1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dorosłe dzieci i błędy wychowawcze rodziców - co zrobić z poczuciem winy?

Dorosłe dzieci i błędy wychowawcze rodziców - co zrobić z poczuciem winy?

Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Wielu rodziców dorosłych dzieci żyje w poczuciu winy, że źle je wychowali. A poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Podpowiada, żeby za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom krzywdę, ale niczego nie wynagradza, tylko oddala nas od rozwiązania faktycznego problemu – mówi psycholog Ewa Woydyłło, autorka książki „My – rodzice dorosłych dzieci”, mama dorosłych córek: Magdaleny i Natalii.

Wywiad archiwalny

To bodaj pierwsza książka poświęcona znękanym, umęczonym rodzicom dorosłych dzieci. Jak wielka jest skala problemu?
Skala w sensie statystycznym nie jest znana, ponieważ trudno byłoby tu dotrzeć do prawdy. To, co czują i myślą rodzice o swoich dzieciach, zmienia się – na tym polega specyfika emocjonalnych więzi. Bardzo często martwią się z powodu swoich dzieci, ale jednocześnie bronią się przed tymi uczuciami, bo są szalenie przykre. Przymykają oczy na wiele rzeczy, powtarzają sobie: „Nie jest tak źle, to tylko chwilowe”. Taka zmienna postawa zakłóciłaby sprawdzenie rzeczywistej skali problemu.

Ale pani się nim zajęła. Dlaczego?
Ponieważ istnieje coś takiego jak doświadczenie psychoterapeuty. Może wykoślawione, bo przychodzą do nas głównie osoby, które doszły do ściany, zdesperowane, które już nie mogą dalej z tym problemem żyć. Niemniej widzę setki takich rodziców. Pytają mnie: „Co mamy zrobić? Nie możemy nic zdziałać, cierpimy”. Życie tych niemłodych przecież ludzi, którzy powinni mieć święty spokój i cieszyć się owocami swoich dokonań, jest często bardzo mocno zakłócone właśnie z powodu troski o dzieci.

Czy jednak czasem ich zmartwienia nie są wyimaginowane?
Bywa, że problemy rodziców rzeczywiście wynikają z ich nietolerancji czy niezgody na styl życia dzieci. Pewna matka martwi się tym, że jej córka nie wychodzi za mąż, mimo że od trzech lat mieszka z chłopakiem.

Rodzice mają chyba prawo nie zgadzać się z wyborami dzieci?
Oczywiście, mają prawo przeżywać na swój sposób wszystko, co dotyczy ich dzieci. Nigdy ich z tego powodu nie oceniam. Natomiast sugeruję, że może – w ramach własnego rozwoju – dobrze byłoby zacząć na przykład patrzeć niekrytycznie na decyzje swoich dzieci i zaakceptować ich sposób życia, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę nie ma powodu do zmartwień. To znaczy, kiedy dzieci nie niszczą swojego zdrowia i życia, nie przekraczają prawa i zasad moralnych.

A jeżeli jest powód?
Powtarzam rodzicom: Jeżeli wasze problemy z dziećmi spędzają wam sen z powiek, to macie dwa wyjścia – zaakceptować je albo coś z nimi zrobić. Co? Odwołać się do istniejących w naszej społeczności sojuszników: sądów, policji, psychologa, czasami do rodziny, przyjaciół. Wtedy przestaniecie się bać, jakość waszego życia się polepszy, będziecie wygrani.

Niewielu rodziców jest w stanie zaakceptować problemy dziecka – chcą mu za wszelką cenę pomóc, choć nie potrafią. A z drugiej strony nie decydują się na szukanie tej pomocy u kogoś z zewnątrz.
I właśnie na tym polega cały dramat. Bywają sytuacje, że dziecko trzeba ratować. Ale zacząć warto od siebie, bo większe szanse na to, aby pomóc dziecku, mają nie rodzice, którzy są wyniszczonymi, znerwicowanymi wrakami, ale ci, którzy wprawdzie nie mogą powiedzieć, że wszystko w ich życiu jest wspaniałe, ale mimo to umacniają się, dbają o siebie, pielęgnują swoje potrzeby. Wiem, że to może budzić kontrowersje, bo jak tu zająć się sobą, kiedy dziecko jest na dnie. Ale musimy pogodzić się z tym, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, no i nauczyć się rozpoznawać, czy nasze wysiłki są waleniem głową w mur, czy jednak jest jeszcze coś do zrobienia.

A może cały ból rodziców dorosłych dzieci bierze się stąd, że nie pogodzili się z utratą kontroli?
Można odwoływać się do kontroli, dopóki dzieci są małe albo chcą nas słuchać. Moje dorosłe córki, mające już własne dzieci, w niektórych sytuacjach przychodzą i pytają wprost: Mamo, powiedz mi to czy tamto. Ale to one decydują, nie ja. I ja się wtedy strasznie cieszę. Czasami jednak mówią: Mamo, ja cię nie pytam o zdanie. Wtedy mogę zaakceptować ich głos albo szukać sposobu, żeby je przekonać. To, do jakich sposobów uciekamy się, żeby tylko osiągnąć cel, przypomina taniec – czasami kontredans, czasami tango milonga. Bierzemy dziecko na litość, na strach, dostajemy palpitacji serca, płaczemy. Ale nieraz istotnie trzeba chwycić dziecko za kołnierz, żeby nie upadło.

Są rodzice, którzy szukając ratunku, nigdy nie zdecydują się na radykalny krok. Wolą cierpieć.
Piszę o tym w książce, że na szczęście czasami problem sam się rozwiązuje. Młoda osoba schodzi na manowce, a potem wraca. To też jest możliwe.

A jeżeli wbrew naszej woli dziecko postanawia wyprowadzić się z domu?
Taki przykład: Młody człowiek chce wyjechać na studia do Irlandii, my jesteśmy temu przeciwni. Mimo to on stawia na swoim. Cóż nam pozostaje? Zaakceptować jego pomysł. Ale jeżeli skomentujemy jego decyzję tak: „No dobra, wyjeżdżaj, ale twoja noga więcej tu nie postanie”, to wtedy zatrzaskujemy przed nim drzwi. A tego robić nie wolno. Mam nadzieję, że z książki płynie przesłanie: Rodzice nie powinni zamykać przed dzieckiem drzwi. Każdy może to robić, tylko nie oni.

Okazuje się, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: Małe dzieci  – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot.
Anglicy z kolei mówią: To nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Chodzi o to, że dzieci stawiają co chwilę przed rodzicami nowe wyzwania.

Niektórzy rodzice nie są w stanie im sprostać, bo nie umieją (nie chcą, nie lubią) się uczyć. A przychodzi pora, żeby poszerzyć swoje rozumienie świata i na przykład przyjąć do wiadomości, że córka ma skłonności lesbijskie i zamieszkała razem z przyjaciółką. Dla rodziców to cios, dramat. Jeżeli jednak nie będą w stanie zmienić swych poglądów, to ją odrzucą.

 
Rodzice czują się winni. Pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu i wiem, jak bardzo poczucie winy przeszkadza w wyzdrowieniu. Ostrzegam rodziców przed tą pułapką emocjonalną. Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Robi z nami coś takiego, że stajemy się bardziej ulegli, zakładamy filtr na oczy i widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Staramy się przy tym wynagrodzić dzieciom krzywdę, a tak naprawdę niczego nie wynagradzamy, tylko oddalamy się od rozwiązania faktycznego problemu.

