1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Depresja młodzieńcza – jak rozpoznać, gdy dziecko woła o pomoc? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło

- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Oprócz pały, złamanego serca i pryszczy – nastolatkom coraz częściej grozi depresja. Co z tym czynić? Oto elementarz psycholożki Ewy Woydyłło. 

Gdzie szukać korzeni depresji młodzieńczej?
Depresję u dzieci zaczęto diagnozować dopiero w latach 70. ubiegłego wieku. Badania przeprowadzone m.in. w Kanadzie pod kierunkiem prof. Sylvany Côté z uniwersytetu w Montrealu pokazały, że u około 15 proc. małych dzieci, od 5. miesiąca do 6. roku życia, czyli niemowlaków i przedszkolaków, występują objawy depresyjne: niechęć do zabawy, opóźniona reakcja na bodźce, smutek, płaczliwość, wybuchy złości, nerwowość. Dzieci te długo się moczą, źle sypiają, nie mają apetytu, a co za tym idzie wolniej się rozwijają. Uczeni dostrzegli wyraźny związek między tymi objawami a depresją u matek. Sugerują, że jeżeli matka zajmująca się małym dzieckiem sama ma przez dłuższy czas obniżony nastrój, to dziecko może niejako odwzorowywać jej zachowania. Ono jest pewnym lustereczkiem, echem rodzica – jeśli ten zadba o swój stan ducha i psychiki, to nie musi się specjalnie martwić o wystąpienie depresji u dziecka. Jeżeli jednak dziecko od maleńkości rzadko spotyka się z uśmiechem, pieszczotą, to siłą rzeczy nauczy się chować przed światem, w którym jest zimno i smutno.

Ale nastolatek, nawet utulany w dzieciństwie, dojrzewa i nie radzi sobie z pewnymi sytuacjami...
No tak, w domu zawsze czekała mięciutka poduszeczka, a gdy zaczęła się szkoła i kontakty zewnętrzne, coraz więcej czasu spędza poza bezpiecznym środowiskiem rodziny – rano na 8 do szkoły, powrót wieczorem – i często... pustka. Nawet jeśli rodzice się pojawiają, to często są zajęci swoimi sprawami. Dziecko zaczyna tworzyć własne relacje z nowym otoczeniem, a w nim zachodzą procesy, nad którymi samo może nie potrafić zapanować, np. nad przykrościami ze strony rówieśników czy bezdusznością lub krzywdą ze strony dorosłych. I jeśli w rodzinie nie ma nawyku prowadzenia rozmów z dzieckiem, to na pytanie: „Co ci jest syneczku?”, odpowie: „nic”, bo wcześniej, gdy przychodził i mówił: „Mamo, a dzisiaj w szkole...”, ona nie pozwalała mu nawet dokończyć: „Oj, synku, daj spokój, widzisz, że jestem zajęta”. Teraz boi się, że znów usłyszy: „Nie zawracaj mi głowy drobiazgami”.

To drobiazgi dla nas – dorosłych, ale nie dla nastolatki, której kolega wykrzyczał, że ma krzywe nogi.
Tak, to dla niej katastrofa i wystarczy, by – jak to teraz mówią młodzi – dziewczynka złapała doła. Zwłaszcza gdy rodzina nie znajdzie czasu na okazanie zainteresowania. Często tak się dzieje. Na przykład wraca Jasiek ze szkoły ze smutną miną, a mama pyta: „Co się stało?”. „Pobił mnie Krzysiek” – żali się syn, na co mama: „No to mu oddaj!” – i koniec rozmowy. Dziecko może się w tym momencie zamknąć w sobie, bo jemu nie chodzi wcale o to, czy oddać czy nie, tylko dlaczego Krzysiek go nie lubi. A może jeszcze podczas bójki śmiała się z niego cała klasa? Dziecko wyśmiane czy odrzucone przez rówieśników czuje się podobnie jak np. tata wyrzucony z pracy. I właśnie to samopoczucie jest ważne, o nim należy z dzieckiem rozmawiać.

Film Jana Komasy „Sala samobójców” obrazuje dramatyczną sytuację wielu współczesnych dzieci. Bohater tego filmu bierze udział w pewnym szkolnym incydencie, zostaje przy całej klasie ośmieszony i już się z tego nie podźwiga. Jego rodzice zajmują wysokie stanowiska, chłopca wozi kierowca, można powiedzieć, że niczego mu nie brakuje. A jednak brakowało – wysłuchania, pochylenia się najbliższych nad tym, co tak naprawdę przeżywał. Głośny był też dramatyczny wypadek dziewczynki z Gdańska, którą chłopcy skrzywdzili seksualnie, wszystko nakręcili komórkową kamerą i filmik puścili w internecie. Dziewczynka popełniła samobójstwo. Dlaczego? Dlatego, że nie była w stanie sobie sama z czymś takim poradzić i nie uzyskała w wystarczającym stopniu pomocy dorosłych.

Jak rozpoznać, że dziecko woła o pomoc?
Depresja jest stopniowo pogłębiającym się procesem i z początku człowiek nie czuje się jeszcze tragicznie. Np. mama pyta 12-letniego synka: „Stasiu, niedługo twoje urodziny. Gdzie je w tym roku urządzimy?”, a Staś: „Nie, nie, mamo, nie będziemy nic robić, zaniosę cukierki do szkoły i już” – dziecko rezygnuje z czegoś, co wcześniej było dla niego atrakcją, przyjemnością. A to oznacza, że musiało odebrać jakieś negatywne sygnały. I myśli: „A może na moje urodziny nikt nie przyjdzie?”. Coś mu przeszkadza wierzyć, że się uda. Wrażliwe, niepewne siebie dzieci tak bardzo boją się odrzucenia, że wolą zrezygnować. Nieuważni dorośli mogą sprawę zlekceważyć: „Nie, to nie”.

