1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak uniknąć wypalenia w pracy?

Jak uniknąć wypalenia w pracy?

fot.123rf
fot.123rf
Samoświadomość i umiejętność pozostawania w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami jest tym, co chroni osoby pracujące z pasją przed pułapką wypalenia zawodowego. Paradoksalnie – właśnie one są narażone na zwiększone ryzyko wypalenia, gdyż nie wypali się ten, kto nie płonie, a pracujący z pasją płoną zazwyczaj ogniem zaangażowania. Chodzi o to, by ktoś inny nie przejął tego ognia i nie zaczął nim palić w swoim prywatnym piecu (jak dyrektor Basi) lub by nie dać go ugasić (jak to próbowali zrobić rodzice Agnieszki). Od tego, na ile konstruktywnie jesteśmy w stanie przeciwstawić się presji otoczenia, zależy, czy uda się nam odczuwać satysfakcję z pasji, jaką wkładamy w pracę.

Jak uniknąć wypalenia?

Chroniczne przemęczenie, określane mianem wypalenia zawodowego, jest skutkiem przewlekłego stresu, a cechuje je emocjonalne i fizyczne wyczerpanie. Znika wówczas motywacja do pracy, przestajemy być w niej skuteczni. By temu zapobiec, należy unikać czynników prowadzących do eskalacji tego zjawiska. Możemy to robić zarówno z pozycji pracownika, jak i szefa.

Czego powinnaś się wystrzegać jako pracownik? Reaguj, gdy stwierdzisz, że:

  • jesteś nadmiernie obciążona obowiązkami i nie masz kontroli nad swoimi zadaniami,
  • nie dostajesz odpowiedniej „nagrody” (w formie gratyfikacji lub satysfakcji) za pracę,
  • brakuje ci poczucia wspólnoty w miejscu, w którym pracujesz,
  • odczuwasz, że nie jesteś sprawiedliwie traktowana,
  • twoja praca jest sprzeczna z wartościami, które wyznajesz.
Co powinnaś robić, jeśli jesteś pracodawcą, żeby nie zabić pasji pracownika?
  • Umożliwić stałe aktualizowanie i zdobywanie wiedzy.
  • Zadania podawać w formie wyzwań, a nie nudnych obowiązków.
  • Nagradzać adekwatnie do rezultatów i nie oczekiwać, że pracownika będzie motywować jedynie satysfakcja z pracy.
  • Doceniać brak skłonności do narzekania, podnoszący morale teamu choćby przez komunikowanie, że się to widzi i ceni.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Liderem może być każdy z nas

Prawdziwy lider jest swoim największym przyjacielem. Gdy inni dookoła pukają się z niedowierzaniem w czoło, mówiąc: „to niemożliwe, nie dasz rady” – on wierzy. (Fot. iStock)
Prawdziwy lider jest swoim największym przyjacielem. Gdy inni dookoła pukają się z niedowierzaniem w czoło, mówiąc: „to niemożliwe, nie dasz rady” – on wierzy. (Fot. iStock)
Aby skutecznie zarządzać ludźmi, potrzeba czegoś więcej niż tylko charyzmy. Chcesz być dobrym szefem? Klucz do sukcesu to wiara w marzenia i odkrywanie indywidualnych talentów.

Na czym polega rola lidera? Doskonale opisuje ją następująca historia. Dwóch chłopców bawiło się na zamarzniętym jeziorze. Oddalali się coraz bardziej od brzegu, aż nagle pod jednym z nich lód się załamał i chłopiec wpadł do wody. Przyjaciel rzucił się mu na ratunek, ale nie mógł go dosięgnąć. Poprzez cienką taflę widział, jak chłopiec dramatycznie walczy o życie. Rozpaczliwie rozglądał się dookoła, szukając pomocy, aż dostrzegł drzewo. Wdrapał się na nie, odłamał ogromną gałąź, wrócił na jezioro i zaczął nią dziko uderzać o lód, tak długo, aż ten pękł. Po czym pomógł koledze wydostać się z wody.

Kiedy przyjechało pogotowie, sanitariusze drapali się po głowach, próbując zrozumieć, jakim sposobem małemu chłopcu udało się odłamać tak wielką gałąź, rozbić lód i uratować przyjaciela. Uznali, że to cud. I wtedy stary człowiek, obecny na miejscu zdarzenia, powiedział: „Po prostu nie było tu nikogo, kto powiedziałby chłopcu, że nie jest w stanie tego zrobić”.

Bo prawdziwy lider jest swoim największym przyjacielem. Gdy inni dookoła pukają się z niedowierzaniem w czoło, mówiąc: „to niemożliwe, nie dasz rady” – on wierzy.

Robi to, czego nikt nie zrobił

Warren Bennis, profesor zarządzania na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, autor książek poruszających problematykę przywództwa, mówi: „Prawdziwi liderzy nie rodzą się nimi, lecz w istocie stają się, zwykle wyłącznie dzięki własnej pracy”. A przede wszystkim problemom… W książce „Droga lidera. Klasyczna nauka przywództwa” Bennis pisze: „Przywódcy najwięcej mogą się nauczyć wtedy, gdy stoją na posterunku, muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu. Tak jak górom kształt nadają siły natury, tak liderów kształtują problemy: od trudnych w obejściu szefów, poprzez brak wizji i niedostatki cnót u kadry kierowniczej czy brak wpływu na warunki otoczenia, do własnych pomyłek lidera.

Oto elementarz prawdziwego przywódcy”. Z takim podejściem zgadza się Lucyna Wiskowska, założycielka Instytutu Lidera, executive coach i trener rozwoju przywództwa: – Liderem może zostać każdy, ale pod warunkiem, że tego chce, ma wizję i podejmie świadomą decyzję o stałym rozwoju osobistym: dąży do jak najlepszego poznania swoich mocnych i słabych stron oraz umiejętnie je wykorzystuje, a autorytet buduje na otwartości w komunikowaniu zarówno swoich sukcesów, jak i porażek.

Aby efektywnie przewodzić grupie, trzeba mieć przede wszystkim wizję i umiejętność gromadzenia wokół siebie ludzi. Lucyna Wiskowska podkreśla, że autentyczny lider żyje swoją wizją na co dzień: – Emanuje wiarą w jej osiągnięcie, zna jej szczegóły i potrafi to przełożyć na konkretne cele. Dba o to, żeby wszyscy członkowie zespołu dobrze wiedzieli, dokąd zmierzają. Swoją pasją i zapałem inspiruje innych do wspólnego działania.

 
Na dodatek zaraża optymizmem i umie rozbudzić w ludziach ich talenty i najlepsze cechy charakteru. Ma także głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości i jest innowatorem. Lider robi rzeczy, których nikt przed nim nie próbował robić. Kwestionuje status quo i tworzy nową, inną rzeczywistość. Przewodzi poprzez służenie innym (nie sobie) i pozostawia spuściznę w postaci znaczących dokonań oraz dobrze zmotywowanego zespołu. W takim zespole nagrody i kary są zastępowane zaufaniem i docenianiem. Zaufanie do pracowników wzmaga ich zaangażowanie, a docenianie – podnosi poczucie wartości i dopinguje do dalszej pracy.

– Pasja lidera udziela się pracownikom, którzy jego wizję przyjmują jako własną. Wtedy możliwe jest wspólne dążenie do celu w pełnej symbiozie – tłumaczy Lucyna Wiskowska.

Nigdy nie stoi w miejscu

Lider rzuca wyzwania innym, ale jednocześnie sam musi zmierzyć się z tymi, jakie stawia mu ciągle zmieniająca się rzeczywistość i coraz lepiej wyedukowani pracownicy. To powoduje, że nigdy nie może stać w miejscu, a elastyczność staje się jego drugą naturą.