Twierdzę, że poczucie winy to odmiana narcyzmu. Narcyz chce nieustannie zwracać na siebie uwagę. To samo robi człowiek z poczuciem winy. Krzysio jest leniem, ale mama mówi: „To przeze mnie, źle go wychowałam”. A Krzyś jest istotą mającą wolną wolę, ulega różnym wpływom. Uważam, że to megalomańskie i destrukcyjne mówić, że wychowanie zależy tylko od nas. Przecież na nasze dzieci oddziałują i rówieśnicy, i mass media, i gry komputerowe. Nie stawiajmy się w roli Boga. Ja zresztą myślę, że to przede wszystkim Bóg, jakkolwiek go pojmujemy, najbardziej wpływa na to, jacy jesteśmy.

Napisała pani, że dziecko ma prawo zmarnować swoje życie. To mądra, ale i piekielnie trudna dla rodziców prawda.
Bo to jego życie. Nawet gdyby rzeczywiście zbłądziło z naszej winy, to nie ma co się z tego powodu biczować. Trzeba się zastanowić, jaką zastosować metodę, żeby to zmienić. Pomóc może jedynie matka, która załatwi swoje poczucie winy w grupie, na spowiedzi, u psychoterapeuty. Nie umiałaś wychowywać przez 20 lat, to się z tego powodu nie zadręczaj, tylko zabierz do podniesienia swoich kompetencji.

Kompetencji? Rodzice sądzą, że w wychowaniu potrzebna jest przede wszystkim miłość.
Zgoda. Tylko że bardzo wielu rodziców utożsamia miłość z sercem, czyli z bezgranicznym oddaniem, dobrocią. A ja dodałabym do tego jeszcze rozum. Jeżeli córka ukradnie koleżance koraliki, to mama kierująca się głosem serca sama je odda czy podrzuci, bo chce oszczędzić swojemu dziecku przykrych przeżyć. Tym samym nie pozwala córce na naprawienie błędu. Nie trzeba w takim przypadku od razu wzywać policji, ale na pewno powinno się dopilnować, aby winowajczyni poniosła konsekwencje.

Jakie jeszcze przesłanie kieruje pani w swojej książce do rodziców?
Żyj i daj żyć dziecku. A jeżeli chcesz na nie wpływać, to musisz się liczyć z tym, że nie zawsze się to uda. Kobieta, która nie może się doczekać wnuka, niech np. powie z uśmiechem: „Życzę sobie na urodziny, żebym została babcią”. Prawdopodobnie prędzej dotrą do dziecka słowa wypowiedziane z humorem niż niewypowiedziana, ale demonstrowana dezaprobata, np. przewracanie oczami czy wymowne milczenie. Takich komunikatów nie wprost może ono po prostu nie zauważyć i potem zapyta: „A dlaczego nie powiedziałaś, że tak ci na tym zależy?”.

Inną ważną myślą mojej książki jest to, że ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim za swoje życie.Czasami opowiadam moim pacjentom bajkę, którą wymyśliłam dla swojego małego wnuka. Kończy się  jak, że oto stoję u bram niebios i święty Piotr mnie pyta: „Powiedz mi, jak przeżyłaś swoje życie”. No to ja mówię, że nie mogłam przeżyć go dobrze, bo miałam męża alkoholika. A on dalej: „A jakie miałaś talenty?”. Ja: Pięknie śpiewałam. On: „No to pewnie zapisałaś się do chóru i rozwijałaś się w tym kierunku”. Ja: Nie, bo musiałam męża pilnować. Święty Piotr: „Zmarnowałaś talent”. I tak po kolei wyliczałam, czego nie mogłam zrobić. Aż w końcu święty Piotr wysłał mnie do czyśćca, żebym nauczyła się nie marnować tego, co dostałam. Co mogą zrobić rodzice? Wydać na świat dziecko i towarzyszyć mu najlepiej, jak umieją, przez kilkanaście lat, a potem już nie, bo nie mają kompetencji.

Jako rodzice wiele spraw często odkładamy na potem. Teraz musimy zarabiać, robić karierę.
Moja książka może być takim memento dla rodziców małych dzieci. Żeby uświadomili sobie, że to życie strasznie krótko trwa, i żeby już od dzisiaj zaczęli wcześniej wracać do domu, nie odkładali budowania więzi z dzieckiem, bo ono potrzebuje towarzysza właśnie teraz. Jak nie zaprzyjaźnimy się z nim w dzieci stwie, to ta szansa przepadnie.

Pani to się udało?
Myślę, że tak. Nie wiem, co bym dała, żeby przez chwilę pobyć z jedną z moich córek, takie są fantastyczne. Ale ja dopiero teraz spełniam się zawodowo, wcześniej zajmowałam się ich wychowywaniem. Ale nie zmieniłabym ani minuty swego życia. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci. Z mojej książki płynie jeszcze jedno przesłanie – zachwyćmy się swoimi dziećmi! Nawet jeżeli wiele rzeczy nam się w nich nie podoba, to na pewno coś warte jest zachwytu. Mnie dawno temu nauczyła tego przyjaciółka, matka dziewczynki z zespołem Downa, pełna zachwytu nad każdym, nawet najmniejszym jej osiągnięciem. Wszyscy rodzice powinni tak traktować swoje dzieci. Tymczasem – paradoksalnie – im bardziej uzdolnione dziecko, tym gorzej je traktujemy, wyżej stawiamy poprzeczkę. A ono odbiera to jako sygnał, że nie jest dobre. Dla mnie, młodej wówczas matki, było to odkrycie na miarę rewolucji. Być może dzięki niemu teraz jako matka mogę powiedzieć: udało mi się.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mistrzowie codzienności – czego uczą nas najbliżsi?

Gdy decydujemy się szanować potrzeby dzieci, wtedy okazujemy szacunek własnym niezaspokojonym potrzebom z dzieciństwa. (fot. iStock)
Gdy decydujemy się szanować potrzeby dzieci, wtedy okazujemy szacunek własnym niezaspokojonym potrzebom z dzieciństwa. (fot. iStock)
Partner irytuje, dzieci wciąż sprawiają kłopoty, święty by z nimi nie wytrzymał – jak w takich warunkach myśleć o duchowym rozwoju?! A jednak... I dzieci, i partnerzy uczą nas miłości. Bycie z nimi wymaga znajdowania i wyrażania tego, co w nas kochające, wspierające i współczujące. Otwierając się na miłość, zaczynamy widzieć w bliskich ich wewnętrzne piękno i doskonałość. Mistrzowie na wyciągnięcie ręki? Właśnie tak!

Dziecko jak Gandhi

Wielu autorów zwraca uwagę na potencjał rozwojowy naszych związków. Marshall Rosenberg proponuje, aby wyobrazić sobie, że nasze dziecko to szczególny gość, któremu należy się szacunek i miłość, np. Gandhi. Albo Budda. A nasz partner to ktoś wyjątkowy, którego jesteśmy ciekawi wciąż na nowo.