Zanim u dorastającego dziecka rozwinie się poważny stan depresyjny, wysyła ono mnóstwo różnych sygnałów, jak gdyby wołało: „Zauważcie mnie!” „Pomóżcie mi!”. To nigdy nie jest tak, że od razu popada w skrajną rozpacz i chce sobie odebrać życie.

Jakie zachowania powinny być sygnałami ostrzegawczymi, których nie wolno lekceważyć?
Długotrwały smutek, pogorszenie wyników w nauce, zerwanie kontaktów z innymi dziećmi, coraz dłuższe przebywanie w odosobnieniu, niechęć do tego, co wcześniej było jego pasją lub sprawiało przyjemność.

Czy objawy stanów depresyjnych u dzieci i młodzieży są podobne jak u dorosłych?
Tak, bardzo podobne: wycofanie, izolacja, płaczliwość, nerwowość, wybuchowość, unikanie towarzystwa, często zaburzenia łaknienia – szczególnie dziewczynki nie mogą sobie z tym poradzić, załamują się psychicznie, wpadają w anoreksję lub bulimię. Jednym z objawów depresji jest także niechęć do ruchu, sportu, wszelkich form aktywności.

Okres dojrzewania generuje depresyjne nastroje?
Nie, wcale nie. Biologia wyposażyła człowieka w niezbędne mechanizmy służące przetrwaniu. Ale współczesne pokusy, nadmierna wolność i wynikające z niej zagrożenia powodują, że młoda osoba może sobie nie poradzić z wyborami. Nastolatki zbyt często słyszą: „Nic z ciebie dobrego nie wyrośnie”, „Ty nigdy nie znajdziesz męża”, „Na imprezie cię zgwałcą i będziesz mieć zszarganą opinię”... Nawet gdy są to tylko przestrogi, pozostawią ślad, zrobią wyrwę w psychice, szczególnie u osoby wrażliwej.

Inna sprawa: w Polsce wiele tematów nadal jest tabu, np. prawie w ogóle nie porusza się kwestii bezpiecznego seksu. A tabu, niestety, nie chroni przed zagrożeniami, tylko powoduje, że młodzi ludzie pozostają sami ze swymi pytaniami i decyzjami.

Nie mogą też często udźwignąć zbyt wygórowanych oczekiwań, jakie stawiają im rodzice...
Zwłaszcza gdy wysokim wymaganiom towarzyszy brak uwagi: nieważne, co przeżywasz, musisz przynosić ze szkoły same szóstki i już. No cóż, w naszych czasach panuje okrutny dyktat osiągnięć. Dziecko nieodnoszące sukcesów jest narażone na poczucie bezwartościowości. Wróży mu się życie pełne niepowodzeń. Mało kto zatrzyma się przy takim dziecku i spróbuje dodać wiary w siebie, otuchy i wsparcia.

A dobre rodzicielstwo opiera się na szacunku, zaufaniu i tworzeniu życzliwych, dobrych relacji. Dziecko powinno jak najczęściej słyszeć od matki i ojca: „Cieszę się, gdy cię widzę. Jaka jestem szczęśliwa, że jesteś. Nie chciałbym, żebyś był inny...” – dostawać komunikat, że jest ważną częścią życia taty i mamy, niezależnie od tego, czy odrabia lekcje czy nie.

I czy swój smutek wyraża agresją, buntuje się, staje się opryskliwy i wrogi?
Agresja zwykle wynika z lęku. Dziecko może się bać potępienia, poniżenia, podważenia swej godności. Opryskliwość i wrogość bywają też odwzorowaniem zachowań, jakie dziecko obserwuje u najbliższych dorosłych. Jeśli nie może bezpiecznie z nimi rozmawiać o swoich uczuciach, to będzie je ukrywać i tłumić – ten zgromadzony, pełen napięć stan psychiczny musi gdzieś znaleźć ujście i często znajduje w agresji lub autoagresji – sznyty, okaleczenia, piercing czy deformujące urodę tatuaże... to również akty buntu, złości...

Jak pomagać?
Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ale nie wtedy, gdy wystąpią już poważne nieporozumienia. Więź buduje się od urodzenia. Małe dzieci są otwarte i spragnione kontaktu z rodzicami. Nie wolno ich odpychać, dawać do zrozumienia, że ważniejsze są telewizja, gazeta, znajomi, zajęcia domowe czy praca zawodowa. Dziecko odtrącane zapamięta to i potem samo do rodziców nie przyjdzie. Najlepsze relacje z dziećmi zależą nie od pieniędzy, markowych ubrań czy drogich wakacji, tylko od tego, ile czasu dorośli i dzieci spędzają razem i towarzyszą sobie we wszystkim, co się w rodzinie wydarza.

Rodzice zapytają: „A kto zarobi na życie?”.
No jasne, że dorośli, tylko może opłaci się czasem troszkę mniej zarobić, a więcej czasu poświęcać dziecku. Jak ktoś decyduje się na dziecko, musi mieć dla niego czas, bardzo dużo czasu i to przez kilkanaście lat jego życia. Oczywiście nie dotyczy to tylko rodziców. Dziecku potrzebni są także dziadkowie, inni krewni, przyjaciele. Suma tego czasu zaowocuje w przyszłości jego odpornością na wszelkie niepowodzenia i problemy.