– Kiedyś liderzy znali odpowiedzi, dziś muszą się nauczyć pytać – zauważa Lucyna Wiskowska. – Dlatego teraz większe znaczenie mają osobiste cechy, elastyczność i świadomość lidera niż np. systemy zarządzania. Bo te często w momencie wdrożenia już nie przystają do sytuacji, która się zdążyła zmienić.

Liderzy XXI wieku mają zupełnie inne zadania niż ci sprzed 2–3 dekad. W czasach galopującej technologii, gwałtownych zmian i olbrzymiej złożoności zagadnień nie tylko muszą się sami odnaleźć w tym scenariuszu, ale i wspierać innych. Dodatkowym aspektem ukazującym potrzebę zmiany przywództwa jest fakt wchodzenia na rynek pracy nowej generacji – tzw. Generacji Y, która ma szczególne wymagania wobec liderów organizacji.

– Jest to z pewnością najbardziej zasobne, wyedukowane i różnorodne pokolenie w historii– mówi Wiskowska. – Pokolenie to cechuje optymizm i chęć podejmowania pracy zespołowej. Jego przedstawiciele są kreatywni, elastyczni, łatwiej niż ich rodzice przestrzegają reguł i akceptują autorytety. Mają duże ambicje, wysokie standardy etyczne oraz biegłość technologiczną, stawiają więc innym poważne wyzwania. Nie wystarczy zlecić im wykonania zadania – oni muszą mieć pewność, że to, co robią, ma sens. Potrzebują wiedzy i zrozumienia celowości swoich działań. Autorytet przywódcy, a nie pakiet wynagrodzeń, będzie tym, co utrzyma ich w firmie.

ABC autentycznego lidera (wg Warrena Bennisa):

  • Zarządza marzeniami. Potrafi stworzyć fascynującą wizję, która porwie ludzi i zabierze ich w całkiem nowe miejsca, a po jakimś czasie stanie się rzeczywistością.
  • Wpada w objęcia błędów. Nie boi się ich popełniać i bez problemów się do tego przyznaje.
  • Zachęca do prawdziwych przemyśleń i pouczających rozmów. Zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest opinia kogoś, kto mówi całą prawdę, bez względu na to, jaka by ona była.
  • Docenia odmienne zdanie. Chce mieć w swoim otoczeniu ludzi, którzy pełnią rolę „adwokata diabła” – są w stanie wskazać na różnice między tym, czego się oczekuje, a tym, co jest rzeczywiście realizowane.
  • Posiada „czynnik Nobla”: optymizm, wiarę i nadzieję.
  • Skupia się na długoterminowej perspektywie. Jest cierpliwy.
  • Tworzy strategiczne alianse i związki. Postrzega świat globalnie i wie, że na dłuższą metę nie da się żyć samotnie, w ukryciu
 

  1. Styl Życia

Motanki – ludowa forma autoterapii 

Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Pradawne słowiańskie lalki były formą talizmanu. Motane z nici i skrawków materiału, wypełniane słomą, roślinami albo ziarnem miały strzec domowników przed złymi duchami, pomagać ciężarnym i matkom w opiece nad dziećmi, ochraniać podróżnych, wspierać gospodynie w prowadzeniu domu. Arteterapuetka Aneta Grzegorzewska pracuje z lalkami słowiańskimi od niemal dziesięciu lat i nieustannie zachwyca ją piękno oraz moc symbolicznych znaczeń ukryta w niewielkim gałgankowym ciałku motanki.

Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej) Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej)

Motanki są nadal bardzo popularne w Ukrainie, Białorusi czy Rosji. Czy wiemy jaką funkcję pełniły dawniej słowiańskie lalki? Czym lub kim były dla ówczesnych ludzi? Tradycja związana z motankami przekazywana była ustnie i dopiero w XX w. zaczęto zbierać informacje na ich temat. Na Ukrainie tradycja motania lalek jest przebadana najdokładniej i tam korzeni tej tradycji upatruje się w kulturze trypolskiej z III-V w. p.n.e. To jest czas, kiedy figurki boginiczne pojawiały się na całym świecie. Badacze sugerują, że lalki nawiązywały do kultu Wielkiej Matki, która w tradycji słowiańskiej przerodziła się w kult bogini Mokosz. Motanki były związane z wieloma słowiańskimi obrzędami obchodzonymi w trakcie cyklu rocznego. Chociażby nasza Marzanna, która też jest mocno osadzona w temacie lalkowym. Motanki towarzyszyły ludziom także na co dzień, przede wszystkim w ważnych momentach przejścia, takich jak ślub czy narodziny dziecka. Symbolizowały drogę rozwoju człowieka, wzmacniały życzenia i intencje. Współcześnie Motanki odwołują się do kobiecego pierwiastka, mocy kreacji i tworzenia, boskiej sprawczości. Według mnie są spotkaniem z czymś pierwotnym, co znajduje się głęboko w nas.

Mamy tu bardzo wiele wątków, co tylko pokazuje ile w jednej motance było skumulowanych symboli i znaczeń. Wszystkie związane są z kobiecością. Czy to oznacza, że tylko kobiety mogły motać lalki? W niektórych regionach uważano nawet, że dziewczyna może robić motanki dopiero w momencie, w którym zacznie miesiączkować. Tradycja motania lalek od początku była zarezerwowana wyłącznie dla kobiet i dzisiaj również słowiańskie lalki motane są głównie przez kobiety.

Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Gdzie po raz pierwszy spotkałaś się z  motankami? Jak one do ciebie trafiły? Nasze spotkanie zaczęło się bardzo magicznie. W tamtym czasie robiłam porządki w swoim życiu i mieszkaniu. Zawsze miałam tendencję do gromadzenia tkanin, byłam związana z tekstyliami hobbystycznie i zawodowo. Zastanawiałam się co zrobić z tymi wszystkimi materiałami. I usłyszałam w sobie słowo „motanki”, które przyszło do mnie z głębi duszy. Zaczęłam szukać informacji w Internecie. Wcześniej nie słyszałam w ogóle o lalkach słowiańskich, ale ten temat od razu mnie wciągnął. Bardzo szybko sama zaczęłam robić motanki. Wydaje mi się, że motanie było mocno wpisane w moje korzenie, ale to nie dotyczy tylko mnie. Kobiety, które trafiają na moje na warsztaty i zaczynają robić swoje lalki często opowiadają, że motanie jest dla nich czymś bliskim i bardzo znajomym.

Motanki spełniały bardzo wiele zadań, każda z nich odpowiadała za coś innego. Czy możesz opowiedzieć o najbardziej popularnych rodzajach lalek? Były lalki Otulaczki, które robiono dla nowonarodzonego dziecka i umieszczano w kołysce. Najczęściej wykonywano je z nasączonych zapachem i energią kawałków ubrań należących do rodziców. Otulaczki motano z intencją ochrony i wsparcia, wierzono, że lalka mogła przyciągać do siebie złe moce, by ochronić dziecko. Było to związane z ludowym bestiariuszem, w słowiańskim świecie na każdym rogu czaił się jakiś demon i czyhało coś złego, dlatego wytwarzano przedmioty, które pełniły rolę amuletów. Było też mnóstwo motanek związanych z macierzyństwem i płodnością. Jeśli w domu było dużo dzieci, które dobrze się chowały, to taką lalkę przekazywano z pokolenia na pokolenie. Była też motanka Wieduczka, czyli lalka wiodąca, którą dorastająca dziewczynka otrzymywała od swojej matki. Przedstawiała ona dużą postać kobiecą, która trzymała przed sobą mniejszą laleczkę, obie były połączone dłońmi. Taka motanka przekazywała błogosławieństwo całego kobiecego rodu. Kiedy dziewczyna była gotowa do zamążpójścia przygotowywała dla siebie lalkę z długą szyją, oplecioną 7 lub 9 wstążeczkami. Nakładając każdy z pasków dziewczyna wizualizowała cechy, które miał posiadać jej przyszły mąż. Taką motankę wystawiano w oknie i była to informacja dla świata i swatów, że w chacie mieszka dziewczyna na wydaniu. Były też lalki przejścia, które z jednej strony symbolizowały młodą dziewczynę, a z drugiej dojrzałą kobietę. Matka albo babka przygotowywała taką motankę dla córki lub wnuczki, żeby oswoić ją z momentem przejścia z jednego stanu w drugi. Były też lalki obfitości. Ziarnuszka to korpulentna i okrąglutka motanka, którą przygotowano każdego roku po żniwach, gdy spełniła swoje zadanie rozplątywano ją, ziarno którym była wypełniona wysiewano na polu, a resztki lalki palono.

