiając na indywidualizm. Co to oznacza dla naszych relacji? Każdy akt stawania po swojej stronie, ujawnianie swojego indywidualizmu: wygłaszanie i obrona własnego zdania, ale też odmawianie – przez ważne dla nas osoby odczytywany jest jako atak przeciwko związkowi, miłości, rodzinie, przyjaźni czy wspólnej sprawie. Jak być indywidualistką w świecie, w którym „my” stawianie jest na piedestale, a „ja” odbierane jako przejaw narcyzmu czy egoizmu?

Bycie indywidualistą – wady i zalety

Ów wewnętrzny konflikt pomiędzy pragnieniem bycia taką jak inni a potrzebą indywidualności najbardziej widoczny jest u pacjentów, którzy po raz pierwszy trafiają na terapię. „Czy inni pacjenci mają podobne problemy?” – to pytanie, które zwykle pojawia się na pierwszej sesji. W miarę trwania terapii rosną oczekiwania: „Na mnie te metody nie działają, ja potrzebuję indywidualnego traktowania”. I jak tu pogodzić te sprzeczne tendencje? Najtrudniej pracuje mi się z tzw. ortodoksyjnymi outsiderami, którzy nadmiernie podkreślają indywidualizm i swoją odmienność, np. dietą, stylem życia, orientacją seksualną czy szokującymi świat wyborami życiowymi. Komunikat: „Uwaga, jestem inny” to dla mnie informacja: „Tak naprawdę nie wiem, kim jestem, nie znam siebie”. Człowiek, który zna siebie, nie ma potrzeby demonstrowania indywidualności. Jak zatem określić, kto to jest indywidualista? Przede wszystkim taka osoba robi swoje, wtapiając się w tłum. Jej „nie” jest tak naturalne i oczywiste, że nikt nie traktuje jej jako rewolucjonisty czy buntownika. Indywidualista ma swoje zdanie, ale potrafi bezkonfliktowo funkcjonować w świecie. Odmawia, przeciwstawia się bez ranienia drugiej strony, bo wprawdzie podąża za tym, co dla niego najlepsze, ale nigdy nie robią tego kosztem drugiego człowieka. Te wszystkie: „Nie mogę jej tego zrobić”, „Dla mnie najważniejsze jest dobro moich bliskich”, „Nie mam odwagi stanąć po swojej stronie” – to oszustwo. Tak naprawdę lęk przed wyróżnianiem się, przeciwstawianiem się światu czy byciem indywidualistą to obawa przed odkryciem, poznaniem samego siebie.

Boisz się obcego indywidualisty w sobie. Każde „nie”, które tłumisz w gardle (bo jak tu odmówić komuś ważnemu?), wynika z lęku przed nieznanym, który mieszka w twoim wnętrzu. Lojalność wobec rodziny, bliskich czy pracodawcy to potężna siła, ale rozwiązanie tego konfliktu jest możliwe tylko wówczas, kiedy wiesz, czego naprawdę chcesz. Znasz samą siebie na tyle, że czujesz, co jest dla ciebie dobre. Na co się nie zgadzasz, a w jakich sprawach jesteś w stanie pójść na kompromis. Przeciwstawianie się światu na siłę, dla zasady czy z przekory to bunt dwulatka, na który świat zareaguje wzruszeniem ramion. Ilekroć zadaję pacjentowi pytanie: „A czego ty chcesz?”, widzę przerażenie na jego twarzy. Pojawia się racjonalizacja: „Muszę, powinienem, nie mogę, nie wypada, nie potrafię…”. Te wszystkie „musy” i „powinności” istnieją w naszej głowie, wiem, że z nimi się nie dogadam. Siłę do tego, by przeciwstawić się światu i stanąć po swojej stronie indywidualisty, można znaleźć jedynie w ciele, nie w głowie. Symptomy fizyczne to często protest ciała przeciwko nierozwiązanemu konfliktowi „ja–reszta świata”.

U mężczyzn ów konflikt indywidualisty zwykle koncentruje się w klatce piersiowej – w postaci bólu, gniecenia, duszności. U kobiet areną są zwykle okolice brzucha, bioder, miednicy czy narządów intymnych. U obydwu płci konformizm czy uleganie dla świętego spokoju daje o sobie znać w splocie słonecznym, który jest ośrodkiem woli. To właśnie tam, w tzw. dołku, znajduje się centrum twojego: JA JESTEM. Jeśli uda ci się z nim skontaktować, zrozumieć, kto to jest indywidualista, świat z radością przyjmie i zaakceptuje twój indywidualizm.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Jakie mechanizmy obronne stosujemy, żeby „zagłuszyć” niską samoocenę?

Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Osoby o niskiej samoocenie stosują cały arsenał broni, która pozwala odciąć się od swoich rzeczywistych potrzeb i uczuć. Sabotują własne ewentualne sukcesy, przypisują swoje wady innym ludziom, całą energię inwestują w zaspokajanie potrzeb innych. Wszystko po to, by przypadkiem nie skonfrontować się z zaniżonym wyobrażeniem o sobie, z łatkami przypiętymi w dzieciństwie: „ty leniuchu”, „ty gamoniu”, „ty nieudaczniku”.

Jednym z modelowych mechanizmów obronnych stosowanych przez osoby niepewne swojej wartości/kompetencji jest tzw. strategia samoutrudniania. Polega ona na tym, że w pewien sposób utrudniamy sobie wykonanie zadania lub osiągnięcie celu. Tak kształtujemy daną sytuację, że minimalizujemy szansę odniesienia sukcesu. Dla przykładu, student zamiast przygotowywać się do egzaminu, nadrabia wszelkie domowe obowiązki: sprząta, idzie po zakupy, gotuje. Osoba, która ma przed sobą ważną rozmowę kwalifikacyjną, nie skupia się na swoim CV i możliwym przebiegu spotkania, tylko idzie na całonocną balangę.

Oczywiście każda z tych osób w razie niepowodzenia dysponuje starannym i wiarygodnym pakietem usprawiedliwień. No bo przecież egzamin z pewnością by zdała, gdyby jeszcze miała jeden dzień na naukę, a rozmowa kwalifikacyjna nie poszła pomyślnie jedynie ze względu na nieprzespaną noc. Przeszkód może być całe spektrum. Łączy je jedno – nigdy nie wiążą się z brakiem zdolności osoby stosującej strategię samoutrudniania. Ta strategia pozwala zrzucić odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na czynniki zewnętrzne, daje złudne wrażenie, że jeśli tylko zechcę, mogę osiągnąć wszystko.

