1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy potrafisz sobie współczuć?

Czy potrafisz sobie współczuć?

Umiejętność  współczucia wobec siebie to klucz do lepszego życia. (fot. iStock)
Umiejętność współczucia wobec siebie to klucz do lepszego życia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Być dla siebie czułym, wybaczającym, nieoceniającym, empatycznym. Pozwalać sobie na najróżniejsze emocje, nawet jeśli są one społecznie nieakceptowane. Egocentryzm? Wręcz odwrotnie. Zdaniem profesor Ireny Dzwonkowskiej postawa współczucia wobec samego siebie pozwala czuć się lepiej i być lepszym też dla innych. Jak ją praktykować?

„Współczucie wobec samego siebie?! Co to za nowa filozofia! W życiu trzeba być silnym, a nie użalać się nad sobą” – usłyszałam dzisiaj od pewnej osoby.
Rzeczywiście jest problem w rozumieniu „współczucia wobec samego siebie”, szczególnie że w psychologii zachodniej to jest stosunkowo nowe pojęcie. Pierwsza praca na ten temat opublikowana została przez profesor Kristin Neff w 2003 roku w Stanach Zjednoczonych. Kristin Neff, prekursorka współczującego podejścia do siebie, wyraźnie zaznaczyła, że nie ma ono nic wspólnego z użalaniem się nad sobą, choć w potocznym rozumieniu bardzo często ludzie nie widzą różnicy. Doświadczyłam tego sama, gdy kilka lat temu zaczęłam zajmować się tym zjawiskiem. „Jak to jest możliwe, żeby współczuć samemu sobie? To znaczy co? Użalać się nad sobą?”, pytano mnie. Mówiłam, że absolutnie nie. Użalanie się nad sobą w psychologii amerykańskiej nazywane jest self-pity, gdy współczucie wobec siebie self-compassion. Gdy ludzie użalają się nad sobą, to mają – zresztą jak sam termin wskazuje – żal do samych siebie, skłonność do przeżywania innych negatywnych uczuć, takich jak poczucie winy, wstyd. A ponieważ ich psychika broni się przed taką ilością negatywnych uczuć, włączają się różnego rodzaju mechanizmy obronne polegające na przenoszeniu tych emocji – obwiniania innych, że im się wiedzie źle. „To przez szefa zawaliłam projekt, to przez męża, ojca mam nieszczęśliwe małżeństwo”. Ludzie użalający się nad sobą kiepsko czują się wówczas, kiedy innym wiedzie się dobrze, ponieważ mają bardzo dużą skłonność do porównywania się z otoczeniem.

Myślę, że wielu ludzi  porównuje się z innymi. Tego nas zresztą w dzieciństwie uczono: „Zobacz, ona się tak świetnie uczy, taka jest porządna, bierz z niej przykład”. Rodzice bardzo często porównują też rodzeństwo.
Oczywiście, to jest bardzo mocny przekaz nie tylko w domach rodzinnych, ale też w szkole. Porównania, rankingi ocen. To jest pewien utarty styl oddziaływania na dzieci, często bez głębszego rozumienia, jak to wpływa na psychikę, na rozwój osobowości. A wpływa bardzo źle, co dokładnie pokazują też badania nad współczuciem do samego siebie. Potem z tych dzieci ocenianych, porównywanych wyrastają dorośli, którzy dążą do porównywania się z innymi i rywalizacji. Do tego, by mieć więcej, bardziej, lepiej, po to, żeby dobrze wypadać na tle innych. Kiedy się to nie udaje, wpadają w spiralę samooskarżania, wciąż porównują się z innymi i czują się marnie na ich tle. Tę drugą osobę postrzega się jako kompletnie inną, nie zauważa się wspólnoty losu. Tego, że ona najprawdopodobniej wcześniej też wiele w życiu przeszła, cierpiała. Użalający się widzi tylko siebie, swoje niepowodzenia i wyolbrzymia je na tle pozytywnych cech tej drugiej osoby. W związku z tym cieszy się, kiedy bliźniemu dzieje się źle, bo wtedy jego samoocena rośnie. Osoba litująca się nad sobą myśli: „Jeśli moją koleżankę rzucił mąż i ona cierpi, to na tle jej cierpienia moje kiepskie małżeństwo już nie jest takie złe, bo przynajmniej wciąż trwa”.

Ci, którzy praktykują współczucie wobec siebie, nie oceniają?
Nie. Bo cała filozofia opiera się na nieoceniającym stosunku do siebie, ale też wobec innych. Co więcej, wszystkie badania pokazują, że takie podejście ułatwia i pomaga pokonywać różnego rodzaju wewnętrzne trudności i przeszkody. W naszej kulturze funkcjonuje kult wysokiej samooceny. My, psycholodzy, gloryfikowaliśmy ją przez wiele lat, wierząc, że pomaga niemal we wszystkim. Roy Baumeister, wybitny uczony, zrobił podsumowanie wielu lat badań w różnych dziedzinach funkcjonowania człowieka i doszedł do wniosku, że dalece przesadziliśmy, wierząc, że wysoka samoocena jest panaceum na całe zło. Okazuje się, że ci, którzy mają wysoką samoocenę, wykazują sporo agresywności interpersonalnej, mają również dosyć mocno zniekształcony obraz samych siebie.

Narcystyczny?
Niekoniecznie, choć wysoka samoocena często łączy się ze skłonnościami narcystycznymi. Głównie jednak chodzi o nieustanną huśtawkę wewnętrzną, której podlega taka osoba. Zwykle potrzebuje wzmocnień z zewnątrz, ciągłego potwierdzania, że jest tak doskonała, jak myśli. A dziś ludzie głównie rywalizują ze sobą, a nie zachwycają się sobą. Poza tym wszyscy nie mogą być najlepsi. Prędzej czy później mierzymy się z porażkami i błędami. Niemożność osiągnięcia wysokich standardów prowadzi do stanów lękowych, depresji, wewnętrznych konfliktów. Badania pokazały, że ludzie z wysoką samooceną są kolekcjonerami pozytywnych informacji o sobie i nie dopuszczają tych negatywnych. Nawet jeśli mają negatywny feedback, nie słyszą go. Nie mają też w związku z tym skłonności do pracy nad sobą, rozwijania tych cech, które są w nich słabsze. Zwykle uważają się za pomocnych, ale ich bliscy tego nie potwierdzają. To osoby skłonne do uprzedzeń, do dyskryminacji innych, choć do tej pory uważano, że to niska samoocena sprzyja takiemu stosunkowi do świata.

Kristin Neff twierdzi, że postawa współczucia wobec samego siebie jest remedium na pogoń za wysoką samooceną i jej negatywnymi skutkami. Na czym konkretnie polega?
Inspirowana jest filozofią Wschodu, gdzie od kilku tysięcy lat mówi się o współczuciu do innych i samego siebie jako podstawowej wartości życia. Składa się z trzech głównych komponentów. Jeden z nich to łagodność i zrozumienie wobec siebie, jednym słowem życzliwość w myślach, uczuciach i działaniach.

To znaczy?
Wyobraźmy sobie, że przeżywamy jakieś trudne zdarzenie. Cierpimy, czujemy fizyczny ból. Nie oceniamy się jednak, nie krytykujemy. Jesteśmy dla siebie dobrzy, myślimy o sobie tak, jakby myślał o nas najlepszy przyjaciel.