Pierwotnie lalki były wykonywane przez matki i babki dla rodziny i najbliższych, były symbolem ochrony i wsparcia. Dziś najbardziej popularne są motanki, które tworzy się z osobistą intencją. Żadanica ma spełniać życzenia, powierza się jej określone zadanie dotyczące spraw duchowych, wartości i marzeń.  Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne.

Jak wygląda sam proces motania lalek. Czy są tu jakieś wytyczne, co do materiałów czy samego sposobu motania? Lalki motamy z osobistych tkanin, najlepiej takich, które dobrze nam się kojarzą i są nośnikiem dobrej energii. Kiedyś ceniono przede wszystkim materiały należące do przodków, wierzono, że za ich pośrednictwem otrzymujemy wsparcie całego rodu. Dziś ważna jest też idea przetwarzania i nadawania tkaninom nowego życia. Jest również zasada, która mówi o tym, że lalki ubierają się same, że to nie my, tylko one decydują o swoim wyglądzie. Oprócz naturalnych tkanin do motania lalek wykorzystujemy także rośliny oraz związaną z nimi symbolikę. Jeśli chcemy pracować z tematem kobiecości, możemy skorzystać z dzikiej róży. Jeśli potrzebujemy się doenergetyzować, możemy sięgnąć po mięte. Gdy chcemy się oczyścić i szukamy równowagi, to dobry będzie piołun albo krwawnik. Ziarnuszki wypełniane są z kolei ziarnem zbóż, kaszy, grochu czy fasoli, które symbolizują nowe życie, związane są z czasem wzrostu i rozwoju, a także obfitości i sytości.

Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Motanki tworzone są ręcznie, bez użycia ostrych przedmiotów, aby „nie ukłuć losu”. Sposób, w jaki je przygotowujemy sprawia, że lalki przechowują moc dobrych myśli i ciepło ludzkich dłoni. Technika motania wiele mówi też o tym, w jaki sposób możemy traktować siebie -  w sposób łagodny, miękki, z uważnością. Motanie nie jest czynnością techniczna, na każdym etapie wpływamy na ostateczny kształt lalki. Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne. Poddając się procesowi motania, możemy  po prostu przyjrzeć się sobie. Motanie jest symboliczne na każdym poziomie: to jakie kolory mnie przyciągają, jaką postawę przyjmie lalka, którą zrobię, jakiej będzie wielkości - wszystko ma tu ogromne znaczenie. Z motankami jest podobnie jak z baśniami, jest w nich zapisana ludowa mądrość. Jeśli uważnie przyglądamy się słowiańskim lalkom i świadomie z nimi pracujemy, możemy odkryć w nich bardzo wiele znaczeń.

Lalki tworzymy w jednym ciągu czasowym, nie przerywamy etapu motania, co oznacza, że nie porzucamy swojego marzenia. Gotową lalkę obdarowujemy prezentem, to może być koralik czy tasiemka, a że w motankach wszystko ma znaczenie, ten symboliczny upominek pokazuje też, czym ja siebie obdarowuje, dzięki czemu ta moja intencja, z którą tworzę lalkę będzie mogła się spełnić. Kiedy podejmujemy decyzję o tym, że chcemy zrobić motankę, to tak naprawdę decydujemy o tym w jakimś kierunku wyruszamy. I to jest kluczowe. Samo przygotowywanie motanki daje możliwość przyjrzenia się sobie. Zawiązując każdy supełki na lalce afirmujemy miłość, szczęście, radość, zdrowie. Lalki trzeba robić przede wszystkim wtedy, gdy jesteśmy w pozytywnym nastroju. Dawne przekazy mówią, żeby motanki tworzymy na przybywającym księżycu, czyli w czasie, w którym wzrasta energia. Ja uważam, że ważniejsze jest to jak się czujemy. Jeśli dobrze, możemy przystąpić do motania.

Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Dlaczego lalkom nie nadawano żadnego oblicza i czy wszystkie motanki nie mają twarzy? Ludowe przekazy mówią, że gdyby lalki je miały, to zajęłyby się swoimi sprawami. A zadaniem motanki jest wspieranie naszej intencji. Dawniej uważano, że oczy są zwierciadłem duszy, przez które w lalkę mogłoby wniknąć coś niedobrego. Żeby intencja była chroniona i dobrze zamknięta motankom nie nadawano rysów twarzy. Dla mnie to ma znaczenie psychologiczne, z którego wynikała mądrość naszych babek. Twarzą lalki staje się intencja, w której można się przejrzeć, zobaczyć siebie i swoje dążenia. Kiedy motanka nie ma rysów, pracuje też nasza wyobraźnia, a my możemy zwizualizować nasze wewnętrze stany.

Ale są też lalki ukraińskie z charakterystycznym krzyżem przeplecionym na twarzy, który pierwotnie symbolizował życie i  był elementem równowagi między światem materialnym i duchowym, energią kobiecą i męską. Ukraińskie motanki odwoływały się prawdopodobnie do świata bogów, dlatego często ich głowy skierowane były w stronę nieba, czyli duchowości.

Co działo się z laleczką po wymotaniu? Lalkami, które były robione z osobistą intencją nie należało się chwalić, nie mogły ich również dotykać obce osoby. Co innego Ziarnuszka czy Bogacz, te motanki stawiano przy piecu, czyli tam gdzie dawniej gromadziła się rodzina, w miejscu będącym symbolicznym sercem domu.

A gdy uznano, że motanka spełniła swoje zadanie? Podstawowy przekaz mówi o tym, że gdy lalka spełni nasze marzenie, to należy oddać ją naturze – spalić lub zakopać w ziemi. Jest to zamknięcie etapu, ale pokazuje również, że od początku do końca odpowiadamy za to, co powołałyśmy do życia.

Z tego o czym opowiadasz można wysnuć wniosek, że lalki słowiańskie pełnią dziś przede wszystkim funkcję autoterapeutyczną. Faktycznie tak jest? Lalki słowiańskie traktuję jak ludową psychologię. Można oczywiście zrobić motankę nie zagłębiając się w jej symbolikę, ale według mnie w momencie, w którym połączymy się z tą wielowiekową tradycja, to już zacznie na nas w jakiś sposób działać. Każda lalka ma znaczenie, dlatego można z nimi pracować na różne sposoby. Jeśli robimy Ziarnuszkę to pojawia się temat obfitości, z kolei lalka przejścia pozwala z jednej strony pracować i zatroszczyć się o nasze wewnętrzne dziecko, z drugiej pobudzić radość i kreatywność.

Podczas warsztatów obserwuję w jaki sposób kobiety pracują z motankami i które lalki robią na początku. Niektóre uczestniczki zaczynają od lalki przedstawiającej Babę Jagę, co można odczytać jako takie archetypiczne stanięcie w swojej wewnętrznej mocy. Dla innych kobiet najważniejsze będzie zaopiekowanie się swoim wewnętrznym dzieckiem. Ważne, aby  poczuć gotowość w sobie, wiedzieć z jakim tematem chcemy pracować i jaki obszar jest dla nas ważny.

