1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Toksyczna kurtyna. Dlaczego tkwimy w nieudanych związkach?

Toksyczna kurtyna. Dlaczego tkwimy w nieudanych związkach?

Toksyczna kurtyna to jedna z przyczyn nieudanego związku. (Fot. iStock)
Toksyczna kurtyna to jedna z przyczyn nieudanego związku. (Fot. iStock)
Dlaczego niektóre pary, mimo kłótni i nieporozumień, nie mogą się rozstać? Dlaczego równie mocno, jak kochać, potrafią się ranić? Przyczyną jest to, co psychologowie nazywają toksyczną kurtyną, czyli obszar zepchniętych do podświadomości deficytów z dzieciństwa.

W pomieszczeniu znajduje się grupa 20 ludzi, wszyscy są terapeutami i nigdy wcześniej się nie widzieli. Przez najbliższe dni będą uczestnikami grupy rozwojowej. Na samym początku, kiedy nie znają nawet swoich imion, zostają zaproszeni do tego, by wybrać spośród pozostałych uczestników kogoś, kto przypomina im osobę z ich rodziny, kto do niej by pasował, kto mógłby wypełnić puste miejsce, psychologiczną „lukę”. Gdy wszyscy dobiorą się w takie pary, jest czas na porozmawianie o motywach, które skłoniły ich do tego wyboru, a następnie o swoim środowisku rodzinnym. W dalszej części pary łączą się w czwórki, które staną się rodziną, a każda z osób ma przyjąć w niej konkretną rolę.

To ćwiczenie, nazywane „ćwiczeniem układów rodzinnych”, pokazuje, że w grupy dobierają się osoby pochodzące z rodzin, które funkcjonowały w bardzo zbliżony sposób. „Na przykład cała czwórka stwierdza, że pochodzi z rodziny, w której były trudności z okazywaniem uczuć; albo na przykład z wyrażaniem złości czy zazdrości, albo gdzie oczekiwano od każdego, że będzie stale wesoły i pełen optymizmu” – pisze w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” Robin Skynner, psychiatra, specjalista w zakresie terapii rodzinnej.

Czasami w trakcie ćwiczenia okazuje się, że cała czwórka straciła na ważnym etapie życia mamę, ich ojciec był przez jakiś czas nieobecny lub każde z nich przeżyło w dzieciństwie dużą stratę. Oczywiście, można by zanegować wyniki ćwiczenia, twierdząc, że osoby te miały za zadanie szukać podobieństw. Ale przeczą tej tezie ci wszyscy, którzy niechętnie brali udział w ćwiczeniu, nie wybrali nikogo, po prostu zostali sami na środku sali. Gdy Robin Skynner po raz pierwszy przeprowadził ten eksperyment, napisał: „nagle zacząłem się martwić, że osoby, które znalazły się razem jako ostatnie, będą miały poczucie, że są z odrzutu”. Okazało się, że ci wszyscy „z odrzutu” wychowali się w rodzinach zastępczych, domach dziecka albo byli adoptowani.

Kryterium doboru

W latach 50. Henry Dicks, pionier terapii małżeńskiej, opisał trzy powody, dla których ludzie dobierają się w pary. Pierwsze są motywy społeczne, takie jak pieniądze, pochodzenie, religia, status. Drugą kategorię stanowią indywidualne względy, takie jak wspólne zainteresowania, cechy charakteru, atrakcyjność fizyczna. Ostatnią – nieświadomy pociąg prowadzący do tzw. ślepego zakochania, powodowany silnym przekonaniem, że odnaleźliśmy właśnie tę osobę. Tak naprawdę, na nieświadomym poziomie, rozpoznaliśmy w tej osobie kogoś ze swojej rodziny. A ponieważ swoją rodzinę nosimy wszędzie ze sobą, wszyscy o podobnej psychologicznej historii także mogą nas rozpoznać.

To żadna magia, tylko logiczny, psychologiczny mechanizm. Podobnie każdy z nas bez trudu jest w stanie rozpoznać atmosferę panującą w pokoju, do którego właśnie weszliśmy, a w którym przed chwilą pokłóciła się dwójka osób. Im bliżej jesteśmy danej osoby, im bezpieczniej się przy niej czujemy, tym szybciej jesteśmy w stanie rozpoznać jej nastrój przez samo spojrzenie w oczy, na twarz. A sygnały wysyłamy cały czas, również sposobem chodzenia, siadania, tonem głosu, tym, jak budujemy zdania, jak sięgamy po kubek z herbatą.

Zakochujemy się i tworzymy nową rodzinę na zasadzie ukrytych podobieństw, które rozpoznaje nasza nieświadomość. Wszystko przez kurtyny, czyli bariery, jakie dla pozornego bezpieczeństwa tworzy nasza psychika. Za nimi instynktownie chowamy wstydliwe uczucia, spychamy traumy i przykre doświadczenia. W nadziei, że – schowane – nie będą miały na nas wpływu. Paradoks polega na tym, że mają, i to większy, niż gdybyśmy przyjęli je do wiadomości.

Para z defektem

Są małżeństwem od 19 lat, z czego 18 spędzili na kłótniach. Poznali się w pracy, na wyjeździe integracyjnym. Podczas tzw. rundek rozpoczynających i kończących dzień jako jedyni odmawiali dzielenia się swoimi emocjami. Po trzech miesiącach od poznania, wypełnionych szczęściem, seksem i poczuciem zupełnego zjednoczenia, pobrali się. On podziwiał jej elokwencję, to, jak stawiała granice swoim koleżankom i jak gardziła serialami, telewizją i damskimi fatałaszkami. Ona uwielbiała jego błyskotliwość, poczucie humoru, cynizm, którym wygrywał każdą dyskusję, oraz niezwykłą zaradność. Jednak już kilka tygodni po ślubie rozpoczęły się ciche dni, poprzedzone gwałtownymi wybuchami, często krzykiem, słowami pełnymi ocen i wyzwisk. I jego, i ją łatwo zranić, nie tylko słowem, również spojrzeniem. W każdym z nich tkwi bowiem pragnienie miłości, czułości, którym nie zostali nakarmieni w dzieciństwie. Ona pochodzi z rodziny alkoholowej, a on był ofiarą przemocy.

Zakochali się w tym, co znajduje się przed kurtyną, a co Robin Skynner nazywa „towarami w oknie wystawowym”. Dostrzegli w sobie nawzajem intrygującą, silną osobę i musieli przeczuwać, że za kurtyną mieszka przerażone, zrozpaczone i nigdy niekochane dziecko. Połączenie tych dwóch obszarów stanowi dziwnie kuszący, podniecający i znajomy przebłysk tego, że trafiło się na osobę ze swojego świata. I oto przed nim staje ona, a przed nią on, noszą w sobie tę samą pustkę, tę samą ranę, to samo pragnienie, a w końcu tę samą nadzieję na ratunek, a ratunku może udzielić tylko ktoś posiadający tę samą tajemnicę. Za ich kurtyną mieszka rozwścieczone dziecko, które nie potrafi poprosić wprost o miłość, które – aby przetrwać – wypracowało różne strategie, takie jak cynizm, elokwencja czy błyskotliwość. A to uwodzi. W takim związku prawie nigdy nie dochodzi do zawieszenia broni, podobnie jak w domu rodzinnym, partnerzy muszą być stale czujni, ponieważ w każdej chwili może spaść na głowę cios. „I dlatego ta ich część, która jest dzieckiem, jest zawsze sfrustrowana, rozgniewana i zawzięta. Ta złość narasta, dopóki nie osiągnie punktu, gdy rozwścieczone dziecko eksploduje zza kurtyny. Toteż muszą spędzić połowę życia na dziecinnej wściekłości na siebie nawzajem” – pisze Robin Skynner.

Nie potrafią dostrzec, że nie są wściekli na partnera, politykę, spóźniony autobus, tylko na to, że nigdy nie dostali miłości, której pragną coraz bardziej zaborczo. Naiwnie liczą na ratunek, na to, że druga strona odgadnie i zaspokoi ich potrzeby. A ponieważ do tego skłonni są jedynie zakochani w pierwszym okresie ślepego uczucia, w późniejszym narasta spirala wściekłości. Łatwiej zmierzyć się z demonem swojego partnera niż z własnym.

Raz w górę, raz w dół

Takim parom ciężko się rozejść. Dopóki są razem, mogą udawać, że jest z nimi wszystko w porządku, przez to czują się bardziej zaradni, mądrzejsi, dostrzegają wyraźnie chłód i braki emocjonalne drugiej strony, które ochoczo i skrupulatnie piętnują, ale nie potrafią dostrzec tego samego w sobie. Każde twierdzi, że tylko reaguje, że przecież jest cierpliwe, że to druga strona zaczęła.

Rozpoczyna się walka, po której może dojść do cichych dni, czasami krótkotrwałego rozstania, i znów wracają „anielskie” dni pełne bliskości, zrozumienia, łagodności. „Kiedy to się zdarza jednocześnie, obydwoje czują się i wydają innym nawet bliżsi i bardziej zajęci sobą nawzajem niż normalne pary, którym życie układa się całkiem dobrze. W takim okresie starają się wynagrodzić drugiej stronie wszystkie krzywdy, mówią, że nie zrobią tego nigdy więcej i naprawdę w to wierzą. Wczorajsza walka wydaje się złym snem. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego do niej doszło i naprawdę są przekonani, że nic takiego się nie powtórzy” – wyjaśnia Skynner.

A dzieje się tak dlatego, że autentyczny problem trafił ponownie za kurtynę. Zarówno jedno, jak i drugie nigdy nie zajęło się swoimi lękami, zakaz okazywania i brania miłości z dzieciństwa pozostał w nich wciąż żywy. Panicznie potrzebują związku, miłości, ale potrafią dawać i brać tylko taką miłość, jaką znają.