Balowałam, ale dałam radę

Takie sabotowanie własnych działań pozwala bronić poczucia własnej wartości. Owszem, nakazuje przyznać się do pewnych słabości (np. spóźnialstwa, bałaganiarstwa czy bagatelizowania niektórych spraw), ale tylko takich, którym przypisujemy małą wagę w stosunku do całego obrazu samego siebie. Jednocześnie pozwala zachować pozytywne mniemanie o sobie w obszarach, które mają duże znaczenie w kontekście poczucia własnej wartości jak np. kompetencje zawodowe, zdolności, talenty, inteligencja.

Co więcej, samoutrudnianie może wywindować poczucie własnej wartości w sytuacji, gdy mimo sabotowania różnych działań, uda nam się osiągnąć sukces. Myślimy wtedy: „Zobaczcie, całą noc ostro balowałam, a mimo to wypadłam na rozmowie rewelacyjnie. Zdolna ze mnie babka”. To jest chwila, kiedy błyszczymy, przekonani, że w oczach innych ludzi zaprezentowaliśmy się jako wartościowa osoba.

Strategia samoutrudniania wydaje się kuszącym sposobem radzenia sobie w sytuacjach zadaniowych, kiedy nie jesteśmy pewni, jaki rezultat osiągniemy. Na dłuższą metę nie jest jednak konstruktywna i uderza w nas samych. Zamiast bowiem koncentrować się na zadaniu/celu, całą naszą energię kumulujemy w działaniach dywersyjnych. W efekcie uszczuplamy swoje szanse na osiągnięcie sukcesu. A jeśli nawet uda nam się go osiągnąć, to tak do końca nie wiemy, czemu go zawdzięczamy.

Co złego, to nie ja

Innym mechanizmem, który roztacza zasłonę dymną nad własną niską samooceną, jest projekcja. Chodzi o przypisywanie swoich uczuć, emocji, intencji lub zachowań innym ludziom. To również rzutowanie na innych swoich wad i słabości. Przykładowo, zazdroszczę koleżance z pracy jej sukcesów, ambicji i woli walki o siebie. Moją reakcją na jej kolejne zwycięstwa jest cały wachlarz niedojrzałych i nieakceptowanych zachowań typu oczernianie, podkopywanie jej autorytetu i kompetencji etc. Jednocześnie, aby nie dopuścić do siebie myśli, że zachowuję się w niewłaściwy sposób, przypisuję własne intencje owej koleżance. Czyli w naszym mniemaniu to właśnie ona jest zazdrośnicą, która notorycznie stosuje zagrania nie fair, idzie po trupach do celu, nie zważa na innych. To taka rozpaczliwa obrona własnej, i tak już niskiej, samooceny. Reakcja na strach przed konfrontacją z własnymi słabościami, wadami, niemocą.

Bardzo często stosowanym „mechanizmem ucieczki” jest skupienie się na innych, przy jednoczesnym zaniedbywaniu siebie. Cała uwaga i energia życiowa skoncentrowana jest na potrzebach otoczenia – dzieci, krewnych, współpracowników. A wszystko po to, by zdobyć kolejne porcje „głasków”, by zasłużyć na akceptację otoczenia. To ma zapełnić pusty krater, jaki wyrył się w sercu danej osoby jeszcze w dzieciństwie. W sercu tej plączącej się, głupiej, gamoniowatej, nieudolnej... Spełnianie potrzeb innych w życiu dorosłym można przyrównać do dziecięcego rysowania obrazków po to, by otrzymać od rodziców uwagę, dobre słowo, pochwałę. Nieustanne skupianie się na innych to także próba ucieczki od samej siebie, odgrodzenie od ewentualnej konfrontacji z pytaniami: „Czego tak naprawdę mi potrzeba?”, „Kim jestem?”, „Czy naprawdę jestem bezwartościowa?”, „Dlaczego sądzę, że jestem gorsza od innych?” etc.

Osoby charakteryzujące się niskim poczuciem własnej wartości chowają się też za pesymistycznym obrazem świata i innych ludzi. Każdy jest jakoś „wybrakowany”, nieudolny, niezdolny do osiągnięcia sukcesu. Z tego rodzi się niewiara w swoich bliskich i wymierzony w nich krytycyzm. Ten brak nadziei i kasandryczne podejście do rzeczywistości działa niestety niekorzystnie na otoczenie i niejednokrotnie torpeduje działania innych.

Jak działa mechanizm obronny?

Przedstawione powyżej mechanizmy są przykładowe i nie wyczerpują całej gamy strategii obronnych. Jaki mają sens? Czy są skuteczne? Ich głównym zadaniem jest ochrona przed konfrontacją z niską samooceną. Są niczym kask dla naszej psychiki, ratują ją przed rozsypaniem się na kawałeczki. Poprawiają komfort życia i pozwalają zmierzyć się z wszelkimi sytuacjami kryzysowymi. Nie rozwiązują jednak źródła problemu i odwracają uwagę danej osoby od pracy nad sobą. Są niczym lek przeciwbólowy – łagodzą objawy, ale nie leczą choroby.

Trzeba dodać, że wszystkie opisane wyżej mechanizmy obronne są stosowane nieświadomie. Owszem, pacjenci dostrzegają w swoich zachowaniach pewną powtarzalność, jakiś utrwalony wzorzec. Mają też świadomość, że to co robią, stoi w opozycji do tego, czego tak naprawdę ich dusza łaknie. Jednakże nie są w stanie samodzielnie zrozumieć i skontrolować stosowanych mechanizmów. To właśnie podczas terapii dowiadują się jak one działają, po co psychika je stosuje, jakie skutki rodzą w konkretnych sytuacjach etc.

