1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością

Szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością

Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Ludzie mogą być szczęśliwi, jednak bardzo często są tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć – mówi Christophe André, psycholog i psychiatra, twórca francuskiej szkoły psychologii pozytywnej.

Jest pan jednym z mistrzów psychologii pozytywnej zainicjowanej przez amerykańskiego psychiatrę Martina Seligmana. Na czym polega jej specyfika?
Zadaniem psychologii pozytywnej jest ulżenie cierpieniu i pomoc w dostrzeżeniu pozytywnych aspektów życia. Smutek, frustracja czy gniew zawężają nasze pole emocjonalnej percepcji – skupiamy się na tym, co wywołuje nasze cierpienie, nie zauważając tego, co mogłoby przynieść nam ulgę. Należy pamiętać, że 50 procent pozytywnych odczuć zależy od nas i że właściwa proporcja to trzy czwarte myśli pozytywnych i jedna czwarta negatywnych. Ta logika jest szczególnie skuteczna przy leczeniu depresji i problemów psychologicznych.

„Każdy z nas może być szczęśliwy” – głoszą poradniki. Również u pana szczęście zajmuje centralną rolę – jedna z pana bestsellerowych książek nosi tytuł „Et n’oubliez pas d’être heureux” [I nie zapomnij być szczęśliwym]. Skąd w człowieku przekonanie o jego prawie do szczęścia?
Pojęcie szczęścia jest zdeterminowane historycznie – znane było już starożytnym filozofom, ale oni zwracali się tylko do elity. W Europie przez całe wieki Kościół wpajał wiernym, że życie to padół łez i że należy myśleć tylko o zbawieniu. Zmiana nastąpiła w epoce oświecenia – koncepcja szczęścia ulega wtedy demokratyzacji i zaprząta najwybitniejsze umysły. Jednak w XIX wieku europejscy intelektualiści odwracają się od niej jako wulgarnej i adresowanej do mas – we Francji zadowolenie z życia i dobroć zostają wtedy przypisane niskiemu poziomowi intelektualnemu. XX i XXI wiek to triumf życiowego sukcesu – nikt nie kwestionuje prawa jednostki do szczęścia, ale szybko „być” oznacza „mieć”. Osobiście uważam, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą: wprawdzie pojęcie szczęścia zostało w dużym stopniu zwulgaryzowane, ale nie przestało być wartością i celem, do którego trzeba dążyć. Bo szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością: ktoś, kto nie jest do niego zdolny, zmarnuje swoje życie, będzie koncentrował się na problemach i cierpieniach i w rezultacie zwracał mniejszą uwagę na innych. Nie będzie potrafił dawać – tylko ludzie szczęśliwi mogą być wielkoduszni i otwarci na świat. Dążenie do szczęścia wydaje mi się więc podstawowym warunkiem udanej egzystencji dla siebie i dla innych.

Na czym polega to prawdziwe szczęście?
Ująłbym to tak: nasz życiowy obowiązek polega na byciu szczęśliwym i wielkodusznym. Prawdziwe szczęście to dar siebie samego – szczęście i solidarność są jak najbardziej kompatybilne. Niestety, wciąż jeszcze stawia się znak równości między szczęściem a egoizmem czy szczęściem a naiwnością. Musimy prowadzić prawdziwą walkę, żeby nobilitować to pojęcie.

To prowadzi nas do pojęcia optymizmu.
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. Optymista uważa, że można rozwiązać spotykane w życiu problemy, stara się więc działać. Pesymista w to nie wierzy, jest pasywny. To właśnie dlatego pesymizm przynosi najwięcej szkód: wyobraźmy sobie lekarza pesymistę, który nie wierzy w wyzdrowienie pacjenta. Czy pacjenta niewierzącego w skutki terapii – badania wykazały, że im mniej optymizmu wykazuje chory, tym mniejsze są jego szanse na wyzdrowienie. Nie dlatego, że optymizm sprawia cuda, ale że pozwala na skuteczniejsze działanie. Podobne mechanizmy funkcjonują na każdym poziomie naszego życia osobistego, gospodarki, polityki...

Pana zdaniem szczęścia można się nauczyć, należy tylko w tym celu regularnie ćwiczyć. Przytacza pan swój własny przykład, chociaż trudno uwierzyć, że posiada pan tendencje depresyjne...
Bardzo dużo nad sobą pracowałem – dyscyplina to więcej niż połowa sukcesu. Istnieje wiele pozornie błahych ćwiczeń, które każdy z nas może wykonywać. Po pierwsze, codziennie przed zaśnięciem spróbujmy przypomnieć sobie trzy przyjemne momenty kończącego się dnia. Jest to bardzo interesujące z punktu widzenia mechanizmów naszej percepcji, z reguły koncentrujemy się bowiem na problemach. Zawsze możemy znaleźć pozytywy: skrawek błękitnego nieba, zapach róż w ogrodzie, telefon od przyjaznej osoby... Już po upływie 15 dni nasz mózg nastawi się na ich dostrzeganie – zmieni to nasze spojrzenie na życie. Bardzo ważny jest też uśmiech. Zwykle uśmiechamy się, kiedy jesteśmy zadowoleni, ale badania wykazały, że uśmiech wpływa pozytywnie na receptory mózgowe i stan naszej psychiki. To tzw. fenomen retrofeedbacku. Budda zawsze się uśmiecha: uważa się, że to nie tylko dowód wewnętrznej harmonii, ale także sposób na jej osiągnięcie. Powtarzam więc moim pacjentom: „Jeśli nie macie autentycznych powodów do płaczu, zmuszajcie się do uśmiechu!”. Odkąd sam stosuję tę metodę, ludzie częściej pozdrawiają mnie na ulicy, częściej ze mną rozmawiają. Uśmiech jest znakiem społecznej akceptacji. Są też inne plusy: lekarze stwierdzili, że osoby uśmiechnięte i zadowolone mniej chorują i z reguły dłużej żyją.