– Rodzicielstwo jest zwierciadłem, w którym oglądamy nasze najlepsze i najgorsze cechy; chwile najcenniejsze i najbardziej przerażające – mówili Myla i Jon Kabat-Zinnowie na spotkaniu z rodzicami podczas wizyty w Polsce. W pewnych okresach czujemy, że w naszej rodzinie wszystko jest w porządku. Dzieci wydają się szczęśliwe, silne i zrównoważone. Lecz już następnego dnia, a nawet w następnej chwili, możemy mieć trzęsienie ziemi. Pojawia się zamęt, rozpacz, złość i frustracja. Nasz dotychczasowy sposób myślenia i pojmowania rzeczy staje się bezużyteczny. Nie wiemy, co się dzieje i dlaczego.

Co wtedy? Kluczem jest świadomość. Szczególny rodzaj uwagi, która obejmuje wszystko, co się dzieje, z intencją zachowania równowagi i jasności umysłu. Wszystko – także to, co bolesne i nieprzyjemne. Wtedy usiłujemy – nie bez trudności – przyjąć aktualne wydarzenia i zrozumieć, jaka powinna być w nich nasza rola.

– Miłość do dzieci wyraża się poprzez jakość spędzonych z nimi chwil – mówią Myla i Jon. W sposobie podawania kromki chleba i w porannym przywitaniu, w codziennym okazywaniu dobroci i zrozumienia, w otwartości i akceptacji – także wtedy, gdy na progu świadomości czai się lęk i złość.

Myla mówi i pisze, że wszystkiego, co najcenniejsze, nauczyła się od trójki swoich dzieci, bo dzieci są ucieleśnieniem tego, co najlepsze w tym życiu. Przychodzą do nas po to, byśmy mogli uczyć się miłości. Sprawiają, że możemy uczestniczyć w misterium życia, kochają nas. Dzieci żyją w teraźniejszości. Są cudownym kwiatem, czystym potencjałem rodzących się możliwości, wcieleniem nowej energii życiowej, nadzieją. Dzięki dzieciom dokonują się poważne zmiany w naszej świadomości. Zaczynamy odczuwać intymną więź z nadzieją i bólem innych osób w sposób wcześniej nam nieznany. Poszerza się sfera współczucia. Przejęci troską o własne dzieci i ich pomyślność zaczynamy inaczej postrzegać nędzę, wojny i przyszłość naszej planety.

Pytania do siebie

Dzieci zachowują niezakłóconą obecność. Stale rozwijają się i zmieniają, co wymaga od nas wciąż nowych reakcji. W miarę jak rosną, rzucają wyzwania wszystkim naszym oczekiwaniom, ustalonym opiniom i pielęgnowanym przekonaniom. A co więcej – pozwalają nam rozpoznawać nasze stare, ograniczające i niszczące wzorce z dzieciństwa. Jako rodzice znamy cały repertuar destrukcyjnych zachowań, takich jak umniejszanie dziecka, bagatelizowanie jego uczuć, pogarda, upokarzanie słowami, tonem głosu, ośmieszanie. Zachowujemy się w sposób automatyczny, a czasem okrutny, bliski nam, gdyż sami wyrośliśmy w atmosferze takich zachowań. Gdy traktujemy dziecko jak naszego nauczyciela, najcenniejszą istotę, wtedy łatwiej się zatrzymać i zapytać siebie: Co ja teraz robię? Dlaczego reaguję tak gwałtownie na tę sytuację? Do czego doprowadzi mnie dalsze postępowanie w ten sposób? Co czuje moje dziecko? Jaki mam w tym momencie wybór? Potrzebujemy wtedy świadomie powrócić do chwili obecnej i spokojnie obserwować wewnętrzne impulsy.

Wstrzymanie działań odruchowych, obserwowanie bez osądzania, co się ze mną dzieje – to niełatwe, bo wymaga świadomego zaangażowania w życie. Jednak w chwilach, gdy potrafimy dostrzec własne aberracje i zmienić swój sposób reagowania, dokonują się w nas uzdrawiające przemiany, pisze Myla Kabat-Zinn.

Gdy decydujemy się szanować potrzeby dzieci, wtedy okazujemy szacunek własnym niezaspokojonym potrzebom z dzieciństwa. Wybierając dobroć, wsparcie i miłość zamiast okrucieństwa, otaczamy współczuciem także siebie. Jeśli ktoś nas bił, a my zatrzymujemy się przed uderzeniem dziecka, wtedy sami sobie dajemy ochronę i bezpieczeństwo. Każdy taki akt jest krokiem na drodze do pełni i wyzwolenia z przeszłości.

Wstępując na tę drogę, możemy cieszyć się z błędów, ponieważ one pokazują nam, gdzie jesteśmy. W znakomitej książce „Zen na co dzień. Miłość i praca” Charlotte Joko Beck poświęca „błędom” wiele miejsca. Ta chwila, kiedy nagle uświadamiamy sobie, że poszukiwanie czegoś poza nami nie przyniesie rozwiązania, to chwila magiczna. Nie istnieją idealni ludzie, idealna praca ani idealne miejsce do życia. Poszukiwanie kończy się zawsze w tym samym miejscu, w którym spotyka nas… rozczarowanie. I to jest dobre miejsce.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Wątpliwości w macierzyństwie są ok

Młode matki muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz - mówi psycholożka Katarzyna Półtorak.(Fot. iStock)
Młode matki muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz - mówi psycholożka Katarzyna Półtorak.(Fot. iStock)
Kiedy mama, która jest w kłopocie, dostaje z każdej strony rady, czuje, że inni mają więcej kompetencji. I ma coraz mniejsze zaufanie do siebie – mówi psycholog Katarzyna Półtorak.

Uważa się, że młoda matka ma dzisiaj lepiej niż jej matka.
Rzeczywiście panuje takie przekonanie. Jeżeli dzisiaj córka przychodzi do swojej mamy i opowiada o trudnościach, to bardzo często słyszy, że ma dużo lepiej, bo nie musi prać pieluch, są gotowe zupki w słoiczkach, jej mąż uczestniczy w wychowaniu. Problem polega na tym, że współczesne mamy mierzą się z zupełnie inną rzeczywistością i z zupełnie innymi wyzwaniami niż ich mamy.

Z jakimi problemami młode mamy przychodzą do pani?
Żalą się, że straciły życie, które miały; że bardzo trudno im pożegnać się z tym kawałkiem, który dotyczył kariery, spotkań towarzyskich, pasji; boli je, że krzyczą i nie wiedzą, jak przestać. To nie jest tak, że one nie są zadowolone z bycia mamami, że nie są wdzięczne za to, że spotkały odpowiedniego partnera, założyły rodzinę. Doceniają to.

Ale?
Trudności pozostają. To znaczy – fakt, że świadomie podjęły decyzję o byciu mamą i że nie zrobiłyby nic inaczej, nie sprawia, że nie żal im poprzedniego życia. One muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz.

Zmienić priorytety?
Tak, to też trudność, szczególnie wtedy, gdy dziecko jest malutkie i wszystkie siły i zasoby są kierowane w jego stronę. W tym czasie właściwie cała energia mamy idzie na zaspokojenie potrzeb dziecka oraz na to, żeby rodzina ten czas przetrwała. Mama na ogół nie ma do końca rozeznania, jak powinno wyglądać nowe życie, czego ona chce, na czym polega jej rola.