Urealnij samoocenę

To powolny, żmudny proces. Nie chodzi o to, by pacjenta jednym cięciem oddzielić od dotychczasowych sposób radzenia sobie ze słabością, krytyką czy wyzwaniami. To mogłoby okazać się szkodliwe dla jego psychiki. Chodzi raczej o to, by nauczyć go zarządzać mechanizmami obronnymi. Niech dostrzega je odpowiednio wcześnie, by móc zastosować inne, prorozwojowe narzędzie, jeśli w danym momencie, jest do tego zdolny. Oczywiście jednocześnie uczymy taką osobę odkrywać własne potrzeby i komunikować je wprost, a także krok po kroku urealniamy jej samoocenę. Wszak to ona stanowi źródło problemu. Przepracowujemy m.in. wszelkie przekonania na własny temat zakorzenione w dzieciństwie jak np. „Jesteś do niczego”, „Jesteś głupia”, „Jesteś nieukiem”. Staramy się uruchomić pierwiastek obronny na takie stwierdzenia w miejsce dotychczasowej uległej zgody („A właściwie dlaczego ja jestem niby taka głupia?”, „Co mogłabym odpowiedzieć matce/ojcu/babce na taki zarzut?”, „Jak bym chciała się zachować w sytuacji, gdy ktoś mnie deprecjonuje?” itd).

Kiedy już pacjent zna swoje potrzeby i swoją wartość oraz wie, jak chciałby się zachować w sytuacjach x,y,z, pora na działanie. I tu już zaczyna się codzienna praca danej osoby – trudna i niosąca coraz to inne wyzwania, ale także dająca wiele satysfakcji i poprawiająca komfort życia.

Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zdradzają?

Fascynuje cię ktoś nowy? Czujesz się przy nim wyjątkowo? To alarm, że brak ci czegoś w obecnym związku i byłabyś zdolna do zdrady. (Fot. iStock)
Fascynuje cię ktoś nowy? Czujesz się przy nim wyjątkowo? To alarm, że brak ci czegoś w obecnym związku i byłabyś zdolna do zdrady. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Odpowiedz sobie na pytanie, czy przy partnerze możesz swobodnie śmiać się, ale i płakać? Możesz być czasem kobietą drapieżną a czasem delikatną? Jeśli w obecnym związku nie jesteś różna, oznacza to, że nie żyjesz pełnią swojej osobowości. Istnieje więc prawdopodobieństwo, że zafascynuje cię inny mężczyzna.

Kasia dobrze zapowiadała się na żonę Artura. Była zaradna. I w pracy świetnie sobie radziła, i urodziny sernik na zimno z truskawkami potrafiła zrobić. Kobieta jednocześnie domowa i mocno stąpająca po ziemi. Taka po pracy ugotuje, z dziećmi lekcje odrobi i pamięta o przeglądzie samochodu. Po urodzeniu córki Kasia szybko wróciła do pracy, bo mężowi splajtowała kolejna firma. To nic, kochanie, poradzimy sobie. Potrzebujesz czasu, żeby do siebie dojść, mówiła Arturowi. Dochodził długo. Był z niej dumny, zwłaszcza na rodzinnych uroczystościach. Kasia znakomicie gotowała i tak pięknie umiała dekorować stół.

Siedziała przy stole na przyjęciu imieninowym wujka Stefana, gdy nagle z zadumy wyrwał ją czyjś głos: „Bo u nas w rodzinie nie ma rozwodów ani zdrad. Tylko ten Maniek ze wsi się rozwiódł, no ale on pił, to się nie liczy”. Gdyby wiedzieli, że mam romans, coś w jej środku śmiało się. Że zakochałam się w młodszym o kilka lat liderze zespołu heavy metalowego. Oni nie wiedzą, że gdy czytałam w kawiarni książkę, on siedząc przy sąsiednim stoliku, flirtował ze mną wzrokiem a potem kelnerka przyniosła mi karteczkę z jego numerem telefonu. Nie domyślają się, że gdy całujemy się w parku, nie przeszkadza mi deszcz i że upijamy się piwem, chociaż nigdy go nie piłam, bo to „niekobiece”, myślała. Gdyby oni wiedzieli, jak on mnie rozumie. Zauważył, że nawet gdy się uśmiecham, mam w oczach smutek. Potrzebujesz śmiechu, luzu, namiętnego seksu. I tego wszystkiego właśnie z nim doświadczam. Przy Miłoszu czuję się tak swobodnie, nie obowiązują mnie żadne konwenanse, nie zastanawiam się co wypada robić w niedzielę, a co nie. Mogę wygłupiać się godzinami, mogę też płakać i mówić czego się boję. Wreszcie. Gdy usłyszałam jego słowa: „Budzisz we mnie czułość, jesteś taka delikatna.”, poczułam jak płyną mi łzy. Właśnie dostałam sms-a, że pisze dla mnie kolejną piosenkę. Co ja tu robię, zastanawiała się Kasia. Dlaczego milczę podczas tych rodzinnych obiadów i uciekam w świat fantazji, skąd to uczucie zmęczenia. Sercowe powikłania po grypie sprawiły, że Kasia osłabła. Artur niezręcznie głaskał ją po głowie, gdy wracała od lekarza, nie tolerował słabości ani jej zainteresowania się buddyzmem i medycyną niekonwencjonalną. Gdy wróciła z przyjęcia, wykrzyczała Arturowi, że kocha swoją żonę, a nie ją - kobietę taką, jaką ona jest. Zdała sobie sprawę, że wypełniała jedynie role żony, matki, synowej, szwagierki. Żyła między pracą, wysprzątanym domem a rodzinnymi spotkaniami, zapominając o sobie. Tak bardzo starała się być silna, aż zachorowała na serce. Nie słyszała jego głosu. Dopiero przy Miłoszu poczuła, że żyje. Dlaczego w moim życiu musiało dojść do zdrady, żebym zaczęła zastanawiać się czego chcę, a czego nie chcę i kim jestem?

Osoba, która szuka czegoś w innej relacji, zwykle jest gotowa na to, żeby coś w sobie zmienić. To moment, żeby zadać sobie pytanie - czego mi brakuje? Jaką potrzebuję się stać? Czego pragnę doświadczyć? Co we mnie drzemie, domagając się przebudzenia? Czego się w sobie boję? Jeśli na horyzoncie pojawi się ktoś, kto fascynuje nas, zastanówmy się czym zachęca nas do kontaktu? Ale nie koncentrujmy się na tym, jaki on jest, ale jaka się przy nim staję.