Co tam chowasz, miły?

Za kurtyną może mieścić się wszystko, a jeśli ona istnieje, to nie jest możliwe, abyśmy w tym momencie wiedzieli, co za nią się znajduje, bo – co logiczne – kurtyna nie byłaby wtedy potrzebna. Może być tam zakaz przeżywania złości albo smutku, przyzwolenie na odpoczynek i spokój, lęk albo okrucieństwo. „Towary w oknach wystawowych” są atrakcyjne dlatego, że intuicyjnie czujemy, że na tyłach sklepu, za kurtyną, znajdują się pewne wstydliwe obszary, które świetnie znamy z własnego życia. Ale kurtyna nie może być cały czas szczelnie zasunięta, bo kosztuje to zbyt wiele energii.

Czasami, gdy jesteśmy zmęczeni albo pijani lub wyjątkowo radośni, zapominamy o tym, co za kurtyną, i pozwalamy temu wypłynąć. Jeśli jakimś trafem zdarza się to obok innej osoby z podobną do naszej historią rodzinną, zakochanie jest prawie murowane. Trochę tak jak bliskość pojawiająca się pomiędzy uczestnikami eksperymentu opisanego na początku artykułu. Nasze kurtyny nie są szczelne, wymykają się świadomości. W tym, że dwie strony mają podobne słabości, tkwi wielki potencjał, by być zrozumianym i wyrozumiałym. Z drugiej strony osoba obok otrzymuje „klucz” do naszej psychiki, co wywołuje i lęk, i zaufanie, bo nie wiemy, jak go użyje.

Pocieszające jest to, że jeżeli potrafimy rozpoznać u siebie powyższy schemat, to problem nie znajduje się całkowicie za kurtyną, a to oznacza możliwość pracy nad sobą, np. w formie terapii. Opisana para stanowi tylko pewien procent związków, część osób pozostających w przeciętnie szczęśliwych układach nigdy nie zagląda za kurtynę, tkwiąc w dosyć bezpiecznej relacji. Cena, jaką za to płacą, to rutyna. Ale życie to zawsze kwestia wyboru.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny partner. Kiedy kochać mimo wszystko?

Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Przemoc, nałogi, narcyzm, nieuczciwość... Jeśli on lub ona robi coś, czego nie akceptujemy, trzeba powiedzieć: „Dość. Kocham cię, ale nie mogę z tobą być”. Są jednak tacy, którym brak sił na radykalne cięcie, i ci, którzy rozstali się z pijakiem czy brutalem, by związać się z podobnym człowiekiem. Może więc zostać i zbadać, czy złu można zaradzić? Odpowiedzi na to trudne pytanie szuka Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Mamy prawo do rozwodów, do związków na próbę itd., ale liczba szczęśliwych par nie wzrasta. Może więc powinniśmy postarać się, by miłość, małżeństwo, związki trwały mimo wszystko, na dobre i na złe?
Nigdy nie słyszałem o badaniu, które policzyło ilość szczęśliwych par. Statystyki mówią tylko o proporcji związków trwałych do nietrwałych. Zakłada się, że związek trwały jest związkiem szczęśliwym. Ale nie musi tak być. Być może to tylko związek wytrwały – czyli bardziej odporny na frustrację i cierpienie, które się w wielu z nich plenią czasami i przez dekady. Nie wiemy więc, czy szczęśliwych par jest proporcjonalnie więcej, czy mniej. Być może jest tylko mniej związków wytrwałych. Wiele wskazuje na to, że to hipoteza uzasadniona. Liberalne przemiany obyczajowe oraz postęp technologiczny wspierają możliwość indywidualnego, autonomicznego przeżycia życiowego sukcesu poza związkiem. Po raz pierwszy w dziejach mogą z tego korzystać samotne kobiety i samodzielne matki. Na spadek wytrwałości w znoszeniu trudności i kryzysów niewątpliwie wpływa także upowszechniające się liberalne i realistyczne podejście do sakramentalnej przestrogi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Można mieć przecież uzasadnioną wątpliwość, czy każdy sakramentalny związek kobiety i mężczyzny wsparty jest boską interwencją i ma boski atest. Kościół, jak się zdaje, też podziela ten pogląd, oferując unieważnienia małżeństwa. Uzasadniona wątpliwość co do boskiego atestu dotyczy, oczywiście, wyłącznie związków nieszczęśliwych i to ci, którym taki związek się przydarzył, słusznie zadają sobie pytania: Dlaczego dobry Bóg miałby mnie zobowiązać do dożywotniego trwania w nieszczęśliwym związku? Czemu miałoby to służyć? Wygląda więc na to, że współcześni coraz częściej uważają, że Bogu przypisywać można jedynie skojarzenie związków szczęśliwych. Niefortunnym pokłosiem tego słusznego poglądu jest pokusa zwalania na boskie barki całej odpowiedzialności za nasze szczęście i zapomnienie, że nawet w związku zaaranżowanym przez siły wyższe o szczęście trzeba troszczyć się codziennie.

Z trwaniem szczęśliwego związku nie mamy problemu, więc po co przysięgamy, że wytrwamy w nim i na dobre?
Z trwaniem na dobre na ogół nie mamy kłopotu, ale istnieją ludzie, którzy są przekonani, że szczęście im się nie należy, więc kiepsko tolerują dobre. Mało tego – nieświadomie robią, co mogą, by dobrze nie było. Gdy im się to uda, wracają do znanego piekła, w którym czują się jak ryba w wodzie. Ci mogą trwać w na złe latami. Z uznaniem odnotowuję więc psychologiczną przenikliwość twórcy małżeńskiego rytu, który postanowił uprzedzić kandydatów na małżonków, że czasami z dobrym jest wytrzymać tak samo trudno jak ze złym. Wokół zalecenia trwania w związku na złejest spore zamieszanie. Na ogół jest ono rozumiane jako zalecenie pokornego znoszenia – czytaj bycia ofiarą – upokorzeń, agresji, przemocy, niewierności, lenistwa, uzależnień i wykorzystywania. Ale i w tej sprawie coraz więcej ludzi ma wątpliwość. Po co dobry Bóg miałby nas nakłaniać do trwających całe dorosłe życie ćwiczeń sadomaso, które jedynie utwierdzają obie strony relacji w ich ograniczeniach i słabościach? Czy nie jest raczej tak, że przysięgając wierność na złe, zobowiązujemy się, że jeśli naszej kochanej i – co ważne – kochającej drugiej połowie przydarzy się zdrowotna, ekonomiczna, prawna czy wizerunkowa katastrofa, co uczyni ją zależną od nas, uznamy te okoliczności za wspólny los. Z jednym wyjątkiem: gdy dotknięta trudnym losem lub skutkami swoich błędów kochana osoba zrywa z nami więź, przestaje kochać i szanować. Wtedy czujemy, że zwalnia nas to z obowiązku trwania przy niej. Oczywiście, możemy kochać i wspierać nawet wtedy, ale nasza zdolność do poświęcenia na pewno ucierpi. Podobnie jak gotowość mieszkania pod wspólnym dachem. Skoro tak ludzie w sercu i sumieniu reagują, to kto wie, może Bóg też nie ma nic przeciwko temu?

Rozwody kościelne to forma weryfikacji dla wierzących. Ale jak pozostali mają poznać, że o tę miłość nie warto już walczyć?
Religie nie są po to, by nakazywać ludziom, co mają robić, lecz po to, by otwierać im serca i budzić sumienie, dając w ten sposób niezbędne narzędzia do podejmowania autonomicznych, zgodnych z okolicznościami ich niepowtarzalnego życia decyzji. Ponieważ jednak instytucje religijne i ich pracownicy zachowują się z reguły autorytarnie, wierzący mają małe szanse na otwarcie serc i obudzenie sumień – w zamian uczą się konformizmu i często bezrozumnie kierują się w życiu sztywnymi niezasymilowanymi regułami. Konformizm i stosowanie sztywnych zasad sprzyja wytrwałości związków, ale rzadko czyni je szczęśliwymi. W tej sytuacji niewierzący nie są na straconej pozycji. Przeciwnie. Sami muszą zmagać się ze sobą i z losem, podejmować trudne decyzje, szukać wyjścia, uczyć na błędach. Ten trud nader często wynagradzany zostaje otwarciem ich serc i uwrażliwieniem sumień. Oni na ogół wiedzą, kiedy jednak odstawić spakowane już walizki, odetchnąć głęboko i spróbować dowiedzieć się, o co tu chodzi, choć partner jest toksyczny i ludzie wokół krzyczą: „Zakończ to czym prędzej!”. Błędy popełniamy, aby poddać je refleksji i dzięki temu poznać swoje destrukcyjne mechanizmy i uzyskiwać większą od nich wolność.

Często jednak powielamy złe związki. Znajoma w drugim, podobnie jak i w pierwszym, jest krzywdzona, a poznała mężczyznę – możliwe, że kolejnego partnera – który ma te same cechy co poprzedni, czego tylko ona nie widzi.
Dopóki sama nie zada sobie pytania: „Dlaczego wciąż ląduję w takich związkach?”, to ten schemat będzie się powtarzał. Lepiej by było, żeby nie wiązała się z trzecim partnerem z tego samego klucza, zanim nie dojdzie do rozumu i nie zobaczy, że ten narcyz, brutal i alkoholik itp. nie jest zdolny do miłości, że zawsze przy kimś takim będzie na drugim planie, że zawsze będzie przegrywać z tym, od czego jest uzależniony. Jeśli to zobaczy, powinna zadać sobie pytanie: „Co mnie w tym urządza i czy przypadkiem nie uważam, że nie zasługuję na nic lepszego?”. Po rozstrzygnięciu tych pytań można uznać, że ze złego wyboru zrobiliśmy jakiś użytek, i wtedy dopiero – jeśli partner okaże się niereformowalny – rozstać się z nim.