Może wszystkiego dowiedzieć się z Internetu, popytać inne mamy, swoją mamę.
Tak, i to robi, ale tu spotyka ją kolejna trudność, która polega z jednej strony na tym, o czym już mówiłam, czyli na zmianach w sposobach i możliwościach wychowywania dzieci w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, a z drugiej – na tym, że kobiety nie umieją się nawzajem wspierać. Przyzwyczailiśmy się do tego, że gdy myślimy o dawaniu wsparcia, to chodzi nam o dawanie rady. Czyli – jak ona mówi mi o swojej trudności, to ja jej mówię, jakie mam rozwiązanie, i uważam, że ona powinna je zastosować. I sprawa będzie rozwiązana.

Dlaczego to nie działa?
Kiedyś działało bardziej, bo kobiety były dla kobiet często jedynymi źródłami wiedzy. Dzisiaj, kiedy mamy zgłaszają się do mnie na bezpłatne konsultacje online, oczekują nie rad, ale przyjęcia ich razem z ich emocjami, pomocy w wypracowaniu odpowiednich dla nich strategii działania.

Co złego jest w tym, że ktoś radzi młodej mamie?
Dawanie rady łączy się z przekonaniem, że ten, kto radzi, wie lepiej. Gdy więc mama, która jest w kłopocie, dostaje z każdej strony rady, czuje, że inni mają więcej kompetencji, są mądrzejsi. Ma coraz mniejsze zaufanie do siebie. Kiedy opowiada mi o swoich trudnościach, to widzę, że często się ich wstydzi.

Wstydzi? Dlaczego?
Ponieważ myśli, że tylko ona ma taki kłopot, a inne mamy go nie mają. I nie chodzi tylko o to, że jej koleżanki w mediach społecznościowych pokazują wymuskane zdjęcia, na których życie wygląda jak w bajce. Chodzi o to, że jak spotyka inne mamy w parku, w przedszkolu, na imprezie rodzinnej, to one mówią, że wszystko u nich OK, że super. A u niej super nie jest, ale wstydzi się do tego przyznać. Wstyd to jedna z najtrudniejszych emocji, blokująca, wszechogarniająca. Czujemy się wtedy niedoskonali, niekompetentni, nieudani.
Wstyd matek jest niejako skutkiem braku otwartości w ich otoczeniu. Bo żeby być otwartym na drugiego człowieka, trzeba mieć do niego dużo zaufania, pewność, że nie oceni, że będzie starał się nam pomóc. W dobie pandemii, kiedy jesteśmy zamknięci, zestresowani, brak otwartości jest jeszcze bardziej dotkliwy. W rodzinach pojawia się dużo emocji, nowych wyzwań, a mało chęci, żeby pokazywać, co się naprawdę dzieje.

Pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. (Ilustracja Aneta Klejnowska)Pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. (Ilustracja Aneta Klejnowska)

Wymianie doświadczeń mogłyby służyć fora dla młodych matek. Ale służą głównie porównywaniu się, kto jest lepszy, czyja metoda skuteczniejsza.
Składa się na to kilka przyczyn. Kiedyś obowiązywał konkretny model wychowania i wiadomo było, jakie narzędzia wychowawcze istnieją. Teraz jedne mamy korzystają z wielu podejść, wybierają, co im służy na danym etapie, inne obstają przy odmiennej opcji. Mają więc dużo możliwości wyboru. I mało zaufania do siebie. Jeśli widzą, że dziecko nie jest w stanie czegoś zrobić, a koleżanka pisze, że w określonym wieku powinno, to uważają, że jak będą ćwiczyć tę umiejętność z dzieckiem, efekt powinien się pojawić. Kiedy się nie pojawia, nie rozumieją dlaczego. Natomiast mama, która ma do siebie zaufanie, wie, że można sprawdzić, czy dana strategia służy dziecku, czy jest odpowiednia do jego wieku, możliwości rozwoju, potrzeb. Trzymanie się jakiejś strategii tylko dlatego, że zadziałała u innego dziecka, podczas gdy u mojego się nie sprawdza, a ja też się z nią źle czuję – jest błędem. Mamy często nie zdają sobie sprawy, po co coś robią. Wydaje im się, że nawet jeśli im to nie służy, to będzie służyło dziecku. Ignorują swoje potrzeby, nie zdają sobie z nich sprawy. I nic dziwnego – od małego jesteśmy uczeni ignorowania sygnałów płynących z naszego ciała. Jest nam ciepło, ale każe nam się nosić czapkę. Jesteśmy syci, a musimy zjeść rosołek, żeby babci nie było przykro. I jak sami stajemy się rodzicami, zaczynamy reagować tak, jak nasi rodzice. Mamy wdrukowane pewne skrypty zachowania, a o uwagę dopominają się nieuświadomione potrzeby.

Co z nimi zrobić?
Wyciągnąć na wierzch, przyjrzeć się im. Jeżeli mama pozna swoje potrzeby, to zrozumie źródło swoich problemów i wtedy może poszukać rozwiązań, które będą jej służyły. A gdy je znajdzie – nabierze poczucia kompetencji. I będzie dużo lepiej sobie radzić z ocenami płynącymi z zewnątrz, wszystko jedno, czy z krytyką, czy z pochwałą. Pod wpływem ocen z zewnątrz kobiety mają sporo poczucia winy. Zarówno gdy karmią piersią, jak i gdy nie karmią. Gdy biorą urlop macierzyński albo gdy wracają do pracy. W każdej niemal sytuacji młode mamy mają dużo wątpliwości.

I z tego powodu cierpią?
Tak, bo wątpliwości uznaje się za słabość, przeciwieństwo siły, wpływu, sprawczości. Natomiast ja uważam, że pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. A mamom wydaje się, że jak nie mają wpływu na całość, to nie mają go w ogóle, na nic. Tymczasem zawsze mamy jakiś kawałek wpływu, tylko musimy go znaleźć i zdecydować, czy chcemy z niego skorzystać. Kiedy kobiety mówią, że one czegoś nie wiedzą, a ja odpowiadam, że to jest OK, są zdziwione. Myślą, że jako dorosłe kobiety i matki nie powinny mieć wątpliwości, powinny wiedzieć, co jest dobre dla dziecka, jak zareagować, co zrobić. A nasuwanie się wątpliwości oznacza, że szukam, rozwijam się, że jestem ciekawa czegoś innego. Ciekawość bardzo pomaga w wychowywaniu dzieci.

Jak ją pogodzić z kultem konsekwencji?
Część matek tak bardzo stara się być konsekwentnymi, trwać przy rozwiązaniach, które obrały, że tracą na to mnóstwo zasobów, które mogłyby wykorzystać do budowania fajnych relacji z dzieckiem. A to nie służy nikomu. A na dodatek pokazuje dzieciom, że zbaczanie z drogi, bycie niekonsekwentnym jest słabością, a nie poszukiwaniem rozwiązań. Wątpliwości nie umniejszają naszej wartości. Jeżeli nie dajemy sobie do nich prawa, to stajemy w miejscu siły, a z tego miejsca trudno budować relacje. Bo w relacjach jest miękkość, zaufanie, niewiedza, ciekawość.