Kasia dopiero przy heavy metalowym muzyku poczuła się delikatna i słaba, przy nim też odkryła spontaniczność i życiowy luz. Przy Arturze weszła w rolę tylko silnej, rodzinnej kobiety. Ale to nie była „cała Kasia”. W każdej z nas istnieje kobieta demoniczna, jest opiekunka domowego ogniska, jest niezaradna dziewczynka. Każda chce zaistnieć. Gdy tak się nie dzieje, mamy poczucie, że czegoś nam brak. Szukamy w pracy, w innych ludziach, przedmiotach, fascynacjach, które przemijają. Tymczasem tą poszukiwaną jakość mamy odnaleźć w sobie, bo to my mamy się zmienić. Jednak nie do wszystkich naszych cech mamy łatwy dostęp. Czasem trudno nam być na przykład drapieżną, stanowczą, walczącą o swoje. Albo odwrotnie, potrzebujemy trochę oddać się komuś w opiekę, doświadczyć bezradności. Mamy taką kobietę w sobie, ale próg na to, by w ten sposób działać lub czuć, jest zbyt wysoki. My się boimy takie być. Powód najczęściej tkwi w przeszłości. Może byłyśmy karane za słabość albo w naszej rodzinie mówiło się, że kobiece ambicje są nie na miejscu. W dorosłe życie weszłyśmy z wzorcami, które wiążą nas w określonych rolach. Nie jesteśmy sobą w swojej wielowymiarowości. Wtedy tą zablokowaną część osobowości próbujemy odnaleźć w relacji z kimś. Jeśli nie mamy do niej dostępu przy partnerze, z którym jesteśmy, zakochujemy się w innym mężczyźnie, z pomocą którego możemy właśnie takie się stać. Nowe. Takie, jakie się jeszcze nie znamy.

Jeśli ktoś nowy cię fascynuje i przy nim czujesz się wyjątkowo, oznacza to, że umiałabyś zdradzić, bo czegoś brakuje ci w obecnym związku.
Swoimi odkryciami podziel się z partnerem. Nie oskarżaj go mówiąc, że jest taki czy inny, raczej mów jak się czujesz teraz, jak chcesz się poczuć w przyszłości i co chcesz zmienić w waszym wspólnym życiu. Jeśli partner zareaguje otwartością, związek ma szansę się rozwinąć. Gdy podejmiemy próby zmiany i są one nieudane, wtedy nie jest już trudno odejść. Wówczas możemy wyruszyć dalej, poszukać nowego związku bez tego trudnego doświadczenia jakim jest zdrada.

Ćwiczenie

Jeśli masz ochotę na zdradę, bo oczarował cię mężczyzna, możesz zrobić ćwiczenie:
  • zapewnij sobie przynajmniej pół godziny spokoju,
  • usiądź wygodnie i wykonaj kilka głębokich oddechów,
  • zobacz w wyobraźni tego drugiego mężczyznę, w którym się zakochałaś,
  • a teraz przypomnij sobie jak się przy nim czujesz: jak się zachowujesz, co jest w tym najbardziej przyjemnego, co nowego, co najbardziej wtedy w sobie lubisz,
  • spróbuj zobaczyć tą kobietę, nadaj jej imię lub pseudonim,
  • wstań i spróbuj poruszać się tak, jak ona, jeśli masz ochotę zatańcz, zacznij coś mówić, może krzyczeć, szeptać, śpiewać,
  • zastanów się gdzie i jak ta kobieta żyje, czym się zajmuje, kim jest, jakie ma cechy,
  • odpowiedz na pytanie co do niej czujesz.
To nowa Ty. Taką właśnie jesteś. Jak najczęściej zachowuj się jak Ona, najlepiej codziennie wprowadzaj Jej zachowania w życie. Gdy Ona poczuje się dobrze w Twojej skórze, odpowiedz sobie na pytanie, jakie teraz ta druga relacja ma dla Ciebie znaczenie.

  1. Psychologia

Potrzeba bliskości - na czym polega czułość i jak poradzić sobie z potrzebą przytulania?

Czułość to piękny dar bliskości i miłości, tym bardziej cenny, z im większym wyczuciem i uważnością wręczany. (Fot. iStock)
Czułość to piękny dar bliskości i miłości, tym bardziej cenny, z im większym wyczuciem i uważnością wręczany. (Fot. iStock)
Czy w czasach krótkotrwałych związków i znajomości przez Internet nie zapomnieliśmy, by być czułym i dobrym – dla siebie, partnera, dzieci…? Z psycholog Katarzyną Grębecką-Romanowską rozmawia Maja Jaszewska.

Czy w czasach krótkotrwałych związków i znajomości przez Internet nie zapomnieliśmy, by być czułym i dobrym – dla siebie, partnera, dzieci…? Na czym polega czułość okazywana bliskim? Z psycholog Katarzyną Grębecką-Romanowską o potrzebie bliskości drugiej osoby rozmawia Maja Jaszewska.

Podejmijmy to wyzwanie i spróbujmy określić, czym jest i na czym polega czułość.
Każdy z nas pragnie czułości i jest do niej stworzony, ale mimo to nie jest łatwo ją zdefiniować. W psychologii mówi się o czułości wtedy, kiedy opisuje się więź, bo jest ona jej immanentną częścią. Dlatego psychologia określa czułość jako podstawową potrzebę, wywodzącą się z relacji matki i dziecka. Opieka nad nowo narodzonym potomstwem wymaga bliskości fizycznej i czułość wywodzi się właśnie z niej. Cała sfera pielęgnacji, dotykania małego dziecka, karmienia go, przewijania, kąpania, pieszczot, przytulania, gdy płacze – ma charakter czuły i buduje więź. Dlatego dzieci z domów dziecka czy z domów, gdzie panuje dysfunkcja emocjonalna, cierpią na zaburzenia więzi. Bez czułości nie ma zdrowej, ciepłej więzi.

Swego czasu przeprowadzono głośne i kontrowersyjne badania na rezusach; odebrano młode matce i umieszczono je w pomieszczeniu, gdzie były dwie kukły – jedna z mlekiem, a druga miękka, szmaciana. Okazało się, że małpie dziecko cały czas siedziało na szmacianej małpie, w którą mogło się wtulić, a tylko na chwilę szło do drewnianej, żeby zjeść. Kiedy dorosło, nie było w stanie nawiązać żadnych relacji z innymi małpami, nie było przystosowane do życia w stadzie. Ostatnim etapem eksperymentu było połączenie dwóch osieroconych małp. Przez pierwszy miesiąc były nierozłącznie sczepione ze sobą. Badanie to dowodzi, że potrzeba czułości rozumianej jako bliskość fizyczna jest bardzo silna u naczelnych, a kiedy nie jest zaspokojona, w późniejszym czasie dochodzi do dysfunkcji w zakresie funkcjonowania w relacji i w grupie.