Wspominałaś, że pracujesz nad książką, która będzie poświęcona motankom. Na naszym rynku brakuje takiego wydawnictwa. W Ukrainie powstało całkiem sporo publikacji poświęconych lalkom słowiańskim. Są prace badawcze i zbiorowe, często spisują je same twórczynie. Zajmuję się motankami już dziesięć lat i uznałam, że książka będzie zwieńczeniem mojej pracy z nimi.

Aneta Grzegorzewska prowadzi na Facebooku stronę „Motanki - słowiańskie lalki mocy”, poprzez którą można zapisywać się na warsztaty tworzenia słowiańskich motanek.

  1. Psychologia

Jak być człowiekiem w pracy?

Istnieje duża korelacja między tym, co się nazywa zaangażowaniem ludzi, a wynikami firmy. Z kolei zaangażowanie zależy w dużej mierze od stosunków w pracy. (Fot. iStock)
Istnieje duża korelacja między tym, co się nazywa zaangażowaniem ludzi, a wynikami firmy. Z kolei zaangażowanie zależy w dużej mierze od stosunków w pracy. (Fot. iStock)
Dla wielu z nas praca staje się drugim domem. Często z konieczności, a czasem z wyboru. Tu zaspokajamy swoją potrzebę samorealizacji, przynależności, tu nawiązujemy przyjaźnie. Ale nierzadko tracimy też zdrowie, poczucie godności, wiarę w siebie. I to nie przez nadmiar obowiązków, tylko przez toksyczne relacje. Ale czy to znaczy, że w miejscu pracy wszyscy powinni się przyjaźnić? No cóż, to tak też nie działa.

Międzynarodowa korporacja: Kasia, absolwentka SGH, biegła znajomość trzech języków, a od półtora roku, czyli od kiedy tu pracuje, także „zdefiniowanej kultury pracy”, która w praktyce polega na tym, że należy przychodzić do biura punkt dziewiąta, a wychodzić zawsze po szefie, czyli czasem przed północą. Że nie wolno krytykować decyzji przełożonych, wolno natomiast, a nawet należy „zgłaszać wszelkie przejawy działania na szkodę firmy”. Efekt? Nikt nikomu nie ufa, kwitnie lizusostwo i donosicielstwo. Kasia: – Pracuję tu tylko dlatego, że mam bardzo dobrą pensję i niezły pakiet socjalny. Ale już wiem, że długo tu nie wytrzymam.

Znana agencja reklamowa: Mira, copywriterka po romanistyce, której nie ukończyła, bo kiedy zaczęła pracować jeszcze na studiach, zorientowała się, że bardziej niż dyplom liczy się tu kreatywność. Formalnie Mira ma szefa, ale tak naprawdę traktuje go jak kolegę, są na ty, bywają na wspólnych imprezach. W pracy, która bardziej przypomina dom, nie obowiązuje żadna hierarchia. Mira: – Dzień zaczyna się od kawki, herbatki, od „co tam z psem lub kotem?”, bo większość z nas nie ma dzieci. Czasem zapominam, że jestem w firmie. No a czas leci, terminy gonią i wtedy jest płacz i zgrzytanie zębów. Parę razy o mały włos nie zawaliliśmy projektu. W takich sytuacjach marzy mi się pruski dryl. To był żart, oczywiście.

Zarządzanie konfliktem

Paweł Gniazdowski, doświadczony menedżer, coach kariery i biznesu, szef firmy LHH DBM Polska, uważa, że głównym grzechem w budowaniu relacji w pracy jest popadanie w skrajności między autorytaryzmem, kiedy ludzie drżą ze strachu przed szefem, a zbyt towarzyską atmosferą, poklepywaniem się po plecach, kiedy wszyscy toczą miłe pogawędki i zapominają o robocie. Co nie znaczy, że w pierwszym wariancie ludzie są wrogami, a w drugim się przyjaźnią. Czasem ci pierwsi ratują się wzajemnym wsparciem, a ci drudzy zawiązują intrygi.

– Powiem wprost: relacje w firmie nie są celem same w sobie, celem firmy jest rozwój, dla jednych zwany zyskiem, dla innych dostarczaniem wartości itd. Ale ostatnio wiele różnych badań pokazuje, że istnieje duża korelacja między tym, co się nazywa zaangażowaniem ludzi, a wynikami firmy. Z kolei zaangażowanie zależy w dużej mierze od stosunków w pracy. Pomijając firmy typu pruska armia, gdzie ludzi przymusza się do zaangażowania, co sprawdza się tylko na krótką metę, w dłuższej perspektywie zaangażowanie buduje się na dobrych relacjach.

Paweł Gniazdowski stworzył bardzo ciekawą klasyfikację firm właśnie pod względem panujących tam stosunków. Tym ciekawszą, że powstałą na podstawie jego pracy z wieloma firmami, przede wszystkim w trudnych momentach ich rozwoju, kiedy to ujawnia się prawdziwe oblicze wewnętrznych stosunków. Naliczył pięć typów relacji.

Pierwszy – plemienny – bardziej niż do ustalonej w przepisach hierarchii odwołuje się do personalnych powiązań, czyli do tego, kto z kim trzyma.

– To struktura pojawiająca się w organizacjach politycznych czy niektórych firmach postpaństwowych, którymi rządzą koterie, frakcje, grupy znajomych, ludzie Władka i Tadka – wyjaśnia autor klasyfikacji. – Z jednej strony jest zarząd, szef, a z drugiej – owe grupy, które ze sobą mediują, jedna przeciw drugiej. Ich relacje są transakcyjne, służą osiągnięciu pewnych celów, na ogół wewnętrznych. Dużo jest w tych firmach zajmowania się sobą, grzęźnięcia w wewnętrznych konfliktach.

Charakterystyczną cechą tych relacji jest ostentacyjna dosadność języka. W myśl zasady, że niecenzuralne słowa budują bliskość, skracają dystans.

– To system wbrew pozorom wcale niepozbawiony skuteczności. Na krótką metę można za jego pomocą dużo zdziałać, bo jak jest akcja i trzeba zdobyć jakąś pozycję, to się wysyła siły specjalne, wyszkolone, twarde, z poczuciem plemiennej przynależności, a one potrafią wygrać niejedną bitwę. Problem w tym, że w firmach trzeba wygrać większą wojnę – o klienta, a ten cel osiągają armie profesjonalistów, z którymi trzeba umieć współpracować.

W kulturze plemiennej jest dużo podejrzliwości. Członek jednego plemienia  rozmawia z szefem, a członek drugiego myśli: „Co on kombinuje?”.

Plemiona konkurują ze sobą o władzę, o wpływy. Niektórzy szefowie świadomie wspierają międzyplemienne animozje, co w literaturze fachowej nazywa się zarządzaniem konfliktem. Ludzie w końcu nie wytrzymują ciągłej presji, odchodzą, często z całym zespołem.

Określone zasady

Drugi typ stosunków w firmach przypomina uporządkowane polis, czyli miasto zbudowane na ściśle określonych zasadach.

Tu, podobnie jak w kulturze plemiennej, relacje skierowane są w dużej mierze do wewnątrz. Ale podczas gdy tam nie ma zasad, a nawet jak są, to ich się nie przestrzega, tu te zasady istnieją w nadmiarze, w formie nowoczesnych standardów, procedur, przepisów, feedbacków, okresowych rozmów, w czasie których ludzie mają okazję do wygadania się. Są regulaminy, kodeksy etyczne, jest dużo papierów, regulacji.

