1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak reagować, gdy dziecko zachwyca się nową partnerką taty?

Jak reagować, gdy dziecko zachwyca się nową partnerką taty?

Nowa partnerka eks męża to drażliwy temat, szczególnie, gdy dziecko podkreśla jak wspaniała jest macocha... (fot. iStock)
Nowa partnerka eks męża to drażliwy temat, szczególnie, gdy dziecko podkreśla jak wspaniała jest macocha... (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zachwyt córki partnerką męża – to może być ciężka próba dla byłej żony. Co jednak zrobić, aby przetrwać tę niekomfortową sytuację i nie utracić dobrej relacji z dzieckiem?

Zachwyt córki partnerką męża – to może być ciężka próba dla byłej żony. Co jednak zrobić, aby przetrwać tę niekomfortową sytuację i nie utracić dobrej relacji z dzieckiem?

Jak pisze jednak z czytelniczek: Rozwiedliśmy się dwa lata temu. Hela miała wtedy 11 lat. Ustaliliśmy, że córka zamieszka ze mną, a do taty będzie jeździć co drugi weekend. Na początku nie chciała, ale jakoś się ułożyło. Teraz w życiu mojego eksmęża pojawiła się nowa kobieta. Moja córka się wściekła, ale gdy raz tam pojechała, dosłownie się w niej zakochała. Wraca radosna i od progu mi pokazuje, jak Justynka jej pomalowała paznokcie (ja tak nie umiem), jak ją doskonale rozumie (bo ja nie rozumiem jej wcale). Te zachwyty sprawiają mi ogromną przykrość. Ostatnio straszy, że u ojca jest lepiej i że się do nich wyprowadzi. Może zabrzmi to okrutnie, ale zamykam serce przed córką, bo mnie to boli. Co robić?

Rozwód rodziców zawsze jest dla dziecka ogromnym stresem i ten stres trzeba jakoś odreagować. Tym odreagowaniem jest najczęściej wymierzenie komuś kary za krzywdy. Dziecko zaczyna się źle uczyć, lekceważąco zachowywać w stosunku do dorosłych, niechętnie współpracuje, rani, kogo może, i wybiera sobie kogoś na swojego najgorszego wroga. Najczęściej dzieci przyjmują postawę negacji wobec nowych partnerów rodziców i na nich odreagowują swoje żale. Hela, jak widać, po namyśle na swojego najważniejszego wroga wybrała nie ojca, a mamę.

Co ma zrobić mama? Tłamszenie w sobie negatywnych emocji nie jest dobre i na dłuższą metę nie wpłynie korzystnie na relację matka–córka, ponieważ mama, w samoobronie, zamknie się emocjonalnie przed córką, co w efekcie trwale zniszczy ich relację. Najlepsze, co można zrobić, to zagrać w otwarte karty. Błędem jest nieprzyznawanie się dzieciom do uczuć i emocji. Rodzic nie ma obowiązku znosić wszystkiego i dawać się upokarzać lub ranić. To błąd. Dziecko, zwłaszcza rozchwiane emocjonalnie po rozwodzie rodziców, jest tak skupione na swoich emocjach, że nie zastanawia się, jakie reakcje wywołają w innych ludziach jego słowa czy zachowanie.

Hela może nawet nie ma pojęcia, że inni też mają emocje, więc trzeba jej o tym powiedzieć. Nie po weekendzie, gdy mama jest przepełniona poczuciem krzywdy, ale w środku tygodnia. Niech Pani zaprosi Helę na rozmowę i powie, co czuje w tej sytuacji: „Wiesz, kochanie, jesteś moją najdroższą córeczką i jest mi przykro, gdy krytykujesz wszystko, co robię. To mi sprawia przykrość”. Reakcja córki może być bardzo różna. Od natychmiastowego katharsis i rzucenia się ze łzami na szyję, po powiedzenie: „Bo ona jest lepsza. Wolę nową rodzinę taty”. Jakkolwiek córka zareaguje, i tak warto otwarcie wyznać, że jest człowiekowi smutno i przykro.

Natomiast co do przeprowadzki do ojca – na pewno nie wolno dziecku dawać się nią zastraszać. Trzeba natychmiast pozwolić, żeby się do ojca na stałe przeniosła, a samej zastanowić się, dlaczego tak Panią ta wizja przeraża.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić? Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom? Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy? Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli. Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić? Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie? No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek. Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku? Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać? Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Zapętleni w żalu - dlaczego relacje ojca z synem często są tak trudne?

Brak zrozumienia, skumulowana złość, ból i smutek - tak wygląda relacja wielu ojców z synami. (fot. iStock)
Brak zrozumienia, skumulowana złość, ból i smutek - tak wygląda relacja wielu ojców z synami. (fot. iStock)
Syn przyznaje, że nie może zatrzymać wybuchów wściekłości na ojca. Dochodzi do aktów przemocy, także fizycznej. I w takim stanie obaj – ojciec i syn – zapisują się na wspólną sesję do psychoterapeuty. Pogratulować – mówi Benedykt Peczko.

Relacja między ojcem a synem to najczęściej sprawa wielce drażliwa i skomplikowana. Badania pokazują, że zaledwie kilka procent mężczyzn ma serdeczną relację ze swoim ojcem. Pozostali czują do ojców obezwładniający żal, a nierzadko wściekłość i wrogość. Właśnie opowiadasz mi o ojcach i dorosłych synach, którzy z tą złością i bezradnością przychodzą razem na psychoterapię. Nastąpił jakiś wyraźny przełom w zbiorowej świadomości, skoro ojcowie i synowie mimo tylu urazów i zadrażnień decydują się na zmianę, ale – co najważniejsze – wierzą, że zmiana jest możliwa. Jak wyglądają sesje psychoterapeutyczne dla nich? Z czym konkretnie przychodzą? Ojciec z ręką na temblaku, zwichniętą w czasie szarpaniny z synem, mówi: „Jestem coraz starszy, chcę chłopakowi pomóc, ale mi nie wychodzi. Może pan zaradzi?”. Ojciec przedstawia sytuację: syn ma problemy ze sobą, wybucha, ma pretensje, obraża go. „Sytuacja jest już tak dramatyczna – mówi ojciec – że boję się, iż następnym razem on mnie dźgnie nożem albo udusi! Co robić?”. W trakcie sesji syn przywołuje różne skandaliczne zachowania ojca i znów padają wyzwiska: ojciec jest rasistą, seksistą, ksenofobem. To, oczywiście, bierna agresja, nierozładowana złość, która teraz dochodzi do głosu.