Nie ma czułości bez dotyku? Czy to jedyny sposób, by została zaspokojona nasza potrzeba bliskości?
Myślę, że każdy postrzega ją trochę inaczej, ale z pewnością musi być w niej bliskość. Można ją okazać też ciepłym, czułym słowem, tonem głosu. Część psychologów twierdzi, że każda rodzina, każdy system wypracowuje sobie swoje wzorce czułości. Jeśli ktoś wie, że jego mama uwielbia dobrą czekoladę, i przyniesie jej tabliczkę w prezencie, może być to dla niej wystarczający gest czułości.

A jeśli ktoś w ramach przeprosin przyniesie ulubioną czekoladę, ale słowo „przepraszam” nigdy nie padnie?
Jeśli tym gestom nie towarzyszy dobra komunikacja, to wręczanie rzeczy czy drobne przysługi mogą być odbierane nie jako gesty czułości, ale coś zastępczego. Moim zdaniem w prawdziwej czułości potrzebna jest taka wrażliwość na drugiego człowieka, żeby umieć trafić w jego potrzeby. A to wymaga uważności. Jeśli więc widzimy, że komuś słowo „przepraszam” jest bardzo potrzebne, spróbujmy je powiedzieć, zamiast wykonywać różne zastępcze gesty.

Czy czułość jest typowa tylko dla bliskich relacji, czy też można być czułym również wobec obcych ludzi? Czy da się zaspokoić potrzebę czułości w kontaktach z nieznajomymi?
Jak najbardziej można. Jest taki fragment czułości, który wydaje się być instynktowny. Jeżeli widzimy małe, bezbronne dziecko, to bez względu na to, czy ono jest nasze, czy nie, jeśli będzie potrzebowało pomocy – ruszymy z nią. Rozczula nas widok wszystkich, którzy są bezradni i potrzebują troski. Dlatego pochylamy się opiekuńczo nad starszymi osobami, głodnymi, chorymi, dziećmi, ale też nad małymi czy potrzebującymi opieki zwierzętami. Ale jeśli nie dostaliśmy w dzieciństwie czułości, troskliwej opieki i ciepła, nie mamy potem odpowiednich zasobów tych dóbr, żeby obdarować nimi inne osoby. Trzeba najpierw samemu się nasycić, żeby później dzielić się z innymi.

Niektórzy wręcz unikają czułości, są nią zażenowani. I to zarówno wtedy, gdy ktoś ich nią obdarza, jak i wtedy, gdy oczekuje się od nich czułych gestów. Przykładem tego może być brak czułości ze strony partnera. Skąd bierze się ten problem?
Często bywa tak, kiedy czułość myli się ze słabością. Szczególnie mężczyźni mają z tym problem. A przecież każdy z nas, nawet najsilniejszy, ma takie momenty w życiu, kiedy potrzebuje słowa wsparcia, zrozumienia i okazania życzliwości. Zdarza się też tak, że obawiamy się okazać czułość naszym bliskim, bo nie wiemy, jak zostanie odebrana albo jakie w nas wzbudzi uczucia. Tak bywa często z czułością pomiędzy rodzicem a dorastającym dzieckiem przeciwnej płci. Rodzice boją się, że ich czułość może być odebrana jako sygnał erotyczny, zarówno przez dziecko, jak i przez nich samych.

Czy nie dowiadując się w dzieciństwie, na czym polega czułość, możemy nauczyć się okazywać ją w dorosłym życiu?
Większość moich pacjentów doświadczyła deficytu czułości w dzieciństwie. Bywa, że rodzice nie potrafią jej dać, co może wynikać z ich własnych deficytów albo lęku związanego z budowaniem relacji. Powstrzymują się przed okazywaniem czułości, tym samym nie dając ani dzieciom, ani sobie możliwości nasycenia się nią. Zdarza się też, że brak czułości jest karą za popełnione przewinienia. Chłód emocjonalny jest jedną z trudniejszych do zniesienia kar, nieraz moi pacjenci mówili: „już bym wolał, żeby ojciec na mnie nakrzyczał, ale on za karę traktował mnie jak powietrze”. Na szczęście zazwyczaj wokół dziecka są inne osoby – dziadkowie, wujkowie, ciocie, nauczyciele czy wychowawcy, którzy mogą dać mu chociaż część tego, co powinno w ramach czułości dostać od rodziców.

Ważnym momentem jest uświadomienie sobie własnej niemocy w tym względzie, bo można być kompletnie nieczułym, ale nie zdawać sobie z tego sprawy. Pierwszym krokiem do zmiany zachowań jest wiedza na swój temat. Tylko wtedy możemy się czegoś nowego uczyć, kiedy wiemy, czego nie umiemy i jakie to ma dla nas i naszych bliskich znaczenie. Osoby, które nie potrafią przyjąć czułości od innych ani poprosić o nią, zazwyczaj nie są też czułe wobec samych siebie.

Czy nie odczuwają one potrzeby bliskości drugiej osoby? Co to znaczy być czułym wobec samego siebie?
Przede wszystkim rozpoznawać własne potrzeby. Nie być wobec siebie zbyt restrykcyjnym i nie karać się nieustannie za wszystko. Zauważać swoje uczucia i pragnienia. Iść za swoimi potrzebami, oczywiście z uwzględnieniem potrzeb innych. Zachowywać się wobec siebie tak, jak by się chciało, żeby inni nas traktowali. Pozwolić sobie na różne emocje, również te trudne – jak złość, lęk, niechęć. Często mamy problem z odczuwaniem złości, uważając, że tylko zły człowiek odczuwa gniew. A przecież wszystkie emocje są nam dane w taki sam sposób, nie wybieramy ich sobie. Nie mamy wpływu na to, co czujemy, jedynie na to, jak wyrażamy nasze uczucia. Umiejętność zaakceptowania samego siebie, zaopiekowania się tym, co w nas słabe, bezbronne – jest właśnie wyrazem czułości.

Skoro problemy z okazywaniem czułości są tak powszechne, a trzeba dodać, że wiele kobiet z potrzebą przytulania skarży się na brak czułości ze strony partnera, co się dzieje, kiedy spotkają się dwie osoby dotknięte deficytem czułości?
Zazwyczaj szukamy takiego partnera, który będzie w stanie zaspokoić to, czego najbardziej nam brakuje. Bywa jednak, że pokazujemy siebie takimi, jakimi pragniemy być, a jak już się zbliżymy do siebie, okazuje się, że tak naprawdę nie mamy tych cech, możliwości, umiejętności, które demonstrowaliśmy na początku. Jeśli w tym krytycznym dla związku momencie skomunikujemy się z partnerem i powiemy sobie otwarcie, czego pragniemy, na czym nam najbardziej zależy, mamy szansę wypracować relację zadowalającą obie strony.

