1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Piersi - drogocenna i wrażliwa część kobiecego ciała. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Piersi - drogocenna i wrażliwa część kobiecego ciała. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Rozmowy o ciele kobiety bez słowa o piersiach?! Piersi mogą nam dużo powiedzieć o stosunku ich właścicielki do kobiecości. Przez pryzmat kobiecych piersi można wiele się dowiedzieć o świecie, w którym żyjemy. W reklamach, na filmach, w Internecie, w teledyskach, na plaży spotkamy je całkiem nagie. Czy więc są jeszcze wyzwaniem, wabikiem, owocem zakazanym – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Piersi nie są problemem, brak piersi owszem, mówi moja przyjaciółka. Za małe piersi to dla większości kobiet dyskomfort. Mówiąca te słowa też chętnie kupowałaby stanik o rozmiar większy...
Kobiety mają rozmaity stosunek do swoich piersi, zwłaszcza te dorastające. Dla wielu jest to długo oczekiwany dar natury: „Nareszcie!”. Dla innych nieszczęście: „O rany! Już się zaczyna! Ratunku!”. Stosunek do własnych piersi zależy od tego, jaki wzorzec kobiecego losu zapisał się w świadomości dorastającej dziewczyny, czyli czego się wcześniej o nim dowiedziała. A przekaz rzadko bywa zachęcający. Większość dorosłych kobiet przytłacza dziewczynki swoją martyrologią. Robią to zapewne w dobrej wierze, chcąc przygotować córki czy wnuczki na trudy kobiecego życia. Nie zdają sobie sprawy z tego, że jednocześnie zobowiązują je do nieświadomego naśladownictwa. Stąd częste negatywne reakcje wielu dziewczynek na ich rozkwitające piersi. Tym bardziej zrozumiałe, że z powodu zwiększającej się ilości niefermentowanej soi w wielu produktach spożywczych pokwitanie ciągle przyspiesza. W efekcie nawet dziesięcioletnie dziewczynki miewają dzisiaj piersi i miesiączkę. Oczywiście, ich rozwój mentalny i emocjonalny za tym nie nadąża. I tak po świecie biega coraz więcej dziewczynek opakowanych w kobiece ciała, niewiedzących, jak radzić sobie z naporem własnych seksualnych zainteresowań, a tym bardziej z pożądliwością dorosłych, acz niedojrzałych mężczyzn.

Piersi nie są więc sygnałem, że dziewczyna jest już gotowa do rozpoczęcia życia seksualnego?
Chyba nigdy tak nie było. Piersi rozwijają się powoli i początki tego procesu nie mają nic wspólnego z dojrzałością seksualną. Ta sytuacja wręcz krzyczy o dojrzałą edukację  seksualną w szkołach i mediach. Nasza ogólnonarodowa hipokryzja i schizofrenia w tej sprawie powoduje coraz więcej szkód. Bo młodzież masowo nadrabia brak rzetelnej wiedzy o seksualności człowieka pseudoedukacją internetowo-pornograficzną i lekturą pisemek dla nastolatek zachęcających do jak najszybszej seksualnej inicjacji. Są więc też kulturowe powody przedwczesnej inicjacji, wszechobecna agitacja i propaganda seksualności. Co za tym idzie, noszenie piersi dla dorastających kobiet coraz rzadziej jest okazją do odczuwania przypisanej im dumy i godności. Kultura wymusza na przebranych w kobiece ciała dzieciach jak najszybsze przeistaczanie się w obiekt pożądania, a także podmiot ryzykownej gry na seksualnej giełdzie. Większość młodzieży czuje się w tym totalnie zagubiona.

Kiedy jesteśmy już dorosłe, piersi nam nie przeszkadzają, odwrotnie, zazwyczaj chcemy je powiększać, podnosić itd.
Potem jest i śmieszno, i straszno, bo kobiece piersi osiągnęły status i znaczenie niespotykanego w dziejach fetyszu seksualnego. Właściwie tylko z tego jednego punktu widzenia patrzy się teraz na nie. Stąd zanikająca w Polsce – i nie tylko w Polsce – akceptacja widoku karmiącej matki.

Przecież wszędzie pełno gołych kobiecych piersi – na każdym niemal billboardzie.
Właśnie o tym mówię. Decyduje kontekst pokazywania piersi. Widok kobiecej piersi w jej naturalnej, karmiącej roli zostaje uznany za estetycznie nie do przyjęcia, a co więcej, często za niemoralny i godzący w dobre obyczaje. Tylko aspekt seksualny jest dopuszczalny i aprobowany. Dla mnie, pamiętającego powojenny baby boom, gdy trudno było znaleźć miejsce, w którym nie byłoby piersi, a parki, skwery, tramwaje, autobusy i kawiarnie pachniały kobiecym mlekiem – to szokujący obrót sprawy. Wtedy piersi nie były jednak seksualnym fetyszem, nie występowały w reklamach. Może nie trzeba było zachęcać mężczyzn do prokreacji, więc piersi zostały zwolnione z roli przedmiotu pożądania. A może podaż towarów nie nadążała za popytem, więc piersi nie były niezbędne jako zachęta do kupowania cementu, cegieł, blach?