Zemsta. Tak. Ojciec dowiaduje się od syna, że nie ma prawa zgłaszać jakichkolwiek oczekiwań po tym, co mu zrobił.

A co mu zrobił? „Zostawiłeś mnie, kiedy cię najbardziej potrzebowałem. Nie było cię przy mnie, a gdy już byłeś, zmuszałeś mnie do posłuszeństwa. Zmarnowałeś mi życie!” To są bardzo burzliwe spotkania. Panowie wymachują rękami, przekrzykują się. Zachowują się tak, jak w codziennym życiu, gdzie tracą panowanie nad sobą i nierzadko dochodzi nawet do przemocy fizycznej. Gratuluję im świadomości psychologicznej; zdają sobie sprawę z tego, że sami już nie dadzą rady, i sięgają po pomoc. To naprawdę wielka sprawa. To ich siła, zasób, nie słabość czy wstyd. To także siła ich relacji.

Jak już nieraz mówiliśmy, silni ludzie proszą o pomoc. Trzeba to przypominać, wciąż sobie uświadamiać.

Co jest głównym wyzwalaczem biernej i czynnej agresji? Syn czuje się rozpaczliwie bezradny. Nie wie, jak zatrzymać ojca, który go ocenia, porównuje do innych, do siebie. Ojciec mówi: „Co ty osiągnąłeś? Rozejrzyj się, tylu młodych ludzi odnosi sukcesy, mają pasje”. Syn czuje, że ojciec go nie rozumie, narzuca mu własne rozwiązania, więc niejako odbiera mu prawo do odrębności, indywidualności. A ojciec nadal swoje: „Przecież gdybym go rano nie obudził, to przespałby cały dzień! Co ja mam robić? Mam zamknąć oczy, wycofać się? »Tak, synku, poleż, nic nie rób, pośpij do drugiej po południu. Nie zaliczyłeś roku na studiach? Nie szkodzi, kocham cię i tak!«” Mam mu tak mówić? No, proszę pana!”. Ten monolog ojca jest wyrazem jego bezradności.

Obaj więc czują się bezradni. Nie wiedzą, jak się porozumieć. Trudność polega na tym, że ojcowie próbują użyć jakiegoś sposobu komunikacji, a widząc, że ten sposób nie działa, następnym razem robią to samo, tylko mocniej, ale sama metoda perswazji się nie zmienia. To trochę tak jak próba przekręcenia klucza w zamku w sytuacji, gdy klucz nie pasuje do zamka. Ojcowie nie zdają sobie sprawy, że używają niewłaściwego klucza. To jest pułapka w komunikacji. Druga pułapka to usprawiedliwianie się. Gdy syn oskarża ojca, że zmarnował mu życie, ponieważ nie było go wtedy, gdy jako chłopiec najbardziej go potrzebował, ojciec tłumaczy się: „Musiałem pracować, zapewnić rodzinie materialne przetrwanie, co w tamtych czasach było bardzo trudne, trzeba było wszystko zdobywać, dorabiać, więc mnie nie było, bo chciałem, żebyś miał jak najlepsze warunki”. A syn na to: „W dupie mam te warunki! Nie było cię! Byłem sam w okrutnym świecie, na podwórku, w szkole. Matka ciągle czymś zajęta, a ciebie nie ma!”. Na to ojciec: „No tak, ja rozumiem, ale nie było mnie dlatego, że musiałem ciężko pracować, żeby starczyło na wszystko, na twoje książki, ubrania… Starałem się dla ciebie”. Syn: „Dla mnie? Ty w ogóle nie rozumiałeś moich potrzeb! Dla siebie to robiłeś! Potrzebowałem czegoś innego! Ciebie mi brakowało! Nie miałem kogo zapytać, poradzić się. Matka gotowała, sprzątała, prała, kołysała kolejne dziecko. A ciebie nie było! Ja potrzebowałem wtedy mężczyzny, wzorca! Nie miałem wzorca!”. W kółko to samo. I ojciec, i syn mówią ciągle to samo. Tylko obaj coraz mocniej: ojciec coraz mocniej się usprawiedliwia, a syn coraz mocniej atakuje.

Jak wychodzą z tej komunikacyjnej zapaści? Pytam syna, co byłoby dla niego potwierdzeniem, że ojciec ma świadomość tego, co się wydarzyło, że go rozumie. Odpowiada: „No… zwykłe przepraszam!”. Na to ojciec: „Ale przecież ja już cię przeprosiłem”. Syn: „No, niby formalnie tak, ale ja tego nie poczułem!”. Syn tłumaczy, że nie chce już usprawiedliwień ojca, chce, aby ojciec przyznał, że go skrzywdził. Ojciec to przyznaje, ale zaraz potem znowu się tłumaczy. To się nazywa pętla komunikacyjna, w kółko wracamy do tych samych zdań, sformułowań, te z kolei wywołują te same emocje: bezradność, frustrację, złość.

Jak czujesz się, obserwując ten teatr męskiej miłości i nienawiści? Jestem bardzo zmobilizowany. Potrzeba uwagi, żeby ogarnąć to, co dzieje się z każdym z nich i dodatkowo między nimi. Kiedy dochodzi do eskalacji przemocy, mam chwile zwątpienia, nie wiem, czy tu jeszcze coś da się zrobić. Ale te chwile szybko mijają, gdy przypominam sobie, że przecież są tutaj – zdecydowali się odsłaniać siebie, co przecież nie jest łatwe, tylko z jednego powodu – ponieważ zależy im na sobie nawzajem, kochają się. Gdy na chwilę wchodzę w stan zagubienia czy zniechęcenia, to wiem, że odczuwam dokładnie to, co oni, dzięki czemu lepiej ich rozumiem, poznaję, jak to jest przeżywać coś takiego. To mnie tym bardziej motywuje, żeby podpowiadać im nietypowe rozwiązania. Dużo zmienia już sam fakt, że ja nazywam ich uczucia, mówię o tym, co dzieje się między nimi, co widzę, dzięki czemu zyskują samoświadomość. Szczególnie dla ojców jest to ważne. Ojcowie zwykle mówią: „Proszę pana, całe życie przepracowałem. Kto miał czas zastanawiać się nad swoimi uczuciami? Kto o tym mówił? Mnie nie jest łatwo nazywać te rzeczy…”.