Mówi pani „rozmawiać...”. A co, jak rodzic nie potrafi dotrzeć do dziecka, otworzyć go?
Nie zawsze rozmowę musi prowadzić rodzic, może to być ktokolwiek, kto ma z nim dobry kontakt – ciocia, dziadek, ulubiony nauczyciel, trener, ksiądz... Czasami trzeba pójść do szkoły, do druha z harcerstwa, do rodziców kolegi... – wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy to dziecko znają i je rozumieją. Jeśli nikt z tych osób do niego nie dotrze, należy szukać pomocy w poradni wychowawczej, u psychologa dziecięcego, lekarza.

Jakie słowa skierowałaby pani wprost do nastolatka?
Zawsze, kiedy masz doła, znajdź osobę, ale powinna to być osoba dorosła, z którą możesz w zaufaniu porozmawiać o tym, co czujesz i przeżywasz. Unikaj samotności – nie zamykaj się w sobie, nie uciekaj w wirtualny świat internetu, bo prawdziwe życie jest tylko z prawdziwymi ludźmi, w realu. Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie.

Jak pomóc dziecku przerwać milczenie i skłonić do ujawnienia, co je gnębi?

Trzeba w stosunku do niego wyzbyć się gniewu, wstydu, żalu, pretensji. Ważny jest dobór słów. Oto kilka zdań, od których można zacząć rozmowę. Pozwolą dziecku uwierzyć w możliwość rozwiązania problemów:

  • Przejdziemy przez to, poradzimy sobie...
  • Nie myśl, co będzie kiedyś. Chodź, zastanówmy się, co można zrobić teraz...
  • Z różnymi trudnościami zwykle radzisz sobie nienajgorzej, podziwiam cię...
  • Na pewno znajdziemy dobre wyjście, możesz na mnie liczyć...
  • Każdy ma kłopoty, nie zostawię cię z nimi...
  • Wiem, że starasz się najlepiej, jak umiesz. Nikomu nie układa się zawsze wszystko po jego myśli...
  • Bardzo chcę, żeby minął ten trudny okres. Powiedz, jak ci w tym ulżyć...
  • Cieszę się, że ciebie mam. To nic, że czasem napotykamy na jakieś trudności. Przecież po to jestem, by je z tobą rozwiązywać...
  1. Psychologia

"Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję!" - apeluje psycholog Ewa Woydyłło

Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Trzeba pozwolić sobie na smutek, ból, gniew..., ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości – psycholog Ewa Woydyłło radzi, jak żyć po bolesnej rozłące. 

„Jeszcze pół roku temu byłam taka szczęśliwa, planowaliśmy ślub, ale mój mężczyzna mnie zostawił. Od trzech miesięcy nie śpię, nie jem, zmuszam się do wychodzenia z domu... Nadal go kocham. Jak to się skończy?” – pyta młoda dziewczyna na internetowym forum... Odpowiedziałabym jej tak: Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję! Postaraj się jak najszybciej powrócić do życia. Z pomocą rodziny i znajomych, swojej pracy, nauki, wypełniania obowiązków – odbuduj swoje poczucie wartości i nadzieję na przyszłość. Zaakceptuj tamto bolesne zdarzenie. Potraktuj je nie jak tragedię, lecz życiową lekcję, z której możesz się dowiedzieć czegoś ważnego o sobie i o mężczyznach. Lekcja ta przyda ci się, gdy będziesz gotowa poszukać sobie nowego narzeczonego.

Kiedy nadejdzie chwila refleksji, zastanówmy się: jakie cechy i zachowania przyciągają ludzi, a jakie odpychają? Wniosek powinien być prosty: osoba przygnębiona, z oczami pełnymi łez, zamykająca się w czterech ścianach, na pewno ma niewielkie szanse na zainteresowanie sobą ewentualnego, następnego partnera. Dlatego nie warto zbyt długo cierpieć po żadnym rozstaniu.

A co poradzić kobiecie, która pisze: „Po 10 latach związku mąż mnie zdradził i odszedł do innej. Poczułam się jak gliniany dzban uderzony kamieniem. Mamy trójkę dzieci, ale nawet one nie są w stanie przynieść mi ulgi. Nie chce mi się żyć”. Tak, to bardzo przykre, okropne! Zdrada szczególnie boli. To potrwa. Niestety, podobne przeżycia mają tysiące ludzi, ta kobieta nie jest wyjątkiem. Poradziłabym jej: „Nie trzeba rozdrapywać tej rany, lecz odwrotnie – pomóc jej się zagoić. Proszę zacząć powoli odwracać uwagę od swego bólu i skierować ją ku sprawom bieżącym. A jeżeli pani życie toczyło się tylko dla tego mężczyzny, to najwyraźniej… nie był tego wart, skoro nie potrafił dzielić z panią miłości i wspólnego życia. Takie spojrzenie na sprawę pomoże pani stopniowo przewartościować wiele rzeczy. Niech pani rozmawia o swoich uczuciach z bliskimi. Proszę też wziąć pod uwagę spotkanie z psychologiem, to pomaga spojrzeć na życie z większego dystansu, zobaczyć nie tylko to, co pani straciła, lecz także to, co zyskała z tego doświadczenia. To zaprocentuje w przyszłości”.