Może to sexy, kiedy blondyna leży nie na masce ekskluzywnego auta, ale na koparce czy na elementach ze stali nierdzewnej?
Mężczyzna zawsze zwróci uwagę na widok kobiecych piersi, ust, nóg czy pośladków. To prosty, atawistyczny odruch orientacyjny, dający szansę na sukces prokreacyjny – nie wolno mężczyzn za to potępiać. Biologicznie zorientowana antropologia nie pozostawia w tej sprawie żadnych wątpliwości. Jedna z jej teorii mówi, że piersi spełniają funkcję skutecznego wabika dla mężczyzn, bo tak naprawdę symbolizują pośladki. Uniesione wysoko i prawie całkowicie widoczne w śmiałym dekolcie, w połączeniu z karminowymi wargami kojarzą się mężczyznom jednoznacznie z zachętą seksualną. Należę do wyjątków w tej sprawie. W dzieciństwie napatrzyłem się na ciężko pracujące matczyne piersi, a potem jako ojciec towarzyszyłem żonie w trudzie karmienia itd. Pewnie dlatego piersi nie są dla mnie fetyszem, a przede wszystkim drogocenną i wrażliwą częścią kobiecego ciała – budzącą odruch troski i opieki. Ale i zachwytu. Uważam więc, że kobiety powinny wiedzieć, jak przez niektórych mężczyzn mogą być odebrane ich upiększające zabiegi – push-up i malowanie ust karminem. Nie można wykluczyć, że eksponowanie piersi ma zachęcić coraz mniej seksualnie wydolnych, przepracowanych lub rozleniwionych samców do większej aktywności, a przynajmniej podnieść im nieco poziom testosteronu i utrzymywać w stanie zachwytu i rywalizacji, co mężczyznom dobrze robi. Pewnie dlatego karmiące piersi zostały usunięte z publicznej sceny.

Także bezwzględny zakaz publicznego pokazywania sutka utrzymujący się w USA z uporem godnym lepszej sprawy doskonale wpisuje się w tę strategię. Gdy kilka lat temu siostra Michaela Jacksona prowokacyjnie pokazała sutek na koncercie, została powszechnie potępiona.

Jeden mały odsłonięty sutek obnażył wielką amerykańską hipokryzję.
To prawda. Ale z punktu widzenia proponowanej przeze mnie tezy wszystko trzyma się kupy, a raczej sutka. Bo przecież pośladki nie mają sutka. Więc sutek w tym zasadniczo przeszkadza, bo kieruje uwagę męskiej publiczności ku karmieniu i macierzyństwu zamiast ku seksualności. Z punktu widzenia klasycznej, dynamicznej psychologii i psychoterapii relacja z piersią jest jedną z najważniejszych w ludzkim życiu. Tworzy zręby naszego charakteru. Bo pierś to pierwszy obiekt w życiu każdego z nas, z jakim wchodzimy w relację.

Pierś jako całkiem samodzielny i oddzielny obiekt?
Tak, bo niemowlę nie widzi całej matki, więc dla niego pierś jest matką. Dlatego to, w jaki sposób układa się nasza relacja z piersią matki, wpływa na kształtowanie się naszych relacji z ludźmi w życiu dorosłym. Jeśli pierś jest chętna, ciepła, niezawodna, cierpliwa, zrelaksowana i szczodra, to mamy szansę wyrosnąć na osobę otwartą, ufną i optymistyczną. Jeśli skąpi, wycofuje się, jest niecierpliwa, napięta i zdystansowana, to pozostanie w nas niedosyt i zarazem niewiara w jego zaspokojenie, napięcie i lęk. Możemy też odczuwać wieczne pragnienie ciepła, bezpieczeństwa, pokarmu, a także seksu.

Czyli to, z jakimi emocjami byliśmy karmieni w niemowlęctwie przez matkę, wpływa na całe nasze życie?
Ta zależność ujawnia się i często potwierdza w trakcie psychoterapii. Ale wracając do roli i przeznaczenia piersi, z punktu widzenia niemowlęcia jej najważniejszym elementem jest sutek. To z niego wypływa słodkie, niezbędne do życia mleko gwarantujące możliwość przeżycia. Nic dziwnego, że pierś się ogromnej większości ludzi jak najlepiej kojarzy i wzbudza ciepłe uczucia, a potem, gdy już nie potrzebujemy od niej mleka, przekształca się w obiekt erotycznego pożądania. Zjawisko to nie dotyczy bynajmniej tylko mężczyzn. Wyjaśniła mi to znajoma psychoterapeutka lesbijka: „Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. To, że się nam tego zabrania, jest rażącym przejawem seksistowskiej dyskryminacji kobiet”. Nie znalazłem powodów, aby nie przyznać jej racji.

Jakoś mi piersi do pieszczenia nie brakuje. Może dlatego, że mam własne, i jakby mnie coś naszło, zawsze mogę siebie podotykać.
Słyszałem kilka razy od kolegów na poły żartobliwe oświadczenie, że gdyby mieli piersi, toby się nimi bawili. Ale panowie z jeszcze jednego powodu mają lepszą relację z kobiecą piersią. Otóż z wielu badań wynika, że matki dłużej i chętniej karmią piersią synów niż córki. Matki chłopców – szczególnie te samotne – potrafią przedłużać karmienie nawet do trzech lat. W rezultacie samodzielny, biegający i gadający szkrab traktuje matkę jak automat z napojami. Kilka razy byłem świadkiem takiej sytuacji: na towarzyskiej imprezie w ogrodzie trzylatek podbiega do zaangażowanej w rozmowę z grupą osób matki, podciąga jej bluzkę i z okrzykiem: „Dawaj cyca”, zaczyna ją ssać. A matka, nie przerywając rozmowy, udostępnia się swojemu synkowi na żądanie, tak jakby był niemowlęciem. Nie zdaje sobie sprawy, że uczy tak syna nieliczenia się z granicami kobiety, a także roszczeniowej, uprzedmiotawiającej postawy wobec kobiet.