Wspomniał pan także o wielkoduszności...
To bardzo ważne, żeby robić coś dla innych. Może się to wydawać paradoksalne, ale im bardziej jesteśmy przygnębieni i sfrustrowani, tym bardziej zainteresowanie się innymi poprawi nasze samopoczucie. Nie chodzi o to, żeby stać się Matką Teresą – starajmy się po prostu sprawić komuś przyjemność czy wyświadczyć przysługę, nie oczekując niczego w zamian.

Do szczęścia prowadzi także medytacja...
Od lat medytuję – świadoma medytacja to jeden z elementów wiodących do harmonii ze sobą samym i światem. Nie chodzi o godziny przebywania w samotności – wystarczy regularnie poświęcać na medytację kilka minut dziennie. Mogą to być trzy minuty spokoju, kiedy możemy głęboko oddychać, spacer ulicą, kiedy koncentrujemy się na przyjemnych odczuciach, czy smaczny posiłek. Służy temu także ćwiczenie, które nazwałem „ćwiczeniem wdzięczności” – wieczorem podziękujmy za wszystko, co przydarzyło się nam w ciągu dnia, i zadajmy sobie pytanie, komu to zawdzięczamy. Cieszmy się, że te osoby istnieją, że piekarz upiekł dobry chleb, że przyjaciele o nas myślą, że ktoś okazał nam sympatię. Że otaczają nas ludzie, którzy przynoszą nam radość.

A jeśli jest inaczej? Jeśli nasze otoczenie jest nieprzyjazne i toksyczne?
Psychologia pozytywna nie twierdzi, że zawsze można i trzeba być szczęśliwym. Mówi, że dobrze jest nim być, kiedy to możliwe, ale w życiu każdego człowieka istnieją etapy, na których przeżywa dramaty, spotykają go przeciwności losu. Naszym priorytetem nie jest wtedy szczęście, ale walka o przeżycie. Psychologia pozytywna nie głosi pasywności – jeśli w naszym otoczeniu znajduje się osoba toksyczna, możemy, oczywiście, próbować zrozumieć źródła jej patologicznych zachowań, ale nie znaczy to, że mamy się do niej przyjaźnie ustosunkowywać. Wręcz przeciwnie, należy się przed nią chronić. Psychologia pozytywna nie próbuje ukazać takiej osoby w pozytywnym świetle – chodzi o to, żeby po zakończeniu kontaktu negatywne przeżycia nie zatruły naszej psychiki. Myślmy o naszych źródłach energii i radości, nie tylko o problemach. Szersze spojrzenie na otaczający świat pozwala na większą relatywizację i chroni przed zgorzknieniem.

Problemy jednak nie znikają drogą psychologicznego wypierania.
Nie chodzi o maskowanie problemów, chodzi o to, żeby nie opanowały całej naszej mentalnej przestrzeni. Konkretny problem istnieje, ale istnieją też aspekty pozytywne. Jeszcze raz zaznaczam, że nie mówię tu o prawdziwych tragediach czy walce o przeżycie.

Pomówmy o relacjach w związkach – nigdy dotąd nie były one tak kruche. Czy to również rezultat niewłaściwego podejścia do problematyki szczęścia?
Kryzys związków wynika m.in. z tego, że za wiele od nich oczekujemy: nie możemy wymagać od naszego partnera, żeby był jednocześnie wspaniałym kochankiem, przyjacielem, terapeutą, bankierem i żebyśmy wciąż były w nim zakochane jak pierwszego dnia. Nie idealizujmy przesadnie życia w parze! Jeśli założymy, że wybraliśmy wartościową osobę, bardzo ważne jest regularne myślenie o jej zaletach, nawet jeśli widzimy w niej same wady. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy nie są stworzeni do życia razem, ale jestem przekonany, że wiele par można by uratować.

Naukowcy twierdzą, że odkryli gen szczęścia – słynny gen H5TT. Czy niektórzy ludzie rodzą się szczęśliwi?
Specyficzna forma tego genu jest odpowiedzialna za stres, inna wpływa na pozytywne nastawienie do życia. Powiedziałbym, że szczęście to raczej kwestia temperamentu niż genów, chociaż to prawda, że istnieją osoby bardziej zdolne do szczęścia niż inne. Ale na naturalne dyspozycje nakłada się historia rodziny i edukacja, nie mówiąc o kontekście kulturowym.

Często podkreśla pan, jak bardzo ważne jest smakowanie chwili. Czy nie prowadzi to jednak czasami do taktyki strusia chowającego głowę w piasek?
Życie chwilą nie oznacza wymazania przeszłości, pomaga za to uświadomić sobie wagę tego, co właśnie przeżywamy. Inaczej zapominamy żyć. Psychologia pozytywna mówi: mamy takie czy inne trudności, zastanówmy się, jak je rozwiązać, a następnie pójdźmy na spacer, zagrajmy w piłkę, pobawmy się z dziećmi. Inaczej nasze życie nie będzie interesujące. Ludzie mają na ogół możliwość bycia szczęśliwymi, są jednak tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć, ponieważ zostali uformowani przez takie czy inne doświadczenia. Czują się wypaleni, sfrustrowani, nie mają ochoty walczyć, odnajdują poczucie bezpieczeństwa w inercji i złym samopoczuciu. Po co szukać szczęścia, skoro depresja jest za progiem? – głosiło satyryczne hasło.

Szczęście byłoby więc bronią?
Jak najbardziej! Szczęście jest jak zbroja – chroni nas przed przeciwnościami losu. Jest także wielką siłą pomocną w walce z tragediami życia – bez niego nie bylibyśmy w stanie im sprostać.

Może nasze przekonanie o tym, że mamy prawo do szczęścia, przeszkadza nam w jego dostrzeżeniu?
Należy założyć, że szczęście w naszym życiu pojawia się i znika, że nigdy nie jest pewnikiem. Najtrudniej jest być szczęśliwym w dwóch sytuacjach: losowych dramatów i życiowej rutyny. W pierwszym przypadku psychologia pozytywna zaleca nam nie negować smutku i rozpaczy, tylko przeżyć okres żałoby i następnie zwrócić się ku życiu, w drugim – przypominać sobie regularnie, jak wielkie szczęście spotyka nas choćby z tego powodu, że nie toczy się wojna, że żyjemy w wolnych krajach, możemy podróżować, uczyć się, pracować... Wydaje nam się to oczywiste.