Każde rozstanie z bliską osobą boli, wywołuje szok i bunt. Jak sobie pomóc? Czy wypłakać emocje? Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. To zależy od siły zerwanego przywiązania: im było większe, tym trudniej pogodzić się z rozstaniem. Jak przetrwać ten stan? Cierpliwie, z szacunkiem dla własnego cierpienia, lecz bez zbytniego pogrążania się w smutku i osamotnieniu, żeby nie utkwić w cierpieniu na zbyt długo.

To znaczy, że ból jest wprost proporcjonalny do zaangażowania w związek? Dokładnie tak. Dodajmy, że liczą się tu także pewne cechy charakteru: osoby ze skłonnością do pesymizmu i użalania się nad sobą mają tendencję do nadmiernego rozdrapywania ran emocjonalnych, a więc i cierpienia po rozłące. To właśnie im najbardziej grozi depresja z powodu porzucenia, rozwodu czy zdrady. Dość ważnym czynnikiem jest też aktywność tej osoby. Ciekawa praca, szeroki krąg towarzyski, a zwłaszcza pasjonujące hobby są najlepszym remedium na życiowe rozczarowania i chwilowe osamotnienie.

Ludzie często siebie obwiniają za odejście partnera. Czy to pomaga w wyjściu z psychicznego dołka? Nie pomaga, ale jest w pewnym sensie nieuniknione. Gdy do ostatecznego rozstania już doszło, to najlepszą rzeczą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość. I wtedy to poczucie winy i samobiczowanie może przynieść wiedzę, jak nie postępować w związku, żeby znowu nie zakończył się rozpadem. Ale gdy już sobie to uświadomimy, to koniec z rozpamiętywaniem. Mądrzy ludzie czynią to, co przynosi dobro, a nie zło. Nadmierne obwinianie się po doznanym nieszczęściu przynosi samo zło.

Kobiety są podobno silniejsze psychicznie, ale to one po rozstaniu częściej zapadają się w sobie. Czy proces cierpienia i powracania do życia przebiega inaczej u kobiet niż u mężczyzn? Po zawodzie miłosnym czy zdradzie mężczyźni częściej rzucają się w wir pracy, pasji i dzięki temu szybciej wracają do równowagi. Ale uwaga: nie wszyscy mężczyźni! Niektórzy, dokładnie tak samo jak wiele kobiet, zamykają się w czterech ścianach, rozpamiętują, użalają się nad sobą i cierpią – cierpią w nieskończoność. Ani jednym, ani drugim nie pomaga to w zaakceptowaniu rozstania i może prowadzić do chronicznej depresji.

Po ukazaniu się artykułu, w którym rozmawiałyśmy o tym, jak żyć, by nie dać się złym nastrojom – otrzymałam kilka listów właśnie od mężczyzn. Skarżyli się na depresję z powodu porzucenia przez kobietę. Próbują z niej wyjść z pomocą psychiatrów i leków psychotropowych. Nie wiem, czy to już dowód na to, że kobiety są silniejsze psychicznie, ale w niektórych przypadkach może faktycznie tak być.

Czy szybkie zawiązanie nowej relacji to dobry sposób na odcięcie się od przeszłości i odzyskanie pewności siebie? Lepiej dać sobie trochę czasu na refleksję, odżałowanie nieudanego związku, analizę postępowania tak swojego, jak i partnera.. To potrzebne do zweryfikowania kryteriów, jakimi się kierujemy, obierając obiekt zaangażowania. Pobyć przez jakiś czas „bez pary – to dać sobie szansę na lepsze poznanie siebie – swoich potrzeb, upodobań, wymagań wobec innych... Z taką samowiedzą łatwiej będzie trafnie wybrać odpowiedniego partnera w przyszłości.

Amerykanie przeprowadzili badania tysięcy par będących w drugich lub trzecich związkach. Zdecydowana większość stwierdziła, że każdy kolejny związek był lepszy od poprzedniego. Logiczne? Oczywiście, że tak. Bo przecież w następnym związku wykorzystujemy lekcję, jaką dostaliśmy wcześniej. I to jest pocieszające, zwłaszcza dla osób, które aktualnie cierpią po jakimś rozstaniu. Chciałoby się im powiedzieć: „głowa do góry, jutro będzie lepiej! – pod warunkiem, że się postarasz, no i dokonasz dobrego wyboru...

W swojej książce „Podnieś głowę” napisała pani, że w trudnych stanach emocjonalnych – jedni szukają wsparcia, inni samotnej kryjówki. Który sposób reagowania na ból jest lepszy? Zdrowiej wyrażać przeżywane uczucia i dzielić swoje smutki z bliskimi niż dusić je w sobie. W psychologicznej arytmetyce smutek opowiedziany komuś dzieli się na dwa, a opowiedziana radość mnoży się przez dwa. Najgorsze jest samotne zapędzenie się w ślepy zaułek, z którego nie widać żadnego wyjścia. I kompletny brak pomocnej dłoni.

W jednej z moich książek przedstawiam depresję jako wielogłowego potwora – wygląda mniej lub bardziej groźnie w zależności od tego, którą głowę wystawi ze swojej kryjówki, a tę znajduje sobie w zakamarkach ludzkiej duszy. Jego legowiskiem jest samotność, a pożywieniem czarnowidztwo, egocentryzm, perfekcjonizm i bierność, a więc trujący pokarm wytwarzany przez niektóre umysły. Niekiedy uda się urwać potworowi głowę, ale wkrótce okazuje się, że depresja całkiem nie odeszła, tylko trochę się oddaliła. Rośnie w skrytości dalej i znowu wystawi łeb, tylko nieco inny. Na tym, moim zdaniem, polega chroniczność tej przypadłości. Bardzo rzadko udaje się ściąć za jednym zamachem wszystkie łby swojej depresji – tak radykalnie, że potwór zemrze, uschnie i sczeźnie.