Współczucie wobec siebie często mylimy z użalaniem się nad sobą. Jednak słowo 'użalanie' niesie za sobą negatywny przekaz. Empatia wobec siebie niesie miłość. (fot. iStock) Współczucie wobec siebie często mylimy z użalaniem się nad sobą. Jednak słowo "użalanie" niesie za sobą negatywny przekaz. Empatia wobec siebie niesie miłość. (fot. iStock)

Nie oceniamy, czyli nie mówimy: „Znowu nawaliłaś, to twoja wina”?
Tak, dokładnie. To są te narracje w naszych głowach, które pojawiają się, gdy mamy skłonność do użalania się nad sobą. Przemawia w nas surowy krytyk. „Znowu ci się nie udało, jesteś beznadziejna”. Warto się łapać na takich myślach, bo one są wyznacznikiem tego, jak siebie traktujemy. Co więcej – takie myślenie nie przynosi nam ulgi, tylko pogłębia naszą frustrację. Drugim ważnym elementem jest refleksyjność, inaczej mindfulness, uważność. I nie tyle chodzi o refleksyjność wobec świata zewnętrznego, co refleksyjność wobec własnych cech, własnych przeżyć.

Analizowanie?
Nie, absolutnie. To, o czym pani mówi, może przeradzać się w tzw. przeżuwanie różnych zdarzeń, rozdrabnianie ich, ciągłe powracanie do bolesnych problemów bez realnego ich rozwiązywania. Osoby współczujące tego nie robią. To je też czyni mocniejszymi w chwilach stresu, trudności, nawet dramatów. Refleksyjność polega na cierpliwym, spokojnym, zdystansowanym obserwowaniu samego siebie jako istoty przeżywającej konkretne emocje.

Mamy sobie mówić: „Teraz cierpisz, to jest normalne”?
Teraz cierpię, teraz czuję się źle. Przeżywam teraz złość, teraz odczuwam wrogość wobec kogoś. Osoba, która ocenia sama siebie, ma skłonność do wypierania takich myśli, zaprzeczania im, bo to są uczucia niepopularne, nieakceptowane społecznie. „Ja przeżywam zawiść? Ja?”. Proszę zobaczyć, ile tu oceny. Osoba refleksyjna obserwuje swoje życie psychiczne zupełnie tak, jakby obserwowała chmury. Nie musi ich oceniać, ona je widzi. Tak samo widzi swoje uczucia negatywne. Ale też nie przywiązuje się do nich. Co to oznacza? Ona ich nie włącza do poczucia tożsamości. Bywa tak, że gdy przeżywamy gniew, traktujemy się jako osoby gniewne. Osoba z refleksyjnym podejściem do samej siebie wie, że przeżywa gniew, ale równie dobrze wie, że to, co jest teraz, za chwilę minie. Gniewu nie będzie. Uczucie przepływa jak wiatr, jak chmury. „Wytrzymaj” – można by powiedzieć. To, że teraz jesteś gniewna, jest normalne, inni też tak mają. Ludzie przeżywają gniew, zawiść, doznają porażek. Nie tylko ci, którym kiepsko się wiedzie, wszyscy. Bogaci, nasi idole, nasze wzory. Wszyscy przeżywają stratę, chorują, starzeją się, różne rzeczy się im nie udają. My najczęściej nie mamy wglądu w cudze życie, więc je idealizujemy. Osoba współczująca samej sobie dostrzega swoje negatywne przeżycia, cechy w kontekście doświadczeń całej ludzkości. I to jest trzeci element – poczucie wspólnoty z innymi ludźmi. To przynosi ulgę w cierpieniu zamiast poczucia alienacji i wyizolowania.

Takie podejście pomaga?
Bardzo. Badania pokazują, że jeśli praktykujemy takie podejście do życia, znacznie lepiej funkcjonujemy emocjonalnie. Łatwiej radzimy sobie z negatywnymi emocjami, jesteśmy mniej skłonni do przeżywania stresu, depresji czy lęku. Przeżywamy pozytywniej siebie i świat. Jesteśmy generalnie szczęśliwsi, bardziej zadowoleni z życia, mamy lepsze relacje z innymi ludźmi. Do niedawna zastanawiano się też, czy osoba współczująca samej sobie, życzliwie do siebie nastawiona będzie też altruistyczna, gotowa do niesienia pomocy. Jak wynika z badań Neff – tak. Zresztą ja również prowadziłam takie badania. I co się okazało? Takie osoby są mniej agresywne, bardziej empatyczne, bo potrafią spojrzeć na świat oczami innych, wejść w ich perspektywę, jednocześnie zachowując zdrowy dystans. Współczujący samym sobie nie identyfikują się z własnymi emocjami, pozwalają im być, nie walczą z nimi, wiedzą, że to minie, tym bardziej nie identyfikują się też z emocjami innych, bo też wierzą, że one przejdą. Przez to są bardziej altruistyczni, nie uciekają od bólu, nie unikają ludzi, którzy cierpią.

Dużo ludzi potrafi współczuć samym sobie?
Myślę, że wiele zależy od kultury, w której się wychowujemy. Jak już wcześniej mówiłyśmy, Polacy mają skłonność do narzekania, do ocen, to wykluczałoby wysoki poziom współczucia wobec samego siebie.

Ale rozumiem, że tego można się nauczyć? Co mam zrobić, jeśli załóżmy, mam dosyć cierpienia, użalania się nad sobą?
Każdy może się tego uczyć, choć wiadomo, że osobom z natury neurotycznym, lękowym będzie trudniej wypracować sobie takie podejście. Ale to, że komuś będzie łatwiej, a komuś trudniej, nie oznacza, że nie mamy próbować. Na pewno na początek warto zrozumieć tę filozofię. Odróżnić litowanie się nad sobą od współczucia. Przestać się bać swoich uczuć, nie zaprzeczać im, mieć świadomość siebie i pracować nad własnym „ja”. Co to oznacza? Wiem, jaka jestem. Nie mogę zmienić swojego temperamentu, ale nad pewnymi aspektami mogę pracować. Wiedza o sobie jest wielką siłą. Kolejnym krokiem jest rezygnacja z oceniania samego siebie, która zamienia się w osądzanie. Trzeba ćwiczyć obserwację tego, co się w naszym wewnętrznym życiu dzieje. Co jest dane innym ludziom również.

A jeśli widzę, że jestem zazdrosna, zawistna albo mściwa?
Wstydzimy się takich uczuć, gdy przepuszczamy je przez pryzmat ocen. A te uczucia nie znaczą, że jestem złym człowiekiem. Po prostu tak teraz czuję. W tym momencie. Pozwólmy temu pobyć. Poobserwujmy, bez konieczności dociekania, skąd to się u mnie wzięło, bez nadinterpretacji. Przeżywam zawiść wobec koleżanki? To nie znaczy, że jestem zawistną osobą. Życzę źle kobiecie, która rozbiła mój związek? Tak teraz czuję, to nie znaczy, że jestem mściwa w ogóle, w życiu. To budowanie dystansu do własnych przeżyć. Bez próby walczenia, zmieniania na siłę. Pomocna w tym może być joga, praktyka oddechowa, relaksacyjna. Ważne, by nie uciekać od myśli w alkohol, jedzenie czy inne używki, a mamy tendencję, żeby to robić, bo dziś naczelną zasadą w życiu jest czuć się dobrze. Naszym celem jest nie cierpieć, bo jak cierpimy, to znaczy, że coś z nami nie tak. Zresztą przecież często słyszymy: „Bądź silna”, „nie płacz”. Więc udajemy silne, a potem popadamy w schematy narzekań, ocen, zgryźliwość.