Zbudowanie własnego szczęścia nie jest możliwe bez szacunku dla siebie samego. Co zrobić, żeby go zachować?
Szacunku dla siebie uczymy się od wczesnego dzieciństwa. Zależy on od stosunków panujących w rodzinie, kultury otoczenia, rodzaju odebranej edukacji. W wiek dorosły wkraczamy z szeregiem automatyzmów i przekonań – jeśli nas nie szanowano, możemy zachowywać się aspołecznie, dezawuować się bądź przeciwnie – zbudować osobowość narcystyczną. Szacunek dla siebie samego rodzi się z sympatii – nasza własna osoba jest przyjacielem, którego pragniemy chronić przed złem i któremu życzymy jak najlepiej. Troska o samego siebie jest aktem odpowiedzialności cywilnej. Zrównoważone, zadowolone z siebie jednostki czynią świat lepszym. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem – jeśli jesteśmy szczęśliwi, dajemy szczęście innym. Należy jednak uważać, bowiem w naszej epoce wpadliśmy w pułapkę rozbuchanego indywidualizmu. Musimy być bardzo czujni i jednocześnie strzec się przed myśleniem schematami – to nieprawda na przykład, że trzeba brać udział w wyścigu szczurów i że wszyscy ludzie są źli...

Nasze społeczeństwo charakteryzuje ciągła pogoń za młodością i lęk przed śmiercią. Pan głosi zdumiewająco pogodną wizję własnego odejścia.
Szczęście pozwala nam oswoić strach przed śmiercią. Jeśli skoncentrujemy się tylko na naszej śmiertelności, życie wyda się absurdalne. Jaką postawę powinniśmy zająć? Ubolewać nad nicością egzystencji czy też korzystać z każdego dnia? Odpowiedź wydaje mi się oczywista: smakujmy każdą chwilę i nie zamartwiajmy się tym, co nas czeka. I tak najczęściej nie mamy na to wpływu. Bądźmy szczęśliwi i wielkoduszni. Szczęście może naprawdę czynić cuda – tu i teraz.

Christophe André psychiatra i psycholog, ojciec francuskiej szkoły psychologii pozytywnej i terapii behawioralnych, do których jako jeden z pierwszych wprowadził techniki medytacji. Specjalizuje się w leczeniu stanów lękowych i depresyjnych. Jest autorem wielu książek, m.in. „Niedoskonali, wolni i szczęśliwi”, „Medytacja dzień po dniu”, "Życie wewnętrzne". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wymykaj się lękowi, żyj swoim życiem i celebruj pozytywy

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Lęk dotyczy problemów. Może wiązać się z przeszłością, teraźniejszością lub przyszłością, ale zawsze polega na zamartwianiu się tym, co w życiu idzie nam nie tak. To koleina, w której brniemy. Możesz się z niej wydostać, jeśli odnajdziesz w życiu rzeczy, które osłabiają lęk, i nauczysz się je celebrować.

W tym celu musisz przenieść uwagę z sytuacji wywołujących lęk na pozytywne aspekty twojej codzienności. Dostrzeganie pozytywów lub przyjemnych, wolnych od lęku myśli to ważny pierwszy krok na tej drodze. Pomaga nam od nowa nauczyć się myśleć i czuć. Doskonałym sposobem jest tworzenie listy lub kolekcji przedmiotów, które nie wzbudzają w tobie lęku. Mogą to być konkretne osoby lub sytuacje albo czynności, na przykład porządkowanie w szufladach, czytanie czy jogging. Zapisując je, zyskujesz materialne narzędzie, które pomaga ci przypomnieć sobie to, co dobre. Ponieważ jednak lęk bywa w nas silnie zakorzeniony, trudno może być go wyeliminować samym pisaniem. Zwykle trzeba dodać do tego celebrowanie.

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. To pomaga nam uwierzyć w dobro i nie stracić go z oczu. Choć nasz mózg charakteryzuje się negatywnym nastawieniem, ma też ośrodek samonagradzania, który zachęca nas do koncentrowania się na pozytywach. Kiedy zrobimy coś, nawet małą rzecz, żeby uczcić przyjemne aspekty życia, mózg aktywuje wydzielanie dopaminy, potężnego hormonu szczęścia, która zwalcza hormony stresu i lęku, m.in. kortyzol. Doświadczamy przypływu szczęścia i energii, które zaczynają przeganiać lęk.

Celebrowanie może mieć wiele najróżniejszych form. Wypróbuj podane sposoby lub wymyśl coś własnego.

  • Brodzenie po kałużach.
  • Zjedzenie zdrowej przekąski.
  • Podskoki.
  • Gra w klasy.
  • Rysowanie kredą.
  • Czytanie.
  • Delektowanie się kawą lub herbatą.
  • Śpiew.
  • Zabawa ze zwierzątkiem domowym.
  • Wycieczka na łono natury.
Celebrowanie tego, co w życiu pozytywne, zmniejsza lęk i daje nam poczucie lekkości, zadowolenia i spokoju psychicznego.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Wzór na szczęście według Martina Seligmana

Co wpływa na nasze szczęście? Jakie czynniki są kluczowe? (fot. iStock)
Co wpływa na nasze szczęście? Jakie czynniki są kluczowe? (fot. iStock)
Czym jest szczęście? Od wieków myśliciele i mędrcy Wschodu i Zachodu zgłębiali definicje eudajmonii, dzieląc się radami pod tytułem: jak żyć, aby być szczęśliwym? Dzisiaj temat jest równie aktualny jak wieki temu.

Amerykański psycholog, ojciec psychologii pozytywnej Martin Seligman, na kanwie swoich badań i bogatego doświadczenia, stworzył formułę szczęścia, którą można zdefiniować według następującego wzoru: S = U + O + W. - Co znaczą te skróty?