Badania pokazują, że dzisiaj aż 40 proc. kobiet nie pracuje. Młode mamy nie mają dylematów: praca czy wychowanie?
Oczywiście, że mają. Gdy pracujemy nad ich nieuświadomionymi potrzebami, to wychodzi na jaw, że niektóre nie czują z powodu macierzyństwa radości. Doskwiera monotonia, powtarzalność. Nie mają poczucia, że robią coś ważnego, co nadaje sens ich życiu. Bardzo potrzebują drugiego filaru, jakim jest praca. I nie musi to być zawrotna kariera, może po prostu zapewniać potrzebę różnorodności, rozwoju. Mają jednak dylematy, czy ich dziecko jest gotowe na żłobek, czy to dobry moment rozwojowy, żeby się z nim rozstać. I często dopiero wtedy, gdy idzie ono do placówki, odzyskują równowagę. A jak one są w równowadze, to i cała rodzina ją odzyskuje.

Młode mamy mogą liczyć na ojców dzieci.
Faktycznie, młodzi ojcowie są często bardzo zaangażowani, zainteresowani tym, jak wspierać się nawzajem, jak budować rodzinę w nowoczesny sposób. Jedna rzecz utrudnia jednak skuteczne dawanie tego wsparcia, mianowicie to, że nie trafia ono w miejsce, w które ma trafić. Mężczyzna gotuje obiad, idzie z dzieckiem na spacer, odbiera je z przedszkola, bawi się z nim, ale mamie często bardziej potrzebne jest bycie wziętą pod uwagę, docenienie, wysłuchanie, zadbanie o to, żeby mogła realizować pasje, pracować. Kobiety, mimo że kochają swoich partnerów, zauważają, że – ze względów biologicznych, kulturowych i społecznych – są zdecydowanie bardziej niż oni obciążone. One z tym nie dyskutują, ale chciałyby, żeby mężczyzna zobaczył i uznał ich wysiłek. Wsparcie emocjonalne od partnerów jest kluczowe.

Co przede wszystkim chce pani przekazać młodym matkom?
Po pierwsze, że w swoich problemach nie są odosobnione. Po drugie, że wątpliwości, proszenie o pomoc to nie oznaki słabości, tylko sposób na szukanie rozwiązań. Po trzecie, żeby ufały sobie, nie bały się zbaczać z utartych ścieżek, schematów. Po czwarte, by nie porównywały się do innych matek.

I żeby uwolniły się od napięcia, które im nieustannie towarzyszy?
Zdecydowanie tak. Bo takie napięcie to ładunek wybuchowy, który może eksplodować pod wpływem małej iskierki. Spokój każdy czerpie z czego innego. Jeżeli więc będziemy wiedziały, o co nam chodzi, czego potrzebujemy, i będziemy potrafiły o to poprosić, to cała rodzina na tym zyska. Gdy dziecko zobaczy, że mama umie regulować swoje emocje, będzie się tego też uczyć. Ważne, żeby matki odkryły swoje potrzeby, stały za nimi, a nie podążały za potrzebami innych. 

Katarzyna Półtorak, psycholożka, ekspertka w dziedzinie komunikacji i budowania relacji bez krzyku. Autorka programów rozwojowych i wspierających dla kobiet. Właścicielka i twórczyni marki 'Mama ma moc!' - www mamamamoc.pl (Fot. archiwum prywatne)Katarzyna Półtorak, psycholożka, ekspertka w dziedzinie komunikacji i budowania relacji bez krzyku. Autorka programów rozwojowych i wspierających dla kobiet. Właścicielka i twórczyni marki "Mama ma moc!" - www mamamamoc.pl (Fot. archiwum prywatne)

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Styl Życia

Skrzywdzeni, ale silni – o wychowankach domów dziecka w rozmowie z Moniką Krzyżanowską z Fundacji OneDay

Monika Krzyżanowska, założycielka i prezeska Fundacji OneDay wspierającej dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych i domów dziecka w całej Polsce (fot. archiwum prywatne)
Monika Krzyżanowska, założycielka i prezeska Fundacji OneDay wspierającej dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych i domów dziecka w całej Polsce (fot. archiwum prywatne)
Pomóc może każdy z nas, na różne sposoby, choćby zmieniając sposób myślenia i patrzenia na wychowanków placówek opiekuńczo-wychowawczych. Fundacja One Day opłaca dzieciom kursy zawodowe, studia, testy Gallupa, szkolenia, psychoterapie, ale przede wszystkim pomaga się usamodzielnić i uwierzyć w siebie. Fundację tworzą wychowankowie „domów dziecka”, znający i rozumiejący potrzeby swoich podopiecznych.

Ile w Polsce jest dzieci w placówkach opiekuńczo-wychowawczych? Według oficjalnych statystyk jest 1150 placówek instytucjonalnej opieki zastępczej. Przebywa w nich ponad 16 i pół tys. dzieci, z czego największą grupę stanowią osoby dorastające i stojące u progu dorosłości (14-18 lat). Rocznie usamodzielnia się około 6 tys. dzieci. To są dane w przybliżeniu, bo na skutek rotacji sytuacja wciąż się zmienia. Dzieci najczęściej trafiają z interwencji. Bardzo rzadko jest tak, że ktoś w „domu dziecka” nie ma rodziców. Dzieci bez rodziców, szczególnie małe, zostają adoptowane, chyba, że sytuacja prawna na to nie pozwala (czyli rodzice biologiczni mają prawa rodzicielskie). Zwykle jest tak, że rodzice wychowanków gdzieś są i albo z tymi rodzicami nie można żyć, albo oni nie chcą żyć ze swoimi dziećmi. Zdarza się też, że w danym miejscu nie ma odpowiednich warunków dla dziecka lub jest po prostu niebezpiecznie.

Robicie wiele dobrego. Do tej pory prowadziliście projekty „usamodzielnieni”, „gwiazdka One Day”. Wspieraliście młodzież startującą w dorosłe życie. Czego dzieci najbardziej teraz potrzebują? Nasze działania cały czas trwają. Nie zmieniło się przecież to, że czas płynie mimo pandemii, mimo, że świat się w pewnym sensie zatrzymał. Młodzież musi się usamodzielnić. Przychodzi 18. lub 25. rok życia i trzeba podjąć decyzję. My cały czas uczestniczymy w tym procesie. Jest nam teraz trudniej, bo kursy zawodowe są wstrzymywane przez organizatorów (na prawo jazdy, na wózki widłowe, czy inne specjalizacje) a warsztaty prowadzimy zdalnie. W zeszłym roku zrobiliśmy około 50 kursów zawodowych.

Na szczęście miałam intuicję i dwa lata temu wymyśliłam projekt usamodzielnieni.pl – stronę z aplikacją posiadającą bardzo wiele funkcji dla młodzieży, która się usamodzielnia. Teraz możemy z nimi pracować zdalnie. Pokazujemy jakie możliwości daje im ta strona/ aplikacja. Mogą np. zgłosić się do prawnika, jeśli nie wiedzą jak napisać pismo do urzędu, mogą skonsultować się z ekspertem od usamodzielnienia. Znajdą tam nie tylko kontakty, ale również wszystkie prawa i obowiązki, które będą ich czekać na tej nowej drodze. Proces usamodzielniania zaczyna się teoretycznie od 17 roku życia, ale tak naprawdę rozpoczyna się od momentu, gdy dziecko wchodzi do placówki. Już wtedy powinno się tego młodego człowieka przygotowywać na to, że będzie kiedyś prowadził samodzielne życie. Dlatego cieszę się, że zrobiliśmy tą aplikację, bo możemy dotrzeć do szerszej grupy. Staramy się mieć ciekawy, przydatny kontent już dla 16-latków.