Przeczytałam, że istotą współczucia samemu sobie jest bycie dla siebie jak najlepszy przyjaciel.
To prawda. Możemy nawet zwizualizować przyjaciela czy przyjaciółkę. Gdy wspominamy przykre wydarzenia, warto sobie wyobrazić, że my siedzimy na jednym krześle, na drugim nasz przyjaciel. I rozmawiamy ze sobą. My mówimy, jak nam źle. On nas wspiera, tłumaczy nam, że to minie, jest z nami w naszym bólu. Innym sposobem jest napisanie listu do samego siebie. Proszę sobie wyobrazić przyjaciółkę, która chce panią wesprzeć w trudnej sytuacji. Co by powiedziała, w jaki sposób okazała troskę? Kolejnym krokiem jest przelanie naszego wewnętrznego monologu na papier. Trenowanie tego, by być własnym przyjacielem w trudnych chwilach. Takim, który udziela wsparcia, nie ma nic wspólnego z narcyzmem ani egocentryzmem. Daje natomiast bardzo dużo siły i dystansu.

Irena Dzwonkowska: profesor dr hab. SWPS; naukowo i dydaktycznie zajmuje się zagadnieniami z dziedziny psychologii społecznej, osobowości oraz emocji i motywacji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chcesz pożegnać stare nawyki i zrealizować cel? Przygotuj się na silną reakcję obronną twojej psychiki!

Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Marzysz o rozstaniu się z niewygodnymi nawykami? Spełnienie tego postanowienia wymaga zmiany. Natura ludzka nie lubi zmian i silnie się im przeciwstawia. Dlatego tak chętnie trzymamy się utartych ścieżek myślowych, powtarzamy te same zachowania. W ten sposób wypracowujemy nawyki, które zespalają się z nami tak bardzo, że w pewnym momencie uznajemy je za integralną część siebie, za swoje cechy. Tymczasem to tylko zachowania potwierdzające naszą autoopinię. Powielanie starych przyzwyczajeń prowadzi w stare miejsca.

Można powiedzieć, że nawyki są obszarami niepunktowanymi w grze o spełnienie marzeń. Pozornie nic się nie stanie, jeśli znów nie odłożysz rzeczy na miejsce, wstaniesz za późno, by biegać, „zapomnisz” zapłacić rachunki, a na kolację zjesz kanapkę ze smalczykiem zamiast z pomidorem. To drobiazgi, prawda, ale przez nie przestajesz posuwać się do przodu. Dlatego przed stworzeniem wizji swojego nowego lepszego życia powinnaś odkryć, co cię stopuje, co na pewno nie przybliża do celu – czyli ustalić własne indywidualne obszary niepremiowane.

Bez względu na to, czego dotyczy twoje marzenie, czy chcesz zacząć malować obrazy, czy schudnąć – obszary niepremiowane są zwykle takie same i kryją się pod postacią wymówek, np.: „Jest jeszcze czas, nie muszę się za to dziś zabierać”, „Mama napracowała się nad tym sosem, więc zjem dużą porcję, żeby czuła się potrzebna”, „Urwę się godzinę wcześniej z pracy, przecież wszyscy tak robią”. Brzmi znajomo? Wymówki, czyli racjonalizacja własnych decyzji, to przeniesienie odpowiedzialności za swoje życie na zewnętrzne okoliczności lub innych ludzi. Jest to standardowa reakcja na niepowodzenie w realizacji swojego marzenia. Widzimy w nich racjonalną, obiektywną ocenę sytuacji, a tymczasem one tylko odciągają od sukcesu. Czas to odczarować! Znasz dobrze swoje wymówki. Stań z nimi oko w oko. Aby sobie w tym pomóc, wykonaj następujące ćwiczenie: zapisz w jednym miejscu wszystkie wymówki, które usłyszysz w swojej głowie. To obnaży ich jałowość i pomoże ci następnym razem z miejsca ustalić, że to nie racjonalny ogląd sytuacji, ale zwyczajne sabotowanie swoich planów. Nawet jeśli jakiejś ulegniesz – zanotuj ją. Na przyszłość od razu będziesz wiedziała, że to tylko wykręt.

Autosabotaż

Inny rodzaj działań oddalających nas od celu to zachowania destrukcyjne. Są całkowicie sprzeczne z naszymi postanowieniami, a na dodatek pogrążają nas, wpychają w jeszcze większe niż dotychczas kłopoty, zwiększają poczucie frustracji. Oto kilka przykładów: kupujesz kolejny sweter w serwisie internetowym, zamiast zapłacić czynsz; chcesz wrócić do formy, a jedziesz windą na drugie piętro; zjadasz torcik czwartego dnia diety; chcesz lepiej zarabiać, a w pracy gadasz z siostrą na Skypie itp. Autosabotaż to krok do tyłu w ważnej dla ciebie sprawie. Czas wykryć wroga. Wypisz zachowania, które oddalają cię od celu i unikaj ich jak ognia. Zdarza ci się zapomnieć, co sobie postanowiłaś? Bywa że po kilku dniach wysokiego poziomu energii („nakręcania się”) zapominasz, co chciałaś zrobić ze swoim życiem? A może czasami pozwalasz, by ktoś zdyskredytował twoje postanowienia i zaczynasz patrzeć na nie poprzez cudzy system wartości („A na co mi ten chiński?! Tyle pracy włożyłam w angielski, po co teraz zabierać się za nowy język”)? Są to kolejne ważne grupy obszarów niepremiowanych na drodze do realizacji postanowień. Podobnie dzieje się wtedy, gdy masz wrażenie, że dostałaś „znak od losu”, że realizacja danego marzenia nie ma sensu („Drugi raz z rzędu, gdy mam iść na taniec, synek chce ze mną pograć w grę planszową”).

Gdy jesteśmy zaskakiwani kłopotami, trudnościami, reagujemy chaotycznie, emocjonalnie. Grunt to wiedzieć, że na drodze do realizacji twojego marzenia spotka cię jedna ze wspomnianych przeszkód (albo wszystkie). Dzięki temu możesz się przygotować na odparcie wroga. Przemyśl zatem wcześniej, co zrobisz, gdy znów w twojej głowie pojawi się jedna z wymówek, zaczniesz myśleć, że teraz jest zły czas na realizację planów albo ktoś wyśmieje twoje marzenie. Zastanów się, kogo poprosisz o pomoc, żeby nie wykonać żadnego z zachowań autodestrukcyjnych i jak się zachowasz, gdy złamiesz zasady i wrócisz do starego nawyku. Zaplanuj również, jakie działania podejmiesz, żeby wrócić do celu.

  1. Psychologia

Kochać żonatego

Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie można się przytulić w miejscach publicznych. Czasem wręcz nie można się przyznać do znajomości. Nie można do niego zadzwonić, gdy ma się stłuczkę, bo on i tak nie przyjedzie na pomoc.

Są kobiety, które nie chcą się angażować w bliskie relacje i twierdzą, że bycie kochanką jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują pragnienie posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn już będących mężami innych kobiet. Czy mają szansę na powodzenie – odpowiada psychoterapeuta Tomasz Srebnicki.

Kobieta poznaje mężczyznę, chciałaby sobie ułożyć życie, ale okazuje się, że on jest żonaty. I co ona ma zrobić?
Zostawić żonatego i poszukać takiego, który jest wolny. Oczywiście, każda kobieta (jak i każdy mężczyzna) ma w sobie potencjał do zostania kochanką (kochankiem), takie przypadki się zdarzają: w delegacji, na imprezie, po alkoholu, z kolegą ze szkoły… Ale jeśli się zdarzyło, to rozumiem, że nie trwa długo. Owszem, poniosły mnie emocje, ale teraz widzę, co się dzieje, i kończę tę relację. Zrównoważony pod względem samooceny, wyborów moralnych, odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę człowiek nie wszedłby w relację długotrwałego, przynoszącego cierpienie wielu stronom romansu. A relacja z żonatym mężczyzną taka będzie.