Wszystko to razem źle wróży jego przyszłym związkom. Tacy duzi chłopcy w przebraniu mężczyzn grasują potem wśród kobiet na zasadzie: „Mam teraz potrzebę i ty mi ją natychmiast zaspokój”.

I dziwić się, że kobiety czują się mniej ważne od mężczyzn, skoro widzą od dziecka, że oni są faworyzowani.
No właśnie. Pewnie dlatego nie słyszałem o trzyletniej ani nawet dwuletniej córeczce, która podbiegałaby do matki, podnosiła jej bluzkę i krzyczała: „Dawaj cyca!”. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak by takie wychowanie wpływało na charakter dziewczynki. Być może uprzywilejowane traktowanie chłopców stanowi trzon psychologiczny patriarchalnej dominacji i męskiej tendencji do urządzania się na tym świecie kosztem kobiet. Gdyby tak było, to ważnym elementem zmiany w kierunku pełnej emancypacji stałaby się zmiana nastawienia matek do karmienia piersią swoich córek.

Czy nasza psychika wypowiada się przez rozmiar biustu? Czy te kobiety z większymi piersiami są bardziej kobiecie, czy tylko za takie uważane?
Nie tylko geny i ewolucja wpływają na wielkość piersi. Także psychika kobiety ma w tej sprawie dużo do powiedzenia. Np. dziewczynka zagrożona nadużyciem seksualnym w rodzinie lub nadużywana potrafi zahamować cały swój rozwój seksualny – w tym wzrost piersi – by zmniejszyć swoją atrakcyjność seksualną w oczach tego, który ją wykorzystuje lub potencjalnie może to zrobić. Są też inne powody, dla których dziewczynki mogą chcieć jak najdłużej pozostać dziewczynkami i uniknąć w ten sposób presji seksualnej mężczyzn. Blokują wtedy psychicznie nie tylko rozwój piersi, ale również miesiączkowanie. Dodajmy tylko, że umysł dziewczynki podświadomie może też działać w drugą stronę i powiększać piersi u dziewczynek żyjących w poczuciu, że nie są kochane przez ojców. Na zasadzie: „Skoro mnie nie kochasz, to przynajmniej mnie pragnij”. Bywa też, że dorosłe już kobiety, które są wojowniczkami jak mityczne Amazonki, symbolicznie pozbawiają się jednej piersi, czyli połowy swojej kobiecości. W skrócie – ich ciało zaczyna produkować więcej męskich hormonów, co prowadzi m.in. do problemów z zajściem w ciążę, a więc rezygnacji z macierzyństwa. Jak widać, piersi ciągle odgrywają kluczową rolę w kobiecych strategiach znajdowania sobie miejsca, pozycji i roli w nadal męskim świecie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Samokrytyka – wewnętrzna mowa, która cię osłabia

Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Komunikaty, które otrzymałaś i uwewnętrzniłaś w dzieciństwie, zespoliły się z twoim obrazem ciebie samej i nadały ton twojemu wewnętrz nemu głosowi, który często określa się mianem „mowy wewnętrznej”, „monologu wewnętrznego” lub „autorozmowy” (ang. self-talk). Składają się na niego wszystkie nasze myśli, zarówno te świadome, jak i podświadome. Przez cały dzień coś myślimy – formułujemy opinie na własny temat, analizujemy zdarzenia i rozważamy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe zamiary.

Zatrzymaj się na moment i zastanów, jakie myśli przebiegają przez twoją głowę dokładnie w chwili, gdy czytasz to zdanie.

Myślę, że: ….

Niektórzy ludzie opisują mowę wewnętrzną jako „głos” w swoich głowach, a jeśli nie masz skłonności do introspekcji, uświadomienie sobie, że ty też go słyszysz, może sprawić, że poczujesz się lekko zwariowana, lecz w rzeczywistości jest to całkiem normalne. Wszyscy go słyszymy i nie ma to nic wspólnego z halucynacjami ani z rozdwojeniem jaźni. Jest to po prostu część bycia człowiekiem i następstwo posiadania wysoce rozwiniętego mózgu – i, tak między nami, może to być cudowny dar. Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. W rzeczywistości samo uświadomienie sobie, że się go posiada, jest niezmiernie ważnym krokiem na drodze do samopoznania i pełniejszego zrozumienia własnego sposobu myślenia. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Mowa wewnętrzna a wczesne przekazy

Naszą mowę wewnętrzną często kształtują komunikaty, które faktycznie odbieramy lub tylko dopowiadamy sobie w trakcie dorastania; nie kiedy rozbrzmiewają w niej te same głosy, które słyszeliśmy jako dzieci. Jeśli byłaś stale krytykowana lub ganiona przez innych, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że wykształciłaś silny krytyczny wewnętrzny głos, na okrągło powtarzający reprymendy, które otrzymywałaś – lub nadal otrzymujesz – od innych ludzi. Kiedy zaczniesz już wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos, bądź szczególnie czujna w chwilach, gdy zdaje się on odzwierciedlać lub naśladować komunikaty na twój temat, które otrzymywałaś lub w które uwierzyłaś w przeszłości. (…)