Dziecko osiąga pewien wiek i wychodzi z ośrodka opiekuńczo-wychowawczego. Z czym się musi zmierzyć? Jak to wygląda praktycznie? Osoby opuszczające rodzinny dom zwykle mogą liczyć na jakieś wsparcie, a bywa i tak, że w ogóle się nie usamodzielniają… Tutaj takiej możliwości nie ma. Ja myślę, że największa różnica jest taka, że jakichkolwiek rodziców byśmy nie mieli (bo oczywiście sytuacje bywają różne), to zawsze mamy z tyłu głowy, że jak powinie nam się noga, podejmiemy złą decyzję to zawsze możemy wrócić, choć na chwilę i znaleźć kawałek miejsca lub ciepłą zupę. Wychodząc z placówki nie mamy takiego miejsca. Nie możemy wrócić już do placówki, gdy podejmiemy decyzję o odejściu. Możemy ją opuścić mając 18 lat, choć mamy prawo pozostać do 25. roku życia, pod warunkiem, że nadal się uczymy i spełniamy różne wymagania. My zajmujemy się też edukowaniem i wspieraniem dzieci w placówkach, żeby znały swoje prawa i obowiązki. Dzieci mają prawo być pod opieką państwa w trakcie studiów. Często jednak brakuje miejsc w placówkach, bo czekają inne dzieci, więc tworzy się swego rodzaju presja.

W praktyce wygląda to tak, że większość osób, które ukończyły 18 lat wychodzi „w dorosłe życie”. Mają wówczas różne możliwości. Mogą zadecydować, że wynajmą sobie pokój, pójdą mieszkać do cioci, babci (jeśli taką mają) lub do kogoś znajomego – wychodzą i na własną rękę robią wszystko sami. Mogą też skorzystać z pomocy PCPR (powiatowego centrum pomocy rodzinie) i w zależności od tego, jaką mają sytuację i jak długo przebywały w placówce, mają możliwość ubiegania się o różne świadczenia, np. (co zdarza się bardzo rzadko) o mieszkanie socjalne lub chronione (gdzie też są pod pewnym nadzorem, ale nie takim jak w placówce). Jednak na takie decyzje mieszkaniowe czeka się nieraz przez wiele lat, więc ta młodzież i tak jest zmuszona coś wynająć.

Zdarza się, że zgłaszają się do nas osoby, które potrzebują pomocy finansowej przy remontach, bo sprowadziły się do starego, zaniedbanego mieszkania. Niektórzy robią zrzutki na potrzebne rzeczy codziennego użytku (jak czajnik, sztućce, talerze).

W ośrodkach wychowawczych robimy też warsztaty z robienia zakupów i wybierania produktów spożywczych. Taki podstawowy świat (jak zrobić pranie, jak założyć konto w banku, jak wyrobić dowód osobisty) często jest dla tych dzieci nieznany. Posiłki zwykle są wydawane i dzieci nie zawsze wiedzą jak przygotować jedzenie. Żyją trochę jak na koloniach, w wieloosobowych salach. Cieszę się, gdy widzę miejsca w których gotuje się razem.

Jak radzą sobie z codziennością po wyjściu z ośrodka? Na początku mają dużo lęku przed nieznanym. Chyba, że ich sytuacja jest pewna (co się zdarza rzadko) i wiedzą, co będą robić, gdzie będą mieszkać.

My staramy się być z boku i też nie narzucać niczego. Oni wiedzą, że mogą się do nas zgłosić. Jesteśmy dla nich takim supportem. W sytuacjach kryzysowych mogą na nas liczyć.

Czy pomagają im wychowawcy? To tez zależy od miejsca, od pracujących osób, trochę tak jak w domu: jedne rodziny pomagają, inne nie. Są wychowawcy i dyrektorzy z ogromna misją, bardzo zaangażowani, również w edukację tych dzieci, a są miejsca, gdzie nie podejmuje się większych aktywności.

Z czego te osoby się utrzymują? Kieszonkowe to od 20 do 80 pln miesięcznie, do tego często same zaczynają pierwsze prace. Jeśli zostają w placówce, żeby kontynuować edukację, mogą otrzymać miesięczne dofinansowanie (w wysokości 500 pln). Warunkiem przyznania pomocy na kontynuowanie nauki jest złożenie wniosku oraz posiadanie zatwierdzonego indywidualnego programu usamodzielnienia. Mają też prawo prosić o dofinansowanie studiów.

Na czym tutaj polega wasza pomoc? My również wspieramy finansowo edukację podopiecznych. Jeśli np. taka młoda osoba chce zrobić kurs zawodowy lub iść na studia to może się do nas zgłosić i my taką naukę finansujemy. To duże odciążenie dla palcówki.

To wszystko wzięło się z naszych osobistych doświadczeń. Ja sama pamiętam jak zbierałam na prawo jazdy roznosząc ulotki i jak ciężko było mi uzbierać te pieniądze. Dla młodej osoby, która ma taką perspektywę, że może np. zacząć jeździć samochodem, zarabiać robiąc paznokcie (co nie wymaga wielu lat nauki) – to jest naprawdę duża pomoc. Namawiamy ich również do dalszej edukacji kiedy już się trochę usamodzielnią.

Robicie też testy Gallupa.Tak, robimy je na warsztatach, gdy jeździmy po różnych miejscowościach w Polsce. Szkolimy wówczas około 200 osób z pisania CV, rozmowy kwalifikacyjnej, a przede wszystkim podnosimy wiarę w siebie. Właściwie głównym celem tych warsztatów jest to, żeby taka młoda osoba wiedziała, że wszystko jest możliwe. I aby miała takie poczucie, że to, iż jesteśmy z placówki opiekuńczo-wychowawczej nie oznacza, że jesteśmy gorsi od innych. Chcemy tym dzieciom pokazać, że każdy z nas jest równym człowiekiem i każdy z nas ma wiele talentów. Ten test talentów zawodowych daje certyfikat, który namacalnie pokazuje, ile ktoś ma w sobie pięknych rzeczy. Reakcja jest zwykle taka sama „O Boże, ja ma w sobie jakieś talenty!”… Młode osoby mogą potem dołączyć go do CV i to jest dla nich bardzo istotne. Pracodawca wie wówczas, gdzie jest ich mocna strona.

W wielu wywiadach podkreślała Pani, że dzieci z takich placówek często mierzą się z problemem akceptacji i wiary w siebie. Poczucie wartości nigdy nie jest u tych dzieci zawyżone. Rzadko można spotkać osobę, która powie „wierzę, że mi się uda, wierzę w siebie, bo mam w sobie wiele fajnych cech”. Dlatego właśnie nad tym pracujemy.

Brakuje im też wzorców? Zdarzają się fajni psycholodzy, czy opiekunowie w placówce, którzy dobrze z nimi pracują. W tej pracy cały czas chodzi o pokazywanie tym dzieciom pozytywnych aspektów życia i pozytywnych aspektów w nich samych. Jak ma się odpowiednie poczucie własnej wartości to jest się szczęśliwym człowiekiem. Wtedy umiemy o siebie zadbać sami, samodzielność to nie dowód a sposób myślenia. To nasze wewnętrzne dziecko, skrzywdzone przez przykre doświadczenia, nawet jeśli trafi do fajnej grupy ludzi, potrzebuje czasu, żeby zacząć normalnie funkcjonować, przerobić w sobie te sytuacje. Są to tak naprawdę skrzywdzone osoby, które teraz muszą zrozumieć, że te przykre doświadczenia dały im siłę. Dały im moc, żeby przekuć je w coś dobrego.