Źli partnerzy bywają też reformowalni. Koleżanka pozostała z mężem alkoholikiem, choć nie musiała, i ułożyli sobie życie...
Zacznijmy od tego, że miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. To, co wtedy nazywamy miłością, jest albo współuzależnieniem, albo neurotycznym uwikłaniem. Ale jeśli kobieta czy mężczyzna decyduje się świadomie pozostać w związku z osobą uzależnioną, musi zdać sobie sprawę z konsekwencji. Pierwsza: nie doświadczy takiej miłości, o jaką chodzi. Druga: będzie użerać się do końca życia z kimś, kto nie zostanie postawiony wobec ultimatum: albo alkohol, albo ja. A więc są małe szanse, że się poprawi, bo nie będzie mieć wystarczającego powodu, by zmierzyć się ze swoim nałogiem czy wadami charakteru. Pozostanie w związku czyni w takiej sytuacji obojgu krzywdę, bo blokuje w ich sercach zdolność do otwarcia, ufności, szacunku, miłości i spokoju.

A więc warunkiem pozostania jest umiejętność postawienia ultimatum?
Ale ultimatum nie może być blefem, bo jak zostaniemy na tym przyłapani, to partner już się żadnym kolejnym nie przejmie. Jednak również w takiej sytuacji nie łudźmy się, że istnieje jeden przepis na rozwiązanie każdej – z pozoru podobnej – sytuacji. Nie ufajmy poradnikom, które zachęcają nas, by patrzeć powierzchownie i podejmować ważne decyzje bez dostrzegania wyjątkowości swojego losu. Nie ma rozwiązań dobrych dla każdego, bo nie ma dwóch identycznych osób, losów, związków. Dlatego przed podjęciem decyzji na tak lub na nie warto rzetelnie przyjrzeć się swojej sytuacji życiowej. Istotnym jej aspektem jest to, czy nasze rodziny wspierają, czy raczej dekonstruują związek? Mocnym wsparciem może być rzadko spotykana sytuacja, gdy teściowie z obu stron się lubią. Wtedy z pewnością będą wspierać opcję ratowania związku, chłodzić konflikty, odgrywać rolę rozjemców i negocjatorów. Ale jeśli się nie lubią, negatywnie oceniają partnera swojego dziecka i zatruwają komentarzami w stylu: „Bo ona się w ogóle o ciebie nie troszczy”, to szybko mogą doprowadzić do rozpadu związku. Szczególnie gdy para nie potrafi utrzymać rodziców na bezpieczny dystans. A więc podejmując ważne decyzje, powinniśmy brać pod uwagę specyficzny, niepowtarzalny kontekst i moment swego życia.

Skoro każdy los jest niepowtarzalny, to może się zdarzyć, że bez ultimatum wygrywamy miłość?
Wszystko może się zdarzyć w nielokalnej i niedualnej rzeczywistości, w której żyjemy i którą współtworzymy. Tyle że niektóre zdarzenia są bardziej prawdopodobne, a inne mniej. Jeśli z pozostania w związku z osobą uzależnioną czy przemocową miałoby wyniknąć coś dobrego, to pod warunkiem, że decyzję podejmiemy świadomi niebezpieczeństw i konsekwencji współuzależnienia. A jest prawdopodobne, że już decyzja o nawiązaniu tego typu związku była determinowana nieuświadomioną tendencją do współuzależnienia. Trzeba więc zacząć od tego, by bez oszukiwania się spojrzeć na siebie – skorzystać z pomocy terapeuty od współuzależnień. Tylko ktoś taki oceni nasz stan obiektywnie. Jeśli uzna za wskazane podjęcie terapii, nie możemy z tym zwlekać. Współuzależnienie to nałóg jak każdy inny. Tyle że uzależniamy się od roli, jaką wypełniamy w relacji do uzależnionego partnera. Póki tego nie dokonamy, będziemy nieświadomie działać na rzecz utrwalenia związku, w którym czujemy się ofiarą lub wybawicielem. By podjąć działania, które rzeczywiście pomogą ukochanej, ale uzależnionej osobie, trzeba najpierw pozbyć się własnych ograniczających przekonań i nawyków – odzyskać wolną wolę. W przeciwnym razie decyzja o pozostaniu jest tylko pozornie świadoma. Jak każdy nałogowiec potrafimy ją racjonalnie uzasadnić, przebrać w pozór zbawczej misji czy lojalności wobec tego, co „Bóg złączył”. A więc tylko osoba niewspółuzależniona, wolna od zniewalającej i naiwnej nadziei, że destrukcyjny partner sam z siebie przejrzy na oczy i zacznie troszczyć się o związek, może pomyśleć: „Mamy dzieci, więc świadomie decyduję się zostać. Nie liczę na jego miłość ani na to, że będę ważniejsza od nałogu. Ale ponieważ trzeźwo widzę i mam wewnętrzną wolność, wiem, że nie muszę z nim być – mam więc szansę, by stawiać jasne granice i wymagania, a dzięki temu ochronić siebie i dzieci przed negatywnymi skutkami mojej decyzji”.

Właśnie, powiedziałeś o granicach. Ale jak sprawdzić, czy się umie je stawiać i które są naprawdę nie do przekroczenia?
Nie wolno pozwalać się upokarzać, bić, oszukiwać i nie dotrzymywać umów. Jasno i zdecydowanie trzeba wyrażać swoje niezadowolenie, rozczarowanie, protest, gniew i – jeśli to prawda – także wolność („Nie muszę z tobą być”). Gdy nazwiemy rzeczy po imieniu, w odpowiedzi z pewnością otrzymamy złość, oburzenie, ciche dni. Ale zbyt daleko idące, obraźliwe dla nas samych ustępstwa nic nie zmienią. Przeciwnie. Stracimy resztki szacunku partnera i szacunku do siebie samych, a nasz związek szybko zamieni się w piekło. Wprawdzie lepiej nie żywić nadziei, że uda się w toksycznej relacji zachować zdrowe granice, lecz prawdą jest, że świadomie podjęta decyzja ma szansę otworzyć destrukcyjnemu partnerowi drogę do terapii i refleksji, a w konsekwencji doprowadzić do kontroli uzależnienia czy przekroczenia neurotycznych lub charakterologicznych ograniczeń. Krótko mówiąc: tylko wolny człowiek może drugiego człowieka uczynić wolnym.

Co pomaga osobom, które zostały przy złym partnerze?
Wiedza, skąd się biorą i na czym polegają trudności w związku i na czyje wsparcie mogą liczyć, bo będą go potrzebować. Warto próbować, ale tylko wtedy, gdy głęboko w brzuchu i w sercu przeczuwamy, że jest szansa, by obie strony przekroczyły swoje ograniczenia i przekształciły związek w partnerski i dojrzały. Jeśli brakuje takiej wiary i zrodzonej z niej determinacji, to szkoda czasu. Każdy ma święte prawo troszczyć się o jakość swojego życia. Każdy ma też prawo wystrzegać się tych, którzy sami nie podejmują w tej sprawie wysiłku, a tylko liczą na innych, wikłają ich w niewykonalne przedsięwzięcie. Jak świat światem nikomu się nie udało uszczęśliwić drugiego człowieka. Uszczęśliwiacze i uszczęśliwiani potrzebują siebie nawzajem nie po to, by odkrywać swoją przyrodzoną wartość i wolność, lecz by wspierać się w podtrzymywaniu złudzeń, tego, co znane i ograniczające, czyli tzw. znanego piekła. Dlatego jeśli w złym związku ktoś odkryje swego wolnego ducha, to druga strona odczuje to jako zagrożenie. Wolnego człowieka nie da się związać ani uzależnić. A skoro tak, to toksyczna osoba, jeśli zależy jej na związku, musi próbować czegoś innego, by dojść do rozumu i się zmienić, w sprawie szczęścia licząc tylko na siebie. W przeciwnym razie grozi jej, że usłyszy od wolnego ducha niezłomne zapewnienie: „Jeśli w tym tygodniu nie zaczniesz się na poważnie leczyć, to któregoś ranka obudzisz się w pustym mieszkaniu”. W mniej łagodnym wariancie niepoprawny łowca uszczęśliwiaczy może nawet nie usłyszeć cicho zamykanych drzwi.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Odważna konfrontacja i szczere do bólu rozmowy - recepta na szczęśliwy związek

Szczera konfrontacja pozwala na ciągłe wzajemne podążanie za sobą. Na prawdziwe bycie razem. (Fot. iStock)
Szczera konfrontacja pozwala na ciągłe wzajemne podążanie za sobą. Na prawdziwe bycie razem. (Fot. iStock)
Jesteśmy ze sobą, ale tak naprawdę obok siebie. Nie znamy się. Tak się dzieje, gdy powstrzymujemy się przed wygłaszaniem odmiennych poglądów i wyrażaniem trudnych uczuć. Jaka jest recepta na szczęśliwy związek amerykańskiego psychoterapeuty Johna M. Gottmana? Odważna konfrontacja i szczere do bólu rozmowy – mimo oporu i lęku. 

Przez lata nie potrafimy powiedzieć partnerowi, że źle się czujemy z tym, że mało zarabia i nie jest ambitny. Mamy trudność z poproszeniem go o częstsze przytulanie. Nie przyznajemy się do zazdrości, niepewności, do tęsknoty o ognistym seksie. Unikamy konfrontacji. Uciekamy od rozmowy, bo na horyzoncie pojawia się różnica zdań, jeden z wielu tematów tabu, potrzeba wyrażenia żalu, złości, lęku, bólu. A nawet jeśli coś mówimy, poziom szczerości komunikacji sięga zera. Nie opowiadamy o swoich marzeniach. O tym, że chcemy żyć inaczej. Godzimy się na bylejakość.