Przeczytałam na jednym z forów: „Ja tylko walczę o swoje szczęście, gdyby żona spełniała wszystkie jego potrzeby, to on nie musiałby szukać gdzie indziej”.
To, o czym pani czyta na forach, jest próbą radzenia sobie z łamaniem tabu. Ponieważ w naszej kulturze bez względu na to, jak nowocześni jesteśmy, posiadanie kochanki czy kochanka jest tabu. Osoba, która wchodzi w trójkąt, zagraża istnieniu rodziny. Najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym dyskomfortem jest przekierowanie odpowiedzialności za całą sytuację na drugą kobietę, żonę. Dla niektórych kobiet kochanek źródłem satysfakcji i przyjemności może być również to, że w konkurencji o samca one są ważniejsze.

Potrzebują usprawiedliwienia, żeby nie czuć się złą osobą?
Jeśli komuś zależy przede wszystkim na byciu dobrym, to nie wchodzi w bycie kochanką!

Bo kochanka zawsze nosi piętno?
Bo narusza równowagę społeczną. Jeśli żyjemy w kulturze, która wprawdzie dopuszcza posiadanie kochanki, ale nie wynegocjowała wzorca, że można ją posiadać, to na to piętno bycia kochanką kobieta się sama skazuje.

Wydaje się, że wiele kobiet nie ma poczucia sprawczości. Często słyszę: „Tak wyszło”. Jakby zostały wrzucone w tę sytuację.
Ja bym to wiązał z kulturowym wzorcem uwodzenia: to mężczyzna uwodzi, a kobieta się poddaje. On inicjuje grę, której ona ulega. To oznacza, że kobieta jest mało odpowiedzialna za to, że wchodzi w relację. Jest uwodzona i w sposób bezwolny się w coś angażuje. Ten sam mechanizm jest widoczny w nawiązywaniu romansów, z wyjątkiem pań cynicznych, które z góry zakładają romans jako wygodną dla siebie strategię. Ta bezradność rodzi potem kolejne problemy.

Jakiego rodzaju?
Właśnie takie, że kochanki żyją z piętnem albo tkwią w poczuciu bezradności, czują się jak w klinczu, nie wiedzą, co mają dalej zrobić. Warto wiedzieć, że mężczyzna nie bierze sobie kochanki po to, żeby z nią być. A to oznacza, że ona naraża się na życie w długotrwałej sytuacji niejasności, niedopowiedzeń, różnych skomplikowanych gier podjazdowych, które z reguły do niczego poza rozpaczą nie prowadzą.

Mówi pan, że mężczyzna nie bierze kochanki po to, żeby z nią być. To po co bierze?
Po pierwsze, żeby się dowartościować. Po drugie, bo ma przekonanie: „Moje potrzeby są najważniejsze, inni służą tylko do realizacji tego planu”. Biorę sobie kochankę, twierdząc, że to najbezpieczniejszy sposób na seks, szczególnie jeśli kochanka jest w małżeństwie, bo będzie uważać, dochowa tajemnicy, będzie też łatwiej się rozstać, gdy już nie będzie potrzebna. Trzecia przyczyna wiąże się z unikaniem bliskości. Na przykład mężczyzna uważa, że jego żona jest zbyt wymagająca, a nie potrafi się temu przeciwstawić, więc znajduje kochankę, która będzie służyła rozładowaniu napięcia między nim a żoną. Kochankę, która niczego od niego nie oczekuje albo tylko sprawia takie wrażenie. I dzięki temu on nie będzie musiał swojego problemu w małżeństwie rozwiązywać. Żona wprawdzie dalej wymaga, ale dzięki temu, że kochanka niczego nie chce, on nie musi konfrontować się z faktem, że ma kłopot w małżeństwie. Będzie się złościł na żonę, skarżył kochance, ale dalej nie tknie problemu. I to są często kochanki (i kochankowie) współpracujący. Czyli jakby zaangażowani w relację małżeńską, rozmawiają o tych problemach, są przyjacielscy, wspierający, co, oczywiście, do niczego nie prowadzi. Czwartym powodem jest chęć rozstania się z aktualną partnerką/żoną. Nie umiem inaczej – biorę sobie kochankę. Co ciekawe – po tym można poznać tę strategię, w jakiś dziwny sposób żona nagle dowiaduje się jakoś o kochance i…  musi dojść do rozwiązania. No i ostatni powód posiadania kochanków, który znam z pracy z pacjentami, to potrzeba większych wrażeń. Są tzw. szczęśliwe pary, które długo funkcjonują z zaangażowaniem, intymnością, natomiast z prostym problemem seksualnym, np. niezgraniem seksualnym lub większymi potrzebami jednej ze stron. I wtedy te kochanki służą dostarczaniu sobie różnego poziomu satysfakcji, często tylko seksualnej.

W tym wypadku mielibyśmy raczej do czynienia z przygodami, a nie długotrwałymi romansami?
W dodatku z jasno zwerbalizowanym kontraktem, że tak powiem, na seks. I tu pewnie większego kłopotu by nie było. Najgorzej mają te kochanki, gdzie jest albo problem z bliskością, albo potrzeba wyjścia z relacji poprzez kochankę.

Dlaczego one mają najgorzej?
Bo jeżeli się w to angażują, to najprawdopodobniej mają jakiś swój poważniejszy deficyt. I będą doświadczały cierpienia.

Czy przybywa kochanek?
Nie znam badań, natomiast intuicja mi mówi, że rzeczywiście jest więcej relacji pozamałżeńskich. To nie wynika z kryzysów małżeństwa, rodziny, tylko z większego przyzwolenia na strategię radzenia sobie z problemami pt. „nie rozwiązuję, tylko szukam uników”. Jest jeszcze problem promowania braku jakichkolwiek ograniczeń.

Nie przekonuje nas zasada: Nie da się zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu?
Ja generalnie nie wierzę w to powiedzenie, bo się z nim głęboko nie zgadzam. Raczej powiedziałbym, że nie da się zbudować szczęścia na swoim nieszczęściu. Bo zostawanie kochanką to jest własne nieszczęście i na tym faktycznie z reguły się nie da zbudować szczęścia.

A na czym polega to „własne nieszczęście”?
Bez względu na to, jak bardzo ta kochanka czuje się adorowana przez cudzego męża, warto się zastanowić, jak bardzo już na wstępie naraża się na unieważniające doświadczenia: nie spędzi z nim wigilii ani świąt; po 18 on musi być z żoną, bo ona się wścieka, gdy go nie ma; pół godziny po seksie on wstaje, bo musi wracać do domu.


Dokładnie – jakie są zaczątki tego związku? To unieszczęśliwianie siebie.

Jakie jeszcze koszty ponosi kochanka?
Kosztem generalnym jest nieszczęście wszystkich. I kochanka, i kochanki, żony czy męża, dzieci. Kosztem jest zdrowie psychiczne, a jeśli u kobiety istnieje podatność, to problemy z nastrojem, depresją, z odżywianiem itd. Nie wprost, ale jako efekt zupełnie niepotrzebnego wystawiania się na działanie różnych stresorów. Dalej – banalne narażanie się na odkrycie tej zdrady, co podobno powinno niektórych podniecać, ale z reguły nie podnieca. No i wreszcie ogromna samotność.