Wpływ negatywnej mowy wewnętrznej na poczucie własnej wartości

Kobiety z niskim poczuciem własnej wartości wykazują zazwyczaj negatywne wzorce myślowe, zwłaszcza gdy dotyczą ich samych. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, głos w naszej głowie może przyjąć postać wewnętrznego krytyka, który osądza każdy nasz krok. U kobiet z niską samooceną ten wewnętrzny cenzor ma tendencję do surowego potępiania ich poczynań i deprecjonowania ich jako ludzi. Jeśli cechujesz się niskim poczuciem własnej wartości, prawdopodobnie wyrzucasz sobie w nieskończoność najdrobniejsze potknięcia, podajesz w wątpliwość własne decyzje i surowo ocenisz każde swoje posunięcie w nieustającym strumieniu mowy wewętrznej.

W książce opisane są historie Suzanne i Caroline Obie znajdo wały się w tym samym położeniu: musiały sobie radzić z napastliwym szefem. Różnice w samoocenie i sposobie mówienia do siebie sprawiły jednak, że czuły się i reagowały zupełnie inaczej.

Koncepcja mowy wewnętrznej opiera się na założeniu, że o tym, co czujemy, nie decydują same zdarzenia; wyznacznikiem naszych emocji, nastroju i ostatecznego toku postępowania jest natomiast sposób, w jaki o nich myślimy. Suzanne zżerały myśli, że nie jest dostatecznie dobra i bystra. Czuła się bezsilna i tkwiła w pracy, w której była niedoceniana, a nawet molestowana seksualnie. Natomiast Caroline ta sama sytuacja sprowokowała do myślenia, że takie traktowanie jest niedopuszczalne. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić coś, aby poprawić swoje położenie. Poniższa historia również jest przykładem tego, jak wielką moc ma wewnętrzny głos.

Niskie poczucie własnej wartości może uniemożliwić ci obiektywne spojrzenie na sprawy w sytuacji, gdy coś idzie nie tak, jak powinno. Możesz zakładać, że to wszystko twoja wina, i nie dostrzegać szerszego kontekstu, gdyż wychodzisz z założenia, że to ty jesteś zła lub niegodna. Zamiast wziąć pod uwagę, że istnieje wiele możliwych wyjaśnień – szef właśnie się rozwodzi, u kasjerki dopiero co zdiagnozowano raka, a przyjaciółka ma kiepski dzień – będziesz zakładać, że przyczyną każdego konfliktu jest to, że z tobą jest coś nie w porządku.

Więcej w książce „Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie” Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Styl Życia

#pieknobezfiltra - by każda osoba mogła być pewna siebie, będąc sobą

Kampania #pieknobezfiltra  (Fot. materiały prasowe)
Kampania #pieknobezfiltra (Fot. materiały prasowe)
Ponad 50 proc. nastolatków stosuje filtry w mediach społecznościowych – alarmuje Dove, rozpoczynając projekt #pieknobezfiltra. Młodzi używają ich do cyfrowej korekty swojego wyglądu, który ma dorównać nierealnym kulturowym standardom i kanonom piękna. To negatywnie wpływa na ich samoocenę.

Pamiętacie kampanię Dove „Real Beauty” („Prawdziwe piękno”) sprzed kilkunastu lat? Na pewno. Pierwszy raz w reklamie zobaczyliśmy prawdziwe modelki - z szerokimi biodrami, rozstępami, zmarszczkami, piegami. Wtedy nikt jeszcze nie znał pojęcia "ciałopozytywność". A innowacyjna komunikacja marki produkującej kosmetyki głównie dla kobiet, rozpoczęła walkę z wykreowanym przez media ideałem kobiecego ciała, które wpędza zwłaszcza nastolatki w kompleksy. Dove zapraszając do swojej kampanii „zwykłe” osoby, chciało zerwać z kanonem doskonałej sylwetki oraz idealnej buzi. Działanie firmy było odpowiedzią na badania, z których wynikało, „że wiele kobiet w Polsce ma problemy z samoakceptacją oraz poczuciem własnej wartości. Większość z nich ulega stereotypom. Kampania rozpoczyna się od pytania o definicję prawdziwego piękna. - czytamy na stronie marki. W ten sposób Dove chce zwrócić uwagę opinii publicznej na fakt, że prawdziwe piękno nie zależy od kształtu, wieku, koloru ani rozmiaru.”

Od pierwszej kampanii społecznej zainicjowanej przez komercyjna markę (Dove) na rzecz pozytywnego postrzegania swojego ciała minęło 17 lat. Od tamtego czasu wiele globalnych firm również zmieniło swój kanon piękna w kampaniach - nawet Victoria Secret w 2019 r zatrudniła pierwszą modelkę plus size (Ali Tate-Cutler). Nadzieję na zmianę nieustannie daje też ruch „body positive”, którego celem jest odcięcie się od świata pełnego photoshopa i sztucznych, nieosiągalnych ideałów piękna. To trend, który zachęca, by żyć w zgodzie ze sobą, z tym, co dostaliśmy od natury, w pełnym poszanowaniu dla zdrowia, ale mówić „nie” dyktowanym przez reklamy kanonom. Chodzi o zmianę sposobu myślenia o sobie - przez pryzmat tego kim jesteśmy, co robimy i kochamy, a nie tego ile ważymy, czy mamy siwe włosy albo trądzik.