Tymczasem badania Johna M. Gottmana, profesora psychologii na Uniwersytecie Waszyngtońskim, współtwórcy i koordynatora Instytutu Rodzinnego w Seattle, dowodzą, że związki ludzi, którzy mają wobec partnera i siebie większe oczekiwania są szczęśliwsze i bardziej trwałe. A szczera konfrontacja pozwala na ciągłe wzajemne podążanie za sobą. Na prawdziwe bycie razem.

Wykrywacz problemów w związku

Profesor Gottman opracował kwestionariusz, który wykrywa zagrożenia w związku. Zdania w nim zawarte są jak zapalające się lampki alarmowe, które ostrzegają: uwaga, oddalacie się od siebie, brak wam kontaktu, pod wierzchnią warstwą życia kryją się nierozwiązane konflikty. Przeczytaj je i przekonaj się, czy nadszedł czas na konfrontację.

Jeżeli zgodzisz się z więcej niż czterema stwierdzeniami, w ciągu najbliższych dni koniecznie porozmawiaj z partnerem o problemie, którego z całych sił unikasz. Zastanów się, czy ostatnio:

  •  jesteś bardziej rozdrażniona,
  •  zachowujesz emocjonalny dystans w stosunku do partnera,
  •  panuje między wami duże napięcie,
  •  często chciałabyś być gdzie indziej,
  •  czujesz się osamotniona,
  •  twój partner nie okazuje ci uczuć,
  •  jesteś na niego zła,
  •  trudno się wam porozumieć,
  •  stres, który przeżywacie, ma na was zbyt niszczący wpływ,
  •  odczuwasz coraz większy brak bliskości,
  •  potrzebujesz pobyć w samotności,
  •  twój partner jest stale zdenerwowany, spięty,
  •  wyczuwasz u partnera duży dystans emocjonalny,
  •  czujesz, że nie myśli o tobie,
  •  twój partner zachowuje się, jakby był na ciebie o coś zły,
  •  on często chce być sam,
  •  czujesz dojmującą potrzebę szczerej rozmowy,
  •  nie jesteście w stanie się dogadać,
  •  kłócicie się częściej niż zwykle,
  •  małe problemy urastają do wielkich,
  •  ranicie swoje uczucia,
  •  w waszym życiu jest mało radości i zabawy.

Skutki machnięcia ręką

Dlaczego nie wolno ignorować czy umniejszać znaczenia problemów, niewypowiedzianych pragnień, różnic? John Gottman twierdzi, że brak konfrontacji naraża związek na bardzo poważne niebezpieczeństwo: emocjonalny dystans, który powoduje, że partnerzy nie mają szansy naprawdę się poznać. Nie dzielą się swoimi rozczarowaniami i niespełnionymi potrzebami. W konsekwencji często rozwijają swoje życie wewnętrzne w tajemnicy przed drugą osobą, teoretycznie najbliższą. W związku pojawia się wówczas większe ryzyko zdrady. Pokusa staje się duża, zwłaszcza jeśli zjawi się ktoś, z kim można podzielić się tym „tajemniczym ogrodem”.

Tak „zdystansowane” pary bardzo szybko oddalają się też od siebie, kiedy ich związek dotyka kryzys. Bo nie mają wzorca wspólnego radzenia sobie z uczuciami smutku, gniewu czy żalu, nie potrafią się na sobie oprzeć, gdy wydarza się coś trudnego – choroba, śmierć w rodzinie, utrata pracy, problemy finansowe. Wtedy zaczynają żyć oddzielnym życiem i czują się samotni. Ich związek staje się pusty. Nie czują radości z bycia razem, spełnienia, poczucia bezpieczeństwa i po prostu – bliskości.

 

Nauka szczerości

W jaki sposób konfrontować się konstruktywnie? Jak zachować duchową więź i uniknąć życia w relacji zbyt płytkiej? Zbliżyć się do siebie! I tu warto zapamiętać pewną zależność: zbliżymy się do siebie, jeśli się poznamy, poznamy się, jeśli się odkryjemy, a odkryjemy, gdy przestaniemy się bać konfrontacji. Proste? Czemu więc mamy z tym problem? Bo boimy się emocji. Niby własnych, ale tak naprawdę nam nieznanych. A te wypływają na powierzchnię właśnie wtedy, gdy konfrontujemy się z partnerem w ważnej dla nas sprawie. Zwłaszcza jeśli w dzieciństwie nauczyliśmy się je ignorować. Niektóre z nich zostały tak wyparte, że nie mamy z nimi kontaktu i w konsekwencji nie umiemy przekazać ich światu. Nie potrafimy powiedzieć, co czujemy, ani wczuć się w położenie drugiej strony. Może zabraniano nam się złościć, nasz smutek nie spotykał się ze zrozumieniem albo słabość nie była wspierana. Teraz, stojąc przed partnerem, mamy trudności z powiedzeniem, czego pragniemy. Nie jest więc możliwe twórcze rozwiązywanie konfliktów. Jak sobie pomóc? Nie skupiać się na reakcji partnera, nie podsycać energii walki i niechęci, tylko zwrócić się ku wnętrzu. Pomogą w tym ćwiczenia.

Ćwiczenie 1: Określanie własnych uczuć

Gdy chcesz powiedzieć partnerowi coś ważnego, a:
  • serce zaczyna bić ci szybciej,
  • oddech ulega spłyceniu,
  • emocje utrudniają myślenie, słuchanie, konstruowanie zdań, czyli efektywną komunikację, prowadzącą do wzajemnego zrozumienia,
  • masz wrażenie, że nie panujesz nad sobą.
Teraz odpowiedz sobie na pytania:
  • Co w tej chwili odczuwam?
  • Jak reaguje moje ciało?
  • Czy powyższe objawy wiążą się z konkretnym uczuciem? Czy to lęk, złość, smutek?
  • Co mogłabym powiedzieć na ten temat swojemu partnerowi?
Poniżej lista słów, z których można skorzystać:  
  • Uczucia negatywne – jestem: zdenerwowana, zalękniona, znudzona, poniżona, zawstydzona, winna, pełna żalu, zniechęcona, niespokojna, zmieszana, przestraszona, pełna niesmaku, zdezorientowana, zakłopotana, zmartwiona.
  • Uczucia pozytywne – jestem: szczęśliwa, zainspirowana, miło zaintrygowana, pełna miłości, odprężona, spokojna, doceniona, zainteresowana, silna, wdzięczna, pełna energii, pewna siebie, radosna, ważna, podniecona, zadowolona.

Ćwiczenie 2: Opanowanie emocji

1. Zwróć uwagę na swoje fizyczne doznania podczas kłótni:
  • Czy zaciskasz mocno szczęki?
  • Czy sztywnieje ci kark?
  • Czy oddychasz płycej i szybciej?
  • Czy masz trudności z koncentracją na rozmowie?
  • Czy serce bije ci szybciej niż zwykle?
Te doznania mogą wskazywać na narastający zalew emocji.

2. Zaproponuj przerwę, jeśli czujesz, że emocje biorą górę nad rozsądkiem. Spróbuj to zrobić bez obwiniania partnera. Uzgodnijcie, kiedy wrócicie do sprawy, która budzi negatywne emocje. Przerwa nie powinna trwać dłużej niż 20 minut, gdyż tyle czasu potrzebuje nasz system nerwowy, by uspokoić się po nadmiernym wydzieleniu się hormonów pod wpływem stresu. Odkładanie rozmowy w nieskończoność spowoduje dodatkowe napięcie psychiczne.

3. W czasie przerwy zajmij się czymś, co cię uspokaja. Na przykład:

  • Skoncentruj się na oddychaniu, zrób kilka głębokich wdechów i wydechów, obserwuj je.
  • Poczuj, które mięśnie masz napięte. Świadomie napnij je jeszcze bardziej, a potem rozluźnij, wyobrażając sobie, że są ciężkie i ciepłe.
  • Przywołaj przyjemne wspomnienie, które poprawi ci nastrój.
  • Pozwól sobie na krótki spacer.
Uwaga: w czasie przerwy unikaj niepokojących, osądzających myśli o partnerze. 4. Kiedy się wyciszycie, będziecie mogli przedyskutować problem na spokojnie. Szczerze wyrazić swoje myśli, z szacunkiem dla drugiej strony, co może być uzdrawiające dla związku.

  1. Psychologia

Dlaczego facet się nie odzywa? Co robić, gdy mężczyzna nie jest tobą zainteresowany

Po co marnować czas na kogoś, kto nas nie chce. Ale jak mieć tę pewność? (Fot. iStock)
Po co marnować czas na kogoś, kto nas nie chce. Ale jak mieć tę pewność? (Fot. iStock)
Spotkałaś swój ideał, ale ostatnio jakoś nie dzwoni, niby mu zależy, ale się nie odzywa, nie proponuje spotkań… Może jest nieśmiały? A może po prostu nie zależy mu na tobie i umawiał się tylko po to, by zabić czas? Boli? I to jak! Ale lepiej chyba dać sobie spokój, zanim zaboli bardziej.