"S" to stały poziom odczuwanego szczęścia
, który łatwo zmierzyć, zgodnie z zaleceniami autora, za pomocą skali szczęścia ogólnego Sonji Lubomirsky.

"U" to ustalony zakres emocji pozytywnych
, częściowo zdeterminowany przez geny, częściowo zależny od nas samych. Naukowiec zauważa, że każdy z nas ma ustalony zakres emocji pozytywnych i negatywnych. W praktyce znaczy to tyle, że niektórzy mają większe wrodzone skłonności do pesymizmu czy optymizmu. Połowa to geny a druga połowa zależy od nas samych. Seligmanowskie „U" szczęścia posiada „Sternika”, który kieruje nas w stronę smutku lub szczęścia i jest dziedziczony. Z kolei tak zwany „termostat szczęścia”, niczym rachunek sumienia, sprowadza nas na ziemię, gdy jest nam za dobrze i wyciąga z kłopotów, gdy zdarzy się nieszczęście.

"O" to okoliczności twojego życia
i tzw. hedoniczny kołowrót, który sprawia, że ludzie szybko przyzwyczajają się do rzeczy dobrych, uważając, że im się należą. Większy wpływ na odczuwany poziom szczęścia mają okoliczności zależne od nas samych: małżeństwo czy przyjaciele aniżeli te, które są poza naszą kontrolą lub mamy na nie mały wpływ: zdrowie, klimat, pieniądze, rasa czy płeć. Wyniki badań prowadzonych przez Seligmana pokazują, że w różnych miejscach na świecie okoliczności zewnętrze determinują poczucie szczęścia tylko w 8- 15%.

"W" to czynniki znajdujące się pod kontrolą twojej woli (odwaga, wiedza, umiarkowanie). - I to jest najważniejsze zagadnienie w formule szczęścia, jak i w psychologii pozytywnej.
Zmiana tych czynników może przyczynić się do trwałej poprawy samopoczucia, ale wymaga dużo motywacji, własnej pracy i wewnętrznej samodyscypliny.

Co podnosi, a co obniża poziom szczęścia?

Pieniądze? - W ubogich krajach, gdzie nędza nie pozwala ludziom na zaspokojenie podstawowych potrzeb, pieniądze jak najbardziej podnoszą poziom szczęścia; w krajach zamożnych pieniądze nie mają już takiego znaczenia - podaje Seligman.

Małżeństwo/związki partnerskie? -
Tak, silnie korelują z poczuciem szczęścia. Miłość i szczęście w jednym stoją rzędzie.

Przyjaciele, znajomi i bliscy? -
Ich liczba charakteryzuje ludzi szczęśliwych, a im więcej kontaktów towarzyskich, tym wyższy poziom szczęścia.

Zdrowie? -
Tu niespodzianka, bo zdrowie ma słaby związek ze szczęściem, ale już choroba - poważna i długotrwała - obniża zadowolenia z życia. Nie oznacza to, że w konsekwencji musi prowadzić do głębokiej depresji czy nadmiernego pesymizmu, ale może obniżyć poczucie szczęścia, a co za tym idzie - jakość życia.

Religia? -
Daje nadzieję i sens życia, stąd wpływa na wyższy poziom szczęścia. Niezależnie od wyznania, ta nadzieja to rodzaj szansy i perspektywy na lepsze jutro.

Inteligencjawykształcenie? -
Wbrew oczekiwaniom, nie wpływa na poczucie szczęścia, przynajmniej w stopniu silnym.

Rasa i płeć
także nie korelują z poczuciem szczęścia.

Klimat? -
kolejna niespodzianka. Okazuje się, że nie ma znaczenia! I tak oto Finlandia (a za nią Dania, Szwajcaria, Islandia i Norwegia) to w rankingach 2020 najszczęśliwszy kraj w Europie, a przecież tak daleko im do klimatu gorącej Hiszpanii.

Badania ojca psychologii pozytywnej z pewnością nie kończą i nie wyczerpują definicji szczęścia, ale mogą skłonić do refleksji nad tematem jakości życia. Jeśli jednak kogoś to nie przekonuje, możemy skorzystać z innych koncepcji, choćby Alberta Einsteina, który matematycznym wzorem i ciętym językiem określił szczęście jako:

a (szczęście) = x + y + z, gdzie "x" – to praca, "y" – rozrywki, a "z" – umiejętność trzymania języka za zębami.

Anna Kasica Bogucka: psycholożka, autorka licznych publikacji o tematyce rozwojowej.

  1. Psychologia

Nie bój się szczęścia

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Czy sugerujesz, że boimy się szczęścia?! – spytacie. Ja nie sugeruję. Ja to wiem. Tak jak już dawno temu wiedział Adam Asnyk, autor tego wdzięczno-gorzkiego wierszyka:

Siedzi jamnik na drzewie I ludziom się dziwuje: Czemu żaden z nich nie wie, Gdzie się szczęście znajduje?

Wielu myślicieli twierdzi, że człowiek wręcz nie chce być szczęśliwy. Jak to jest, przecież większość deklaruje, że chce. Świadomie tak, ale nieświadomie albo w szczęście nie wierzy, albo się go boi. Jeśli za długo jest dobrze, zaczynam się zastanawiać, kiedy i jak się zepsuje: bo to niemożliwe, bo na to nie zasługuję, bo trzeba będzie za to drogo zapłacić, bo inni będą mi zazdrościć, bo lepiej się nie przyzwyczajać (właściwe podkreślić). Dla poczucia kontroli lepiej już ten niebezpieczny spokój samemu zburzyć. Żeby już się stało. A potem znów pomarzyć sobie o szczęściu. Czy więc nie ma szczęśliwych ludzi? Są. Ale przyznaje się garstka.

„Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem – usłyszałam od pogodnego, ciepłego mężczyzny. – Robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą. Mam gdzie mieszkać. Jestem sam, ale to odpoczynek po pracy pełnej ludzi. Lubią mnie ci, dla których pracuję. Zarabiam tyle, ile mi wystarcza. Ale nie mów moim kolegom z pracy, że ci powiedziałem, że jestem szczęśliwy. Oni mnie nie znoszą. Oni niczego nie lubią, na wszystko narzekają. Zatruliby mi życie”.