Ojciec się tłumaczy, czuje, że zawiódł. Dlaczego ta ojcowska skrucha nie wywołuje ciepłych uczuć syna? Syn chroni siebie. Gdyby naprawdę chciał przebaczyć i dopuścić do siebie współczucie, wtedy musiałby dotrzeć do bardziej miękkich uczuć w sobie, poczuć miłość do ojca, tęsknotę za nim, smutek, rozpacz, przed którymi skutecznie się obronił, przykrywając miłość skorupą złości, agresji, pretensji, wyrzutów i oskarżeń. Paradoksalnie łatwiej jest przeżywać tego typu stany – bo to takie męskie, daje energię – niż dotknąć swojej męskiej depresji, związanej z nieobecnością ojca. Syn musiałby się otworzyć na coś nowego, czego dotąd nie znał, ale właśnie tego nowego najbardziej pragnie i potrzebuje. Ponieważ to jest nowe, nieznane, więc odruchowo broni się, sabotuje bliskość nawet wtedy, gdy ojciec wyciąga rękę pierwszy, przyznaje się do błędów, żałuje za nie. Chłopiec w nim – irracjonalnie, głęboko i organicznie – boi się otwarcia. Boi się, żeby znów nie być zostawionym. Oszukanym. Ukaranym. Nie chce odrzucenia. Przemocy. Bólu. Samotności. Teraz w bezpiecznych warunkach uczą się, w jaki sposób mogą otwierać serce. I że to otwarcie nie musi się wiązać z tym, co było kiedyś. Obaj podejmują ryzyko.

Jakie ryzyko podejmuje ojciec? To najczęściej ojcowie umawiają spotkania, wykazują gotowość zmiany, starają się. Wielokrotnie zwracam im uwagę, ile w nich determinacji, motywacji. Podejmują ryzyko, bo ryzykiem jest w obecności innego mężczyzny, psychoterapeuty, odsłaniać się, pokazywać słabe strony, konfrontować się z atakami syna, uznać, że w tej ważnej roli nie sprostało się wyzwaniom.

Pytam ojca, jak mógłby sformułować swój komunikat do syna w taki sposób, jakiego do tej pory nigdy nie stosował. Żeby powiedział, zrobił coś innego, nowego, może szalonego, zwariowanego, coś, co teoretycznie absolutnie do niego nie pasuje. Trochę pomagam, podpowiadam, co by to mogło być. Jeden z ojców, który skarżył się, że syn mu przerywa, nie daje mu skończyć zdania, krzyczy, wpadł na pomysł, aby napisać do syna list. Inny doszedł do wniosku, że powie synowi o czymś, o czym mu jeszcze nigdy nie mówił, o swoich lękach, o tym, czego się obawiał, gdy był młody, i co teraz go dręczy. Inny zaczął mówić o poczuciu straty, jaką czuje, gdy nie może się porozumieć z synem. Zostaje przełamany schemat. Ojciec przestaje się usprawiedliwiać, mówi o sobie, może po raz pierwszy w relacji z synem. W końcu przyznaje: „Gdybym wiedział to, co wiem teraz, inaczej zorganizowałbym życie, pracę, zadbałbym o to, żebyśmy więcej czasu spędzali razem”. Teraz mogę już wręczyć obu panom spisane nowe zasady komunikacji.

Teoretycznie wszyscy znamy te zasady. Nie przerywamy sobie: gdy jedna osoba mówi, druga słucha. Mówimy o swoich reakcjach, które odnoszą się do konkretnych zachowań; unikamy uogólnień typu: „bo ty zawsze”, „bo ty nigdy”. Mówimy o swoich uczuciach i potrzebach, wyrażamy prośby, nie żądania. Nie obrażamy siebie nawzajem. Nie krytykujemy. Nie atakujemy. Nie osądzamy. W ten sposób stwarzamy bezpieczną przestrzeń do rozmowy. Uczymy się mówić o sprawach trudnych w sposób, który nie rani. Uczymy się, jak te zasady praktykować w codziennym życiu. Do tego ojciec i syn zobowiązują się wobec siebie i wobec mnie. Dobra wiadomość jest taka, że poprawa komunikacji następuje już po kilku tygodniach. Oczywiście na to, aby dokonała się głębsza wewnętrzna zmiana, potrzeba więcej czasu. Bywa i tak, że komunikacja się poprawia, a syn mówi: „Coś mnie w środku trzyma, coś nie zostało dokończone, coś przeszkadza, abym mógł być w bliskiej, zażyłej relacji z ojcem…”. Ojciec nieśmiało wtrąca: „Nie wiem, synu, czy doczekam…”. I to prawda. Staram się zwrócić na to uwagę synowi: w oczekiwaniu na to, aż coś się domknie, dopełni, każda kolejna chwila jest tracona, przemija. Nie wiadomo, ile jeszcze tych chwil będzie. To, co teraz, jest najważniejsze. Mamy tylko ten czas, który właśnie mamy. Od nas zależy, jak go wykorzystamy. Możemy, oczywiście, żałować, że nie wcześniej, że tak późno, ale to byłoby kolejne marnowanie czasu i energii. Syn mógłby powiedzieć: „Nie było cię, do tej pory za to płacę. Mam do ciebie żal, złość, a jednocześnie chciałbym cieszyć się chwilami z tobą. Nie bardzo mi to wychodzi, ale pragnę tego, bo mi na tobie zależy”. Takie serdeczne słowa mogą się stać początkiem prawdziwej bliskości i zażyłości z ojcem.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. Niedawno ukazała się książka „Zrozumieć mężczyznę”, którą napisał z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