Leczenie i późniejszy powrót do zdrowia polegają zwykle na nauczeniu się ustawicznego pilnowania swojej duszy, żeby samotność znów nie stała się legowiskiem jakiegoś psychicznego potwora, który zechce odebrać nam siły i radość życia. Co pewien jednak czas trzeba się z nim trochę pomocować, żeby – kiedy się pojawi – nie dać się pożreć żywcem. Wychodzenie z depresji porównałabym więc do walki o siebie lub może raczej do bycia w ciągłej do niej gotowości – przeciwko potworowi smutku, przygnębienia, złości, nieufności czy braku nadziei i zniechęcenia do życia.

Jak długo można „bezpiecznie” cierpieć? Nie ma reguły ani co do czasu trwania żalu po stracie, ani sposobu jego przeżywania. To sprawa indywidualna. Trzeba pozwolić sobie na ból i łzy, także gniew czy urazę, ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości i szanse, jakie daje życie. Zajmując się nadmiernie przeszłością, można je bowiem zaprzepaścić. Lepiej więc nie dawać sobie przyzwolenia na zbyt długie wycofanie się z życia, bo można popaść w nawyk, a ten trudno potem zmienić.

Na wszelkie życiowe trudności i załamania psychiczne proponuję patrzeć jak na wspinaczkę górską: Stojąc przed wysoką skałą, myślimy, że nie zdołamy się na nią wdrapać. Gdy jednak to się uda i staniemy na szczycie, zobaczymy ogrom piękna, rozpierać nas będzie uczucie dumy i wzruszenia... I tego nikt nam już nigdy nie odbierze. Warto! Tak samo jak porzucić użalanie się nad sobą i rozpamiętywanie nieudanego związku, bo tylko wtedy dotrzemy do miejsca, gdzie będziemy mieć szansę na przeżycie czegoś wspaniałego.

Kiedy kontakt z psychiatrą jest konieczny? Gdy uznamy, że sami nie dajemy sobie rady ze swoim smutkiem, rozpaczą, utratą chęci do życia, autodestrukcyjnymi odruchami. Przedłużająca się powyżej kilku tygodni depresja może stwarzać zagrożenie życia. Z tym nie ma żartów. Wtedy jak najszybsza wizyta u psychiatry jest absolutnie niezbędna.

Czy uważa pani, że ciosy, jakie otrzymujemy od życia, zamykają nam jedną furtkę, byśmy odnaleźli drugą, lepszą dla siebie? Właśnie tak jest! W tych słowach już pobrzmiewa optymizm, ufność i nadzieja.

  1. Styl Życia

Nie jestem macho... Czy zawsze jesteśmy za równouprawnieniem?

Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Anna, 48 lat, elegancka, zadbana, na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta sukcesu. I rzeczywiście. Od wielu lat zajmuje coraz wyższe stanowiska w korporacji. Uwielbia swoją pracę, nie wyobraża sobie bez niej życia. Oprócz tego ma dom, kochającego męża, z którym rok temu obchodziła srebrne gody, oraz dwoje dorosłych już dzieci. Zadowolona, pewna siebie, spełniona. A jednak coś ją dręczy.

– Myślę o rozwodzie – wyznaje w końcu, choć jeszcze chwilę wcześniej kreśliła ciepły obraz swojego małżeństwa. Rzecz w tym, że jej mąż od roku nie ma pracy. – Twierdzi, że szuka, ale wszystko, co znajdzie, jest poniżej jego aspiracji. Ja uważam, że nie powinien wybrzydzać. Niech by poszedł choćby do pracy fizycznej. Ale on siedzi w domu.

– I co robi? – pytam, podejrzewając depresję.

– Pierze, gotuje, sprząta, prasuje, czyta, słucha muzyki, uprawia ogródek. To on zawsze zajmował się domem i dziećmi. Ale dzieci są już dorosłe i nie potrzebują opieki.

– A dobrze się nimi zajmował?

– Doskonale. Mogłam spokojnie pracować. Dla niego praca nie była tak ważna jak dla mnie. Naprawdę lubi sprzątać i czekać na mnie z obiadem.

– To świetnie się państwo dobrali.

– Ale przecież mężczyzna powinien pracować, a nie siedzieć w domu.

Tyle się mówi o nieodpłatnej pracy kobiet, że to jak drugi etat, że powinna być opłacana, a my same nie traktujemy jej jak pracy. Oburzamy się na określenie „siedzieć w domu”, bo co to za robota przy dwójce dzieci, ale gładko przechodzi nam ono przez usta, gdy „siedzi” ktoś inny, a nie my.

– Czy mąż powinien pracować ze względów finansowych? – pytam.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Zarabiam dużo, wystarczy na nas dwoje.

Przez kilka lat pracował. Potem na świat przyszły dzieci. Później znów znalazł pracę, ale po kilku miesiącach firma, która go zatrudniała, splajtowała. Założył więc własną, wspólnik go jednak oszukał i został z długami. Ponownie znalazł pracę, ale jak tylko spłacił długi, rzucił ją. Podobno nie odpowiadała mu atmosfera. Potem zatrudniał się jeszcze kilka razy, miał coraz krótsze przebiegi, w każdej firmie coś było nie tak, rezygnował.

– Ma 52 lata i niezbyt zachęcające CV, co chwila przerwy. Właściwie nie dziwię się, że nie może znaleźć nic dobrego. Ale niech znajdzie cokolwiek – mówi Anna.