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? Wszyscy znamy stany, które nazywamy szczęściem: kiedy mija ból, fizyczny lub psychiczny. Kiedy znaleźliśmy dobrą pracę, wygraliśmy pieniądze, dostaliśmy spadek, ktoś nas pochwalił itp. Kiedy się zakochamy z wzajemnością. Jest takie śliczne powiedzenie: „Szczęście ty moje”, do ukochanej osoby lub do dziecka…

Mówimy też: jakie to szczęście, że złamałam lewą rękę, a nie prawą (praworęczni), że mama umarła spokojnie i nagle, a nie w długich męczarniach… To tak zwane szczęście w nieszczęściu. W pierwszych latach mojej pracy terapeutycznej oddałam jej się tak bardzo, aż się poważnie rozchorowałam. Gdy już na nic nie miałam sił, poczułam, jak to dobrze, że przyszła ta choroba, bo inaczej bym się wykończyła. Wtedy odkryłam parę wspaniałych paradoksów. Choroba może być ratunkiem, istotnym sygnałem. Mogę jednocześnie cieszyć się, że coś minęło i że było. Mogę jednocześnie gratulować sobie takiego oddania pracy, gdyż wiele się nauczyłam, dowiedziałam się od samej siebie, jak jest ona dla mnie ważna, a jednocześnie jak uchronić się przed przeciążeniem na przyszłość, nie tracąc radości i entuzjazmu. Odkryłam, jak nierozerwalnie wszystko się ze sobą w życiu łączy. Jak nie ma lewej strony bez prawej, jasnej bez ciemnej. I, co istotne, że ciemna nie jest właściwie ciemna. Że tyle przynosi darów.

Są ludzie, którzy gardzą szczęściem. Nawet jego pojęciem. Określają je jako infantylną potrzebę, płytką emocjonalność, ucieczkę od prawdziwego życia i zupełnie durną antyintelektualną postawę. Lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowoloną świnią – twierdzą. Na studiach filozoficznych zajmowałam się przede wszystkim etyką. Niepokoiło mnie długo to zdanie. Dziś nie mam wątpliwości: zarówno wiecznie niezadowolony, jak i wiecznie zadowolony Sokrates (jak każdy z nas) ma, co najmniej, tendencje do sztywności. Pełny człowiek zna wszystkie możliwe ludzkie stany. I nic do tego nie ma inteligentne, lubiące czystość stworzenie, jakim jest świnia.

Dziś mogę powiedzieć, że ci „myśliciele” to ludzie NIESZCZĘŚNI. Używają wiedzy i inteligencji do podtrzymania epidemii poczucia niskiej wartości przy jednocześnie wielkiej ambicji nadwartości, na którą choruje ludzkość. Są szkodliwi dla siebie i innych. Wierzą im ci, którzy jeszcze nie wierzą sobie i nie wiedzą, że to możliwe...

Mimo to szczęście się trzyma. Tych, którzy się go świadomie uczą, tych, którzy je szanują i nie mylą z ciągłym przeżywaniem przyjemności. Tych, którzy siebie nie zostawiają, gdy jest trudno. Niektórzy twierdzą, że szczęście tylko BYWA. Bardzo chcę wam przekazać, że JEST, bo to po prostu przeżywanie własnego życia. I szczęściem jest pisać do was.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Fikcyjny męski świat - jakiego szczęścia szukają mężczyźni?

Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Jeśli marzenia przesłaniają radość z realnego życia, to jest sytuacja alarmująca. Toniemy w fikcji. Oddajemy władzę nad sobą. Tego my, mężczyźni, nie lubimy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On mówi, że najbardziej marzy o podróży dookoła świata albo o spędzeniu roku w Aśramie, albo o żeglowaniu po morzach i oceanach. Ona słucha i nie może w to uwierzyć…
Coraz więcej takich par przychodzi po pomoc. Marzyli o wspólnym życiu, często coś już razem zbudowali, mają dzieci, mieszkanie na kredyt, pracują, starają się, a tu nagle mężczyzna tęskni za rajem gdzieś indziej, nie wiadomo gdzie, w każdym razie nie tutaj, nie w tych warunkach. To jest gra w „gdyby nie wy”; gdyby nie te czasy, rodzina, praca, obowiązki, gdyby nie ten kraj, klimat, okoliczności, moje życie byłoby cudowne!

Gdyby nie ta kobieta…
Tak, wszystko jest nieodpowiednie – krajem rządzą idioci, szef i współpracownicy to banda przygłupów. Klimat niesprzyjający. A rodzina? Ci mężczyźni często mówią: „Tylko obowiązek mnie trzyma. Ale tak w ogóle to przegrałem życie”. Albo: „Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądało, trzy razy bym się zastanowił, zanim założyłbym rodzinę”. Mówią to w obecności swoich kobiet, partnerek. Fatalnie! Jak te kobiety mogą się czuć? „Szczęście dla niego jest gdzieś poza mną, poza naszą rodziną”. To rodzi ogromny smutek, cierpienie.

Kobiety biorą odpowiedzialność na siebie: „A więc nie jestem dla niego wystarczająco dobra, ze mną nie może być szczęśliwy”. Czy mężczyźni o tym wiedzą?
Tak, często zapewniają: „To nie ma z tobą nic wspólnego”. W gabinecie psychoterapeuty kobiety płaczą, nie wierzą w te zapewnienia.

Przed czym on ucieka?
Powiedzieć, że przed prawdziwym życiem, to byłoby zbyt trywialne. Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam, w tej fikcji, żyje. O takich właśnie zagrożeniach związanych z ucieczką w świat fikcji traktuje amerykański serial „Czarne lustro”. W pierwszym odcinku nowej serii programista tworzy zaawansowaną grę komputerową. W tej wirtualnej rzeczywistości gra główną rolę. Bardzo szybko staje się ofiarą własnej gry, ponieważ nie może z niej wyjść. Film jest dobrą metaforą, jak łatwo utknąć w wewnętrznej grze umysłu, ponieważ wydaje się taka realistyczna, prawdziwa. Ci mężczyźni, którzy tworzą fikcyjne, idealne światy, mają tendencję do zamykania się w nich, a w końcu pogrążania.