Jednak najnowsze globalne badania* z 2020 r. przeprowadzone przez Dove dotyczące samooceny i poczucia własnej wartości młodych ludzi pokazują bardzo niepokojące dane. Filtry dostępne w mediach społecznościowych i aplikacje do edycji zdjęć radykalnie wpływają na sposoby wyrażania siebie za pomocą obrazu. Młode osoby nie chcą pokazywać, jak wyglądają naprawdę. Wszystko po to, by dorównać definicji idealnego piękna, które nie jest osiągalne w prawdziwym życiu. To źle wpływa na ich samoocenę - obniża ją. Aż 80 proc. nastolatków do 13. roku życia korzysta z aplikacji do edycji zdjęć zmieniających wygląd, by dorównać nierealnym stereotypom piękna. 77 proc. młodych ludzi próbuje zmienić lub ukryć przynajmniej jedną część swojego ciała przed publikacją zdjęcia w mediach społecznościowych. Z badań wynika, że istnieje zależność pomiędzy presją związaną z kreowaniem wizerunku w mediach społecznościowych, a poczuciem własnej wartości: 52 proc. nastolatków, którzy spędzali od 10 do 30 minut na edycji swoich zdjęć, miało niskie poczucie wartości swojego ciała. Młodzież z niższą samooceną swojego ciała chętniej przerabia swoje zdjęcia (56 proc.) niż młode osoby z wysoką samooceną (42 proc.).

Co istotne, ankietowani przyznali, że gdyby zdjęcia w mediach społecznościowych w większym stopniu pokazywały, jak wyglądamy naprawdę na co dzień, czuliby się pewniej. 61 proc. nastolatków chciałoby, aby świat bardziej skupiał się na tym, kim są, a nie na tym, jak wyglądają.

Kim jestem? 

„Odwrócone Selfie” to film, który pokazuje problem presji, jakiej poddawani są młodzi ludzie w mediach społecznościowych. Prezentuje on etapy robienia „selfie” – uwidacznia, w jaki sposób młodzi ludzie korzystają z narzędzi do edycji zdjęć, które kiedyś dostępne były tylko dla profesjonalistów. Dziś wystarczy naciśnięcie jednego przycisku, by zupełnie zmienić swój wygląd na zdjęciu zrobionym we własnym pokoju. W rezultacie może ono przypominać to z profesjonalnej sesji modelek. Gdy ze zdjęcia zostają zdjęte wszelkie filtry, okazuje się, że przed ekranem telefonu nie stoi dorosła kobieta, a nastoletnia dziewczynka.

Pokochajcie siebie! Poradnik

We współpracy z Centre for Appearance Research (University of West England), największą na świecie instytucją badawczą zajmującą się rolą wyglądu i obrazu ciała w życiu ludzi, Dove przygotował poradnik „Pokochajcie siebie!”. Ma on stanowić wsparcie dla rodziców, nauczycieli i wychowawców, dostarczając wskazówek, jak młodzież może korzystać z mediów społecznościowych w sposób pozytywny i kreatywny.

Poradnik „Pokochajcie siebie!” jest dostępny do pobrania bezpłatnie na stronie Dove.com/pewnoscsiebie

W poradniku znajdziesz m.in:

  • konkretne porady, jak uczynić media społecznościowe zdrową i bezpieczną przestrzenią, w której można się rozwijać;
  • porady dotyczące akceptacji własnego ciała;
  • informacje dotyczące tego,  jak zrozumieć cyfrowe zniekształcenia, jak unikać pułapek porównywania się, jak nauczyć się rozpoznawać reklamy;
  • wskazówki jak radzić sobie z nękaniem w internecie;
  • rozdział o tym, kiedy rodzinne przekomarzanie się, niewinne żarty stają się nękaniem;
  • konkretne porady dotyczące tego, jak język może kształtować akceptację własnego ciała;
  • lekcje jak nauczyć swoje dziecko wyrażać się pozytywnie o swoim ciele;
  • wskazówki jak wspierać swoje dziecko, gdy mierzy się z dokuczaniem i nękaniem z powodu wyglądu;
  • porady dotyczące nauki celebrowania indywidualności. 

*Research conducted by Edelman Data & Intelligence, a global, multidisciplinary research, analytics and data consultancy between November and December 2020 in the USA with 568 girls aged 10-17 and 2,008 women aged 18-55

 

  1. Styl Życia

Odchudzanie zastąpiłam akceptacją siebie - 12 rad Karoliny Szaciłło

Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia

Spójrz w lustro. Co widzisz? Czy podoba ci się ten obraz? Czujesz niechęć i niesmak? Kto wie, być może nawet twój widok cię odrzuca. 

Jak pisze bliski mi mędrzec w "Świętowaniu ciszy": "Akceptacja czegoś, czego nie lubisz, może okazać się trudna. Z pewnością jednak da się zaakceptować odrobinkę tego - maleńki atom. Przekonasz się, że w chwili, kiedy zaakceptujesz jeden atom, zajdzie zmiana. (...) Choć rzeka jest bezmierna, wystarczy jeden łyk, aby ugasić pragnienie. Choć na ziemi jest obfitość pożywienia, wystarczy mały kęs, aby zaspokoić głód. Potrzebujesz zaledwie odrobinki. Przyjmij w życiu odrobineczkę wszystkiego - to właśnie przyniesie ci spełnienie". Tobie też polecam ten zabieg. Zaakceptuj choćby niewielki "atom siebie".