Baśka, moja znajoma, godzinami rozważała, co może oznaczać takie lub inne zachowanie mężczyzny, który bardzo jej się podobał. Wszystko potrafiła sobie wytłumaczyć. Na jego i swoją korzyść. Na przykład to, że nigdzie jej nie zapraszał, a jak już gdzieś wyszli, to nie lubił trzymać się za ręce. „Po prostu jest nieśmiały”. „Może jest żonaty?” – podpowiadały przyjaciółki. Nie, nie przyjmowała takiej możliwości. Doszło już do tego, że uwierzyła mu nawet w tak absurdalny argument, że nie zostaje u niej na noc, bo nie lubi spać w nie swoim łóżku… Okazało się jednak, że to przyjaciółki miały rację – mężczyzna już był z kimś związany. Baśka długo leczyła złamane serce…

Gdy facet nie odzywa się kilka dni, to kobieta prędzej uwierzy we wszystkie możliwe kataklizmy świata i śmiertelne choroby, które stoją na przeszkodzie ich porozumieniu, niż w to, że on po prostu nie miał ochoty się z nią spotkać. Ochoczo przyjmie wymówkę, że nie miał czasu, bo pracuje nad ważnym projektem, a nie pomyśli, że przecież kiedy człowiek jest zakochany, priorytetem staje się miłość, choćby nie wiem jak ważne były wszelkie inne życiowe sprawy. Kobieta ma nadzieję tak długo, aż nie dostanie ostatecznego dowodu. Dlaczego wolimy się łudzić, kiedy on się nie odzywa, niż spojrzeć prawdzie w oczy?

Greg Behrendt, scenarzysta kultowego serialu „Seks w wielkim mieście”, autor książek „Nie zależy mu na tobie” i „Kobiety pragną bardziej”, tego właśnie nie mógł zrozumieć. Otoczony w pracy kobietami, nie mógł znieść, że jego koleżanki marnują czas na kompletnie bezwartościowe znajomości, zastanawiając się, jak zdobyć faceta, który się nie odzywa. „Piękna, utalentowana, superinteligentna dziewczyna współtworząca scenariusze do nagradzanego serialu znanego z wnikliwych obserwacji na temat mężczyzn powinna – wydawałoby się – do woli przebierać wśród facetów” – pisze. „Tymczasem ta superkobieta jest zagubiona w sytuacji, która dla mnie jest rażąco jasna. »Zagubiona« to złe określenie, ona jest na to o wiele za mądra. Nie jest zagubiona, ona ma nadzieję. Tylko że sytuacja jest beznadziejna, dlatego wolę powiedzieć jej prawdę: Ten facet nie jest tobą zainteresowany. I to dobra wiadomość. Naprawdę. Marnowanie czasu z niewłaściwą osobą jest właśnie marnowaniem czasu. Kiedy znajdziesz w końcu tego właściwego, wierz mi, wcale nie będziesz żałowała, że nie spędziłaś więcej czasu ze Śmierdzielem Pogadamy Później lub z Frankiem Zapomniałem Zadzwonić”.

Myśl jak facet

Chcesz zrozumieć męskie motywy? Zrozumieć, dlaczego facet się nie odzywa? To nie jest trudne zadanie, ale będzie wymagało od ciebie kompletnej zmiany perspektywy. „Jako mężczyzna wiem, jak mężczyźni myślą, czują i działają, i mam obowiązek powiedzieć ci, jacy naprawdę jesteśmy” – zapewnia Greg Behrendt. „Kiedy facetowi zależy na kobiecie, daje jej to do zrozumienia. Dzwoni, pojawia się, chce poznać jej przyjaciół, nie może przestać na nią patrzeć ani jej dotykać, a kiedy przychodzi pora na seks, więcej niż chętnie na to przystaje. I choćby miał następnego dnia o godzinie 4.00 (czyli o czwartej rano, drogie panie!) po raz pierwszy zasiąść w fotelu prezydenta Stanów Zjednoczonych, i tak wejdzie do niej na górę!”.

Co robi facet, który nie jest zainteresowany? Ciągle się usprawiedliwia. „Jest wykończony po pracy i zestresowany projektem, nad którym akurat pracuje. Niedawno przeżył ciężkie rozstanie i jeszcze się nie pozbierał. Rozwód jego rodziców odcisnął piętno na jego osobowości i przez to nie potrafi zaufać drugiej osobie. Musi się teraz skupić na karierze zawodowej. Nie może się angażować w żaden związek, dopóki nie odnajdzie sensu swojego życia. Właśnie kupił nowe mieszkanie i przenosiny idą mu cholernie ciężko. Jak tylko sprawy trochę się unormują, zostawi żonę, dziewczynę, beznadziejną posadę. Boże, jaki on jest skomplikowany” – wymienia Behrendt. „Czy naprawdę istnieją mężczyźni zbyt zajęci lub tacy, którzy mają za sobą okropne przeżycia i trudno jest im zaangażować się w związek? Owszem, ale jest ich tak niewielu, że można by ich uznać za postaci anegdotyczne” – dodaje.

Mężczyzna, nawet jeśli nie jest zainteresowany tobą na poważnie, nie będzie miał na ogół nic przeciw temu, żeby się z tobą spotkać od czasu do czasu, zwłaszcza gdy jest miło i gdy jest szansa na seks, ale do kina raczej już cię nie zabierze (strata czasu, żaden zysk, a jeszcze może musiałby za bilet zapłacić). „My, mężczyźni, nie jesteśmy skomplikowani, choć chcemy, by nas za takich uważano. Kieruje nami popęd, choć wolimy udawać, że wcale tak nie jest” – potwierdza Greg Behrendt.

No dobrze, ale przecież tobie też może chodzić tylko o seks. Czy nie łatwiej byłoby to sobie na początku wyjaśnić? „Wolelibyśmy dać sobie uciąć rękę, niż przyznać po prostu: Nie jesteś tą jedyną” – tłumaczy Behrendt. „Boimy się, że zabijesz nas, siebie lub nas i siebie, albo, co gorsza, zaczniesz płakać i krzyczeć. Jesteśmy żałośni. Tylko że to nie zmienia faktu. I choć nie mówimy nic wprost, z p e w n o ś c i ą to demonstrujemy. Jeśli facet, pomimo obietnic, nie dzwoni do kobiety ani nie upewnia się, czy ona wie, że wspólne spotkania to randki, masz już to, co chcesz wiedzieć. Przestań go usprawiedliwiać. Jego postępowanie wyraźnie mówi, jaka jest prawda: Nie zależy mu na tobie. Zapomnij o nim! Ogranicz straty do minimum i nie marnuj czasu”.

Kochasz faceta, który się nie odzywa, czy siebie?

W sumie dobra rada. Po co marnować czas na kogoś, kto nas nie chce. Ale jak mieć tę pewność? To właśnie brak ostatecznego dowodu, a może potwierdzenia w słowach często skłania kobiety, by trwać w toksycznym związku.

Niech rzuci kamieniem ta, której nie zdarzyło się dawać kolejnych szans, ratować związku, wierzyć w niewiarygodne opowieści mężczyzny, na którym jej zależy… Dochodzi jeszcze świadomość „utopionych kosztów”, niezwróconej inwestycji (która a nuż, widelec właśnie zacznie się zwracać), no i nasza miłość własna. Zastanawiasz się: jak zdobyć faceta, który nie jest zainteresowany? Jak to nie jest? Przecież jestem taka wspaniała. Bo jesteś! To prawda. Ale on akurat jest tym, który nie poznał się na tobie. Czy dlatego, że nie byłaś dość fantastyczna i doskonała? Nie. Dlatego, że on jest zwykłym facetem. Naprawdę, nic specjalnego. Skoro zależy mu, ale się nie odzywa, to czy faktycznie warto czekać? Zasługujesz na fantastyczny związek z kimś równie fantastycznym. To prawda, że trudno poradzić sobie z odrzuceniem, ale i na to jest rada.

– Jednostronnie odrzuceni mamy właściwie dwa wyjścia – mówi psycholog i psychoterapeuta Paweł Droździak. – Możemy albo wewnętrznie odrzucić osobę, która nam pokrzyżowała plany, albo wewnętrznie odrzucić siebie. Polecam to pierwsze.

A Greg Behrendt dodaje: „Ludzie robią niesamowite rzeczy, aby znaleźć kogoś, kogo pokochają, i aby być z tą osobą. O tym robi się filmy. W każdym podziwianym przez ciebie związku nie brakuje cudowności, jakiej ty też masz nadzieję doświadczyć. Im bardziej cenisz siebie, tym większą masz na to szansę. Dlatego przeczytaj te wymówki, pośmiej się, a potem… przestań ich używać. Jesteś tego warta”. I nie sposób się z nim nie zgodzić.

  1. Psychologia

Kiedy kochasz za bardzo. Przemoc domowa ma różne oblicza

Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znamy takie obrazki. Ona nawet w największe upały w bluzce z długimi rękawami. Z grubą warstwą makijażu. Albo tłumacząca: „taka jestem niezdarna, znowu spadłam ze schodów”. Wszyscy wiemy: to przemoc domowa. Bo przemoc to pięść. Tyle że nie zawsze. Przemoc ma też inne oblicze. Trudniejsze do uchwycenia, ale równie raniące.

"Dlaczego nikt nie widzi, że umieram” – tak brzmi tytuł książki Renaty Kim, dziennikarki „Newsweeka”. Książki o przemocy psychicznej. Tu ofiara przemocy nie ma podbitych oczu. Mało tego, często jest uśmiechnięta, radosna. Jak sama Renata. Nikt niczego nie widzi. „Książka powstała między innymi dlatego, że sama przeżyłam taką historię. Opisałam ją, jest wśród innych. Trzy lata mojego życia. Byłam śmiertelnie zakochana i bardzo szybko uświadomiłam sobie, że ten związek mnie niszczy. I bardzo szybko postanowiłam się wyzwolić, ale nie umiałam”. Największą jej obawą podczas pracy nad książką było to, czy czytelnicy zrozumieją. „Bałam się, że nikt poza ofiarami nie będzie wiedział, na czym polega problem. Nie ma spektakularnych dramatów. Nie ma scen, po których robi ci się słabo. Nie opisuję horroru, tylko drobiazgi. Odwołał w ostatniej chwili spotkanie? Skrytykował sukienkę? Jaka tu przemoc? To się zdarza. Nic takiego. Ale czytelniczki świetnie to wychwytują. Dostaję dużo sygnałów, że książka działa, że terapeuci polecają ją swoim pacjentkom”.