– Firmy tego typu chętnie odwołują się do konceptu klienta wewnętrznego. Taki koncept polega na tym, żeby pracownik traktował dział czy kolegę, dla którego coś robi, jak klienta – mówi Paweł Gniazdowski. – Zachwyt nad teorią klienta wewnętrznego, powstałą 30 lat temu, jest wciąż dość powszechny. Ale ta idea ma wiele pułapek. Klient wewnętrzny jest w naturalny sposób silniejszy niż klient zewnętrzny, może bardziej zaszkodzić koledze, na przykład donieść na niego szefowi. To powoduje, jak powiedział mi pracownik pewnej korporacji, że większość czasu w firmach opartych na tego typu relacjach zajmuje ludziom rozwiązywanie problemów, które sami generują.

Pozytywem natomiast jest to, że relacje w firmie są ożywione. Ale z drugiej strony – ustalanie standardów relacyjnych powoduje pewną sztuczność, znaną szerzej pod hasłem poprawności politycznej. Korporacyjna poprawność polityczna oznacza, że nazywa się pewne rzeczy w taki sposób, żeby ich nie nazwać. Przy okazji skądinąd słusznej tendencji, żeby eliminować dosadny nieparlamentarny język, zatraca się szczerość.

Trzeci typ zawodowych relacji to feudalizm z przyrodzoną temu systemowi hierarchią opartą na nierówności.

Ale w tym określeniu, jak zastrzega jego autor, miłośnik średniowiecza, nie kryje się negatywna ocena. Raczej podkreślenie systematyzującej i regulującej funkcji takich relacji. System feudalny w firmie oznacza, że istnieje hierarchia wynikająca na przykład z tego, że ktoś jest właścicielem i z natury rzeczy jego prawa są większe. Tu każdy zna swoje miejsce, drogę rozwoju. Systemy hierarchiczne, żeby się umocnić, lubują się w ceremoniałach, rytuałach, kompletnie natomiast ignorują znaczenie wewnętrznej komunikacji. Rodzi się więc komunikacja podziemna. Pracownicy wymieniają swoje opinie na forach internetowych, kwitną relacje prywatne, romanse, ludzie się zaprzyjaźniają, rekompensując sobie w ten sposób brak oficjalnej komunikacji. Ale przy okazji wpadają w drugą skrajność – mniej zajmują się pracą, a bardziej tym, jak i z kim zawrzeć koalicję, co zbliża ten system do plemiennego.

– System feudalny ma się wyjątkowo dobrze na przykład w urzędach, gdzie dużo energii wkłada się w to, żeby trwać. Czasem przybiera zakamuflowaną formę, że niby nie jesteśmy feudalni. W pewnym urzędzie szef na wstępie zaznaczył: „Mówcie mi dyrektorze Kazik”. Więc wszyscy są na ty. Jednakowoż gdy na warsztatach pracownicy mieli ocenić priorytetowe sprawy do załatwienia, okazało się, że na ogół wybierali jako najważniejsze te, które wypływały z gabinetu szefa, nawet jeśli były mało ważne. W systemach feudalnych ludzie zabiegają o awanse, tytuły, wizytówki z odpowiednią adnotacją.

Między swawolą a kontrolą

Czwarta formuła relacji – hipisowska – jest ostentacyjnie zdeformalizowana, co zdradza już na pierwszy rzut oka dress code, a raczej jego brak.

Ten system ceni swobodę indywidualnej ekspresji, luźny sposób bycia, spontaniczne formy komunikacji. Bywa, że firmy – na ogół z branży informatycznej, reklamowej – mieszczą się w domach z ogrodami, a jeśli już w biurowcach, to są wyposażone w pokoje relaksu, gdzie ludzie mogą w każdej chwili odpocząć.

– Taka organizacja pracy wpływa pozytywnie na budowanie relacji, które stają się naturalne, bezpośrednie, spontaniczne – ocenia szef LHH DBM. – Ale zauważono, że ten kij ma dwa końce, może być też pożywką dla egoizmu. Ponieważ w takiej formule jest mało miejsca na oceny, zwłaszcza negatywne, ludzie zaczynają czuć się za dobrze, mieć o sobie za duże mniemanie. Zaczynają gwiazdorzyć, co psuje atmosferę. Patrzą, czy im wygodnie, troszczą się głównie o siebie. Albo odchodzą, zakładając swój biznes. Takie firmy mają tę zaletę, że są innowacyjne, no a innowacja ma to do siebie, że nienawidzi ograniczeń.

Piąta forma relacji, wcześniej niespotykana, przypomina salon gier.

– Charakteryzuje centra usług wspólnych, outsourcingowych, czyli świadczących pracę dla innych firm – wyjaśnia Paweł Gniazdowski. – Są to wszelkiego typu call center, firmy obrachunkowe, HR, w których zatrudnia się setki młodych ludzi. Skupiska takich firm mieszczą się w Krakowie, Wrocławiu czy Łodzi. Tak na marginesie, to aktualnie nasz przemysł narodowy. Jesteśmy drugą w Europie (po Londynie) i trzecią na świecie (po Indiach) potęgą w zakresie outsourcingu. Organizacje tego typu działają na niskiej marży, są efektywne, na pierwszym miejscu stawiają wykorzystanie czasu, a więc tempo pracy. System rejestruje pracę od momentu odpalenia komputera do jego zamknięcia. Pracownik pozostaje sam z indywidualnym zadaniem do wykonania. Takie firmy nazywa się fabrykami XXI wieku. Są zautomatyzowane, pracujących w nich ludzi poddaje się nieustannej kontroli, a wszystko w celu zwiększenia efektywności. Zmorą tych firm jest rotacja, ludzie odchodzą dla wyższej o 100 zł pensji. Odchodzą, bo nic ich z firmą nie wiąże. Atmosfera wcale nie jest zła, nie ma konfliktów, ale nie ma też żadnych relacji, bo nie miały szansy się narodzić. Potrzebę kontaktu młodzi ludzie zaspokajają wieczorem w pubach. Wystarczy przejść się ulicą Piotrkowską w Łodzi, żeby to zaobserwować – młodzi ludzie mówiący po angielsku odreagowują przy piwie odhumanizowaną pracę.

Dobre relacje w pracy są potrzebne i ludziom, i pracy. Co do tego nikt nie ma wątpliwości, podkreślali to klasycy zarządzania, między innymi Ken Blanchard, który umieszczał je w jednym szeregu z kompetencjami, wiarygodnością i niezawodnością jako elementami budującymi autorytet. Gallup w swoim badaniu zaangażowania pracowników pytał, wydawałoby się mało merytorycznie: „Czy masz bliskiego przyjaciela w pracy? Czy szef lub ktoś w firmie troszczy się o ciebie jako o osobę?”. Ale według niego to pytania uzasadnione biznesowo. Bo dobre relacje to połowa sukcesu.

Sobą być i więcej nic

Jak je budować? Paweł Gniazdowski zwraca uwagę na trzy czynniki. Dużo do zrobienia ma przede wszystkim szef, wiadomo, przykład idzie z góry. Jeśli szef jest neurotycznym, wybuchowym, mało empatycznym człowiekiem, który tworzy sztuczne bariery, nadmierne hierarchie, to na pewno dobrych relacji nie zbuduje. Jeśli będzie intrygował, knuł, spiskował, to takie praktyki prędzej czy później rozplenią się po firmie niezależnie od liczby przeprowadzonych szkoleń.

– Zarówno z badań, jak i z moich doświadczeń wynika, że ludzie idą za przykładem, który mają na co dzień. Na temat bycia liderem napisano setki książek, stworzono kilkaset teorii przywództwa. Praktyka jest dużo prostsza niż wszystkie te teorie. Szef powinien wyznaczać standardy, być zintegrowanym wewnętrznie, uczciwym, sprawiedliwym człowiekiem, a wtedy ludzie za nim pójdą. Era szefów gwiazd, którzy skupiają się na sobie i rozstawiają ludzi po kątach, już minęła.