Myśl i mów dobrze o sobie, również o swoim ciele. Spoglądaj w lustro i za każdym razem odnajduj w sobie coś pięknego...
'Większość ścisłych diet w rzeczywistości jest nieskuteczna, ponieważ są one wynikiem postawy nienawiści do siebie, obrzydzenia do tłuszczu lub niechęci wobec siebie i swoich słabości, przez które tłuszcz odłożył się w naszym ciele. Postawa taka wywołuje pragnienie zagłodzenia ciała po to, aby ukarać umysł. Ciało będzie się czuło wygłodzone podczas każdej drastycznej diety, a ponieważ nie lubi takie być, samoistnie będzie się starało uruchomić tkanki, które potrzebują najwięcej energii, spowalniając w nich procesy metaboliczne, co przyczyni się do wolniejszego spalania tłuszczów - tłumaczy Robert Svoboda w "Prakriti - odkryj swoją pierwotną naturę".

W pokonywaniu tej niechęci do siebie pomagało mi m.in. wspomniane spoglądanie z miłością i akceptacją w lustro. Była to jedna z wielu technik, dzięki którym odnalazłam moją drogę do równowagi. W efekcie (ubocznym) schudłam ponad 25 kg. Poniżej cały zestaw zasad, którymi się kierowałam. Już w tym miejscu zaznaczę, że poniższego zestawienia nie powinieneś traktować jeden do jednego. Przede wszystkim wsłuchaj się w siebie. Skorzystaj z tych punktów, które poczujesz całą sobą!

Ustawiłam swój nowy cel. Utratę wagi zastąpiłam akceptacja siebie. Przestałam walczyć ze sobą i swoimi kilogramami!
1. Wyrzuciłam swoje tzw. ubrania motywacyjne, czyli za małe jeansy, które miały mnie mobilizować do schudnięcia. Tak naprawdę działały odwrotnie. Z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem wpadałam w coraz większe poczucie winy, że nie udaje mi się wrócić do mojej upragnionej sylwetki.

2. Do codziennej, porannej rutyny włączyłam masaż ciała najlepiej ciepłym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (zima i jesień), kokosowym (lato) lub ich mieszanką (wiosna). W trakcie masażu szczególną uwagę zwracałam na to, aby spoglądać i odnosić się do swojego ciała z akceptacją oraz miłością. Masaż olejem trwa około 10-15 minut. Po masażu możesz przepłukać ciało wodą. Olej doskonale nawilża, ale również oczyszcza oraz rozgrzewa (sezamowy) ciało. Z powodzeniem zastępuje balsam.

3. Zmieniłam optykę patrzenia na moje menu. Wyszłam z przestrzeni muszę się zdrowo odżywiać. Zaczęłam robić i jeść tylko te rzeczy, na które mam ochotę.

4. Biorę odpowiedzialność za własne samopoczucie i ciało. Przez lata z łatwością wpadałam w kolejne gotowe diety obiecujące szybką i bezbolesną utratę wagi. Dlaczego? Bo w momencie porażki mogłam łatwo przerzucić odpowiedzialność.

5. Zaczęłam układać mój jadłospis, kierując się smakiem. Smak jest prezentem od natury. Naszym wewnętrznym kompasem, który w pierwotnej postaci wskazuje to, co nam służy. Jeśli spożywane jedzenie, nawet najzdrowsze, nam nie smakuje, nie jesteśmy w stanie dobrze go strawić. Co za tym idzie - nie wchłaniamy składników odżywczych.

6. Obserwuję emocje towarzyszące jedzeniu. Staram się nie siadać do posiłku zła, smutna lub pod wpływem stresu. Emocje również wpływają na nasze trawienie. Przed posiłkiem (np. w pracy) dobrze jest przejść się na krótki spacer, zmienić otoczenie i wyczyścić głowę z myśli.

7. Jem, kiedy rzeczywiście jestem głodna. Nie najadam się na wszelki wypadek. Udało mi się zaobserwować, kiedy głód wynika z rzeczywistej potrzeby organizmu, a kiedy jest tzw. głodem emocjonalnym.

8. Nie chodzę głodna. Nie oszukuję też mojego organizmu wodą, herbatą, czy np. kilogramami spożywanych owoców w zastępstwie głównego posiłku. Ajurweda podkreśla, że głód wywołuje lęki. Te ostatnie, jak już wspominałam, zaburzają trawienie i wchłanianie składników odżywczych.

9. Przestałam odżywiać się intelektualnie. To jeden z 7 sposobów odżywiania, który wyróżnia makrobiotyka. Ten typ odżywiania opiera się wyłącznie na sugestiach innych osób, na tym, co przeczytamy, również na przynależności do określonej grupy (np. osób będących na diecie surowej).

10. Odżywiam się w sposób, który makrobiotyka nazywa wolnym. Słucham się siebie i swojej intuicji. Wybieram to, co rzeczywiście mi służy i czego do zachowania zdrowia potrzebuje moje ciało, dusza oraz umysł.