  1. Seks

Mój ex był świetny w łóżku

- Rozjazd między poczuciem bezpieczeństwa, stabilnością, miłością a seksem jest bardzo częsty - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Rozjazd między poczuciem bezpieczeństwa, stabilnością, miłością a seksem jest bardzo częsty - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A obecny? Szału nie ma. Jest za to miłość. Bezpieczeństwo. Zrozumienie i stabilność. Wszystko tylko seks jak ten kamyk w bucie. Co robić, kiedy serce wybrało, ale libido popiskuje, wzdycha albo ziewa? Jeśli rozwiązaniem wydaje ci się zachowanie relacji i seks z kochankiem, to co zrobisz gdy zostaniesz przyłapana na podwójnym życiu? Czy zamiast tego nie można ponegocjować z partnerem zmiany w nudnym seksie? Ale jak się do tego zabrać, by to miało sens? Zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystko jest cudownie, mówią kobiety, jest czuły, rozumie mnie, wspiera, kupuje bilety do opery i wakacje w Grecji, pamięta o urodzinach i rocznicach. Ideał. Ale kochanek z Misia Pysia żaden... Znane jest i wśród kobiet, i wśród mężczyzn to, – co warto podkreślić, że mężczyzn ten problem też dotyczy – że poprzedni kochanek lub kochanka byli fantastyczni. Ale kiedy głębiej w tym naszym poczuciu podrapiemy, może się okazać, że ona czy on był świetny, ale tylko w seksie. W niczym innym. Czyli był to człowiek tylko do seksu. Nie do życia. Ważne jest dostrzeżenie tego, bo to pozwala nam zachować zdrową ocenę sytuacji. Cały pakiet, czyli i seks, i miłość, fajnie byłoby mieć. Tylko że to tak rzadkie, jak kwiat paproci czy szóstka w lotto. Ten rozjazd między poczuciem bezpieczeństwa, stabilnością, miłością a seksem jest bardzo częsty. Bo nie tylko nasze ars amandi muszą pasować nam obojgu – jeszcze mamy się dogadywać na różnych poziomach, i emocjonalnym, i intelektualnym, i duchowym. No nie często się to zdarza... I każda mądra kobieta – i mężczyzna mądry – też się z tym godzi. Dla własnego spokoju ducha i radości życia.

Często kobiety, których Misiowie Pysiowie nie mają w pakiecie ognistego latynoskiego kochanka, po prostu zaczynają lekceważyć seks... Ale czy to jest dobry pomysł na życie? To zależy, jakie mamy priorytety. Jeśli ten nowy facet jest czuły, daje poczucie bezpieczeństwa itp., to bywa, że temu, co było, mówimy bez żalu „adieu”. Po prostu myślimy sobie: „Było super z tym poprzednim Grzegorzem. I ważne, że w ogóle było! Że miałam takiego kochanka, który pokazał, czym może być seks i rozpalił mnie jako kobietę. Ale teraz stawiam na Piotra, na spokojne życie, na dzieci, na rodzinę”. I powiem ci, że te kobiety, które tak myślą, wcale nie są głupie. One wiedzą, że ognisty seks w takim zwyczajnym, codziennym życiu się nie uchowa. Bo za dużo jest w nim pilnych rachunków, wścibskich sąsiadów, chorych teściów, niestrawności własnych i hemoroidów partnera, by nie zgasić nawet dużego ognia albo nie poparzyć sobie rąk, na siłę go rozdmuchując. Oczywiście wszystkie wiemy, że nawet w najnudniejszym libidinalnie związku zdarzają się noce płonących łóżek, bo akurat ona awansowała. Albo rwała go nachalnie młodsza o dekadę kobieta i rozpalony jest jak piec. Jednak tak na co dzień to sprawy łóżkowe inaczej się mają.

Buzi, buzi na dobranoc, piżamka w bałwanki i lulu. ...żeby tylko zdążyć wyspać się przed budzikiem. Jak dużo kobiet uznało, że seks nie jest tak ważny, by decydować o trwałości związku, widać choćby wtedy, gdy na jakimś spotkaniu czy w grupie terapeutycznej zacznie się o tym gadać. Choćby niedawno na jednym z prowadzonych przeze mnie warsztatów kobieta, która wciąż mówiła, że jest tu po to, by się wreszcie zebrać na odwagę i rozwieść, przyznała, że kocha się z mężem codziennie. No czasem co drugi dzień. Wtenczas inne babeczki osłupiały: „Jak to?! I ty się chcesz z nim rozwieść, głupia jesteś? Przecież to znak, że jesteście superfunkcjonującą parą?!". Ciekawa była też jej reakcja: „Ojej?! To was tak dziwi? Ja myślałam, że to naturalne...”. Dzięki tej rozmowie kobieta zdała sobie sprawę, że powodem, dla którego jednak nie rozwodzi się, choć o tym myśli i gada od lat, jest właśnie superudany seks.

W tym wypadku przy braku porozumienia na innych płaszczyznach seks klei, ale można powiedzieć – bez przyjemności – jej związek? Właśnie. I znów nie ma całego pakietu. A gdy jest odwrotnie: seksu nie ma nawet raz w tygodniu, a jak jest, można przysnąć z nudów, to bywa, że kobietka, dla której seks jest wartością, odgrzebuje telefon do tego poprzedniego. Dodaje go jako opcję seksualną do obecnego związku z Misiem Pysiem. Wnosi kochanka w wianie... Ma wtedy cały, choć składany pakiet: czułość, bezpieczeństwo i seks. Ale taki model grozi wpadką i utratą Misia Pysia, domu, poczucia bezpieczeństwa. Finał wpadki bywa co prawda różny, zależy to od temperamentu mężczyzn, ale też od osobowości i zachowania kobiety w chwili ujęcia i w czasie rozmowy o tym: „dlaczego mnie zdradziłaś?".

Jest przepis na dobre zachowanie dla kobiety przyłapanej na podwójnym życiu? A jest! Partner, nawet jeśli seks jest nieistotny w jego życiu, i tak poczuje się jak kopnięty w krocze, gdy dowie się, że jego pani ma kochanka. Ale to będzie kopnięcie słonia, po którym nie ma co zbierać, zwłaszcza jeśli jeszcze usłyszy, że ona „musiała go zdradzić, bo z nim w łóżku ziewa i zasypia”, albo: „że ma za małego” albo „co prawda jest wyposażony przez naturę jak się patrzy, ale nie dość figlarny”. To koniec. Ale jeśli ona powie: „Oj! Przepraszam! Misiu Pysiu! To ty jesteś mój, a tamten... To się mi jakoś przydarzyło, sama nie wiem jak i czemu?!” to jest szansa, że Misio Pysio nie wścieknie się, albo nie zamknie w sobie na amen. Ba! Bywa nawet, że wybaczy i zaopiekuje się swoją malutką, zagubioną, niewiedzącą, co robi ze swoim tyłkiem, kobietką i nawet poczuje więcej ognia w lędźwiach. Bo ludzie mają różne podniety, jedną z nich jest „a jednak się nie rozstaliśmy”. A więc po takiej wpadce i ona może nagle dostrzec w Misiu superogiera. Jest też seks na zgodę albo seks zamiast zgody. Różnie jest więc i takie przyłapanie, jeśli kobieta nie wyleje na męża wiadra pomyj o jego nieudolności seksualnej, może się zaskakująco zakończyć.