– Przecież już kilka razy to zrobił, tyle że rzucił – przypominam.

– On nie umie przystosować się, nie umie być ani podwładnym, ani szefem.

– Ale świetnie sprawdza się w domu?

– Wszystko potrafi zrobić. Kobiety narzekają, że wszystko na ich głowie, a ja mogę spokojnie pracować.

Więc skąd te myśli o rozwodzie? Ano stąd, że wszyscy wokół twierdzą, że Anna daje się wykorzystywać. Koleżanki w pracy żartują, że mniej by ją kosztowało, gdyby wzięła Ukrainkę do prowadzenia domu i kochanka. „Jak tam twój Ludwiczek?” – pytają lekceważąco. Mama Ani wciąż się martwi, że córka tak ciężko pracuje, żeby utrzymać męża darmozjada. Ejże, darmozjada?!

Domagamy się równości i partnerstwa, ale co innego kobieta, a co innego mężczyzna. O kobiecie w tej samej sytuacji co ów „darmozjad” mówimy zwykle, że poświęciła się dla męża i dzieci. To wyłącznie kobiecy przywilej, z którego co niektóre potrafią korzystać.

Beata, lat 56. Kiedy trzydzieści lat temu poznała przyszłego męża, od razu wiedziała, że zostanie jego żoną. Nie, nie zakochała się od pierwszego wejrzenia. To on zakochał się w niej bez pamięci. Był wykształcony, zaradny, obrotny, uznała, że przy nim nie zginie. Ona była delikatna, nieśmiała, nie chciała sama mierzyć się z życiem. I przez wiele lat wszystko grało. Beata nie pracowała zawodowo, on zapewniał jej wygodne życie.

Na świecie pojawiły się dzieci, był wspaniałym ojcem. To on je kąpał, opowiadał bajki na dobranoc, Beata wieczorami była zbyt zmęczona. On robił zakupy, a w dodatku obsypywał ją kwiatami.

– Nie kochałam go, ale wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Byliśmy dobrym małżeństwem, bardzo o mnie dbał – wspomina.

I nagle się zepsuł. Zaburzenia psychiczne, trafił do szpitala. Beata została sama z trójką dzieci. Była przerażona. Wpadła w depresję. Dziećmi na szczęście zajęła się jej siostra.

Mąż w końcu wrócił do domu, ale odmieniony. Stwierdził, że jej nie kocha, że to wszystko jej wina, że nie będzie więcej pracować. Nie pomogły prośby ani groźby. Przeszedł na rentę i siedzi w domu.

Beata nie może na niego patrzeć. Strasznie ją zawiódł. Gdyby nie jej rodzina, nie miałaby z czego żyć. A miał być opoką. Wzięła rozwód. Z jego winy. Ale co z tego, skoro nie może go wyeksmitować z mieszkania? Gdyby jej się to udało, może jeszcze ułożyłaby sobie życie…

Beata to kobieta w pewnym wieku. Idea partnerstwa nigdy nie była jej bliska. Co innego Eliza, lat 26, inne pokolenie. Atrakcyjna, świetnie wykształcona, stawia na karierę zawodową, ale jest już kobietą po przejściach, o których szybko chciałaby zapomnieć. Nieudane małżeństwo, szybki rozwód z jej inicjatywy. Na szczęście nie mieli dzieci.

Zaciągnęli jednak wspólny kredyt na mieszkanie. Po rozwodzie ona w nim pozostała, bo bardzo je lubi. On powrócił do swojego przedślubnego, lecz dalej spłaca połowę kredytu. Teraz chciałby sprzedać mieszkanie i oddać dług bankowi, ale Eliza się na to nie zgadza. Nadal chce tam mieszkać, a on bez jej zgody nic nie może zrobić.

Kiedy pytam, czy nie boi się, że przestanie płacić, odpowiada: – To komornik wejdzie mu na pensję. Połowa kredytu jest na niego. Ja jego części nie zamierzam płacić.

Nie znam się na tych przepisach, ale faktem jest, że on płaci, a ona mieszka i ani myśli z tego rezygnować.

– Jestem kobietą, byłam jego żoną, nie zamierzam wyjść z małżeństwa tak jak weszłam – Eliza nie ma żadnych wątpliwości.

A ja mam coraz więcej. Chyba nie tylko mężczyźni nie dojrzeli do partnerstwa.

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Depresja poporodowa - smutek nad kołyską

W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
Dopada matki noworodków częściej, niż się wydaje. Nie wolno jej lekceważyć. Czym jest depresja poporodowa wyjaśnia dr Ewa Woydyłło. 

Kobieta w ciąży z niecierpliwością oczekuje na maleństwo, a potem zamiast fali szczęścia ogarnia ją przygnębienie. Jak to możliwe? To problem, który dotyka statystycznie 10–15 procent kobiet po urodzeniu dziecka, a o którym mało się mówi. Nazywa się depresja poporodowa (w skrócie PPD: Post Partum Depression) i jak każda depresja objawia się obniżonym nastrojem, zniechęceniem, smutkiem, płaczliwością, drażliwością, zaburzeniami snu. Czasami towarzyszy temu brak apetytu lub – wprost przeciwnie – wilczy apetyt. Dochodzi do tego strach i zamartwianie się o zdrowie: swoje i dziecka, czasem spadek zainteresowania maleństwem, uczucie beznadziei i bezradności. Snują się po głowie ponure myśli, np.: „nie poradzę sobie, na pewno coś robię nie tak, jestem złą matką...”.