Drugi czynnik budujący dobre relacje to… zorientowanie na klienta. Czyli w branży biznesowej na grupę odbiorców, w konsumenckiej – na liderów opinii. Na pierwszy rzut oka ten czynnik wydaje się co najmniej dziwny w budowaniu relacji, co ma bowiem piernik do wiatraka? Otóż okazuje się, że ma.

– W większych organizacjach dużo energii kieruje się na wewnętrzne problemy – zauważa Paweł Gniazdowski.– Natomiast filozofia, że to klient jest najważniejszy, załatwia w pewnym sensie sprawę relacji, bo – mówiąc w dużym uproszczeniu – uwaga pracowników kieruje się na zewnątrz. Ludzie nie mają czasu, żeby intrygować, oczywiście, dochodzi do sporów, to normalne, ale klient wszystko weryfikuje, nie wystawia indywidualnych cenzurek, natomiast wystawia ocenę firmie jako całości.

Trzecim czynnikiem wpływającym na dobre relacje jest dobrze skonstruowana misja firmy.

– W wielu firmach zawiesza się ją na ścianach, ale niewiele z tego wynika. Bo najważniejsze jest to, aby misja była sformułowana w miarę prosto. W mojej firmie brzmi ona: pomagamy ludziom znaleźć pracę. Jeżeli pracowników rozlicza się z misji, pyta, co zrobiłeś, żeby ten cel osiągnąć, to zajmują się pracą, a nie konfliktami.

Dbałość o dobre relacje przyjmuje czasem karykaturalną formę. W jednej z korporacji rozsyłano pracownikom drogą mejlową życzenia urodzinowe podpisane przez szefa. Spotykało się to z miłą reakcją do momentu, aż ktoś odkrył, że robi to za szefa program komputerowy. W innej firmie organizowano regularnie imprezy integracyjne dla pracowników wyjeżdżających nieustannie w delegacje, co budziło powszechną wściekłość, bo ludzi znów zmuszano do wyjazdów. Gdzieś ktoś wpadł na pomysł integrowania pracowników w jednej z najdroższych restauracji, mimo że przekaz szefów od dawna był taki, że firma jest w kryzysie.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Budowanie relacji w firmie nie może być celem wyabstrahowanym z kontekstu, w jakim działa firma, i oderwanym od tego, jacy są jego pracownicy. Taki Kowalski na przykład, który ceni poczucie bezpieczeństwa, przynależności, będzie chciał zaprzyjaźniać się z kolegami, ale już Nowak, indywidualista, nieprzepadający za brataniem się przy każdej okazji, będzie jak ognia unikał wszelkich imprez. I trzeba to uszanować, dać prawo ludziom do bycia sobą.

BARIERY DO USUNIĘCIA

  • Pierwsza: wielopoziomowy, pionowy schemat organizacyjny. Im więcej poziomów, tym więcej zakłóceń w relacjach i komunikacji. Uważa się, że jeżeli informację przekazują więcej niż trzy osoby, to zostanie ona zniekształcona. Dlatego warto spłaszczać struktury organizacyjne firmy.
  • Druga: bariery przestrzenne. Zespół powinien mieć do swojej dyspozycji miejsce do wymiany doświadczeń.
  • Trzecia: brak spotkań. Jeżeli nie organizuje się zebrań, nie przekazuje informacji, to szybko rodzi się podziemna komunikacja i plotka.
  • Czwarta: brak procedur dotyczących przepływu informacji. Prowadzi to do powielania czynności albo ich zaniechania.
  • I piąta bariera: zamknięte drzwi szefów. Otworzyć je dla pracowników (w określonych porach) to niewielki wysiłek, a duży zysk.

  1. Moda i uroda

Dawid Hady: krawiec slow fashion

Dawid Hady ze swoją ulubioną maszyną do szycia z 1967 roku. (Fot. materiały prasowe)
Dawid Hady ze swoją ulubioną maszyną do szycia z 1967 roku. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
W jego pracowni nic nie ma prawa się zmarnować. Ubrania powstają na zamówienie ze starannie wyselekcjonowanych tkanin w maksymalnie kilku egzemplarzach. Inne dostają drugie życie i ponownie trafiają do obiegu. Wierny tradycyjnemu krawieckiemu rzemiosłu stara się tworzyć etycznie i ekologicznie, bo wierzy, że wspólnymi siłami uda nam się zbudować nową jakość – modę, która nie zadaje bólu i nie niesie cierpienia.

W latach 80. na terenie Świlczy, niewielkiej wioski oddalonej kilka kilometrów od Rzeszowa, prowadzono prace archeologiczne, które wykazały, że osadnicy zamieszkujący te tereny w V w. zajmowali się obróbką bursztynu. W 2021 roku w swojej pracowni w Świlczy urzęduje Dawid Hady, krawiec slow fashion, który tworzy modę odpowiedzialną. Skąd wziął się tam Dawid i jak to się stało, że postanowił zostać krawcem? Świlcza to moje korzenie, tutaj się urodziłem i spędziłem osiemnaście lat mojego życia. Dorastanie na wsi było cudownym doznaniem, ukształtowało moją wrażliwość i sprawiło, że od najmłodszych lat obdarowany zostałem miłością bezwarunkową przez Matkę Ziemię. Przebywanie blisko natury to błogosławieństwo. W dzieciństwie dużo rysowałem, rzeźbiłem i malowałem. Byłem dzieckiem z artystyczną duszą, które wakacje spędzało leżąc na kocu pod swoją ulubioną wielką brzozą, rozwijając swoje artystyczne pasje.

Miłość do ubrań istniała we mnie od zawsze, już w szkole podstawowej chciałem tworzyć ubrania, zostać projektantem mody. Po ukończeniu szkoły podstawowej przystąpiłem do egzaminu wstępnego do Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie. Byłem młodym chłopakiem z marzeniami, wydawało mi się, że jedyne czego potrzebuję żeby zostać dobrym projektantem, to wykształcenie dobrej kreski. Sądziłem, że liceum plastyczne i tytuł artysty plastyka uczyni ze mnie projektanta mody. Na szczęście podczas egzaminów wstępnych poległem właśnie na rysunku i do liceum plastycznego się nie dostałem. Na ławce rezerwowych było technikum odzieżowe i to był strzał w dziesiątkę! Oprócz rysowania i projektowania ubioru, posiadłem magiczną umiejętność szycia ubrań, i co za tym idzie, materializowania własnych projektów, to było niesamowite doznanie. Do dzisiaj pamiętam emocje, które towarzyszyły mi po zrealizowaniu pierwszego własnego projektu.

Prawdopodobnie los czuwał nade mną i zaprowadził w najbardziej dogodne dla mnie miejsce, tak po prostu musiało być. Teraz  mogę mówić o sobie technik technologii odzieży, czy też krawiec slow fashion. Zabawne, bo jako jedyny w klasie nigdy wcześniej nie szyłem na maszynie, wcześniej tworzyłem ręcznie jedynie stroje dla lalek siostry. Pamiętam jak z trudem utrzymywałem linię prostą szyjąc na maszynie.

Po szesnastu latach jestem tutaj, we własnej pracowni krawieckiej, gdzie z pedantyczną dokładnością przeszywam każdy milimetr tworzonego ubrania. Dwa lata temu wróciłem do Polski po dekadzie spędzonej za granicą, żeby zrealizować marzenie o modzie, która nie krzywdzi. Od marca 2020 roku działam pod własnym nazwiskiem.