11. Liczę wartości odżywcze, a nie kalorie. Nadwaga często wiąże się z niedoborami składników odżywczych. W takiej sytuacji organizm domaga się dodatkowej porcji jedzenia. Liczy na to, że w ten sposób uzupełni niedobory. Im więcej wartości odżywczych przyswoisz, tym mniejszy głów będziesz odczuwać.

12. Ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia może być pomocne (ale niekonieczne) w trakcie odchudzania. I tak śniadanie staram się jeść między 7 a 9. Obiad w godzinach popołudniowych (od 12 do 14). Pamiętaj, że jest to najważniejszy posiłek dnia. Kolację w wersji idealnej zjadam przed zachodem słońca. Możemy jednak ogólnie przyjąć, że optymalnie należy ją spożyć między godziną 17 a 19 i najpóźniej 3 godziny przed snem. W kwestii godzin jedzenia poszczególnych posiłków słuchaj się jednak przede wszystkim siebie i własnego zegara biologicznego.

Więcej w książce:

  1. Seks

Kobieta nie ma ochoty na seks – rozmowa z psychoterapeutką i seksuolożką Pauliną Trojanowską-Malinowską

Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydaw. Znak).

Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak).

Zaburzenia pożądania? Co to jest w ogóle za problem?!
Czasem, jak komuś mówię, czym się zajmuję, od razu słyszę pytanie, czy pracuję ze zboczeńcami. Odpowiadam, że nie, że najczęściej zajmuję się takimi problemami jak brak pożądania czy orgazmu, a wszyscy reagują tak: „Ale nudne”.

Banał, co to za temat?
Niezbyt spektakularny, ale taka jest często rzeczywistość kobiecej seksualności. Ten problem nie ma metryki, zgłaszają się z nim kobiety w każdym wieku: dojrzałe, 30+, 40+ i bardzo młode dziewczyny. Te, które są w długich związkach, i te, które wchodzą w nową relację. Mówią: „Nigdy nie miałam ochoty na seks. Zaczynam nowy związek, i co teraz?”. Staż związku jest ważny, ale czasem ten problem pojawia się dość szybko.

Przychodzą same czy partner je przysyła?
To mnie zawsze porusza: kobiety zwykle nie przychodzą dla siebie, tylko są oddelegowane przez partnera. Wypchnięte. I kiedy pytam: „Co z nim, gdzie on jest?", słyszę, że się nie pojawi, bo przecież nie ma z tym problemu. A dla mnie samo to już jest problematyczne. Bo znaczy, że ten partner nie widzi podstawowej zasady w życiu seksualnym: ja mam inaczej niż ty. I to, że masz inne potrzeby, wcale nie znaczy, że jesteś zaburzona.

Mam takie przyjaciółki. Raz na jakiś czas słyszę: „Nie mam ochoty na seks, ale mi to nie przeszkadza. Tylko że mój mąż jest potwornie sfrustrowany, nie wiem już, co mam robić, są na to jakieś pigułki?”.
Jesteśmy tak wychowywane, że swoimi potrzebami mamy zajmować się na końcu. A najlepiej wcale. Kobieta rzadko myśli: „Jestem po dwóch porodach, pracuję, zajmuję się domem, dodatkowo mam świetnie wyglądać, a czuję się fatalnie, więc wrzucę na luz”, raczej ma poczucie winy. Myśli, że jest popsuta.

Wybrakowana.
Tak, czegoś jej brakuje. Popularne jest takie podejście, że popęd seksualny to coś wyłącznie biologicznego. Że się go ma albo się go nie ma. Że to jest naturalne, a nie bardzo płynne. Tymczasem zwłaszcza w wypadku kobiet popęd zależy od fazowości życia. Oczywiście nie dotyczy to każdej z nas, ale części tak: w niektórych momentach seks schodzi gdzieś na bok. I nie ma w tym nic dziwacznego ani złego. Niestety nie dostajemy informacji, że możemy sobie na brak ochoty pozwolić.

No i ta nieszczęsna pigułka. Jak ona niby miałaby działać?
Szukamy szybkich rozwiązań. Zwłaszcza jeśli cierpienie było długie, chcemy szybkiej ulgi. Dlatego czepiamy się obietnicy, że powstanie viagra dla kobiet. Z dużą rezerwą podchodzę do tego, że znajdzie się jeden lek na tak złożony aspekt życia. Bo po pierwsze: każda kobieta ma w tej kwestii inaczej, a po drugie: u większości dziewczyn, które przychodzą z tym problemem, nie ma jednej przyczyny. Nie dzieje się tak, że pracujemy, rozmawiamy i nagle okazuje się: „Aha! Chodziło o to!”. Ten problem jest mozaiką różnych elementów, nie ma tu prostych rozwiązań. I jeszcze jedna rzecz: kobiety często dużo od siebie wymagają, czują, że muszą za przeproszeniem dowodzić w każdej kwestii: w związku, w pracy, w wychowywaniu dzieci, zajmowaniu się rodzicami. Nawet jeśli którąś pochłonie jakaś pasja, to i tak będzie ją traktować w trybie zawodowym. A zadaniowość i seks nie zawsze idą w parze. Bo jak się do czegoś zmuszamy, to mniej to lubimy. Poza tym musimy pamiętać, że powodów, dla których uprawiamy seks, jest mnóstwo.