Jak w bajce

Najpierw jest cudownie. Spotkałaś tego jedynego. Kogoś, kto cię rozumie. Kto ma takie samo poczucie humoru. Z kim się dobrze bawisz. Ale eldorado szybko się kończy. I zaczyna się testowanie granic. Twoich. Na co sobie pozwolisz? Czy się sprzeciwisz? Czy podporządkujesz? Pojawiają się małe kłamstwa, nie w ważnych sprawach, ale są. Mówisz o tym – dowiadujesz się, że nic takiego nie miało miejsca. Ale to wraca, powtarza się, nabiera intensywności, w końcu zaczynasz wątpić we własną zdolność oceniania rzeczywistości. Kawałek po kawałku jest ci zabierana pewność siebie, poczucie własnej wartości. Na końcu – godność. „Często ofiara ma – na poziomie mniej lub bardziej świadomym, a często nieświadomym – przekonanie, że to wszystko się dzieje, bo ona na to zasługuje – mówi psychoterapeutka Paulina Pawlak. – Niekiedy doświadczała przemocy domowej: fizycznej albo psychicznej. Jeśli czuję, że jestem gorsza, że nie poradzę sobie sama w życiu, to staję się łatwym łupem dla pewnego typu drapieżników. Choć z zewnątrz ofiara to często kobieta sukcesu. A w środku niepewna siebie, prosząca o miłość dziewczynka. Idąca przez całe życie z przekonaniami, które ją krzywdzą”. Mamy w głowach stereotypy, że przemoc w rodzinie dotyczy marginesu społecznego. Zahukanych biedactw siedzących cicho w kącie. A to często – zwłaszcza kiedy mowa o przemocy emocjonalnej – adwokatki, lekarki, psycholożki, pielęgniarki. Osoby wybierające zawody, w których „ja” jest na drugim miejscu. W ich życiu prywatnym bywa podobnie. „Popatrz na mnie – mówi Renata – czy ja wyglądam na ofiarę? Kogoś, kto da z siebie szmatkę zrobić? Tymczasem jestem z domu, w którym była przemoc, pamiętam niepokój: W jakim humorze wróci ojciec? Czy będzie bardzo pijany, czy tylko trochę? Czy zrobi awanturę, czy pójdzie spać? Wyszłam za mąż, pracowałam, praca jest dla mnie tak ważna, bo dawała mi poczucie pewności siebie, ważności, docenienia. To wszystko, co przez lata dostawałam także od mojego dobrego, czułego męża. Tyle że to wszystko przychodziło z zewnątrz, ja sama nie do końca w to wierzyłam”. Weszła w przemocową relację w momencie, w którym przeżywała kryzys. „Zmarli rodzice, z mężem się już psuło, w pracy dużo stresów – i nagle wylazło całe moje trudne dzieciństwo. Zapracowywałam się na śmierć, żeby zasłużyć sobie na zapewnienie, że jestem świetna. Kiedy wszystko się rozpada, mąż odchodzi, dziecko za granicą, jesteś słaba – i pojawia się ktoś, kto mówi, że jesteś cudowna – wchodzisz w to. Ja weszłam”. Jeśli taka kobieta, w dodatku – jak mówi Paulina Pawlak – obdarzona hiperempatią, spotka sprawnego manipulatora, zaczyna się związek oparty na przemocy. Na schemacie siły i słabości. Przemocowcy często w dzieciństwie byli ofiarami i znają tylko jeden sposób postępowania: albo dominujesz, albo jesteś zdominowany. Czarno-białe widzenie. I zaczyna się problem. On powoli wkracza na kolejne ważne dla kobiety terytoria. Jej przyjaciele? Odgradza ją od nich. Zawłaszcza. Pasje? Tylko jeśli robią to razem, ale on coraz częściej jakoś nie ma ochoty. Zaczyna się kontrolowanie. Ma ją na własność, na każde skinienie. Ona w jednej chwili musi zrewidować swoje plany, rzucić wszystko – bo on tak chce. Zaczyna się krytyka. Mówienie o niej jako o „tej, która ma problemy”. Czasem to przemocowiec prowadzi ofiarę do psychologa, terapeuty, psychiatry, „bo to jej trzeba pomóc”, „bo to z nią coś jest nie tak”. Okazuje się więc, że z nich dwojga to on jest ten wspaniały, on jest silny, a do tego się o nią troszczy. „Sprawcy przemocy szczerze w to wierzą – mówi Paulina Pawlak. – Myślą, że są idealni i że wszystkiemu winna jest ofiara. To z nią coś jest nie tak. I potem to ona funkcjonuje z jakiegoś rodzaju piętnem: to ty potrzebujesz pomocy, nie ja”.

Dlaczego nie dasz w pysk

Każda z bohaterek książki Renaty Kim słyszała w pewnym momencie od przyjaciół to samo: no dobrze, ale dlaczego nie dasz mu w pysk, dlaczego nie odejdziesz, dlaczego na to pozwalasz? Paulina Pawlak twierdzi, że ważny jest lęk przed zmianą albo przekonanie, że sama sobie nie poradzę. Doznaję krzywdy, ale to coś mi znanego. A świat zewnętrzny jest zagrażający. Może też działać poczucie winy. Bo w związku są i fajne momenty, więc ofiara myśli: „On chce dla mnie dobrze, był przecież czuły, coś mi dał, pogłaskał, nawet przeprosił. Nie mogę go zostawić”. Gra w niej masa emocji. W dodatku im więcej się w relację zainwestuje, tym trudniej z niej zrezygnować. A kobiety z reguły inwestują dużo. Niektóre – wszystko. Taką mają wizję miłości – oddać całą siebie, roztopić się w tym uczuciu. „Pamiętam, ile razy próbowałam zrywać, a on nie odpuszczał – mówi Renata. – Bo ja byłam mu potrzebna. Mój czas, moje pieniądze, to, że byłam w nim taka zakochana – to go podbudowywało. A mnie się wydawało, że on beze mnie nie może żyć. Spotykaliśmy się, przez pierwsze 15 minut było okej, potem zaczynały się wyrzuty, mój ból, jego lekceważenie. Czułam się coraz gorzej, nie mogłam jeść, spać. Ale kiedy powiedziałam koledze, w jakim jestem stanie, on stwierdził, że patrzy na moje zdjęcia na Facebooku i widzi promienną, uśmiechniętą osobę. Zaczęłam się nad tym zastanawiać – chyba bardzo nie chciałam przyjąć do wiadomości, że dzieje się coś naprawdę złego. Nie chciałam przyjąć do wiadomości sygnałów, które dawało mi moje ciało, bo wtedy musiałabym coś z tym zrobić. A na rezygnację z tej relacji nie byłam gotowa. I ciągle się łudziłam, że będzie dobrze. Codziennie słyszałam, że on mnie kocha. Nic w jego zachowaniu na to nie wskazywało, ale ja się tych słów czepiałam. Ważyłam 43 kg, nie spałam, nie jadłam, paliłam, piłam. Cud, że wypadku nie spowodowałam, nie straciłam pracy, dziecka… Straciłam małżeństwo, choć ono i tak się już wcześniej rozsypywało. Ale kiedy mąż przyszedł i powiedział: »rozwód«, to we mnie żadnej emocji nie było, żadnej chęci walki o ten związek”.

Ilustracja Joanna Gniady Ilustracja Joanna Gniady

Przychodzi w końcu czas, kiedy ofiara już wie, że to ją niszczy, a i tak w tym tkwi. Dlaczego wtedy nie ma odruchu: ratuj się, dziewczyno? Paulina Pawlak: „Trudno dostrzec konkretny moment, to proces, odbieranie poczucia własnej wartości, osłabianie, kawałek po kawałku. Trudno się zatrzymać i stwierdzić: »aha, to złe«. Poza tym to była moja decyzja, mój wybór. Jak przyznać, że się myliłam, że to wszystko trafiało w próżnię?”.

Odpychanie-przyciąganie

Wyjście z nałogu, każdego, czy jest to alkohol, czy narkotyki, jest ekstremalnie trudne. W relacji opartej na przemocy emocjonalnej działa podobny mechanizm – uzależnienia. Te związki polegają na odpychaniu i przyciąganiu. Zawsze po kiju ofiara dostaje marchewkę. Tyle że z czasem jest coraz więcej upokorzeń, coraz mniej chwil dobrych. Ale ciągle są.„Mogłam być nieszczęśliwa – mówi Renata – ale kiedy powiedział: »kocham«, ja o wszystkim, co złe, zapominałam. Umawiał się ze mną, po czym w ostatniej chwili odwoływał. Kiedy pytałam, dlaczego mnie tak traktuje, łaskawie godził się na spotkanie. A ja biegłam”. Bo kiedy jesteście razem – to kolejna charakterystyczna rzecz – uspokajasz się. Wydaje ci się, że masz kontrolę. Wprawdzie on na twoich oczach przegląda Tindera, zaznacza kobiety, które mu się podobają, pisze do nich, ale jest obok. Eksplozje dopaminy i adrenaliny też uzależniają, czekasz na to. I myślisz: „Bez tego moje życie stanie się puste”. A ta myśl przeraża. Renata: „To było we mnie bardzo silne. On zapełniał mój dzień. Pisaliśmy do siebie wiadomości, biegaliśmy razem, wieczorem oglądaliśmy seriale. Ale to, co ja brałam za chęć bycia ze mną, za zaangażowanie emocjonalne, to była z jego strony jedynie chęć wypełnienia sobie czasu. No i dawałam mu poczucie bezpieczeństwa, robiłam zakupy, rozmawiałam z nim inteligentnie”.