Można nie dać się przyłapać i jak niejedna kobieta znajdować dodatkową podnietę w tym swoim tajnym podwójmy życiu. Znam jednak i takie panie, które w trójkącie odczuwały jednak ogromny dyskomfort... Dyskomfort to jedno, i jeśli ktoś jest monogamiczny, nie powinien się zapędzać w zdrady, bo go sumienie zje. Ale jest jeszcze coś gorszego niż niewierność nawet wbrew sobie: Pani Roszczeniowa – najgorszy wariant postawy, jaką można przyjąć w tej sytuacji. Taka pani ma pretensje do wszystkich. Do Misia Pysia – że żaden z niego ogier. Do kochanka – że nie chodzi z nią do filharmonii i nie nadąża za jej duszą. Do dzieci – że są! Do świata – że się kręci... Brrr. I źle na tym wychodzi. Bo albo jej mąż i kochanek czmychną, gdzie pieprz rośnie – bo ile faceci mogą znieść niezadowolenia i marudzenia? Albo jej mąż nie czmychnie dosłownie, a tylko uda się na wewnętrzną emigrację, ucieknie w swój świat. I wtedy ona naprawdę ma powody do zgryzoty, bo jest sama we dwoje. Kochanek? Dawno już u innej – u tej o pogodniejszym usposobieniu. Dzieci? Jak tylko dorosną, myk i mieszkają za oceanem. Byle dalej. No i Pani Roszczeniowa traci wszystko, choć nikt jej na zdradzie nie przyłapał. Odradzam taką postawę.

A jaką postawę polecasz? Filozoficzną, która mówi, że elementem ludzkiej kondycji jest to, że niezwykle trudno mieć wszystko naraz. Otóż raz się miało superkochanka i świetnie! A teraz ma się superpartnera do życia. Ale to wcale nie znaczy, że zostają tylko wspomnienia. Znam niejedną kobitkę, która pomyślała: „Z tamtym było fajnie. Super, że w ogóle miałam takie doświadczenie, a teraz chcę się kochać tylko z mężem”. To niegłupia postawa. Ona ma w sobie te dwa doświadczania: seks z superkochankiem i siebie jako jego partnerkę – co poszerzyło jej możliwości doświadczania swojej kobiecości, cielesności, dawania siebie mężczyźnie. I teraz ma też seks z mężem, czyli kimś, kto jest jej bliski, kto daje jej poczucie bezpieczeństwa, rozumie, szanuje, wspiera. A więc ma w łóżku swoisty całościowy pakiet. Bywa, że mąż nagle rozwija się seksualnie przy takiej otwartej, akceptującej postawie żony, a wtedy to już w ogóle świat i ludzie!

Ale jeśli mimo takiej mądrej i otwartej postawy mamy poczucie, że jednak zostały nam tylko wspomnienia i fantazje, to co jeszcze możemy zrobić? Spróbować się z Misiem Pysiem dogadać. Wynegocjować zmiany w seksie. Każdy się rozwija i zmienia, jeśli taka zmiana dokonuje się w poczuciu szacunku. Trzeba więc pamiętać, by mężczyznę skłaniać do zmian nie poprzez krytykę i ironię, ale by go uszanować. A jeśli zechce coś zmienić – być mu wdzięczną, dziękować, ucieszyć się. Jak zacząć? Zacząć od tego, by mu powiedzieć: „Bardzo lubię się z tobą kochać. Rozumiem, że dla ciebie jest ważne, co ja odczuwam, bo dla mnie jest bardzo ważne, co ty odczuwasz. Więc ja bym chciała, żebyś mnie dotykał tak i tak. Ja ci pokażę jak. I powiem ci, że jeśli tak zrobisz, to będę ci bardzo wdzięczna. Warto też zapytać: „A ty, jakbyś chciał się kochać?”, a jeśli powie: „Tak jak teraz jest dla mnie super”, może mu zapowiedzieć: „A może ja ci zaproponuję takie smyranie piórkiem czy coś innego i ty sam zobaczysz, czy ci nie będzie fajniej?”. A jeśli on nie chce zmian – a są mężczyźni, dla których seks to rytuał i musi lecieć według schematu, bo inaczej im się wszystko sypie – to niech ona mu powie, że w zamian za te nowe seksualne zabiegi dla niej, ona mu ugotuje jego ulubioną zupę z muli.

Czasem bywa, że marudzimy: „tamten to był super", ale nie wiemy właściwie dlaczego i co Misiowi Pysiowi zaproponować jako zmianę? Co więc miał zazwyczaj ten poprzedni, a czego Misio Pysio nie ma? Kobiety z reguły chcą więcej pieszczot. Brakuje im podniecającej gry wstępnej. Lubią, żeby mężczyzna zajął się ich cipką. Tak jak mężczyźni chcą seksu oralnego. Zająć się to wiedzieć, że większość kobiet ma orgazm łechtaczkowy, a nie pochwowy. Że kobiety zdobywa się przez uszy, więc warto, by się mężczyzna ich cipką pozachwycał. Żeby powiedział, co zamierza z nią zrobić. Warto w ciągu dnia nadawać erotyczne sygnały, mówić, co się wydarzy, gdy będziecie we dwoje. Dobrze, by kobieta, która z rozrzewnieniem wspomina poprzedniego kochanka, powyobrażała sobie w ciągu dnia seks ze swoim Misiem Pysiem. To rozbudzi jej ciało i sprawi, że inaczej wejdzie w kontakt z partnerem, kiedy spotkają się przy wieczornej herbacie. Wyobraźnia czyni ciało bardziej podatnym na seks.