To są naprawdę wspaniałe, wrażliwe dzieci.

Bardzo wzruszająca historia, którą pamiętam dotyczyła np. chłopca, który w „tabelce marzeń” wpisał, że chce dostać na gwiazdkę legginsy i kucyka pony. Tabelka marzeń, którą publikujemy w październiku/ listopadzie to część naszej akcji świątecznej. Tam dzieci mogą wpisać różne kursy zawodowe oraz wymarzone prezenty od Mikołaja. Myśleliśmy, że to jakaś pomyłka i wrzuciliśmy mu do paczki też inne zabawki. Jednak ten chłopiec, kiedy dostał prezent, zawołał swoją siostrę i dał jej tego kucyka pony i legginsy. Powiedział, że właśnie jego marzeniem było to, aby dać siostrze prezent. Bardzo często dzieci w tabelce marzeń prosiły o prezenty dla swojej rodziny, dla mamy (nawet jeśli nie utrzymywały z nią kontaktu).

To jest charakterystyczne u tych dzieci, że nawet jeśli nie otrzymują wsparcia z zewnątrz to cały czas o tych bliskich osobach pamiętają, licząc, że kiedyś się pojawią. Niestety, doprowadza to do takich sytuacji (mamy czasem takie przypadki), że w momencie usamodzielnienia ci rodzice zaczynają dzieci znowu „kochać”, ale jest to często związane z tym, że te dzieci po prostu same już zarabiają pieniądze i mogą coś sfinansować, stać się podporą.

Co wówczas robicie? To już bardziej zadanie dla psychologa/ psychoterapeuty. Na pewno potrzebne jest wtedy wsparcie polegające na uświadomieniu tym dzieciom, że może nie zawsze warto wchodzić w toksyczną relację, która była bardzo przykra. To niekoniecznie dobre rozwiązanie na pierwszy krok samodzielności.

Chyba we wszystkich ludziach jest takie poczucie, że chcemy być kochani, chcemy być potrzebni, akceptowani. Dlatego niektórzy racjonalizują sobie te sytuacje: to nie było tak, że ten rodzic nas nie chciał, tylko po prostu nie mógł się nami zająć, miał trudne warunki itp.

To oczywiście jest kwestia indywidualna, bo czasem ktoś naprawdę nie miał warunków finansowych, a chciał wychować dziecko. Przypadki są różne. Staramy się, poprzez specjalistów, tłumaczyć tym dzieciom, że wchodzenie na nowo w te relacje nie jest do końca szczere z obydwu stron. Zdarza się zresztą, że rodzice wytaczają dorosłym dzieciom sprawy o alimenty. Na szczęście te sprawy są przegrywane. Nie znam przypadku, żeby jakiś rodzic wygrał. Jednak sam fakt, że trzeba iść do sądu, zeznawać, wziąć prawnika – to nie jest fajne na start.

Wygląda na to, że wsparcie psychologiczne jest tym dzieciom po prostu niezbędne. Mamy osoby, które korzystają z opłacanej przez nas psychoterapii i zachęcamy do tego wielu wychowanków. Psycholog jednak nie kojarzy się dobrze. Staramy się to odczarować. Opowiadam im o wielu sprawach na swoim przykładzie i myślę, że to do nich trafia, więc przekonują się czasem do psychoterapii.

Mamy również psychologa w swojej aplikacji i bardzo zachęcam dzieci, żeby korzystały z pomocy, zapisywały się na psychoterapię. Osobiście uważam, że takie wsparcie i przepracowanie swoich doświadczeń jest potrzebna każdemu kto przeżył coś trudnego.

W jakiej kondycji jest obecnie Fundacja? Czy bardzo odczuwacie skutki pandemii? Mam wrażenie, że po tej pierwszej fali pomocy dla lekarzy, osób starszych, samotnych, przyszedł czas na innych potrzebujących. Pomogła nam niewątpliwie akcja społeczna marki Mary Kay „Dłonie pełne dobra” – zebrali dla nas kilkadziesiąt tysięcy, dodatkowo nasz projekt USAMODZIELNIENI jest wspierany przez Kulczyk Foundation. Nie ukrywam jednak, że mocno odczuliśmy ten okres pod względem finansowym. Na pewno kuleje kwestia naszych cegiełek. Prawie każdy, przez zaistniałą sytuację, dostał „po kieszeni” i na pewno trudniej teraz wspierać innych, jeśli samemu ma się problemy.

Placówki mimo wszystko działają. Podstawowe potrzeby dzieci są zaspokajane. Bardziej zależy nam, żeby wspierać podopiecznych edukacyjnie i psychicznie. Próbujemy sobie jakoś radzić i robić dla dzieci, które są zamknięte w placówkach to, co możemy. Nie można do nich przyjechać, odwiedzić osobiście. Staramy się robić im warsztaty online. Taki kontakt jest dla nich ważny szczególnie, gdy mieszka się w pokoju z kilkoma osobami i czasem nie można wyjść z tego pokoju, bo ktoś inny ma kwarantannę w pokoju obok.

Na początku pandemii zgłosiły się do nas placówki z prośbą o pomoc w pozyskaniu laptopów, żeby dzieci mogły uczestniczyć w zdalnym nauczaniu. Zdarzały się miejsca, gdzie w placówce było 35 uczniów i tylko 2 stacjonarne komputery. Udało nam się zebrać bardzo dużo laptopów. Były też akcje rządowe oraz innych organizacji. Można powiedzieć, że dzięki pandemii te dzieci wreszcie mają dostęp do tego, żeby zdobywać wiedzę poprzez technologię. Możemy teraz robić dużo warsztatów online i dotrzeć do większej grupy. Także są tez plusy tej nowej rzeczywistości.

Jak można wam pomóc? Jeśli chciałabym was wesprzeć jako osoba z zewnątrz to co mogę zrobić (oprócz zakupu „cegiełek”)? Cegiełki od darczyńców są oczywiście dla nas ważne, jako stałe zabezpieczenie, ale taką przestrzenią, gdzie każdy mógłby coś dać od siebie, jest nasza aplikacja. Tam mamy miejsce poświęcone stażom i wiedzy związanej z pracą. Jeżeli ktoś z nas posiada jakiś zawód to może podzielić się informacjami o tym zawodzie (jakie są jego plusy i minusy, na czym dokładnie polega) lub jakąś ciekawą historią ze swojego życia. Mamy też miejsce na filmy instruktarzowe oraz takie, które pokazują różne zawody czy perspektywy. Dzieciaki chętnie to oglądają, bo znajdują dla siebie inspiracje. Jest też zakładka, która zawiera ogłoszenia o pracę czy staże. Jeśli ktoś chciałby zatrudnić takiego młodego człowieka, może zamieścić tam ogłoszenie. Będziemy teraz robić kurs dotyczący pracy online. Wartością są więc dla nas oferty pracy, szczególnie zdalnej, i ciekawie podana wiedza.

Czy jest duża różnica pomiędzy usamodzielnianiem się w dużym mieście, a w małej miejscowości? Z pewnością w dużym mieście łatwiej jest o pracę. Teraz np. mamy taką sytuację, że szukamy już od miesiąca pracy dla wychowanki z Elbląga i naprawdę ciężko jest znaleźć cokolwiek. Poza tym duże miasto daje więcej możliwości pod względem mieszkaniowym.