Dawid Hady z psią asystentką Fridą (Fot. materiały prasowe) Dawid Hady z psią asystentką Fridą (Fot. materiały prasowe)

Przed naszym spotkaniem robiłam mały research na twój temat i trafiłam w sieci na artykuł z 2005 roku. Widzę, że dość wcześnie wzbudzałeś zainteresowanie mediów. Jak to było być młodym chłopakiem, który interesuje się modą, ubiera inaczej niż 99 proc. społeczeństwa i mieszka w Rzeszowie? Pozwolę sobie przytoczyć tutaj moją ulubioną historię z dzieciństwa. Wydarzyła się ona w przedszkolu, miałem sześć lat. Pewnego dnia pani poinformowała nas o przyjeździe fotografa, który następnego dnia miał zrobić nam pamiątkowe zdjęcie na zakończenie przedszkola. Od razu zacząłem myśleć,  jak się ubiorę do tego historycznego zdjęcia. Wybór był oczywisty, miałem swój ulubiony komplet, w którym czułem się najlepiej. Był to wełniany sweter w niebiesko-czerwone pasy i jeansowe ogrodniczki z kaczorem Donaldem. Zapomniałem dodać, że był czerwiec, a tego dnia było bardzo gorąco. W południe przyjechał fotograf zrobić nam zdjęcia na przedszkolnym placu zabaw. Pamiętam doskonale jak bardzo było mi gorąco i pytania kierowane w moją stronę, czy aby na pewno nie chcę zdjąć z siebie swetra lub przebrać się w coś lżejszego. Nie było takiej opcji, chciałem za wszelką cenę mieć na sobie moje ulubione ubrania. Cierpiałem, ale czułem, że jestem szczęśliwy. Zdjęcie przedstawia grupkę dzieci na placu zabaw, wszyscy ubrani w letnie sukienki, koszulki, spodenki, i ja w centralnej części tego zdjęcia, siedzę w promieniach słońca, mam na sobie wełniany sweter, jeansowe ogrodniczki oraz szczęście wyrysowane na twarzy. Do dzisiaj, gdy myślę o tej sytuacji, patrzę na tego małego chłopca z wielką czułością i podziwem.

Mówię żartobliwie, że innym trzeba się po prostu urodzić. Przyzwyczaiłem się do tej  swojej inności dość wcześnie. Bywały chwile mało przyjemne, to fakt. Zwracanie na siebie uwagi innych jest wpisane w życie tych, którzy odbiegają wyglądem od reszty społeczeństwa. Nieprzyjemny był dla mnie okres dojrzewania, kiedy bardzo pragnąłem pokazać światu swoją odzieżową inność, niestety nie była ona odbierana pozytywnie. Słyszałem wtedy wiele nieprzyjemnych określeń, a to nie jest dobre dla dorastającego, wrażliwego dziecka. Brałem to wszystko do siebie i długo nosiłem w sobie. Na szczęście z upływem czasu to się zmieniło. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem świadomym swojej wartości człowiekiem. Bardzo cenię swoją wrażliwości, uważam, że jest ona moim największym skarbem. Świadomość siebie i tego, że jest się cudem przychodzi z czasem. Mam ją od ponad dziesięciu lat i czuję się z tym wspaniale.

Po ukończeniu rzeszowskiego Technikum Odzieżowego marzyłeś o wielkich pokazach w Londynie. Chciałeś zostać drugim Arkadiusem? Arkadius inspirował mnie do bycia sobą, wyrażania siebie poprzez ubiór. Jako nastolatek przeczytałem wszystkie wywiady z Arkadiusem i z wypiekami na twarzy oglądałem jego kolekcje. Byłem nim zafascynowany, ale nigdy nie chciałem być drugim Arkadiusem, wręcz przeciwnie, coraz bardziej chciałem być sobą.

W tamtym wywiadzie wspomniałeś, że twoim marzeniem są studia projektowania ubioru w Krakowie. Czy twoja zawodowa ścieżka potoczyła się tak jak sobie to zaplanowałeś? Po ukończeniu technikum odzieżowego i zdobyciu tytułu technika technologii odzieży wyprowadziłem się ze Świlczy do Krakowa z zamysłem studiowania projektowania ubioru. Jednak już po pierwszym semestrze stwierdziłem, że to nie dla mnie. Nie znalazłem tam niczego, co mogłoby mnie zafascynować i zachęcić do pozostania tam dłużej. O wiele ciekawsze było codzienne życie miasta, poznawanie jego mieszkańców i rozmowy z nimi. W Krakowie poznałem Hankę Podrazę, z którą stworzyłem duet HadyPodraza. Wyznaczaliśmy modowe trendy, szyliśmy ubrania, zajmowaliśmy się kreowaniem wizerunku własnego i innych, stylizacjami do zdjęć, teledysków, powołaliśmy do życia zakład krawiecki Igiełka, w którym działaliśmy. Twórczość HadyPodraza była wizjonerska, do dzisiaj taka pozostaje, gdy patrzę na to, co tworzyliśmy razem ponad jedenaście lat temu. Z czasem Kraków zrobił się dla mnie zbyt mały i podjąłem decyzję o wyjeździe do Londynu, chciałem spróbować swoich sił w wielkim mieście. W Londynie odkryłem siebie na nowo, wielkie miasta są najlepszymi nauczycielami życia. Dowiedziałem się co lubię, a czego nie. Mieszkając w Londynie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem jak bardzo jesteśmy uzależnieni od konsumpcji, ciągłego kupowania, tego, że życie większości z nas ogranicza się do zarabiania pieniędzy i ich wydawania. Przeraziło mnie to, w jaki sposób funkcjonuje przemysł modowy, nie chciałem być jego częścią.

Co się stało, że zrezygnowałeś z marzeń o pokazach w wielkim świecie mody i postanowiłeś zostać klimatycznym i ekologicznym wojownikiem, który będzie tworzył modę odpowiedzialną? Przeprowadzka do Londynu miała być przepustką do wielkiego świata mody, kariery i spełnienia. Jednak życie i krążące wokół kosmiczne energie piszą dla nas czasem zupełnie inne scenariusze. Po prawie dziesięciu latach życia w Londynie, gdzie mocno doświadczyłem struktur rządzących tym światem, uświadomiłem sobie jak bardzo nasze życie okupione jest cierpieniem innych ludzi. Nadal bardzo niewiele osób jest świadomych tego, że przemysł odzieżowy, zaraz po paliwach kopalnych, najbardziej zatruwa środowisko. Były to dla mnie szokujące informacje. Oglądając najmodniejsze londyńskie witryny sklepowe widziałem jedynie cierpienie, ból i wyzysk. Nie chciałem być częścią tego przemysłu.

Kiedy zgiełk wielkiego miasta stał się nie do zniesienia, przeniosłem się do Hiszpanii na wieś. Tam przez rok odpoczywałem, zachwycając się cudownymi krajobrazami. Marzenia o byciu projektantem i pokazach mody zamieniłem na walkę o lepsze jutro dla nas, ludzi i planety, której mieszkańcami jesteśmy. Zacząłem dużo czytać o ekologii, o eksploatowanej do granic wytrzymałości Ziemi, o kryzysie klimatycznym i  wyzysku ludzi, o tym jak wygląda produkcja ubrań fast fashion. Przyswojenie ogromu cierpienia zawartego w tych informacjach było niezwykle trudne, wtedy pojawiły się pytania w jaki sposób ja, swoim działaniem mogę przyczynić się do poprawy kondycji modowego świata, w którym żyjemy. Dużo myślałem nad przyszłością, moją i naszą jako ludzi, nad wizją nadciągającego kryzysu klimatycznego

Tak narodził się nowy Dawid, klimatyczny i ekologiczny wojownik, który stoi na czele marki Dawid Hady, opiekującej się ludźmi, ubraniami i naszą wspaniałą planetą. Od dwóch lat jestem w Polsce, i to tutaj w Świlczy od roku działam pod własnym nazwiskiem, tworząc modę etycznie skrojoną, pełną miłości do ludzi i planety. Przez ponad dziesięć ostatnich lat życie kierowało mnie w różne części świata, dużo podróżowałem, czytałem, uczyłem się siebie, aby rok temu stanąć na czele własnej firmy. Tak po prostu miało być.