Ale bywa, że na nic asertywne i pełne szacunku mowy, bo Misio nie rozumie, a seks z nim jest do niczego. Zawsze można się rozstać. Ale jakby to powiedzieć – nie mamy żadnej gwarancji, że wtenczas spotkamy kogoś, z kim znów odlecimy. Rozstanie niczego nie gwarantuje. Zawsze warto więc przed „pa, pa” pójść do seksuologa. Ale też trzeba pamiętać, że to nie wystarczy, że potrzebna jest też praca w domu. Więc jeśli partner to leń, mówi: „co ty mi tam gadasz”, to nawet jak pójdzie na spotkanie ze specjalistą, w domu znów zalegnie na kanapie i czule zacznie dotykać tylko pilota do telewizora. Można więc sobie odpuścić, bo szkoda naszego czasu. To też nie będzie koniec świata. Miałam niedawno klientkę, która znudzona seksem z mężem dała się porwać w wir romansu. Facet oszołomił ją seksualnie tak, że zachciało się jej rozwodu. Na szczęście udało mi się ją powstrzymać na jakiś czas, przekonując, by lepiej poznała tego superogiera. No i ona pohulała z nim, poszalała, i po jakimś czasie zauważyła, że on jest super, ale tylko w łóżku. Żadnego rozwodu już nie chce. Teraz chce się kochać tylko z mężem. Doceniła swój związek, doceniła męża. No i znów ten inny rodzaj pakietu się nam pojawia: ona ma w sobie to doświadczenie superseksu i ma obok mężczyznę dającego jej dom. Ma więc i to, i to. A jej facet może okazać się rozumnym kochankiem i może jakieś negocjacje teraz, gdy ona nie jest już tak sfrustrowana, będą bardziej owocne...

A jeśli on zapyta: a skąd ty masz nagle takie pomysły, czemu chcesz takie sztuczki w łóżku wyczyniać? Czy ty nie masz kogoś?! Spokojnie powiedzieć: „Nie mam, ja się po prostu rozwijam jak każdy człowiek i jako pracownica, i jako kochanka, i jako żona”. Co więcej, warto wiedzieć, że kobiety mogą rozwijać się seksualnie przez całe życie. Mężczyźni raczej nie, ale tego oczywiście Misiowi Pysiowi nie mówimy. A nuż on jest wyjątkiem od reguły?

  1. Psychologia

Rozstanie. Jeśli przeżyjesz je całkowicie, wyjdzie ci na dobre

Każde rozstanie należy przeżyć do końca. (Fot. iStock)
Każde rozstanie należy przeżyć do końca. (Fot. iStock)
Niszczyć wszystko, co kojarzy się z byłym partnerem, odcinać grubą kreską wspólną przeszłość, definitywnie zamykać łączące nas sprawy? Kiedy rozstanie jest nieuniknione? Czy szukać porozumienia, a może nawet przyjaźnić się? Jedno chyba nie ulega wątpliwości – od tego, jak zakończymy poprzedni związek, zależy to, jak wejdziemy w kolejny.

Matylda, lat 27, i Maciek, 32 lata. Ona, absolwentka biologii, jedynaczka, z dobrze sytuowanego domu, od małego chroniona i obsługiwana. On, informatyk, z wielodzietnej rodziny nauczycielskiej, od dziecka uczony samodzielności i zasad. Dwa lata temu zostali parą, od roku są rodzicami Oli, a od czterech miesięcy – walczącymi ze sobą stronami w sądzie. On pierwszy wniósł sprawę o ustalenie zasad opieki nad córką, bo po rozstaniu ona mu tę opiekę utrudniała. Ona wnosi o zasądzenie alimentów i podważa jego wiarygodność jako opiekuna.

A miało być inaczej niż w poprzednich związkach. Spotkali się tuż po ich zakończeniu, na starcie biegu przełajowego, w którym on brał udział, a ona kibicowała koleżance. Usłyszała, jak mówi przez telefon, że zapomniał czapki, a żar lał się z nieba. Niewiele myśląc, zdjęła z głowy swoją i powiedziała: „weź”. Spotkali się po biegu, który zresztą wygrał. – Zaimponował mi – mówi teraz ona. – Ujęła mnie jej spontaniczność – mówi on. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Kilka dni po tym spotkaniu wspólna noc po imprezie u jej znajomych, potem kolejne, a za kilka tygodni pozytywny wynik testu ciążowego. Ale nie dramatyzowali, a on nawet nie krył radości. – Miałem nadzieję, że wreszcie uda mi się zbudować związek – tak widzi początki on. – Chciałam mieć rodzinę, a on wydawał się świetnym facetem – to jej wersja.

Poinformowali o wszystkim rodziców, zamieszkali razem w jej mieszkaniu po babci, planowali ślub. Wzajemne rozczarowanie przyszło bardzo szybko. – Ważniejsze ode mnie były dla niego sport i praca, ja się w ogóle nie liczyłam – kwituje ona. – Nie potrafiliśmy się dogadać: żądała, abym nie wychodził z domu, chciała o wszystkim decydować, a nic nie robić, tylko siedzieć na Facebooku.

Smutek po rozstaniu? Nie było na to czasu

Po urodzeniu córki napięcie rosło w zawrotnym tempie. Pewnego dnia Maciek po pracy zamiast wrócić do domu, przenocował u rodziców. Następnego dnia Matylda wystawiła jego rzeczy za drzwi, zablokowała go na Facebooku. Prawdziwa wojna zaczęła się w momencie, kiedy Maciek powiedział jej, że nie wyobraża sobie z nią życia, że między nimi koniec i powrotu nie będzie. Od tej chwili Matylda zaczęła utrudniać mu widywanie się z córką. Maciek wniósł sprawę do sądu, ona wniosła swoją, oboje wzięli adwokatów. Walczą.

O co? O swoje racje, a każde z nich uważa, że leżą po jego stronie. Podobne walki toczą partnerzy z różnym stażem. Czy możliwe jest dobre zakończenie złego związku? Kiedy rozstanie jest nieuniknione?

Zdaniem psychoterapeutki Małgorzaty Łukasiewicz z Laboratorium Psychoedukacji pytanie takie jest szczególnie uzasadnione, jeśli rozstanie dotyczy pary, która ma dziecko. Ale warto zacząć od innych pytań: Dlaczego nam się nie udało? Dlaczego nie udało się tej parze?