Małe miejscowości wiążą się też mocno z historią tych dzieci i wiele z nich chce te miejsca opuścić.

Jakie zawody najczęściej wykonują wychowankowie ośrodków? Mogę powiedzieć na podstawie naszej „tabelki marzeń” o jakie kursy najczęściej proszą. Poza kursami językowymi czy na prawo jazdy, zwykle pojawiają się prośby o kursy na wózki widłowe, fryzjerstwo, kursy kosmetyczne – czyli zawody, których można szybko się nauczyć, zdobyć certyfikat i zacząć pracę. Zdarzają się oczywiście prośby o inne szkolenia. Mieliśmy ratowników wodnych, tatuażystkę, która teraz, po kursie, robi tatuaże. Większość młodzieży myśli o tym, żeby jak najszybciej mieć zawód, który umożliwi im zarabianie pieniędzy.

Czyli myślą praktycznie, ale krótkoterminowo. Nie na zasadzie: pójdę na studia, zdobędę wykształcenie w danej dziedzinie… Ja mogę powiedzieć na swoim przykładzie: nigdy nie sądziłam, że mogłabym pójść na studia. Na początek również zrobiłam kurs fryzjerski. Później ta droga tak się potoczyła, że uwierzyłam, iż mogę pójść na studia i zrobiłam to, choć dość późno. W każdym razie to jest ten sam schemat: chcę szybko mieć kompetencje i zarabiać, a też wydaje mi się, że na wyższej uczelni sobie nie poradzę. Nie miałam w ogóle takich myśli, że mogłabym iść na studia. Większość tych dzieci ma właśnie takie przeświadczenie. Choć oczywiście zdarzają się osoby które marzą o studiach - to dla nas duża radość.

Rozumiem, że bez pomocy i motywowania marnują się setki talentów? No właśnie ten test talentów robi cuda. Wiele dzieci zmienia swoje ścieżki zawodowe. Mieliśmy np. podopieczną, która była w liceum chemicznym i chociaż była dobrą uczennicą, w te przedmioty ścisłe musiała wkładać wiele wysiłku, żeby je przyswoić. Po wykonaniu testów Gallupa i rozmowie z coachem okazało się, że ma ona wiele talentów psychologicznych. Postanowiła więc zmienić profil na humanistyczny i teraz szczęśliwie się realizuje studiując psychologię. Opłacamy jej te studia. To jest świetny przykład na to, że poznając swoje mocne strony można nie męczyć się w tym, co robimy.

Warto też przytoczyć historię pewnego chłopca z Fundacji, który miał niepełnosprawność ruchową i lekarze nie dawali mu większych szans, że będzie kiedyś sprawny. On sobie jednak wymarzył, że będzie ćwiczył i przez ćwiczenia ruszy te mięśnie, które pozwolą mu uzyskać sprawność. Bardzo w to wierzył. Przez ileś lat, co roku, zamawiał sobie w tabelce marzeń kolejne elementy do siłowni: najpierw ciężarki, potem ławkę. W ten sposób budował w placówce własną siłownię, nie tylko dla siebie. Namawiał też innych, żeby ćwiczyli. Po wielu latach ćwiczeń ten chłopak normalnie funkcjonuje. Nikt by nie uwierzył, że miał tak poważne problemy. Ma teraz 17 lat i poprosił w ostatnim roku o kurs trenera personalnego. Interesuje się też odżywianiem. Występuje zresztą w naszej aplikacji jako przykład. Nagrał dla dzieci film motywacyjny.

To pokazuje niezłomność wielu podopiecznych. Tak, ale często pojawia się kłopot w mniejszych miejscowościach. Jest tu pewna tendencja, którą zauważam. Otóż wszyscy idą często do jednej szkoły, bo nie mają wyjścia i przykładowo, gdy jedyną szkołą jest szkoła gastronomiczna, wszystkie dzieci w danej miejscowości wybierają te same zawody: kelnerów, kucharzy itp. Dlatego te testy Gallupa pokazują, że możemy nie zatrzymywać się na jakimś etapie, bo mamy inne talenty do wykorzystania.

Jaka panuje atmosfera w placówkach opiekuńczo-wychowawczych? Jak te dzieci się w nich odnajdują? Mam wrażenie, że to jest jak w dużej rodzinie. Oni bardzo mocno się ze sobą trzymają i jeśli nawet są jakieś kłótnie to tak jak między bratem a siostrą. Mogą też na siebie liczyć. Są przyjaciółmi i pomagają sobie nawzajem. Często starsze dzieci opiekują się tymi młodszymi i te relacje są naprawdę ciepłe. Przynajmniej tak to wyglądało w większości miejsc, które odwiedzałam.

Z tego, co Pani mówi, cechuje ich duże współczucie. Jest w nich dużo miłości i ciepła, choć są dość zamknięte, szczególnie na nowe osoby. Wiele z tych dzieci nie mówi w szkole, że są z placówki i tu się pojawia pewien kłopot. Izolują się czasem, bo nie chcą zdradzić tej „tajemnicy”. Nie wchodzą więc w głębokie relacje, bo boją się, że ktoś będzie chciał przyjść do nich do domu. Rówieśnicy często nie wiedzą, że te osoby mieszkają w „domu dziecka”.

Z czego to wynika? Czy dzieci wstydzą się tego? Myślę, że tak. Na swoim przykładzie pamiętam, że nie było mowy (np. w szkole podstawowej), żeby powiedzieć innym dzieciom, że jest się z domu dziecka. To zależy pewnie od miejsca zamieszkania. Ja się wychowałam w mniejszej miejscowości koło Warszawy i tak właśnie było. O tego czasu wiele się zmieniło, ale jak rozmawiam z dziećmi to one jednak cały czas czują, że nie powinny o tym mówić. Obawiają się reakcji i tego, że będą miały jakiś stygmat, zostaną zaszufladkowane.

Co chciałaby Pani od siebie jeszcze przekazać? Chcę powiedzieć, że jest nas wszystkich dużo. Czasem warto być uważnym i wrażliwym, pamiętać, że istniejemy wokół. Niestety w Polsce ten temat nie jest do końca przepracowany. Chciałabym walczyć z takim poczuciem, że jak ktoś jest z „domu dziecka” to jest z nim coś „nie tak”, a często się z tym spotykam. Słynne: „Ty jesteś adoptowany” oznacza że nie pasujesz - dzieci się tym straszą w szkole, domu. Potrzebna jest nam wszystkim akceptacja i zrozumienie. Jesteśmy super! Jesteśmy bardzo wrażliwi, umiemy kochać, wspierać. Wszyscy, których spotykam chcą pomagać. Chcą pracować w schroniskach, w fundacjach. Przez to pragną też pomagać sobie. Zawsze tak jest, że jak pomagamy innym to pomagamy też sobie i to jest piękne. Liczą się dobre intencję - a tych nam nie brakuje!

Fundacja One Day powstała po to, by wspierać młodzież i dzieci z domów dziecka i placówek opiekuńczo-wychowawczych poprzez dwie niezależne inicjatywy: #GWIAZDKĘ ONE DAY organizowaną raz w roku oraz całoroczny projekt #USAMODZIELNIENI. Powstała z własnych doświadczeń i jest tworzona wspólnie z dziećmi.