„Przemoc” to mocne słowo

Niewiele jest mocniejszych. A tu mamy do czynienia z rzeczami, które z przemocą się nie kojarzą. Ale jeśli wydarza się w ciągu dnia wiele sytuacji, które sprawiają ci ból, bo na przykład on przy tobie ostentacyjnie kogoś uwodzi, kłamie, obwinia ciebie o każde swoje niepowodzenie – w końcu zaczynasz rozumieć, że celowo cię rani. I z premedytacją to powtarza. Renata: „Prosiłam, żebyśmy poszli na terapię. Zgodził się, potem zaczął kręcić, że przecież nie mieszkamy razem, nie ma takich terapii. Kiedy opowiedziałam o tym mojej terapeutce, zobaczyłam zgrozę na jej twarzy: »Nie mediuje się ze sprawcami przemocy«. Wtedy pierwszy raz usłyszałam, co ona do mnie mówi”. Potwierdza to Paulina Pawlak. Według niej słowo „przemoc” ofiara słyszy często dopiero w gabinecie psychoterapeuty. A trafia do niego późno, z reguły dopiero wtedy, kiedy jest już w niej decyzja o rozstaniu. „I kiedy ja to słowo wypowiadam, kiedy nazywam to, co je spotyka – są zdziwione. W szoku – mówi psychoterapeutka. – Za chwilę jest płacz, ale i ulga – bo kiedy to usłyszą, spada z nich poczucie winy. Choć nie zawsze są gotowe, żeby to przyjąć. To zależy od etapu, na jakim jest relacja. Bywa, że ofiara wybucha śmiechem i wychodzi. Nie wierzy. Miałam taką historię. Po kilku miesiącach ta pani wróciła – już była inna. W smutku, rozpaczy. To słowo, którego nie »usłyszała«, gdzieś w niej jednak przez ten czas pracowało i pozwoliło w końcu zrozumieć, co się dzieje. Ale żeby tak się stało, ofiara musi dojrzeć do tego, żeby chcieć się ratować”. Wtedy jest już słaba fizycznie, wręcz wycieńczona, wydaje się jej, że zaczyna wariować, ma myśli samobójcze. Czuje, że dochodzi do granicy, jasno komunikuje to też jej ciało. Albo w końcu słyszy, co mówi terapeuta, albo zaczyna czytać. Blogi, książki. O narcyzach, psychopatach, socjopatach. O mechanizmach manipulacji. I nagle widzi: to jest o mnie.  „Pierwsza książka, którą dała mi terapeutka, to »Kobiety, które kochają za bardzo«. Wtedy zaczęłam rozumieć, o co chodzi ze mną – mówi Renata Kim. – Każda relacja to było dla mnie coś, czemu muszę poświęcić całą siebie. Czas, umysł, ciało, pieniądze. To samo robiłam w małżeństwie. Miałam szczęście, bo mój były mąż to doceniał, nie wykorzystywał tego. Szczęście się skończyło, kiedy weszłam w relację, która prawie mnie zniszczyła. Ale kobieta silna, znająca swoją wartość w taki związek nie wejdzie”.

Czy można pomóc?

Jeśli ktoś jest w środku takiej relacji, nie pomożesz. Musi sam dojść do ściany. Po pomoc i lektury sięga, kiedy już jest na granicy. Wtedy szuka ludzi, którzy powiedzą, że to nie tylko jego doświadczenie, że jest jakiś mechanizm, który kieruje relacjami sprawca–ofiara. Cholernie ważne jest móc się wygadać. Renata Kim: „Bez względu na to, jak bardzo cię irytuje, że ona znowu to samo, zaciskasz zęby i słuchasz po raz kolejny tej chaotycznej opowieści. I myślisz: »Ja też zawsze miałam przy sobie kogoś, kto mnie wysłuchiwał, kiedy byłam w rozpaczy«. To rodzaj zobowiązania”. Paulina Pawlak uważa, że choć związki przemocowe zostawiają w nas trwały ślad, nie zamykają drogi do stworzenia w przyszłości dobrej relacji. Najpierw jednak musi się wydarzyć zmiana na głębszym poziomie. Zmiana przekonań na własny temat. To sporo pracy, czasem na lata. Jeśli się jej nie wykona, można z jednej toksycznej relacji wpaść w drugą. Ale kiedy zmiana się dokona, będziemy silniejsze. I szczęśliwsze.

Najtrudniejszy przypadek

Różne są sposoby na odreagowanie przemocowej relacji. „Zawsze śpiewałam – opowiada Renata Kim. – Kocham to. Kiedyś razem byliśmy w towarzystwie, zaśpiewałam, on mnie skrytykował, a ja kompletnie się zablokowałam. Nie byłam w stanie śpiewać, choć do tej pory nuciłam non stop. Zapisałam się więc na lekcje śpiewu. I wymyśliłam, że zaśpiewam publicznie. Powiedziałam o tym koledze, który jest dyrektorem teatru Druga Strefa w Warszawie. Wyreżyserował przedstawienie. Ja zaśpiewałam wszystkie smutne piosenki, które ćwiczyłam z nauczycielką śpiewu, a między utworami przyjaciółka czytała relacje ofiar przemocy. Na przedstawienie przyszła moja terapeutka, powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Że to dobry koniec terapii. Kilka miesięcy wcześniej wyznała mi, że byłam jej najtrudniejszym przypadkiem. Nigdy nie miała do czynienia z kimś, kto tak kurczowo trzymałby się sprawcy przemocy”.

materiały prasowe materiały prasowe

  1. Psychologia

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. Hazard, alkohol to nałogi, bez których można żyć. Żyć bez miłości nie można – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. – Kobiety są bardziej bezradne wobec iluzji miłości. Mężczyźni wpadają w nałóg zakochiwania się. A to razem świadczy o głodzie miłości – dodaje Iwona Firmanty, coach. 

Logujesz się na zagranicznych portalach randkowych, a tam są oni, ci, którzy specjalnymi algorytmami odnajdują kobiety zamożne, ale niepewne siebie. I zaczynają z nimi grę w iluzję miłości. Konwersują: SMS-y, mejle. Rano pytają: „Czy już wstałaś, dziubku?”, a wieczorem: „Czy już się przygotowałaś na jutro, papużko?”. Dają fantastyczne dowody miłości, im bardziej ona ich potrzebuje. Skamerzy to zawodowcy – skanują kobiety pod kontem psychologicznym. Szukają tych z dorobkiem i nawijają im makaron na uszy, by potem zastosować jeden z systemów. Na przykład „na żołnierza”: „Chciałbym do ciebie przylecieć, ale armia nie przesłała mi pieniędzy. Przyślij mi na bilet, zwrócę, jak się zobaczymy”. Mają niby-zdjęcia i niby-historyjki o sobie, które szarpią serce: „Czemu jestem sam? Miałem żonę i dziecko, ale zginęli”. Mają opowieści uwiarygadniające: „Babcia mieszka w Berlinie, więc co to dla mnie za problem przylecieć do niej i odwiedzić Polskę”. I kobiety się nabierają. Albo nie: – Jedna z moich klientek – mówi Iwona Firmanty – podczas rozmowy z mężczyzną podała słuchawkę koleżance, która mieszka w USA, bo za nowojorczyka podawał się jej ukochany. Koleżanka powiedziała: „To nie jest biały z klasy średniej, to Afroamerykanin bez wykształcenia, który go udaje”. Zdarza się, że kobieta przytomnieje i myśli: „Zaraz, dlaczego on tak do mnie wydzwania? Właściwie mnie nie zna. Widział jedno zdjęcie i już mnie tak kocha?”. To jednak zdarza się rzadko.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Wojciech Eichelberger: – Miłość jest esencją życia. Jedni dostają ją w sposób naturalny, inni nie i ci właśnie są skłonni kupować jej iluzję nawet po bardzo wysokiej cenie. Nie mówmy więc o uzależnieniu od miłości, ale od iluzji miłości. To szczególnie niebezpieczne dla kobiet w czasie menopauzy. Do niedawna większość pań nie dożywała klimakterium, wycieńczona licznymi porodami. Nie ma więc jasnego przekazu kulturowego podpowiadającego kobietom, jak żyć po klimakterium. Jedyny, jaki istnieje, doradza wycofanie się, abstynencję seksualną i przygotowywanie do odejścia z tego świata. Ale współczesne kobiety słusznie odrzucają ten smutny model. Starają się żyć jak dotąd, jak zwykle, być aktywne zawodowo, życiowo i seksualnie. Tym bardziej że uwolnione od lęku przed ciążą przeżywają renesans seksualnej mocy. Ponieważ jednak nawet w oczach swoich żegnających się z libido męskich rówieśników stają się przezroczyste, często wchodzą w kiepsko rokujące związki z młodszymi mężczyznami. Ci najczęściej okazują się trutniami, którzy wyspecjalizowali się w tym, by urządzać się w życiu, dostarczając kobietom tego, czego najbardziej potrzebują: czyli złudzenia zachwytu, pożądania i bezpieczeństwa. Dla kobiet, które nie miały szczęśliwych związków, to miłosny Disneyland.

Czy to jest uzależnienie, jeśli ona mu uwierzy i da się wykorzystać? No i jak to się dzieje? – Kobiety przepisują majątek na męża, gdy ten twierdzi, że na przykład dzięki temu założy firmę albo wejdzie w spółkę z biznesmenami, których właśnie poznał, i przestanie być na utrzymaniu żony – mówi mecenas Tomasz Romanowski. – Zdarza się też, że zamożne kobiety niedawno poznanemu mężczyźnie, z którym łączy je relacja intymna, powierzają kilkaset tysięcy, bo ten obiecał zainwestować je z zyskiem. Pieniądze często pochodzą ze sprzedaży dorobku życia. W sądzie okazuje się, że na te sumy nie ma najmniejszego pokwitowania. Sposobów na wyłudzenie jest wiele, np. kobieta finansuje budowę domu na ziemi należącej do rodziny partnera. Zakłada, że będą tam razem żyć. Tak się nie dzieje, a w myśl prawa dom nie jest jej własnością. Problemy nawarstwiają się, gdy kobieta przyjmuje obywatelstwo egzotycznego kraju męża. Tam bywa bezradna wobec prawa, które decyduje w sposób dla niej niekorzystny o jej majątku.