Pierwszą książką na temat depresji poporodowej, jaką miałam w ręku, była autobiograficzna opowieść 38-letniej gwiazdy Hollywood Brooke Shields, zatytułowana „Lunął deszcz: Moja przeprawa przez depresję poporodową” (wyd. Hyperion, 2005 r.  – przyp. red.). Ta książka zapoczątkowała w USA tzw. antistigma crusade – akcję społeczną mającą na celu uwolnienie od piętna osoby dotknięte tym problemem, niesprawiedliwie potępiane przez otoczenie. Autorce chodziło o pokazanie na własnym przykładzie niepojętego dla większości ludzi załamania nerwowego matek noworodków. Brooke Shields zaszła w ciążę po długim procesie leczenia bezpłodności i urodziła zdrową córeczkę. Upragnione macierzyństwo nie sprawiło jej jednak radości. Po porodzie pogrążyła się w smutku i niechęci do wszystkiego, a zwłaszcza do zajmowania się dzieckiem. Książka wywołała wielką dyskusję, a problemem zainteresowały się nie tylko inne młode matki i ich rodziny, lecz także lekarze i terapeuci.

Czy depresja poporodowa to efekt burzy hormonalnej? Zmiany nastroju zależą od tego, co się dzieje w mózgu. To tam jest źródło tego, że czujesz się przygnębiona albo nie chce ci się wstawać i popadasz w apatię. W organizmie kobiety po porodzie rozgrywa się, tak jak pani mówi, prawdziwa burza hormonalna. W momencie przyjścia dziecka na świat następuje gwałtowny spadek poziomu estrogenu i progesteronu. Niektóre kobiety doznają podobnego stanu w okresie przedmiesiączkowym, kiedy też obniża się poziom owych hormonów, powodując pogorszenie nastroju, płaczliwość, niepokój (tzw. syndrom PMS). Po porodzie zmniejsza się również wydzielanie hormonu tarczycy, a wraz z tym następuje spadek aktywności. W momencie gdy te trzy elementy się zbiegną, obniżony nastrój gotowy. Ale rozchwianie hormonalne nie jest jedyną przyczyną depresji poporodowej.

Co jeszcze może ją wywołać? Przyczyną tego zaburzenia jest także wyczerpanie fizyczne i psychiczne położnicy. Zmęczenie ciążą, porodem, napięciem i stresem, które czasami wiąże się z rozmaitymi lękami: czy urodzi się zdrowe dziecko, czy bardzo będzie bolało, czy mąż nie odejdzie, czy zachowam urodę, czy nie stracę ładnej sylwetki, czy nie będę miała rozstępów na brzuchu... Sam poród niekiedy pozostawia nieludzkie zmęczenie. Potem następują tygodnie i miesiące, które toczą się w całkowicie innym rytmie. Jeżeli kobieta traktuje swoje nowe zadania bardzo poważnie i w niczym sobie nie odpuszcza albo nie ma nikogo do pomocy, to obowiązki zaczynają ją przerastać i może wpaść w psychiczny dół. Dziś wokół młodej matki nie stoi kilkanaście dorosłych kobiet – ciotek, nianiek czy mamek, jak to bywało dawniej. Pozostawiona sama sobie, bez doświadczenia, z całkowicie zależnym od niej maleństwem, często zwyczajnie sobie nie radzi. Kiedyś dostałam od znajomych kartkę: „Nasz Krzysio skończył trzy miesiące, a my się czujemy, jakbyśmy trzy miesiące temu wsiedli do pociągu, który nie zatrzymuje się na żadnej stacji i w dodatku nie mamy miejsc siedzących”.

Na wymienione czynniki biologiczne często nakładają się przyczyny o charakterze społecznym czy interpersonalnym. Na przykład to, czy tylko kobieta, czy także partner i cała rodzina czekali na dziecko z radością. A może było przeciwnie? Może kobieta nie ma stałego partnera, może ciąża była przygodna... To wszystko ma wpływ na to, co czuje, myśli i przeżywa matka noworodka.

Czy depresja pojawia się zaraz po porodzie? W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie.

U niektórych matek pojawia się tzw. baby blues – stan przypominający depresję, ale przebiegający łagodnie i mijający samorzutnie po kilku dniach. Ale jeśli depresyjne objawy nie ustąpią w ciągu dwóch tygodni, to należy udać się do lekarza. Przedłużających się objawów depresji nie wolno lekceważyć. Lekarz powinien postawić diagnozę i zalecić odpowiednie leczenie. Są już leki przeciwdepresyjne, które może przyjmować nawet karmiąca matka, zresztą nie zawsze konieczne. Wielu kobietom skutecznie pomaga psychoterapia. Najczęściej jest prowadzona metodą poznawczą, tzn. terapeuta nie pyta o dzieciństwo, nie wchodzi w głębokie analizy, tylko sugeruje, w jaki sposób można usprawnić swoje funkcjonowanie. Najlepiej jeśli kobieta przyjdzie z partnerem, bo jest z nim na co dzień i mogą dać sobie najwięcej wsparcia. Nieporozumienia pomiędzy nimi wynikają czasem z tego, że on nie wie, co ona czuje, ona się nie domyśla, czego on by chciał... – i trzecia osoba w postaci specjalisty może im tę rozmowę o emocjach i wzajemnych oczekiwaniach ułatwić. Bo nie chodzi tylko o jakość życia kobiety, lecz także dziecka, a za to odpowiedzialni są oboje rodzice.