Dawid Hady w swojej pracowni (Fot. materiały prasowe) Dawid Hady w swojej pracowni (Fot. materiały prasowe)

W twojej pracy najważniejsza jest przejrzystość. Pokazujesz jak wygląda twoje miejsce pracy, podkreślasz też, że ubrania powstają w maksymalnie kilku egzemplarzach. Czy w ten sam sposób podchodzisz do tkanin czy dodatków, np. guzików, których używasz? Znasz ich miejsce pochodzenia, wiesz w jaki sposób zostały wyprodukowane? Transparentność procesu produkcji jest dla mnie bardzo ważna. Jednym z jej elementów jest właśnie pokazanie mojego miejsca pracy, tego w jakich warunkach powstają tworzone przeze mnie ubrania. W moich relacjach na Instagramie pokazuję również cały proces tworzenia ubrań: krojenie, szycie czy prasowanie. Próbuję szczegółowo dokumentować każdy krok mojej pracy, tak aby było to jak najbardziej przejrzyste, a zarazem ciekawe dla osób zainteresowanych procesem produkcji ubrań slow fashion. Aby ograniczyć do minimum wpływ mojej produkcji na środowisko, ubrania, które dostępne są w więcej niż jednym egzemplarzu szyję jedynie na zamówienie. W przypadku mody odpowiedzialnej oraz produkcji indywidualnej, dobór tkanin i dodatków nie może być przypadkowy, nieprzemyślany czy z niesprawdzonego źródła. Wszystkie miejsca, w których zaopatruję się w tkaniny i dodatki muszą być dokładnie przeze mnie przefiltrowane. Tkaniny, których najczęściej używam to len, konopie, mieszanka bawełny z lnem, tkaniny bambusowe pochodzące z recyclingu czy certyfikowana bawełna, z której szyję koszulki. Jeśli jest to możliwe, wspieram lokalne firmy i ich produkty. Dodatki są tak samo ważne jak dobór odpowiednich tkanin, muszą być przyjazne środowisku, wykonane z naturalnych materiałów, np. bambusowe guziki czy też pochodzące z odzysku. Marzę o bazowaniu wyłącznie na produktach lokalnych.

Absolutnie pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że wyprodukowanymi przez siebie ubraniami opiekujesz się dożywotnio, a co jeszcze ciekawsze, można je odesłać do ciebie nawet po kilku latach użytkowania, dostając w zamian rabat na kolejne zakupy. Gospodarka obiegu zamkniętego to superważne dla środowiska zagadnienie, którym dopiero zaczynają interesować się wielkie marki odzieżowe. U ciebie już to działa! Tak, działa, i co cieszy mnie najbardziej, to pozytywny odbiór tej idei. Ludzie, z którymi obcuję na co dzień, są zmęczeni słabą jakością ubrań oraz brakiem odpowiedzialności marek odzieżowych za produkt, który sprzedają. Obieg zamknięty w modzie od zawsze był dla mnie ważny, już ponad dekadę temu tworzyłem ubrania z tkanin zakupionych w sklepach z odzieżą używaną, oferowałem naprawę ubrań, które tego wymagały.

Współczesny świat nauczył wielu z nas, że za niewielkie pieniądze możemy dostać coś nowego, zgodnego z najnowszymi trendami. Co najgorsze, zakupami często poprawiamy sobie humor. Zapomnieliśmy też, że ubrania można oddać do naprawy, odświeżyć je, wymienić guziki na zupełnie inne, dodać haft, który urozmaici stare jeansy, które nam się znudziły. Wszędzie promuje się ideę posiadania wielkiej garderoby pełnej ubrań, nie ważne czy dobrej jakości, ważne, aby było ich dużo.

Ja oferuję dożywotnią opiekę nad stworzonymi przeze mnie ubraniami,  ponieważ one żyją razem z ze swoimi właścicielami, a ich użytkowanie jest procesem. Rzeczą naturalną jest to, że wraz z upływem czasu ubranie może wymagać naprawy, wymiany podszewki, zacerowania dziury, zwężenia, skrócenia. Biorę odpowiedzialność za jakość uszytych przeze mnie ubrań, jeśli zakupionego  u mnie ubrania nie chcesz już dłużej nosić, to masz możliwość odesłania go do mnie, w zamian daję ci rabat na zakup czegoś nowego. Oddane ubranie po przeglądzie, odświeżeniu i ewentualnych poprawkach trafi znowu do sprzedaży w moim dziale Druga Ręka. Gospodarka obiegu zamkniętego to zdecydowanie numer jeden przyszłości w modzie.

(Fot. Piotrek Książek/ materiały prasowe Dawid Hady) (Fot. Piotrek Książek/ materiały prasowe Dawid Hady)

Pisze o sobie, że jesteś feministą i że marzysz o świecie, w którym kobiety będą bezpieczne, zaopiekowane i niezależne. Swoją twórczością wspierasz działalność Fundacji Feminoteka. Możesz opowiedzieć więcej na ten temat? Feministą jestem od bardzo dawna. Prawdopodobnie od momentu przyjścia na świat, kiedy po raz pierwszy poczułem miłość matki. Wychowałem się w domu zaopiekowanym przez kobiety. Podczas pięcioletniego okresu nauki w technikum odzieżowym byłem jedynym mężczyzną w klasie, byłem rodzynkiem i uwierz mi na słowo, ten klasowy mikroświat rządzony przez kobiety był pełen miłości i zrozumienia, nikt nie czuł się odtrącony, niezrozumiały lub wykluczony. Nieustannie marzę o świecie, w którym patriarchalizm to przeszłość, w którym my, mężczyźni, uczymy się od kobiet miłości. Swoją twórczością bardzo chciałbym wspierać działania fundacji, które opiekują się kobietami i walczą o ich prawa. Dlatego tworząc damską koszulkę Hello Mother Earth zdecydowałem o przekazaniu części zysku ze sprzedaży na rzecz Fundacji Feminoteka.

Na koniec chciałabym zapytać, jak widzisz przyszłość mody. Światowa pandemia jeszcze bardziej obnażyła wszystkie grzechy przemysłu odzieżowego, skalę nadprodukcji, wyzysku ludzi i planety. Jak myślisz, w jakim kierunku w najbliższych latach będzie podążać moda? Czy zaczniemy kupować mniej i zwracać uwagę na jakość? A może to wszystko pójdzie w zupełnie inną stronę? Czuję, że jesteśmy na początku modowej rewolucji, to na pewno. Pandemia i kryzys klimatyczny zmienią świat. Ten, który znaliśmy odchodzi i nigdy już w znanej nam formie nie powróci. Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej ludzi budzi się i zaczyna dostrzegać ogrom cierpienia i problemów, z którymi przychodzi nam się mierzyć. Zaczynamy żyć bardziej świadomie, chcemy być odpowiedzialnymi konsumentami, którzy stawiają nie na ilość, ale na jakość, wspierają lokalne marki, naprawiają, to co się zepsuło. W kolejnych latach docenimy rzemieślników – szewca, kaletnika czy krawca, którzy mają zakłady za rogiem. Cieszy mnie bardzo, że temat mody odpowiedzialnej przedziera się do mediów mainstreamowych i jest częstym tematem nawet w programach śniadaniowych. Wierzę, że wspólnymi siłami zbudujemy zupełnie nową jakość, modę, która nie zadaje bólu i cierpienia, gdzie z slow produkcyjnej taśmy wychodzą jedynie ubrania nasączone w 100% miłością. Tego wam i sobie życzę. Miłości!

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.