Kiedyś dochodziłoby jeszcze niebezpieczeństwo powicia bękarta. Teraz już chyba ta figura nie funkcjonuje, ale w ogóle urodzenie dziecka z mężczyzną, który ma inną rodzinę, to jest narażanie tego dziecka na samotność i odrzucenie.
Z tym łączy się łamanie tabu: żeby nie następował rozpad społeczeństwa, będzie ono dążyło do przywrócenia równowagi. Dobrze, że zaczęliśmy tolerować dzieci pochodzące z nieprawego łoża, bo to jest jednak zjawisko teraz dość częste, natomiast rodzi się pytanie: Po co się na to narażać? Choć to pytanie powinno być czynnikiem poprzedzającym wejście w całą historię: „Czy warto?”.

Chyba na początku nie myśli się o konsekwencjach. Może wszystko przesłaniają jakieś nadzieje? Na co może liczyć singielka, wchodząc w relację z zajętym mężczyzną?
Pewnie różnie kobiety by odpowiedziały, ale na przykład podświadomie na to, że tego związku nie będzie. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni: „I tak mnie nikt nie pokocha, mnie nie może się udać”. Taka relacja miałaby służyć do potwierdzenia takiego sposobu myślenia.

Czy bycie kochanką zawsze źle się kończy? Niektóre badania mówią, że raptem 3 proc. mężczyzn zostawia swoje żony i wiąże się z kochankami.
Czyli za dobre zakończenie przyjmujemy, że kochankowie zostają małżeństwem?

Znam kilka historii, które właśnie tak się skończyły.
Ja bym tego końcem nie nazwał. Może być tak, że kochanek i kochanka, czyli nowa para, która powstała na skutek rozwodu, są dojrzałymi, rozsądnymi ludźmi i potrafią sobie wytłumaczyć, dlaczego w taki sposób weszli w relację i mogą na zrozumieniu tego budować związek. Może tak być, choć to wymaga cholernie dużo pracy.

Czyli nie mogli się inaczej rozstać z pierwszymi partnerami?
Są też prostsze motywacje: mąż nie chce dziecka, a kobieta tak, znajduje więc kochanka, który też chce mieć dziecko, a z kolei jego żona nie ma takich planów. I znowu mamy tu trudny początek, ale to jest do przepracowania. Najważniejsze, że nie ma włączania się w trójkąty. To etap wychodzenia ze starej relacji i wchodzenia w nową.

Mam wrażenie, że takich rozwiązań historii z kochankami jest mniej niż nieszczęśliwych romansów, bolesnego tkwienia w nierozwiązywanej latami sytuacji niedopowiedzenia.
Cudzołóstwo zawsze było grzechem. I nie chodzi o religię i o grzech moralny, tylko że człowiek potem ponosi dramatyczne konsekwencje tego typu zachowań.

Co można by podpowiedzieć kobiecie, która weszła – z różnych względów – w relację z żonatym mężczyzną? Może wierzyła w jego obietnice, może sama sobie zbudowała iluzję, że ten cudzy mąż stanie się kiedyś własnym, ale on się nie staje, sytuacja się przeciąga, cierpienie się pogłębia…
Żeby wyszła z tej relacji.

A jeśli nie ma siły? Nie wierzy, że to możliwe, cierpi i nie umie tego przerwać.
Powiedziałbym tak: „Rozumiem, że cierpienie, którego doświadczasz teraz, jest cierpieniem mniej zagrażającym niż to, którego myślisz, że doznałabyś, rozstając się z tą osobą”. I tu jest już kwestia podjęcia decyzji. Czy chcesz dalej cierpieć, czy chcesz coś zrobić ze swoim życiem?

Czy mogą pomóc rozmowy z koleżankami albo psychoterapeutą?
Rozmowy z koleżankami z reguły pokazują, jakie koleżanki mają fantazje albo jak by chciały sobie poradzić ze swoimi mężami. Lepiej zwrócić się do mądrych, dojrzałych kobiet, pozytywnie nastawionych do tej naszej kochanki. Babcia może się okazać lepsza niż koleżanki. Natomiast terapeuta może pomóc w określeniu, dlaczego kobieta znalazła się w takiej relacji, czego się boi w wyjściu z niej. I zdecydować, czy mam dosyć, czy chcę w tym być. Bo kobieta może mieć potrzebę tkwienia w chorym, niszczącym ją układzie. Chce tylko zminimalizować cierpienie z tym związane, na przykład lepiej sobie radzić, gdy kochanek wyjeżdża z żoną na narty. Teraz to strasznie przeżywa, a chciałaby, żeby ją to mniej ruszało.

I może się okazać, że wcale nie chcę niczego zmieniać? Że pasuje mi rola tej drugiej, że ja właśnie chcę dostawać jakieś emocjonalne resztki?
Tak. Co więcej, może się okazać, że to, że mówię, że jestem nieszczęśliwa, bardzo cierpię, jest też pewnym sposobem na życie. I jest to sposób dość wygodny.

Tomasz Srebnicki
, doktor nauk medycznych, psycholog, psychoterapeuta, asystent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

  1. Psychologia

Zdrowy egoizm - jak być dobrym dla samego siebie? 9 wskazówek

Dbanie o samego siebie powinno stać się priorytetem dla każdego z nas. (Fot. iStock)
Dbanie o samego siebie powinno stać się priorytetem dla każdego z nas. (Fot. iStock)
Dbając o innych często zapominamy, że w pierwszej kolejności powinniśmy zadbać o siebie. Bo dobre traktowanie swojej osoby powinno być dla nas priorytetem. Jak to robić? Jak być dobrym dla siebie?

Co powiesz na to, by zacząć traktować samego siebie tak, jak traktujemy dziecko albo ukochaną osobę? Przytulać, zabierać na spacer, przykryć ciepłym kocem, a przede wszystkim wsłuchać się w to, co mamy sobie do powiedzenia... Oto 9 wskazówek, które pomogą wypracować w sobie zdrowy egoizm.

  1. Znajdź „swój kawałek podłogi”. Swój pokój albo choćby kącik, ulubiony fotel. Czyli swoje i tylko swoje miejsce, które sam mogę zagospodarowywać.
  2. Dotrzyj do swojego wewnętrznego dziecka. To znaczy: przypomnij sobie, o czym marzyłeś, co lubiłeś, a czego nie. Z czego się cieszyłeś, a co sprawiało ci ból. Zastanów się, co z tamtego dziecka w tobie zostało, co z tamtych marzeń udało się zrealizować. Zobacz dziecko w sobie, daj mu uwagę, akceptację i miłość.
  3. Dopuść do głosu swoje prawdziwe pragnienia. Czyli zrzuć z siebie gorset nałożony przez konwenanse, stereotypy, innych ludzi. Na przykład taki, że starszej pani nie wypada chodzić na tańce, a młodej – dziergać na drutach. Mogę robić to, czego pragnę. Muszę tylko spełnić jeden warunek – nie wolno mi krzywdzić innych.
  4. Daj sobie prawo do nicnierobienia. Do drzemki w środku dnia, leżenia pod gruszą na dowolnie wybranym boku, gapienia się w niebo. Bez poczucia winy i wyrzutów sumienia. Nawet jeśli jako dziecko byłeś za to karany, a może właśnie dlatego.
  • Uwierz, że nie jesteś niezastąpiony. Gdy wymaga tego stan zdrowia, każdy twój obowiązek, zarówno domowy, jak i zawodowy, może przejąć ktoś inny. I świat się nie zawali!
  • Nie bój się odmawiać, mówić „nie” i mieć swoje zdanie. Czasami to trudne dla nas i bolesne dla innych, ale w rezultacie wszystkim wychodzi na dobre.
  • Zerwij z przekonaniem, że musisz być zawsze doskonały. Jako pracownik, rodzic, żona, mąż, córka, syn, przyjaciel, przyjaciółka. Nie musisz. Być wystarczająco dobry – tylko tyle.
  • Uświadom sobie, że to ty jesteś odpowiedzialny za swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Nie lekarz, dietetyk, trener, psychoterapeuta. Owszem, powinno się ich radzić, korzystać z ich wiedzy, współpracować z nimi, ale to ty podejmujesz zawsze ostateczną decyzję.
  • Pobądź w ciszy, sam ze sobą, pomedytuj. Najlepiej słychać wtedy własne myśli, pragnienia, potrzeby. To trudne? Ale w ostatecznym rozrachunku ozdrowieńcze.
    1. Psychologia

    Psychoanaliza. Co ukrywa twoja nieświadomość?

    Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
    Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
    Psychoanaliza bywa nazywana terapią dla bogatych, substytutem przyjaźni i modą - w swoim dorobku ma jednak skuteczne narzędzia diagnostyczne i psychoterapeutyczne. Wątpliwości wielu budzi sam proces psychoanalityczny, pozbawiony określonego celu i ram czasowych.

    Marta prosi, by nie podawać jej prawdziwego imienia, pracuje w znanym domu mediowym i chce zachować dyskrecję. Terapię przerwała po czterech latach, wbrew opinii swojego psychoanalityka. Zdaniem terapeuty właśnie zbliżali się do przełomu, stać niechęć do kontynuowania terapii, a ostatecznie jej przerwanie, które miało być wtórne do jej relacji z ojcem - tata Marty umarł, gdy miała 13 lat. Opór to słowo, które często słyszała: za każdym razem, gdy nie chciała zająć się określonym tematem ze swojej przeszłości lub teraźniejszości. Na terapię trafiła, bo jej małżeństwo przechodziło kryzys. Była pewna, że mąż ma kochankę, ale nie rozmawiali o tym, prawie w ogóle o niczym nie rozmawiali, każde z nich było zajęte swoją pracą, do której dojeżdżało własnym samochodem. Psychoanalizę - najstarszy nurt psychoterapeutyczny - polecił jej znajomy z Ameryki, gdzie stała się bardzo popularna.

    Psychoanaliza: czego dowiesz się na terapii?

    Na terapię wydawała średnio 1600 zł miesięcznie - 4 spotkania w tygodniu, każde po 100 zł. Przez pierwsze dwa lata o dziewiątej rano, tuż przed pracą, później o osiemnastej, bo po trudniejszej sesji nie mogła się skupić na swoich obowiązkach. Spotkania trwały 50 minut, Marta za każdym razem wchodziła do elegancko urządzonego gabinetu, kładła się na zielonej kozetce i zaczynała opowiadać. Na początku była nieufna, dużo mówiła o pracy, znajomych, swojej rodzinie. Podczas pewnej sesji opowiedziała o śnie, który wracał do niej co kilka miesięcy - jest w swoim domu, leży na łóżku, gdy nagle pojawia się woda. Marta zaczyna płynąć, ale wody przybywa z każdą chwilą. Gdy znajduje się pod sufitem, budzi się przerażona. Opowiedziała terapeucie sen i rozmawiali o nim przez kolejne kilka sesji, aż dotarło do Marty, że jest on metaforą jej obecnego życia, ale też relacji w domu rodzinnym, w którym o ważnych sprawach rozmawiało się bardzo rzadko i dopiero gdy uzbierało się sporo problemów. Wówczas ojciec zwoływał rodzinę, w dłoni trzymał kartkę papieru, na której miał wypisane tematy do omówienia. Dopiero po wszystkim mogli iść spać. Czasami rodzinna narada, pełna napięcia i oskarżeń, trwała do trzeciej w nocy, a później przez długie tygodnie, a niekiedy miesiące, nie rozmawiali o emocjach, problemach i tym, co ważne, chociaż każdy wiedział, że ojciec w swoim pokoju, spisuje nowe tematy, które wypłyną, gdy kartka się zapełni.

    Podczas kolejnych sesji Marta czuła, jak pozbywa się napięcia, które niosła ze sobą od dzieciństwa. Nie znalazła jeszcze sposobu na przeprowadzenie rozmowy z mężem, chociaż wiedziała, że musi do tego dojść. Chciała się uwolnić, odejść, ale liczyła na to, że mąż zrobi to pierwszy, w związku z czym tkwiła w marazmie.

    Pewnego razu przyszła na sesję z kartką papieru, na której wypisała wszystkie tematy, które chce omówić z mężem. Dzięki pytaniom terapeuty zrozumiała, że wybrała strategię stosowaną przez ojca, który zamiast patrzeć w oczy, wolał zerkać na kartkę.

    Psychoanaliza osłabia mechanizmy obronne, które blokują zmianę

    Psychoanaliza to terapia wyłącznie długoterminowa i zazwyczaj bardzo kosztowna. Pacjent spotyka się z terapeutą 4 albo 5 i więcej razy w tygodniu przez kilka lat. W czasie sesji psychoanalityk siedzi za głową pacjenta, tak by kontakt wzrokowy nie był możliwy. Pozycja ta ma sprzyjać swobodnemu odkrywaniu wszelkich treści wypływających z nieświadomości. Podczas procesu istotne jest stworzenie bezpiecznej atmosfery, która pozwala na nieskrępowane opowieści na dowolny temat. Czasami w ich trakcie dochodzi do regresji, czyli emocjonalnego powrotu do dzieciństwa i ponownego przeżycia oraz zrozumienia wewnętrznych konfliktów i wypartych treści, które były zbyt trudne lub bolesne. Analityk słucha, czasami notuje, próbuje zrozumieć sens ukryty za wypowiedzianymi słowami, interpretuje opowieści i zadaje pytania, pozostając w relacji z pacjentem.

    Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości - to tam zdaniem Zygmunta Freuda, ojca psychoanalizy, leżą przyczyny zaburzeń osobowości, napięć, natręctw, depresji i innych chorób psychicznych. Na poziomie świadomym pacjent może deklarować chęć zmiany, ale jeśli nie uda mu się dotrzeć do głęboko ukrytych przyczyn - zmiana nie jest możliwa. Spotkania dzień po dniu pomagają nie tylko oswoić się ze swoim analitykiem, ale również osłabić mechanizmy obronne, które ukrywają wewnętrzny świat pacjenta.

    Mechanizm przeniesienia: do jakich uczuć dojdziesz w procesie psychoanalizy?

    Podczas terapii Marta zrozumiała, że powiela zachowania ojca, które budziły w niej lęk i niechęć, ale dawały poczucie kontroli nad swoim małżeństwem, mężem i zwalniały ją z obowiązku zaryzykowania, czyli wyrażania uczuć wprost. Po dwóch latach od pierwszej wizyty mówiła na kozetce bez wstydu o swoich fantazjach, pragnieniach, również seksualnych, o najbardziej skrytych snach, czasami płakała, czasami się śmiała.

    Poczuła, że może skończyć terapię, ale analityk ostrzegł ją, że nie jest nawet w połowie procesu i może to być niebezpieczne, dlatego kontynuowała sesje, ale teraz w godzinach popołudniowych. Pomimo że nie potrafiła nazwać celu tych spotkań, czuła ulgę, gdy kładła się na kozetce, zmęczona po dniu pracy, lubiła głos swojego terapeuty. W pewnym momencie jej życie ograniczało się jedynie do pracy i psychoanalizy, porzuciła szereg znajomości i jedną przyjaźń, potrzebę bliskości załatwiała na kozetce.

    Brakowało jej dotyku, bliskości, w końcu odważyła się wyznać analitykowi, że czuje się w nim zakochana - omawiali to uczucie przez kolejne miesiące, aż wygasło. Terapeuta zasugerował, że tak naprawdę przenosi na niego niewyrażone uczucia do ojca, przez którego nigdy nie czuła się w pełni kochana - i dodał, że również z tego powodu wybrała nieobecnego męża, który od kilku lat miał kochankę.