Psychoterapeutka jako jedną z przyczyn wskazuje doświadczenia rodzinne partnerów, które przekładają się na ich postrzeganie siebie i świata oraz budowanie bliższych i dalszych relacji. A analizując powody rozstania tej konkretnej pary, stawia hipotezę, że ci młodzi ludzie niewiele mieli sobie do dania. On szukał tego, czego nie dostał w wielodzietnej rodzinie, ona jako jedynaczka i „córeczka tatusia” chciała nadal dostawać w nadmiarze.

Istotne jest też to, że Matylda i Maciek znali się zbyt krótko. Zapewne zakochali się w sobie, a to bardzo przyjemna faza związku, bo niesie ze sobą intensywne emocje i silną więź erotyczną. Partnerzy koncentrują się wtedy na potrzebach drugiej strony bardziej niż na własnych, wybrana osoba wydaje się im idealna, wierzą, że stan zakochania będzie trwały. W przypadku Matyldy i Maćka te przekonania zostały szybko zweryfikowane przez fakt, że nieoczekiwanie zostali rodzicami.

– Przyjście na świat dziecka to radosne, ale i bardzo trudne wydarzenie nawet dla spójnego i trwałego związku, a co dopiero dla tak krótkiego – mówi psychoterapeutka. – Powoduje, że partnerzy nie żyją już tylko dla siebie, że czas i uczucia muszą dawać przede wszystkim dziecku, które w pierwszych miesiącach życia wymaga opieki prawie przez 24 godziny na dobę. W tym trudnym czasie niełatwo wygospodarować przestrzeń na bycie parą, kobiety mogą czuć się wtedy samotne, a mężczyźni odrzuceni i zepchnięci na drugi plan, co może rodzić napięcia i konflikty. W tej konkretnej relacji wszystko działo się bardzo szybko jak w kinie akcji. Zabrakło zatrzymania, zrozumienia, refleksji. Dorośli ludzie okazali się niedojrzali psychicznie, nie dali sobie czasu na to, aby się wzajemnie poznać, zanim zostali rodzicami. Gdyby byli tylko kochankami, mogliby się rozstać i nie widzieć więcej. Ale mają dziecko. W takiej sytuacji całkowite zerwanie nie jest możliwe. Oboje są rozczarowani swoim związkiem, przeżywają dużo wzajemnej złości, później często przychodzi depresja po rozstaniu, a fakt, że Matylda została sama z maleńkim dzieckiem, spotęgował w niej silne uczucia rozpaczy, przerażenia i nienawiści. Nie miała nawet czasu przejść przez wszystkie fazy rozstania. Nie kontrolowała tych emocji, atakując partnera, utrudniając mu życie i kontakty z dzieckiem.

Naprawiać zamiast wyrzucać

Małgorzata Łukasiewicz pamięta podobne przykłady ze swojej praktyki terapeutycznej. Jedna z jej pacjentek, zanim trafiła na terapię, także szła drogą zemsty, która na dość długi czas stała się główną sprężyną jej życia. Przez dwa lata nie godziła się na inicjowany przez męża rozwód. Na sali sądowej dobitnie pokazywała swój smutek po rozstaniu, płacząc i mdlejąc, mówiła, że go kocha – sama nazywała to teatrzykiem – a wszystko po to, aby po raz kolejny po wyjściu z rozprawy powiedzieć: „No, widzisz, mój drogi, i znowu nie dostałeś rozwodu”. Dzieciom przedstawiała ojca jako potwora, na wszelkie możliwe sposoby ograniczała ich kontakty.

– Kobieta ta uznała swoje prawo do nienawiści wobec byłego partnera, natomiast trudno jej było uznać uczucia i prawa własnych dzieci do zachowania dobrej więzi z obojgiem rodziców – mówi psychoterapeutka. – Chcę wyraźnie podkreślić: Wszystko, co dzieje się między rozstającymi się dorosłymi jest wyłącznie ich sprawą. Dziecko kocha i potrzebuje zarówno matki, jak i ojca, i nie może rozwieść się z żadnym z nich. Dlatego z byłą lub z byłym warto mieć co najmniej poprawną relację – czyli taką, w której treściowy aspekt porozumiewania się nie jest zalewany przez emocje. A wszystko po to, aby móc wystarczająco dobrze opiekować się dziećmi, zastanawiać się nad ich przyszłością, razem podejmować dotyczące ich decyzje. Wspólne potomstwo na stałe czyni z nas parę – parę rodziców. Pamiętajmy, że kolce wbijane innym ranią także nas samych.

A wracając do Matyldy i Maćka, myślę, że jak wiele współczesnych par rozstali się zbyt szybko. Zamiast próbować przetrwać pierwszy kryzys i podjąć wysiłek naprawy (w czym może pomóc psychoterapeuta), uciekli od siebie. Dzisiaj tak postępuje się ze sprzętami – niczego już się nie reperuje, tylko wyrzuca i kupuje nowe. Jako terapeutka par obserwuję, że wchodzimy coraz częściej w relacje małżeńskie czy nieformalne z ogromnymi oczekiwaniami i nastawieniem, że nie doświadczymy w nich żadnych ograniczeń. Związek ma dawać wolność, zabawę, rozrywkę, pozwalać na nieograniczony rozwój i realizację własnych i wspólnych planów. Przy takim podejściu dziecko też jawi się młodym jako kolejna przygoda. Ma być miło i przyjemnie. A jeśli tak nie jest, to bycie razem traci sens i szukamy innych relacji. To droga donikąd. Zawsze warto się zatrzymać i zastanowić, dlaczego nam się nie udało, jaki mamy w tym udział, przeanalizować fazy rozstania. A jeśli nie da się uratować relacji, a mamy dzieci, to trzeba myśleć o tym, jak dobrze układać wzajemne stosunki. W trosce o dzieci, każdego z nas i nasze przyszłe związki.

  1. Kultura

Dzień Ojca - najciekawsze filmy o relacji z ojcem

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Sędzia" (fot. BEW)
23 czerwca obchodzimy Dzień Ojca - to nie tylko okazja do tego, aby świętować ten dzień z tatą, ale również do przyjrzenia się ciekawym postaciom- filmowym ojcom. Wbrew pozorom takich bohaterów w kinie jest równie wiele, co postaci matek, a ojcowie z ekranu to często niezwykle nakreślone postaci do naśladowania. Z okazji Dnia Ojca przedstawiamy wam sylwetki ojców - mentorów, autorytetów, ale także tych, którzy choć nie zawsze wywiązywali się ze swoich ról, obecni byli w sercach swoich dzieci.