W jaki sposób?
Mężczyznę tak pochłania jego własna wirtualna rzeczywistość, że nie widzi dziecka, które przychodzi i chce na przykład wyciągnąć tatę na spacer. Mówi do dziecka: „Idź z mamą”. Albo synek pokazuje rysunek, ale ojciec jest psychicznie nieobecny, nie odwzajemnia potrzeby kontaktu dziecka, docenienia, miłości.

Słyszę, że coraz więcej młodych mężczyzn marzy o długim odosobnieniu, najlepiej w klasztorze w górach. To także forma ucieczki?
Po powrocie może się okazać, że czujemy się zagubieni, oderwani od realiów. Dlatego wielu współczesnych mistrzów zaleca raczej kilkudniowe odosobnienia i codzienną praktykę jako dużo bardziej użyteczne sposoby wzmacniania motywacji do życia. Dosyć powszechną formą ucieczki jest też funkcjonowanie od urlopu do urlopu albo od weekendu do weekendu.

Pół roku intensywnej pracy w napięciu i stresie po to, aby wyjechać na dwa tygodnie do raju?
A potem okazuje się, że raj wcale nie jest rajem – bo brak, który mamy w sobie, rzutujemy na wszystko wokół; wszystko wydaje się nie takie. Szczęście jest za horyzontem, a horyzont, gdy idziemy w jego kierunku, stale się oddala. Przez pięć dni się mordujemy, w weekend imprezujemy, potem leczymy kaca, a szczęścia i ulgi dalej nie ma.

Nie sposób odpocząć?
Wyjazdy wakacyjne na deskę czy na narty przestają być zdrową formą dbania o siebie, ładowania akumulatorów. Stają się celem samym w sobie, pogonią za czymś, co nieosiągalne. Nam, mężczyznom, brakuje odpowiedniej filozofii życia, wspierającego podejścia do tego, co się wydarza. Filozofia stoików i taoistów byłaby tu bardzo użyteczna. Taoiści mówili, że mędrzec poznaje świat, nie ruszając się z miejsca. Mędrzec to nie starzec z siwą brodą, ale ten, kto odkrył, zrozumiał bezpośrednią ścieżkę do wewnętrznej wolności i szczęścia – ten ktoś może mieć 30 lat. Umie cieszyć się życiem tak mocno jak się da. Uświadomienie sobie, że nie mamy innego życia oprócz tego, które mamy, może być bardzo otrzeźwiające. Skoro tak, bierzemy, co jest!

Szczęście jest stanem wewnętrznym, który zależy od nas. Jak miałoby to wyglądać w praktyce?
Szczęście to sposób percepcji. Wielu mężczyzn zgłasza na przykład wielkie zmęczenie kłótniami polityków, podziałami w rodzinach. Najlepsze, co możemy zrobić, to widzieć, co się dzieje – tak, kłócą się, plotą głupoty – a jednocześnie pytać siebie, czego uczę się z tych obserwacji, jak mogę się do nich odnieść, na co mam wpływ, co zależy ode mnie. Łatwo zauważyć, czego nie chcemy. Czego więc chcemy? Stoicy zwracali uwagę, abyśmy koncentrowali się na tym, co zależy od nas, i podejmowali kroki kształtujące życie w zgodzie z naszymi wartościami. Wyjściowe założenie, że nie mogę żyć tak, jak chcę, ponieważ przeszkadzają mi w tym rodzina, rząd, kraj, ustrój, warunki, jest – już na starcie – pozbawianiem siebie możliwości rozwoju, sprawczości i spełnienia. Oddajemy władzę nad sobą czemuś poza nami. Nieprzyjemne uczucie. Wzmacnia izolację, stany depresyjne, poczucie przegranej, frustrację. Jednak otwarcie na radość wcale nie jest proste. Wywraca świat do góry nogami, a kto to lubi.

W jakim sensie?
Gdy pielęgnujemy przekonanie, że tu jest syf, a gdzieś jest raj (tylko nas tam nie ma), świat wydaje się uporządkowany; wiadomo, czego się trzymać, są ustalone, niepodważalne punkty odniesienia. Teoretycznie wiemy już, że możemy otworzyć się na przeżywanie i doświadczanie radości. Nie możemy jednak tego zrobić, ponieważ jesteśmy uzależnieni od swojego nieszczęścia. Nie w sensie mentalnym – intencjonalnie przecież każdy chce być szczęśliwy. Trudno zmienić wewnętrzny stan, ponieważ utrwalił się w naszych ciałach, w neurologii, w nawykach. Jeśli zaczynamy i kończymy dzień tak samo – z tymi samymi myślami, powtarzanymi przez lata opiniami o świecie, o życiu – wtedy wytwarzamy w sobie identyczne jak dotąd stany psychiczne i emocjonalne. Te stany z kolei sprawiają, że działamy ciągle tak samo, toniemy w nawykowych zachowaniach.

Co może być skutecznym sposobem zmiany?
Tworzenie nowych, zdrowych nawyków. Choćbyśmy sobie w kółko powtarzali: „Niechby się wreszcie coś zmieniło”, nic się nie zmienia, ponieważ ciągle produkujemy tę samą chemię w mózgu i w ciele, która podtrzymuje znany nam stan. Czasem zdarza się coś wstrząsającego, nierzadko dramatycznego, co wybija z rytmu życia i wymusza zmianę. Nie warto jednak na to czekać.