Na ile ważne jest dla dziecka, żeby widzieć wzajemną czułość między rodzicami? Czy może to pomóc w wykształcaniu potrzeby bliskości drugiej osoby?
Czułość między rodzicami jest dla dziecka szkołą relacji partnerskiej. Bardzo często pytam pacjentów, jak wyglądało to u nich w domu. Jeśli dziecko widzi, jak rodzice całują się na przywitanie czy na pożegnanie, jak przytulają się do siebie, siedząc na kanapie, jak głaszczą się i mówią do siebie pieszczotliwie, to uczy się, jak traktować bliskie osoby i okazywać im uczucie. Czułość musi być wzajemna. Nie da się nią obdarować kogoś, kto nie jest na nią gotowy albo najzwyczajniej w świecie od danej osoby jej nie potrzebuje. „Wciskanie” komuś swojej czułości na siłę, bez jego zgody, jest nadużyciem. Wszyscy znamy te koszmarne sceny rodzinne, kiedy to różne ciocie, babcie i znajome rzucają się z uściskami, całusami, tuleniem do dzieci, a te sztywnieją z niechęci.

Może to nie czułość, tylko czułostkowość?
Tak, bo czułość – w przeciwieństwie do czułostkowości – nie jest egoistyczna. W czułości chodzi o wymianę, o spojrzenie na kogoś jego oczami, a w czułostkowości jedynie o ekspresję nadmiaru własnych emocji. A tymczasem podstawą czułości jest wrażliwość na drugą osobę – czego ona chce i w jaki sposób życzy sobie otrzymywać bliskość.

Dlaczego mężczyznom jest trudniej okazywać uczucia? Nie odczuwają np. potrzeby przytulania?
Fizjologia kobiet i mężczyzn różni się, więc nie przeżywamy wszystkiego tak samo, ale to nie znaczy, że mężczyzna ze swej natury pozbawiony jest umiejętności odczuwania miękkich emocji. Natomiast jeśli od najwcześniejszych lat słyszy: „nie płacz i nie pokazuj słabości”, to nic dziwnego, że potem ma problem z okazaniem wrażliwości i czułości. Panuje większe przyzwolenie społeczne na to, żeby kobiety odczuwały i wyrażały bezradność, niemoc i smutek. Dlatego w takich chwilach otrzymują zazwyczaj pocieszenie i wsparcie od bliskich. Mężczyzna co najwyżej usłyszy: „weź się w garść”.

Na ile dobra komunikacja ma wpływ na rozumienie tego, na czym polega czułość między partnerami?
Im gorsza komunikacja, tym częściej zastępujemy czułość czymś innym, a wtedy łatwo o nieporozumienia, poczucie niezrozumienia, a w efekcie deficyty i żal. Często robimy wiele rzeczy „zamiast”. Do najbardziej sztampowych przykładów należy ten, że jak facet umyje kobiecie samochód, to znaczy, że jest wobec niej czuły. Inaczej, bardziej wprost, nie umie tego okazać. Wszystko jest w porządku, dopóki potrafimy też powiedzieć sobie: „kocham cię, więc chcę ci sprawiać przyjemność”. Bo jeżeli się nie komunikujemy, nasze zachowanie może zostać opacznie zrozumiane.

Jak w anegdocie o dwóch siostrach – jedna przez całe życie oddawała drugiej spody kajzerek, myśląc, że siostra je uwielbia, a tymczasem siostra uwielbiała wierzch bułek, ale zjadała spody, bo myślała, że siostra woli wierzchy.
Czułość to piękny dar bliskości i miłości, tym bardziej cenny, z im większym wyczuciem i uważnością wręczany.

Katarzyna Grębecka-Romanowska, specjalista psycholog kliniczny. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Psychiatrii i Neurologii i jako wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Prowadzi własny gabinet.

  1. Psychologia

Frustracja, cierpienie, rozczarowanie - jak wyzwolić umysł z własnych pułapek?

Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
W życiu ciągle zabiegamy o pewne rzeczy, a jak się nie udaje, przeżywamy rozczarowanie. Tak działa uwarunkowany umysł. Czy można go okiełznać? Tak! Wystarczy pozwolić rzeczom, by były, jakie są.

Jak wiadomo, jedną z gier, w jakie gramy w życiu, jest poszukiwanie przyjemności i unikanie cierpienia. Temu podporządkowane jest nasze codzienne działanie, stąd biorą się też wszystkie etykietki, czarne–białe, dobre–złe. Umysł „staje na głowie”, żeby przeprowadzić nas możliwie najbezpieczniej przez teren oznaczony zasadniczo dwoma znaczkami: plusem i minusem. Codziennie zbieramy punkty, sumujemy. I albo oddychamy z ulgą, albo cierpimy i szukamy sposobu, jak rozwiązać problem (czyli znów główkujemy). Czasem przypominamy sobie o filozofii stoickiej albo o szkołach wschodnich, o zen. Ale na ile podobne podejście może się sprawdzić dzisiaj?

Tak naprawdę stan, w którym nie pożądamy, nie unikamy i nie walczymy, to przekroczenie ego, czyli... oświecenie. Człowiek Zachodu czuje się z tym pojęciem nieco niezręcznie – kojarzy mu się ono z odosobnieniem w jaskini, lewitacją... Całkowitym oderwaniem od życia, ziemskich spraw. A chodzi „po prostu” o niedualną (nieuwarunkowaną) świadomość. O stan czystej obecności. Wyzwolenia. Filozof Peter Fenner nazywa ten stan „promieniującym umysłem” .

Umysł, który stara się za bardzo

Fenner to człowiek Zachodu, który uwierzył, że wschodnią mądrość można praktykować na co dzień. Przekroczyć podziały umysłu, porzucić jego batalie. Jako doktor filozofii wykładał na uniwersytetach w Australii i USA. Sporo czasu spędził w Nepalu i w Indiach – poznał tamtejszych lamów, studiował zen, został nawet mnichem. Ale po paru latach zwrócił ślubowania, by zgłębiać zachodnie metody leczenia, psychoterapię. Dlatego stworzony przez niego kurs „Promieniującego umysłu” opiera się zarówno na wschodniej duchowości, jak i zachodniej psychologii. Fenner jest przekonany, że stan niedualnej świadomości dostępny jest każdemu. Że dzięki uważności, obecności możemy demaskować i rozmontowywać źródła naszych frustracji i cierpień. Jego zdaniem nieuwarunkowana świadomość jest ostatecznym celem wszelkich ludzkich dążeń. Nawet jeśli sami ludzie o tym nie wiedzą...