A jeśli ojciec dziecka gdzieś odfrunął albo nie jest gotów na taką pomoc lub uważa, że to są babskie sprawy – to takiej kobiecie trzeba zapewnić grupę wsparcia, grupę innych matek. We wspólnej rozmowie uświadamiają sobie, że w swoich problemach nie są odosobnione, że inne też przez to przechodzą.

Ale kobieta często wstydzi się albo boi komukolwiek mówić o złym samopoczuciu, żeby nie uznano jej za wyrodną matkę. Tłumaczy więc sobie: „Jestem zmęczona, niewyspana, popłaczę w poduszkę i samo przejdzie”. W końcu prawdopodobnie kiedyś przejdzie, tylko że skutki tego mogą się bardzo długo ciągnąć. Nie mówiąc już o tym, że utrata pierwszych miesięcy nawiązywania kontaktu z dzieckiem, uczenia się, jak być matką, jak przeżywać macierzyństwo – może zostać zaprzepaszczona na zawsze. Kobieta nigdy już tego nie nadrobi, więc pozostanie w niej poczucie winy, wielkiej straty, krzywdy. Leczenie depresji poporodowej jest zresztą dość proste. Bywa, że kobieta bierze udział w psychoterapii przez kilka tygodni, ale czasami wystarczy jedna wspierająca rozmowa.

Do czego może prowadzić nieleczona depresja poporodowa? Może stać się przewlekła, przerodzić w chroniczny stan pesymistyczny. Młoda matka nabierze negatywnego stosunku do siebie. Jej depresyjne stany odczuwa także dziecko – staje się nerwowe, płaczliwe, nie rozwija się harmonijnie. Wtedy ona myśli, że jest złą matką i będzie się do dziecka odnosić albo nadopiekuńczo, albo niechętnie. Narastanie obniżonego nastroju rzutuje więc nie tylko na relację matki z dzieckiem, ale i na stosunek dziecka do matki, bo ono nie dostaje od niej uśmiechu, pieszczoty, tylko irytację, złość, płacz. Wprawdzie nie rozumie słów, ale odczytuje sygnały emocjonalne, odczuwa, czy matka jest szczęśliwa, czy nie. A ponieważ depresja powoduje, że kobieta czuje się nieszczęśliwa, to u małego człowieka może pojawić się przekonanie, że to on jest źródłem tego nieszczęścia, co w jakimś sensie jest prawdą.

Jaką rolę powinni odegrać bliscy młodej matki? Domownicy nie powinni lekceważyć jej złego samopoczucia, mówiąc: „Przestań, nie marudź, tak chciałaś tego dziecka, a teraz płaczesz, daj spokój, weź się w garść, zajmij się wreszcie małym, jak na prawdziwą matkę przystało”. Bliscy powinni skierować ją do lekarza – jeśli jeden nie pomoże, trzeba iść do drugiego. Nie wolno kobiety zostawić z tym problemem samej, bo może sobie z nim nie poradzić. To jest trochę tak, jak ze złamaną nogą – jeśli nie włożysz jej w gips, to będziesz kuleć.

Kobiecie, która wychodzi z połogu, trzeba możliwie szybko pomóc powrócić do normalnego życia. Zwłaszcza jeśli do tej pory była czynna zawodowo i lubiła swoją pracę. Najpewniej, gdy decydowała się na macierzyństwo i traktowała je poważnie – przeżywała wielki stres związany z tym, czy uda jej się powrócić do tego, czym się wcześniej zajmowała. Może też pojawić się tęsknota do siebie sprzed porodu: „Byłam zgrabna, szczupła, pięknie ubrana, brałam udział w życiu publicznym, a teraz jestem non stop zajęta tylko dzieckiem i nie mam światu nic do zaoferowania”. To dołujące myśli. A jeżeli jeszcze rodzina, zwłaszcza partner, nie docenia jej w roli matki, to już samo to może spowodować depresję.

Czytałam o kobiecie, która po porodzie targnęła się na życie swego dziecka. Czy za to też należy winić depresję? Nie depresję, lecz jeszcze inny rodzaj problemu – psychozę poporodową. Dotyka kobiety, które mają do tego pewne predyspozycje, nie są przygotowane na ciążę lub bardzo ciężko ją przechodziły. Psychoza charakteryzuje się – oprócz stanów depresyjnych – także urojeniami, oderwaniem od realnego życia. Zdarza się rzadko, może jednej kobiecie na tysiąc. Będąc w stanie psychozy matka obsesyjnie myśli, żeby dziecku zrobić coś złego, lecz bardzo rzadko kończy się to tragicznie.

Pamiętam pacjentkę, która miała już dorosłe dziecko, ale w pamięci ciągłe poczucie winy: kiedy urodziła synka, cały czas uporczywie myślała o tym, żeby wyrzucić go przez balkon. Nigdy nie podjęła takiej próby, ale mówiła, że musiała być bardzo czujna i ostrożna, by tego nie zrobić. To troszeczkę przypomina lęk wysokości – ludzie, którzy cierpią na tę fobię, nie mogą wchodzić na balkon, nie dlatego, że boją się, że ten się pod nimi oberwie, tylko że spojrzą w dół i... wyskoczą. Niektóre matki cierpiące na psychozę poporodową dręczą również myśli, żeby targnąć się na własne życie. To zaburzenie schizoidalne – polega na rozszczepieniu: z jednej strony jestem sobą, a z drugiej jest coś we mnie, co mnie od tego realnego życia odrywa. To niebezpieczne, ale na szczęście dotyka niewielu kobiet.