    Gdy Marta podjęła decyzję o rozwodzie, przychodziła na sesje po wsparcie. Mijały kolejne miesiące, czuła zadowolenie z życia, pogodzenie ze swoją samotnością, tym razem mniej bolesną, bo pozbawioną oczekiwania na męża. Zadziwiało ją tylko, że rozstanie było tak łatwe i krótkie. Kolejny raz chciała przerwać terapię, ale została powstrzymana przez psychoanalityka, który uznał, że nie przepracowali jej relacji z matką. Marta czuła, że nie ma ochoty zajmować się tym tematem, a co ważniejsze, poczuła się uzależniona od swojego terapeuty. Podczas kolejnej sesji dowiedziała się, że to wszystko jest klasycznym oporem i lękiem przed zmierzeniem się z przeszłością.

    'Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości'. (fot. iStock) "Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości". (fot. iStock)

    Id, ego i superego w konflikcie

    Uprawnionymi do prowadzenia psychoanalizy są licencjonowani psychoanalitycy będący członkami Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego, którzy odbyli wieloletnie szkolenie. Pomimo to zdarza się, że terapię prowadzą osoby bez odpowiedniego szkolenia i niepoddające swojej pracy superwizji. Zakończenie następuje wtedy, gdy zarówno pacjent, jak i terapeuta uznają, że to odpowiedni moment.

    Analityk podczas sesji unika kontaktu fizycznego, zachowuje się powściągliwie, nie ujawnia żadnych osobistych informacji dotyczących swojego życia. To wszystko umożliwia powstanie mechanizmu przeniesienia, czyli swobodnego przypisywania terapeucie cech i właściwości. Z tego powodu Marta mogła w terapeucie zobaczyć swojego ojca czy męża. Terapeuta z kolei podlega mechanizmowi przeciwprzeniesienia, czyli może przypisywać swojemu pacjentowi cechy, które nie ma - sprawy te powinien za każdym razem omówić podczas własnej terapii lub superwizji.

    Psychoanaliza nazywana jest metodą badania umysłu, tego, jak został ukształtowany w toku przebywania ze znaczącymi osobami. Istotne jest również, w jaki sposób jednostka radzi sobie z konfliktami pomiędzy id, ego i superego. Id odpowiada za impulsy, popędy, to pierwotna energia, która popycha w stronę przyjemności i pozwala uniknąć tego, co przykre. Ego kontaktuje się ze światem zewnętrznym, pomaga odróżnić fantazje od tego, co realne, podejmować racjonalne decyzje. Z kolei superego to poziom idei, nazywany sumieniem, tutaj przechowujemy nakazy i zakazy, pragnienie bycia doskonałym. W trakcie psychoanalizy chodzi o rozwinięcie obserwującego ego, czyli tej części naszej osobowości, która jest w stanie pogodzić pragnienie id z wymogami superego. Już od czasów Freuda uważa się, że nierozwikłany konflikt pomiędzy tymi dwoma obszarami generuje napięcie i choroby psychiczne.

    Czy psychoanaliza uzależnia?

    Gdy Marta podjęła decyzję o zakończeniu terapii, musiała przez długi czas mierzyć się z poczuciem winy wobec swojego psychoanalityka, czuła, że go zawiodła. I chociaż była mu wdzięczna za wiele ważnych odkryć, sporo czasu zajęło jej, by na nowo zaufać swoim myślom i uczuciom – za każdym razem pojawiał się w niej odruch skonsultowania sposobu myślenia z terapeutą. By uwolnić się od niepokojących myśli i odczuć, wyjechała na samotne wakacje. Ostatecznie znalazła oparcie w samej sobie, dziś czuje się otwarta na nowy związek, chociaż niepozbawiona obaw, czy uda jej się wejść w niego bez porównywania nowego partnera do byłego męża, ojca i terapeuty – trzech najważniejszych mężczyzn jej życia.

    1. Psychologia

    Dobra, lepsza, najlepsza - po co porównujemy się z innymi

    (Fot. iStock)
    (Fot. iStock)
    Zobacz galerię 3 Zdjęcia
    – Osoby z wysokim poczuciem własnej wartości też to robią! Wszyscy to robią. Dzięki temu przetrwaliśmy – zapewnia psycholog i psychoterapeuta Jacek Załuski, członek założyciel Polskiego Towarzystwa Psychologii Pozytywnej. – Od tysięcy lat porównujemy się z innymi po to, by stwierdzić, czy mamy przed sobą „swego”, któremu możemy pomóc, czy „obcego”, przed którym lepiej mieć się na baczności.

    Próbujesz przestać porównywać się z innymi? Szkoda wysiłku. Twój mózg i tak będzie to robił. Lepiej obróć to na swoją korzyść.

    114 studentów siada przed ekranami, na których obrazki zmieniają się tak szybko, że nie można dostrzec, co przedstawiają. Osoby biorące udział w eksperymencie nie wiedzą więc, że połowie z nich wyświetla się niemowlak, a połowie starsza pani. Później wszyscy zostają poproszeni o umieszczenie siebie na siedmiostopniowej skali „młody – stary”. Okazuje się, że ci, którzy oglądali małe dziecko, czują się starzej niż ci, którym pokazywano kobietę w podeszłym wieku. Ten eksperyment dr. Diederika Stapela z Uniwersytetu w Groningen i dr. Harta Blantona z Uniwersytetu Karoliny Północnej w Chapel Hill nie tylko potwierdził wcześniejsze badania, z których wynikało, że oceniamy siebie na drodze porównań z innymi, lecz także pokazał, że dochodzi do tego automatycznie. Nie musimy nawet wiedzieć, z kim nasz mózg nas zestawił. Dlatego właśnie mówienie sobie czy innym: „Przestań się porównywać”, nie ma większego sensu. To tak, jakbyśmy żądali: „Nie poć się!”. Pogląd, że porównują się z innymi tylko osoby, które mają kompleksy, też jest mitem.

    Porównywanie się do innych pozwalało też podjąć decyzję: walczyć czy uciekać; oszacować, czy mamy szanse wygrać z przeciwnikiem. Od tego, czy dokonaliśmy prawidłowej oceny, zależało nasze życie. Próby nieporównywania się z innymi są więc skazane na porażkę. Ale na szczęście na to, co dalej zrobimy z informacjami: „Jola jest szczuplejsza ode mnie” czy „Ela zrobiła doktorat, a ja nie”, mamy wpływ.

    Porównywanie się z innymi - wyjdź poza kadr

    Bill Gates stworzył Microsoft w wieku 19 lat i szybko uczynił z tej firmy jedno z najbardziej dochodowych i znanych przedsiębiorstw. Pewnie większość z nas bez problemu uzna to za dowód rzadko spotykanej inteligencji. Tym samym, jak przekonuje Richard E. Nisbett w swojej książce „Mindware. Narzędzia skutecznego myślenia” popełnimy tzw. podstawowy błąd atrybucji, czyli przecenimy wpływ osobowości lub indywidualnych predyspozycji na sytuację, w której znalazła się dana osoba, nie doceniając czynników zewnętrznych. Okazuje się bowiem, że dzięki wielu sprzyjającym okolicznościom nastoletni Gates przez sześć lat miał rzadką w tamtych latach możliwość nauki programowania i poznania komputera o dużej mocy. „Prawdopodobnie na całym świecie nie było innego nastolatka, który miałby równie dobry dostęp do komputerów” – pisze Nisbett. Oczywiście, gdyby Gates nie był inteligentny, pracowity i odważny, nie byłoby wielkiego Microsoftu. Ale nie byłoby go też pewnie, gdyby Gates nie dostał prezentu od losu.