W jaki sposób mężczyzna może zacząć tworzyć nowe, zdrowe nawyki?
Od zrobienia czegoś inaczej – poeksperymentowania, choćby na początku z ciekawości i dla zabawy. Na przykład zamiast porannej kawy pijemy herbatę albo sok owocowy. Zamiast przeglądania codziennej prasy idziemy na spacer, słuchamy muzyki. Dostarczamy sobie pozytywnych bodźców. Na naszą neurobiologię wspaniale działa na przykład kontakt z pięknem, ze sztuką. Wiele dzieł sztuki, obrazów, na które być może nie byłoby nas stać, możemy obejrzeć w Internecie. Chodzenie nago po mieszkaniu i wykonywanie zwykłych czynności, takich jak gotowanie czy sprzątanie, może generować zmianę w neurobiologii, ponieważ przełamuje rutynę. Po prostu od czasu do czasu zróbmy coś innego niż do tej pory. Jeśli lubimy samotność, zaprośmy do siebie znajomych. Jeśli dużo imprezujemy, pobądźmy w samotności. Przełamując stereotypowe zachowania, przebudowujemy sieci neurologiczne w mózgu. My, mężczyźni, lubimy spektakularne zmiany. Tymczasem wielką różnicę czynią małe, codzienne wybory, zmiana nawyków, wspierające interpretacje tego, co się dzieje. Jest jeszcze jeden aspekt naszego tematu: mężczyznom trudno docenić to, czym w istocie gardzą.

„Mam się cieszyć tym przegranym życiem?”.
To, oczywiście, trudne do przyjęcia. Dlatego dobrze zacząć od obserwowania uczucia pogardy – do kraju, warunków, obowiązków. Gdy zaczynamy przyglądać się, czym pogarda jest, z czego wynika, do czego prowadzi, czym owocuje, być może uznamy, że nie chcemy już tego doświadczać. Że to od nas zależy, jak przeżywamy życie. Że w naszej mocy jest odzyskać władzę nad sobą, ten męski raj.

  1. Psychologia

W jaki sposób przybliżyć do siebie szczęście?

Tak zwany fart nie jest zasługą wyjątkowo korzystnego układu gwiazd w chwili narodzin, tylko wynikiem posiadania konkretnych umiejętności związanych z tworzeniem sprzyjających okoliczności, dostrzeganiem nowych szans i ich wykorzystywaniem. (Fot. iStock)
Tak zwany fart nie jest zasługą wyjątkowo korzystnego układu gwiazd w chwili narodzin, tylko wynikiem posiadania konkretnych umiejętności związanych z tworzeniem sprzyjających okoliczności, dostrzeganiem nowych szans i ich wykorzystywaniem. (Fot. iStock)
Szczęściarze są wśród nas? Nie! Szczęściarze to my! Oto krótki przepis na szczęśliwy zbieg okoliczności.

Wychodzą po bułki i poznają miłość swego życia. Na imieninach u krewnych dostają propozycję pracy. Od taksówkarza dowiadują się o możliwości kupna dobrego samochodu po okazyjnej cenie. Na Facebooku odnajduje ich – ni stąd, ni zowąd – dawna znajoma i zaprasza na wakacje do swego domu pod Paryżem... Czy to znaczy, że są na tym świecie farciarze, którym trafia się więcej szczęśliwych zbiegów okoliczności niż innym? Tak. Rzeczywiście wybrańcy są wśród nas. Tyle że ten ich tzw. fart nie jest zasługą wyjątkowo korzystnego układu gwiazd w chwili ich narodzin, tylko wynikiem posiadania konkretnych umiejętności związanych z tworzeniem sprzyjających okoliczności, dostrzeganiem nowych szans i ich wykorzystywaniem. Poniżej przedstawiamy cztery sprawdzone naukowo sposoby na… przywołanie szczęścia. Spróbujcie.

1. Zrób coś nowego, cokolwiek

„Definicją szaleństwa jest robienie ciągle tego samego i oczekiwanie za każdym razem innego rezultatu” – powiedział Einstein. Jeśli zatem czekamy na nową szansę, nie możemy oddawać się wciąż tym samym, sprawdzonym aktywnościom, w znanych miejscach, wśród starych znajomych.

– To może być naprawdę mała zmiana. Ona pociągnie za sobą lawinę innych – tłumaczy psycholog i coach Katarzyna Kuciel. – Zdarza się, jak to było w przypadku jednej z moich klientek, że nawet zmiana drogi do pracy może stać się początkiem wielu zdarzeń, których rezultatem są np. lepsze kontakty z ludźmi i nowe znajomości.

W takiej zmianie drogi do pracy nowa jest przecież nie tylko sama trasa, ale zmienia się także jej otoczenie, chociażby ogłoszenia na mijanych po drodze słupach. Również godzina przybycia na miejsce jest inna, a w związku z tym w drzwiach wejściowych spotykamy nowych ludzi... W każdej z tych drobnych zmian może skrywać się jakaś szansa. Podejmując inną niż zazwyczaj decyzję, w prosty sposób zwiększamy prawdopodobieństwo, że trafi nam się okazja spotkania z nową jakością. Ale to nie wszystko. Zwiększamy prawdopodobieństwo, że tę okazję dostrzeżemy, bowiem sprawimy, że nie nie dojdzie do zjawiska habituacji, czyli zobojętnienia na bodźce.

Jeśli całymi dniami słyszysz przejeżdżające pociągi, bo mieszkasz w pobliżu torów, to z czasem masz wrażenie, że pociągi jeżdżą rzadziej i ciszej, a potem przestajesz je nawet zauważać. Podobnie jest z codzienną trasą do pracy. Pokonujemy ją automatycznie i nie spostrzegamy tego, co dzieje się po drodze. Jest więc duże prawdopodobieństwo, że billboard z reklamą ciekawej inwestycji mieszkaniowej zwyczajnie umknie naszej uwadze. Ten sam billboard na nowej trasie będzie trudniejszy do przeoczenia.