Wszyscy chcemy osiągnąć stan, w którym nasze potrzeby będą zaspokojone. Dlatego uwarunkowany umysł wciąż podejmuje wyzwania, prze do przodu. Ponagla, strofuje. Wyszukuje sposoby, żeby osiągnąć kolejne niezbędne do szczęścia rzeczy. W stanie niedualnej świadomości mamy wszystko. Czujemy się spełnieni z tym, co jest. Chodzi więc o to, by zaufać życiu. Uwierzyć, że wszystko, czego potrzebujemy, jest dostępne już dziś!

Stan niedualnej świadomości nie jest czymś, o co musimy zabiegać – możemy się w nim znaleźć w każdej chwili. O ile ominiemy przeszkody, jakie nas od niego oddzielają.

Jedną z nich jest przywiązanie do cierpienia. Do historii pełnych skarg, obwiniania, użalania się. Przywiązujemy się też do sztywnych scenariuszy i cierpimy, że coś poszło nie po naszej myśli. Kiedy pojawia się sytuacja, którą uznajemy za problematyczną, zaczynamy walczyć. A kiedy pole oczyszcza się i nie mamy żadnych problemów, zaczynamy czuć się nieswojo – jakby ktoś pozbawił nas celu, kierunku. Nawet brak problemów potrafimy więc uznać za problem! Dobrze, nie my – uwarunkowany umysł.

W doświadczaniu nieuwarunkowanej świadomości przeszkadza nam też nawykowa potrzeba aktywności. Wciąż działamy, tworzymy projekty, planujemy czas, a – kiedy nie uda nam się wypełnić go po brzegi – „zabijamy” go. Oglądając jakąś telewizyjną papkę albo przynajmniej bazgrząc coś na kartce. Za punkt honoru stawiamy sobie bycie zajętym. Im ktoś bardziej zajęty, tym ważniejszy... Zachodnia kultura nie akceptuje zwykłego bycia – zrelaksowanego, bezproduktywnego spełnienia. A gdyby tak przyjąć, że żaden wysiłek nie jest potrzebny? Że na ten moment rzeczy mają taki kształt, a nie inny, i już?

Od niedualnej świadomości oddziela nas też potrzeba nazywania, precyzowania, nadawania wszystkiemu sensu. Określania tego, kim jesteśmy, do czego zmierzamy. Jakie mamy stanowisko w tej czy innej sprawie. Nie znosimy niewiadomych, musimy wiedzieć – najlepiej natychmiast! Odrzucamy to, co brytyjski filozof Alan Watts nazwał „mądrością niewiedzy”. Jak wydostać się z tego matriksa? Zacznij od tego, że będziesz obserwować niestrudzone wysiłki umysłu. Jego gry. Jaką potrzebę odczuwasz najsilniej? Zrozumienia? Działania? Planowania? Dlaczego to takie ważne?

Samo siedzenie zamiast medytacji?

Prosty przykład: medytacja. Nie każdy się do tego przyzna, ale zwykle praktykowanie medytacji jest dla nas źródłem... wielu frustracji. Chcemy zastosować się do wszystkich zaleceń: prosty kręgosłup, koncentracja na oddechu, wyznaczony czas bez myśli (chyba że uda się je obserwować), absolutna cisza... Podchodzimy do sprawy z pozycji umysłu – czyli zadaniowo – spinamy się, oceniamy swoje postępy. Mamy pretensje do siebie (i do świata). „Za dużo myślę! Nie byłam obecna! Zgarbiłam się i energia nie mogła przepływać swobodnie przez kręgosłup! Zgubiłam się w liczeniu oddechów! Mąż wszedł do pokoju, chociaż prosiłam, żeby nikt mi nie przeszkadzał! Pies zaszczekał!”.

Fenner nazywa to „konwersacją o medytacji”. I uspokaja: „Nie można dobrze albo źle medytować”! Praktyka, którą proponuje, to „samo siedzenie”. Samo siedzenie jest bardzo proste i (wbrew nazwie) niekoniecznie musi się odbywać na siedząco. Na czym więc polega? Na odcięciu się od bodźców zewnętrznych (telewizja, książka, komputer, towarzystwo), przyjęciu względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym. I tak codziennie, przez około 20 minut. W tym czasie możesz siedzieć na podłodze, kanapie, poduszce. Albo leżeć. Jeśli ci niewygodnie, możesz się poruszyć – byle nie wstawać i nie chodzić. Oczy mogą pozostawać zamknięte, chyba że wolisz je otworzyć. Mantra? Liczenie oddechu? Jak chcesz. Rozproszysz się? W porządku. Cieszy cię ta sesja? Ciesz się nią! Złościsz się? Nudzisz? OK. „Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz” – mówi Fenner. Zadbaj tylko o spokojne miejsce, nastaw budzik, żeby nie musieć pilnować czasu. Ale jeśli chcesz skrócić czas siedzenia czy wprowadzić jakieś modyfikacje (muzyka relaksacyjna, kontakt z naturą), czuj się swobodnie.

Cel? Hm, tak naprawdę niedualne podejście nie zakłada celów. Ale dobrze – przyjmijmy, że praktyka siedzenia prowadzi do spowolnienia. To okazja, żeby dostrzec chociażby, że rzeczy, które „koniecznie musimy zrobić”, mogą poczekać. Może nawet wcale nie są takie ważne? Fenner przyznaje, że chodzi tu o coś więcej: zrozumienie, że żadna praktyka nie jest konieczna, że każdą chwilę i sytuację możemy kontemplować, otwierać się na nią. „Promieniujący umysł” to w pewnym sensie propozycja drogi na skróty. Niemal wszystkie systemy rozwoju sugerują potrzebę zmiany. Przyjmujemy, że to, co mamy i czym jesteśmy, „to nie jest to” i podejmujemy trud stania się kimś innym. Po to, by w którymś momencie przekonać się, że wcale nie musimy... To paradoks, ale ponoć każdy poszukujący wcześniej czy później się z nim styka: praktyka pokazuje nam, że nie potrzebujemy żadnej praktyki. Tyle że bez niej byśmy tego nie odkryli! Jeśli zdecydujesz się na samo siedzenie, możesz sprawdzić po jakimś czasie, jak wygląda twoja „konwersacja”. Czy myślisz: „To przyjemne”? „To działa”? A może: „To nudne”, „Ile jeszcze czasu zostało”? Nie osądzaj – to tylko myśli.