    Porównując się z innymi, warto więc nie tylko pamiętać, że znamy zaledwie część prawdy, ale wręcz poszukać pozostałych fragmentów układanki. Zwłaszcza jeśli oślepieni cudzym blaskiem zaczynamy przyklejać sobie krzywdzące etykietki, np. „nieudacznik” czy „oferma”. Wtedy dobrze jest rozebrać na czynniki pierwsze czyjś sukces, który sprawił, że przestaliśmy się sobie podobać. Dowiedzieć się, czy rzeczywiście sąsiad, który „w przeciwieństwie do nas ma talent do interesów”, zbudował swoją firmę sam, czy może przejął ją od ojca, a koleżanka, która „lepiej godzi pracę z prowadzeniem domu”, nie ma do pomocy niani, pani do sprzątania i swoich rodziców. A jeśli mózg próbuje nam wmówić, że gdzieś obok ktoś wiedzie idealne życie bez porażek, smutku i trudu, przypomnijmy mu, że takie nie istnieje.

    – W środku lata siedzę w dusznym biurze, męczę się z szefem i stosem papierów, a na Facebooku widzę zdjęcia uśmiechniętych znajomych na słonecznej plaży i stwierdzam, że moje życie jest do kitu? Warto, bym wyszedł na chwilę poza kadr. Złapał dystans, np. wyobraził sobie tych znajomych, jak 24 godziny jadą samochodem do tej Chorwacji. Nie ma nic złego w uświadamianiu sobie, że inni też mają czasem źle. To tylko urealnienie obrazu sytuacji – mówi Jacek Załuski.

    Doceń własne życie

    Zabiegi polegające na odarciu znajomych i ich życia z warstwy sztucznego złota nie mają służyć deprecjonowaniu innych, tylko uzyskaniu prawdziwego obrazu. Jeśli bowiem marzy nam się cudze życie, to warto byłoby wiedzieć, jak ono naprawdę wygląda. To pozwoli nam zdecydować, czy jesteśmy gotowi także na wyrzeczenia, jakie trzeba ponieść, by dojść do celu. Łatwiej też będzie opracować realny, a nie hurraoptymistyczny plan działania. Dlatego jeśli chciałabyś zdobyć to co twój kolega czy krewny, nie wahaj się pytać ich o szczegóły.

    – Znajomy, który szczerze opowie, w jaki sposób osiągnął sukces, może nas zainspirować i sprawić, że pójdziemy w jego ślady. Żeby tak się jednak stało, muszą być spełnione dwa warunki: poprzeczka nie może być zawieszona zbyt wysoko, a my musimy wierzyć, że mamy odpowiednie kompetencje, by ją przeskoczyć – mówi Jacek Załuski.

    W to, że porównywanie się z tymi, którzy mają lepiej, może być dla nas dobre, wierzy także psychoterapeutka Małgorzata Liszyk-Kozłowska: – Często, prowadząc terapię, proszę osobę, która czuje się np. samotna, by poszukała w swoim otoczeniu związku, w którym chciałaby być. Zastanowiła się, dlaczego jest on dla niej tak atrakcyjny i co sprawia, że dwóm osobom udało się nawiązać taką relację. Ta analiza prowadzi czasem do zaskakujących refleksji, choćby okazuje się, że zazdrościmy komuś małżeństwa, ale sami nie bylibyśmy w stanie w nim żyć, bo mamy przekonania, które na to nie pozwalają. To może być bodziec do pracy z naszymi przekonaniami albo do zrewidowania oczekiwań.

    Czasem stawiająca na karierę singielka czuje się marnie, porównując siebie z przyjaciółką, która ma czwórkę dzieci, ale jeśli pozna życie tej matki od podszewki, może stwierdzić, że nie byłaby gotowa na takie poświęcenie dla rodziny. Dojście do takiego wniosku bywa bolesne, bo jest pożegnaniem z pewnymi złudzeniami, ale jednocześnie sprawia, że przestajemy się szarpać i zaczynamy bardziej doceniać własne życie.

    Według Jacka Załuskiego nauczymy się też patrzeć na nie łaskawiej, zapisując codziennie wieczorem to, co miłego i dobrego przeżyliśmy w ciągu dnia. Dzięki temu łatwiej dostrzeżemy, co nam sprawia przyjemność, i odnajdziemy radość w codziennych czynnościach. Natomiast raz na tydzień warto spisywać to wszystko, za co jesteśmy wdzięczni – to, co dostaliśmy lub na co sami zapracowaliśmy, nasze możliwości, predyspozycje i sprzyjające okoliczności. Jeśli będziemy to robić regularnie, nasze poczucie życiowego bogactwa wzrośnie.

    Zatrzymaj lawinę toksycznych myśli

    Co jednak robić, gdy porównania z innymi nie motywują nas do działania, tylko wywołują lawinę toksycznych myśli? Kiedy spostrzeżenie: „Koleżanka świętowała rocznicę ślubu w Paryżu, a mój mąż o naszym święcie zapomniał”, jest jak śniegowa kuleczka, którą oblepiamy myślami – „Nie jestem wystarczająco atrakcyjna”; „Nie udało mi się małżeństwo”; „Nikt mnie nie kocha” – zmieniając ją w kulę o miażdżącej sile? Wtedy, według Jacka Załuskiego, mogą pomóc ćwiczenia z terapii akceptacji i zaangażowania (ACT), która uczy m.in., jak dystansować się do wytworów naszego umysłu, a w szczególności do wspomnień, skojarzeń, myśli i emocji. – Chodzi o to, by nie stawać z nimi do walki, jakbyśmy byli na boisku piłkarskim zawodnikiem przeciwnej drużyny, tylko przesiąść się na trybuny i stamtąd obserwować to, co pojawia się w naszej głowie. Jednym z ćwiczeń, które mogą w tym pomóc, jest dodawanie do myśli odpowiedniego początku, np. „Przyszła do mnie myśl…”. Łatwo dostrzec, że zdania: „Nikt mnie nie kocha” i „Przyszła do mnie myśl, że nikt mnie nie kocha”, chociaż podobne, mają zupełnie inny wydźwięk. Drugie przypomina, że to, co rodzi się w naszej głowie, nie musi być prawdą.

    Przed toksycznymi myślami chroni nas też stabilna, adekwatna i dość wysoka samoocena. Wprawdzie poczucie własnej wartości w dużym stopniu kształtuje się w dzieciństwie, ale Małgorzata Liszyk-Kozłowska pociesza, że nawet jeśli w dorosłość nie weszliśmy z przekonaniem, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, nie wszystko stracone. – Trzeba szukać w swoim otoczeniu mądrych ludzi, którzy pomagają nam dostrzec, w czym jesteśmy wyjątkowi – radzi psychoterapeutka. – Dobre, zdrowe relacje pozwalają odbudować poczucie własnej wartości także osobom, które w dzieciństwie nie słyszały budujących zdań na swój temat i dziś są niedowartościowane.

    Kontakt z takimi wspierającymi ludźmi jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie możemy zrobić w chwilach, kiedy wydaje nam się, że trawa w naszym ogródku nie tyle jest mniej zielona niż gdzie indziej, ile wręcz nie ma jej wcale. Oni poradzą sobie z naszym działającym wybiórczo mózgiem i wypunktują jego pomyłki. Przypomną, że oprócz porażek odnieśliśmy też wiele sukcesów, a nasze wady są mikroskopijne w porównaniu z naszymi zaletami. Dzięki nim to, że wypadliśmy blado w jakimś porównaniu, po prostu przestanie mieć znaczenie.