"Billy Elliot", reż. S. Daldry

Bohaterem filmu jest tytułowy Billy Elliot - półsierota wychowywana przez ojca i brata. Zarówno ojciec, jak i starszy brat to górnicy, którzy wychowują Billy'ego twardą ręką i pragną, aby mały Billy został w przyszłości zawodowym bokserem. Ten jednak ma talent do czegoś zupełnie innego - kocha tańczyć i marzy o tym, aby zostać tancerzem Królewskiej Akademii Tańca. Pasja syna kojarzy się ojcu ze zniewieściałością i zupełnie nie rozumie jego wyborów. Film to niezwykle wzruszająca opowieść o uprzedzeniach, walce z losem i relacji syna z ojcem, który stopniowo przełamuje swoją niechęć do pasji dziecka.

"Tato", reż. M. Ślesicki

Niezwykle wzruszająca historia mężczyzny, którego żona cierpi na chorobę psychiczną, a której sąd przyznaje prawo do opieki nad kilkuletnią córką małżeństwa. Mężczyzna zostaje niesłusznie oskarżony przez żonę o znęcanie się nad nią i córką, która ostatecznie trafia pod opiekę despotycznej babci. Ojciec poświęci wszystko, aby odzyskać córkę, która diametralnie zmienia jego podejście do życia. Wspaniała rola Bogusława Lindy, która przeszła już do historii kina polskiego.

"W pogoni za szczęściem", reż. G. Muccino

Jedna z najlepszych ról Willa Smitha wcielającego się w postać mężczyzny, któremu nie było w życiu łatwo. Niemniej jednak, pomimo życiowych niepowodzeń, utopienia oszczędności i tułania się po świecie z synem u boku, stawia czoło temu, co przyniósł los. Ciepły, opowiedziany z wrażliwym dystansem film o szukaniu lepszego życia dla siebie i swojego ukochanego dziecka, dla którego główny bohater jest w stanie wszystko poświęcić. Co ciekawe, syna Willa Smitha gra jego prawdziwy syn - młody Jaden Smith.

"Evelyn", reż. B. Beresford

Wzruszająca do łez opowieść o niezwykłej miłości ojca do dzieci. "Evelyn" opowiada historię bezrobotnego malarza, który po śmierci żony samotnie wychowuje trójkę maluchów. Pomimo ogromnego wysiłku i prób polepszenia życia całej czwórki, Doyle staje przed niebezpieczeństwem utraty dzieci - irlandzki sąd nakazuje umieszczenie całej trójki w sierocińcu. Film opowiada o ponadprzeciętnej sile, z jaką główny bohater walczył o odzyskanie dzieci i utrzymanie rodziny - niezwykłą kreację stworzył tu Pierce Brosnan, którego rola wzrusza i inspiruje.

"Życie jest piękne", reż. R. Benigni

W wyniku hitlerowskich prześladowań, główny bohater - Guido wraz z synem i wujkiem zostają wywiezieni do obozu koncentracyjnego. Guido nie mogąc pogodzić się z tym, że jego syn pozna okrucieństwa życia w obozie, wmawia mu, że to tylko gra, w której biorą udział więźniowie i strażnicy, a wygraną jest czołg. Film Benigniego to zarówno jeden z najważniejszych filmów o Holocauście w historii światowej kinematografii, jak i niezwykły obraz ojcowskiej miłości i próba za wszelką cenę pozostawienia dziecku choć odrobiny tego, co należy się każdemu człowiekowi - dzieciństwa i beztroski.

"Mój piękny syn", reż. F. Van Groeningen

Historia nastolatka, który zmaga się z uzależnieniem od narkotyków, opowiedziana z perspektywy jego ojca. "Mój piękny syn" to nietypowa historia, która nie pokazuje niezrozumienia i potępienia ze strony ojca, a wręcz przeciwnie -  od pierwszych scen widzimy, że relacja łącząca głównego bohatera z synem jest silna, szczera i ciepła. W filmie idealnie pokazana jest miłość ojcowska do zagubionego i szukającego swojej drogi syna - bezwarunkowa i niezwykle silna. To jeden z najbardziej wzruszających filmów o relacjach z ojcem, który pokazuje, że dzieci trzeba kochać nie tylko, gdy są idealne i nie sprawiają żadnych problemów.

"Debiutanci", reż. M. Mills

Słodko-gorzka komedia o dorosłym Olivierze, który jest nieco rozczarowany i znudzony swoim życiem, ale z drugiej strony nie oczekuje od niego zbyt wiele. Kiedy już myśli, że nic w jego życiu się nie zmieni, jedna wiadomość zmienia nie tylko jego relacje z najważniejszym człowiekiem w jego życiu, ale także spojrzenie na relacje z ludźmi. To właśnie wówczas jego 75-letni ojciec postanawia wyznać mu prawdę, którą ukrywał przez całe życie - jest gejem i kocha innego mężczyznę. Ta niespodziewana informacja zmienia życie Oliviera, który poznaje ojca na nowo, a także pierwszy raz w życiu ma szansę na stworzenie prawdziwej i szczerej relacji z kobietą.

"Sędzia", reż. D. Dobkin

Trudne relacje ojca z synem to często pojawiająca się w filmach fabuła. Nierozwiązane sprawy sprzed lat, ciągnące się w nieskończoność konflikty, często uniemożliwiają stworzenie dojrzałej i poprawnej relacji przez całe życie. Podobnie dzieje się w przypadku głównego bohatera filmu "Sędzia" - adwokata Hanka, który odnosi ogromne sukcesy w branży. Gdy Hank powraca w rodzinne strony, dowiaduje się, że ojciec - lokalny sędzia, z którym nie utrzymywał kontaktu oskarżony jest o zabójstwo. Główna oś filmu opiera się na trudnej, ale silnej relacji Hanka z ojcem, którzy pomimo żalów z przeszłości starają się porozumieć. "Sędzia" to poruszająca historia o tym, że nawet jeśli pomiędzy dziećmi a rodzicami nie zawsze jest najlepiej - siła przebaczenia i naprawiania przeszłości jest nie do przecenienia, a miłość ojcowska potężna.