A gdyby tak odpuścić?

Ważne miejsce w praktyce „Promieniującego umysłu” zajmuje nieingerowanie. Przytłacza cię jakaś sytuacja, zalewają emocje? Zamiast szukać natychmiastowej transformacji, oczyszczenia, pozwól rzeczom być takimi, jakie są. Nie osądzaj, nie komentuj, nie zmieniaj. Może okaże się, że skłębione emocje czy kompulsywne myśli rozproszą się szybciej, niż gdybyśmy w nie ingerowali. To jakbyśmy stworzyli przestrzeń wokół problemu – po to, by mógł rozwinąć się i rozpuścić na własny sposób. Dla naszych zachodnich umysłów to nie lada wyzwanie... Tymczasem – zamiast analizować dane, mnożyć byty, wywierać presję – może warto poczekać, aż doświadczenie samo się wyklaruje. Wstrzymać się z działaniami do czasu, aż pojawi się wyraźny kierunek.

Fenner tłumaczy, że za każdym cierpieniem ukrywa się opór.

Albo opieramy się przeciw temu, co się wydarza, albo przeciw utracie tego.
Kiedy odkryjemy, na czym polega ten opór i odpuszczamy go, stajemy się wolni. Sprawdź, jak działa nierobienie niczego – zachęca autor „Promieniującego umysłu”. Zrób ćwiczenie: jeśli pojawi się w twoim życiu jakiś problem, nie podejmuj walki, konfrontacji. Nie unikaj go, nie uciekaj, ale nie próbuj też manipulować tym doświadczeniem, zmieniać go. Prawdopodobnie samo się zmieni.

Proponuje też, by obserwować własne fiksacje, czyli przywiązania, awersje, ustalone poglądy. Albo po prostu powtarzające się myśli. Kiedy jesteśmy zafiksowani, skupiamy naszą energię (umysłową, emocjonalną i fizyczną) na jednej interpretacji. Oczywiście, w niedualnym podejściu fiksacje nie są niczym złym. Ale bezstronna obserwacja pomaga im się rozpuścić. Wystarczy obserwować, co nas przyciąga, a co odrzuca. Co opowiadamy sami sobie na temat danego doświadczenia. Jaki wzorzec kryje się pod tymi opowieściami, myślami, reakcjami. Perfekcjonizm? Niezdecydowanie? Koncentrowanie się na tym, co negatywne? Rozdrabnianie się? Dramatyzowanie? Fenner demaskuje różne wzorce, podając usprawiedliwienia, jakich zwykliśmy używać, żeby się ich trzymać. Osoba niezdecydowana na przykład uważa się za ostrożną, rozdrabniająca się twierdzi, że sprawdza wiele możliwości, dramatyzująca – że przynajmniej się nie nudzi („Czuję, że żyję”). A wszystkie wzorce nakręca ten sam mechanizm, który autor nazywa „to nie jest to” („nie podoba mi się, nie tak to miało wyglądać”). Obserwując swoje reakcje, możemy odkryć, co robimy z doświadczeniem, jak próbujemy je zminimalizować albo zintensyfikować, przyspieszyć albo odsunąć. Jak działa nasz autopilot. Nie potrzeba tu jakichś pogłębionych badań, studiów. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, kiedy czujemy, że któryś ze wzorców jest aktywny, i zadać sobie proste pytanie: „Co ja robię?”. Narzekam? Oskarżam? Lituję się? Dzięki takiej demaskacji stajemy się bardziej bezstronni, zyskujemy dystans do własnych problemów. Przestajemy się z nimi utożsamiać.

Rozpuścić opór, który swarza napięcia

Trudno znaleźć człowieka, który przeżyłby życie, nie negując otaczającej go rzeczywistości. Tak naprawdę trudno przeżyć jeden dzień bez takich myśli, odczuć. Odrzucamy korki na drodze, zachowania polityków, pogodę, jakość produktów w sklepie albo ich brak, głośną muzykę w restauracji... Wciąż coś zakłóca nasz spokój. Więc negujemy to, wyczerpując naszą energię. Angażujemy ją w bitwę, która z góry skazana jest na przegraną. – To tak, jakbyśmy wciąż żyli fantazją, że jest jakieś lepsze miejsce, w którym powinniśmy być – mówi Peter Fenner. Stawia sprawę jasno: „Źródło cierpienia nie leży w okolicznościach życia, ale w sprzeciwie”. Kiedy opieramy się życiu, stwarzamy napięcia, stres, ból.

Jaką postawę możemy więc przyjąć wobec problemów? Uznać, że są. Nie robić problemu z problemów. Nie szukać winnych (rodzice, szef, Bóg), nie robić uników. Zamiast pytać „dlaczego ja?” albo wmawiać sobie, że to nie powinno się wydarzyć, możemy przyznać: „Tak, mam problem, co mogę z tym zrobić?”. Albo sprawdzić: „Czy muszę coś z tym zrobić?”.

Oczywiście, nieingerowanie, o którym była mowa wcześniej, nie oznacza, że – cokolwiek się dzieje – mamy siedzieć z założonymi rękoma. Nieuwarunkowana świadomość nie jest jakąś próżnią czy czarną dziurą, w której tkwimy biernie, niezainteresowani ziemską egzystencją. Postawa kontemplacyjna to nie wycofanie czy znieruchomienie! Rzecz w tym, że w stanie nieuwarunkowanej świadomości nasze zachowania przestają być nawykowe. Opór rozpuszcza się, nasz wewnętrzny spokój obejmuje również trudne doświadczenie. Wzrasta umiejętność przeżywania wszystkich zdarzeń bez strachu czy sięgania po zachowania ucieczkowe (nałogi). Przestajemy walczyć, stajemy się bardziej tolerancyjni i akceptujący. Zauważamy myśli, które próbują nas ostrzec (przestraszyć!) albo pchnąć do zdobywania czegoś, bez czego nasze życie podobno nie jest pełne. I odkrywamy, że w danej chwili niczego nam nie brakuje.