– Popyt na zaślepienie iluzją świadczy o tym, jak bardzo sfrustrowana jest kobieca potrzeba romantycznej, zmysłowej miłości – mówi Eichelberger. – Kobiety są gotowe niemal świadomie kupować tę iluzję. Po szarym i trudnym życiu pragną choćby kilku rozkosznych nocy. Nie popieram życia iluzją, bo psychoterapia polega na jej porzucaniu. Ale świadomy wybór iluzji nie jest już życiem w iluzji. A deficyt czasu, uwagi i miłości, jaki panuje we współczesnym świecie, wytwarza ogromny popyt i na taką uświadomioną fikcję. Równie dobrze moglibyśmy się śmiać z ludzi, którzy płacą za bilet, by ulec iluzji kina. Ale jeśli taka kobieta przyjdzie do psychoterapeuty, to znaczy, że życie w uświadomionej iluzji nie zaspokoiło jej potrzeb. Wtedy może odkryje, że pozwoliła odebrać sobie nadzieję na prawdziwą miłość. To, że tak wielu myśli, że nie zasługują na miłość z prawdziwego zdarzenia, jest najgroźniejszą iluzją, która napędza wszystkie uzależnienia. Na szczęście wgląd psychologiczny, a jeszcze bardziej duchowy obalają tę fikcję.

Młode kobiety na uczuciowym głodzie

Iwona Firmanty: – Wydaje się, że ona się zakochała i jej nie wyszło, co w tym dziwnego? Potem znów się zakochała i znów pech. Nikogo to nie dziwi. Ale jeśli popatrzymy na to, co się w tym jej zakochaniu dzieje, zobaczymy, że to nie pech, ale uzależnienie.

Kobiety uzależniają się od mężczyzn, i to od tych zimnych emocjonalnie, z powodu tego, co wyniosły z domu. Matka skupiona na ojcu, który np. pił, zauważała córkę dopiero, kiedy ta przynosiła piątki. Nie dawała jej komplementów, bliskości i ważności. Dlatego Magda nauczyła się, że tylko jeśli będzie przynosiła jeszcze lepsze wyniki, to rodzice ją pokochają, a ona poczuje, że to dobrze, że jest na świecie. Do tej pory nie słyszała od nich nic, co by to potwierdziło. Wymyśliła więc, że narodziła się przez przypadek i dlatego nie odczuwała sensu życia. Poza tym, kiedy zaczęły jej rosnąć piersi, nałożyła workowate ciuchy, żeby nie pokazywać, że przestaje być dziewczynką. Rodzice z problemami z seksualnością zaszczepili je w rodzącej się kobiecości córki.

Uwagę takich dziewczyn zawsze zwracają faceci otwarci, którzy nie mają problemu z nawiązywaniem kontaktów. Oni adorują kobiety superatrakcyjne, które pokazują swoje walory. A te niekochane obserwują ich z daleka i fantazjują, że to one są tymi superkobietami. – Uzależniona od miłości wtapia się w oczekiwania mężczyzny: farbuje włosy, odchudza się, ubiera w stylu, którego nie lubi, ale który on lubi – mówi Firmanty. – Chodzi po domu w różowych pióreczkach tylko dlatego, że on tego chce. Dla mężczyzny idzie na inne studia, niż chciałaby, bo on musi pochwalić się w towarzystwie, że ma żonę z sensowym według niego wykształceniem.

Magda, kiedy zakochała się w Krzyśku, zmieniła się w laskę. On ją szybko zauważył, a że ona miała ogromny głód miłości, w pełni go zaakceptowała. Krzysztof więc się z nią ożenił. Ale ich szczęście nie trwało długo, bo wkrótce został bezrobotny, a potem brak sukcesu zawodowego sprawił, że zaczął pić. Magda, jak przed laty jej matka, uznała, że dobro mężczyzny jest najważniejsze i chodziła do pracy już nie na osiem, ale na 12 godzin. Zasada jest prosta – im bardziej on ma problemy z alkoholem, hazardem itp., tym bardziej ona zaciera ręce, że będzie mu potrzebna. A więc zagłuszy własny ból. Mimo takiego poświęcenia związek sypał się jak domek z kart. Zaczęli spać w dwóch oddzielnych łóżkach.

– Kobiety uzależnione biorą większą odpowiedzialność za związek niż faceci i w ten sposób kastrują partnera – mówi Firmanty. – Chcą też dosłownie kontrolować jego seksualność, bo seks to dla nich dowód miłości. Jeśli od kilku dni się nie kochają, stają się nachalne. A dla mężczyzny to niekobiece zachowanie, a więc o seksie tym bardziej nie ma mowy.

Magda poczuła, że Krzysiek oddala się od niej, i jak alkoholiczka, która wie, że za chwilę zamkną monopolowy, zaczęła szukać nowego mężczyzny. Poznała sprzedawcę, a sprzedawca potrafi się sprzedać, więc ta znajomość przerodziła się w płomienny romans. Też dlatego, że uzależnione od miłości zakochują się od pierwszego wejrzenia. Magda jednak szybko zepsuła i tę znajomość. Pisała do niego SMS-y – kilkanaście dziennie. Fantazjowała o nim, wyręczała we wszystkim, nie stawiała granic. Wkrótce więc i on miał jej dość. Tak straciła obu, gdyż uznali ją za bezwartościową.

– Kochająca obsesyjnie ma silną potrzebę spotkania, kontaktu, dotknięcia, już teraz! Ukochany działa na nią jak substancja uzależniająca. Jest nim naćpana – mówi Firmanty. – Mężczyźni, których kobiety uzależnione wybierają, też zazwyczaj nie zaznali w domu miłości. Ale męski sposób radzenia sobie z tym jest inny, to zamknięcie w sobie. Oni mają wewnątrz chłopca z pampersem, ten chłopiec płacze za miłością, ale na zewnątrz staje się wyrachowany, zalicza dziewczyny, szukając miłości, której nie otrzymał w domu. Kobieta uzależniona wie, jak dostać się do chłopca z pampersem. Na początku robi to, co trzeba: otwiera się na mężczyznę, w pełni go akceptuje. Daje mu totalną miłość, jest na każde skinienie. Ale w pewnym momencie przekracza granicę, nie wystawiając ręki po coś w zamian. A w miłości musi być wymiana, inaczej ten, kto dostał za dużo, myśli: „Pewnie to, co mi dała, jest bezwartościowe. A może to ona jest bezwartościowa?”. I koniec.

Męskie motyle w brzuchu

– Uzależnienie od zakochiwania się to uzależnienie od endorfin – mówi Iwona Firmanty – od podziwu, jaki daje druga osoba, od efektu pierwszego wrażenia. Częściej padają jego ofiarą mężczyźni.

Robert elektryzuje kobiety, tak dobrze wygląda i ma taką energię. Ale gdy siada na kanapie coacha, okazuje się, że tak jak Magda nie dostał w domu miłości. A że był trzecim z rodzeństwa, więc jego starsi bracia byli zajęci obowiązkami, mógł się pozastanawiać, jak pozyskiwać więcej uważności, bo też Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani urody. Nauczył się jednak, co robić i w jaki sposób rozmawiać z kobietami. Dziś ma 38 lat, ale nie wyrywa się do związku. Za to jeśli co weekend nie znajdzie nowej kobiety, czuje się niekompletny. A każda kolejna, z którą się spotyka, jest dla niego zabawką. Jak każdy uzależniony od zakochania się ucieka przed budowaniem miłości, bo wie, że nie zbuduje zdrowej relacji. Bywa to nazywane anoreksją uczuciową, bo tego sobie właśnie odmawia: prawdziwego uczucia, czyli miłości.

Co robić, kochani?

Przepracować trudności z dzieciństwa. Oduczyć się nałogowych zachowań. Komunikować ze sobą, czyli z małą dziewczynką albo chłopcem, i zadbać o ich szczęście. Zrozumieć, jak społeczeństwo służy uzależnieniu od miłości. – To ogromne żniwo ludzkie, które terapeutyzujemy – mówi Iwona Firmanty. – Wzięło się z zimnego chowu, ze sfokusowania rodziców na wyniki, a nie na miłość. Inżynierowie, naukowcy, biznesmeni to nasi główni klienci. Skupieni na wynikach zapominają o tym, co nieuchwytne, ale najważniejsze. Jeśli nie zaczniemy wychowywać dzieci w duchu miłości, a nie sukcesu, to gotowych do niszczącej iluzji miłości będzie coraz więcej. – Żyjemy w świecie, w którym sprzedaje się coraz więcej iluzji. Już niedługo iluzje miłości i seksu będą sprzedawane masowo. Stymulatory i awatary zastąpią z wolna realny kontakt z realnym człowiekiem – mówi Wojciech Eichelberger. – Od wieków wielu mężczyzn i wiele kobiet korzysta z usług prostytutek, udając, że to nie jest transakcja, wypierając ze świadomości to, że wszystko jest w tej relacji udawane. Bo nawet iluzja, jeśli w nią bez reszty uwierzymy, potrafi zaspokajać nasze ważne potrzeby. Także potrzebę doświadczania zachwytu, pożądania, ufności i miłości. To smutne, ale skoro pomaga przeżyć, nie sposób tego potępiać. Wygląda więc na to, że iluzja miłości będzie towarem coraz bardziej poszukiwanym.