2. Oderwij się od planu

Przy stole siedzą mężczyzna i kobieta. Ona uważa, że ma pecha. On wręcza jej gazetę i prosi o przeliczenie zdjęć. Kobieta posłusznie wykonuje zadanie. Po przejrzeniu całej gazety podaje wynik. Poproszona o to samo inna kobieta (tym razem taka, która uważa, że los jej sprzyja) przerywa po przejrzeniu zaledwie kilku stron tej samej (!) gazety. Dostrzega bowiem dużą na pół strony informację: „Przestań liczyć. W tej gazecie są 52 fotografie”. Opisany eksperyment można zobaczyć na You Tube. Mężczyzna to prof. Richard Wiseman z University of Hertfordshire. Brytyjski psycholog przebadał 400 osób, które uważały siebie za „pechowców” lub „szczęściarzy”, a potem wyodrębnił listę cech i umiejętności, które sprawiają, że niektórzy mają w życiu szczęście. Kobiety, które przeglądały gazetę, to uczestniczki eksperymentu Wisemana. Swoim zachowaniem potwierdziły między innymi, że osoby, które są bardziej zrelaksowane, rozluźnione i patrzą na świat z szerszej perspektywy, mają w życiu więcej szczęścia, bo... potrafią je dostrzec.

– Doświadczenie z gazetą świetnie dowodzi, że przed rozpoczęciem wędrówki do celu warto mieć ogólny plan, ale nie przygotowywać szczegółowej ścieżki dostępu – mówi Katarzyna Kuciel. – Planując trzeba mieć świadomość, że po kilku krokach nasza perspektywa się zmieni. Ci, którzy są otwarci, elastyczni i gotowi na modyfikację, wygrywają.

 
O tym, że należy raz na jakiś czas oderwać się od realizowanego zadania, żeby dostrzec nową możliwość, świadczy też tzw. efekt „aha!”. Dowiedziono, że moment olśnienia pojawia się najczęściej wtedy, gdy po wytężonej pracy robimy sobie przerwę, po czym znów wracamy do zadania.

3. Uwierz w swoje szczęście

Osoby, które uważają, że są w czepku urodzone, spodziewają się korzystnych zbiegów okoliczności, wypatrują ich i wykazują większą determinację w drodze do celu. W innym doświadczeniu prof. Wisemana uczestniczki zawzięcie próbują rozwiązać łamigłówkę, bo są przekonane, że wylosowały tę, która na szczęście ma rozwiązanie. Pechowcy natomiast szybko porzucają zadanie, bo są pewni, że trafiła im się łamigłówka, której nie da się rozwiązać. Przekonanie, że cel istnieje, sprawia, że uparcie go szukamy i w końcu rzeczywiście do niego docieramy.

Paul Arden, nieżyjący już dyrektor kreatywny agencji Satchi&Satchi radził: „Nie szukaj następnej okazji. To, co masz w rękach, to właśnie twoja okazja”. Przekonuje, że zbyt często zadania, które mamy przed sobą, oceniamy jako nudne i pozbawione potencjału. Czekamy na inne, które pozwolą nam odnieść sukces, wykazać się i zdobyć lepszą pozycję zawodową. Arden uważał, że to błąd, bo powinniśmy szukać w tym, co mamy. Jego życiorys zawodowy i opinia „geniusza kreatywności” wskazują na to, że wiedział, co mówi.

– Najtrudniej uwierzyć, że szansa jest w zasięgu wzroku tym osobom, które sądzą, że na szczęście nie zasługują. Że los powinien sprzyjać innym – w ich opinii mądrzejszym, zdolniejszym i piękniejszym – mówi Katarzyna Kuciel. – Nawet jeśli uda im się dostrzec jakąś okazję, ich wewnętrzny sabotażysta zrobi wszystko, żeby z niej nie skorzystały. Pojawią się charakterystyczne wymówki: „tak, wiem, że to ogłoszenie było dla mnie, ale nie miałam czasu na nie odpowiedzieć”. Dlaczego tak się dzieje? Między innymi dlatego, że wykorzystanie szansy mogłoby zburzyć bardzo wygodną teorię: „mnie to zawsze wiatr wieje w oczy”. A ludzie nie lubią zmieniać przekonań. I jeszcze jedno…

– Kiedy jesteśmy pochłonięci realizacją jakiegoś krótkoterminowego celu, świat nie czeka aż skończymy, by coś ciekawego nam zaproponować. On sypie propozycjami przez cały czas, więc warto mieć rękę na pulsie – mówi Katarzyna Kuciel.

4. Doceń innych

Nowe szanse zawsze niosą ze sobą ludzie. Szkopuł w tym, czy naprawdę wierzymy, że przyjaciele, krewni, znajomi, a nawet nieznajomi wnoszą w nasze życie coś dobrego. Jeśli mamy takie przekonanie, to świat należy do nas. I odwrotnie. Jeśli podejrzewamy ich o wszystko, co najgorsze, to też częściej będą pokazywać nam swoją gorszą stronę. Odpowiada za to zjawisko potwierdzenia zachowaniem.

Badacze Mark Snyder, Elisabeth Tanke i Ellen Berscheid z University of Minnesota przeprowadzili eksperyment: mężczyźni rozmawiali przez telefon z nieznaną im kobietą. Przed rozmową mogli zobaczyć jej zdjęcie. Okazało się, że podświadomie oczekiwali, że kobiety, które uznali za ładne, będą cieplejsze i milsze w rozmowie, niż te ocenione przez nich jako nieatrakcyjne. W rzeczywistości sami, nieświadomie, prowadzili z ładniejszymi kobietami rozmowę w taki sposób, że te stawały się bardziej sympatyczne.

Jeśli więc chcesz, żeby znajomi wnieśli w twoje życie nowe możliwości, daj im szansę. Po prostu uwierz, że potrafią to zrobić. A kiedy nieoczekiwanie zaproponują: „wybierzmy się dziś na koncert”– daj się namówić. Nawet jeśli właśnie dopadł cię nawał pracy, to przynajmniej sprawdź, czy zaległości nie da się nadrobić jutro. I zadaj sobie pytanie: „czy mój sprzeciw nie wynika jedynie z tego, że nie chce mi się zmieniać swoich planów?”.

Katarzyna Kuciel psycholog i coach, założycielka Akademii Rozwoju Przywództwa w Warszawie.