Słyszałam, że siedemnaście, strasznie dużo!
A ja, że 237 – od tego, żeby być bliżej Boga, przez to, że chcemy się zemścić albo kimś manipulować, do tego, że czujemy się samotni albo chcemy podbudować swoje poczucie wartości, ewentualnie rozładować napięcie. Ale prawda jest taka, że czasem uprawiamy seks nie dla siebie, tylko dla partnera albo dla podtrzymania związku. Nie przestaje mnie zaskakiwać to, że podczas zajęć z edukacji seksualnej chłopcy o masturbację zawsze pytają w kontekście przyjemności – jak to robić. A dziewczyny zastanawiają się zwykle, czy w ogóle to robić. Odkrywają seksualność w kontekście związku. Rzadko myślą: „Seks jest mój, dla mnie, dla mojej przyjemności”. Trudności z pożądaniem to kwestia naszego osobistego rozwoju, ale też dynamiki relacji. Niektóre elementy dobrze przepracować indywidualnie, inne razem. Zawsze zadaję kobiecie pytanie: „Nie masz ochoty na seks, czyli na co? Na bliskość? Na wysiłek? A może na seks z tą konkretną osobą?”. Ważne, jak kobieta identyfikuje pożądanie – ma fantazje erotyczne czy nie? Stymuluje się sama czy nie bardzo? Bo może chodzić o to, że ma trudności w związku, a nie w seksie. U większości nie da się wskazać jednej przyczyny braku ochoty na seks, to zwykle skomplikowana sprawa.

Mogłabyś stworzyć listę momentów, w których kobiety cierpią na zaburzenia pożądania najczęściej?
To niełatwe, bo w seksie przejawia się historia naszego życia. To, co się dzieje w naszej sypialni, jest efektem tego, kim jesteśmy, jakie jesteśmy i co się w naszym życiu do tej pory wydarzyło. To bardzo indywidualne. Oczywiście, w pewnych newralgicznych punktach związanych z fizjologią, ochota na seks może być mniejsza: to niektóre etapy ciąży, połóg, menopauza. Ważnym czynnikiem zaburzającym pożądanie jest przemęczenie. I nie mówię o dwóch, trzech nieprzespanych nocach, tylko o zmęczeniu permanentnym. Przez nie wzrasta poziom prolaktyny, a ona wycina seksualność. Albo stres: nie tylko kluczowe momenty, takie jak ślub, przeprowadzka, ważne egzaminy, zmiana pracy, rozwód, ale życie w ciągłym stresie. A poza fizjologią sytuacje związane z relacją z drugim człowiekiem: przewlekła choroba, staranie się o dziecko, różnego rodzaju konflikty, zdrady, brak komunikacji albo emocjonalnej dostępności tej drugiej osoby. Ludzie często są przekonani, że związek i seks to nierozłączna para. Tak nie jest, zwłaszcza w długotrwałej relacji. Podtrzymanie pożądania wymaga dużej aktywności.

(…)

Co dziś kobietom najbardziej w mężczyznach przeszkadza i powoduje, że tracą ochotę na seks?
Przede wszystkim to, że mężczyźni w jakimś sensie zajmują się głównie sobą.

W łóżku?
Nie tylko. W ogóle, w życiu. Zajmują się swoją karierą i już nie mają przestrzeni na wpuszczenie kogoś do swojego świata. Są po prostu nieobecni, nie ma ich. Nawet kiedy uprawiają seks.

Uznają, że skoro już zdobyli kobietę, to mogą zająć się innymi rzeczami?
Tak. Tymczasem to, co rozkręca kobietę, to uwaga, troska, pewien zachwyt, komplementy. Kobiety często nie czują się w swoich związkach widziane. Kolejna rzecz: kiedy seks skupia się na przyjemności mężczyzny. A nie obojga. I bardzo mocno rosnący konflikt. Nieprzegadane sprawy, nienazwane problemy, jak w tym dowcipie, kiedy mąż mówi: „Podaj mi sól”, a słyszy: „Zniszczyłeś mi całe życie!”. Brak komunikacji, zamiatanie pod dywan. Często ludzie żyją obok siebie. Każdy ma swoją listę zadań do wykonania i ta odległość między nimi jest coraz większa. A emocjonalne oddalenie sprawia, że ludzie przestają się sobą interesować. I seksem też. Bo jeśli cały czas funkcjonujemy obok i jakoś to działa, to po co się spotykać, skoro to zabiera tyle energii? Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. Trudno przyznać, że nasze życie seksualne jest słabe, rozczarowuje nas. Partner nas już nie pociąga. Atrakcyjność fizyczna zniknęła, bo druga strona przestała o siebie dbać. Łatwiej mówić o sukcesach, stwierdzenie, że jest niezbyt 25 dobrze, przychodzi z trudem. Bo trzeba stanąć, spojrzeć na siebie z zewnątrz i prześwietlić, gdzie się znajduję w tym momencie życia. Często, jak już jesteśmy w relacji, to zwracamy na nią uwagę tylko wtedy, kiedy pojawia się jakiś problem. Zamiast sprawdzać ją co jakiś czas, zajmujemy się nią wtedy, kiedy trzeba gasić pożar.

Fragmenty wywiadu pochodzą z najnowszej książki Marty Szarejko „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont).

Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)
  1. Seks

Bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć życie. Skąd się bierze wstyd w łóżku?

Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To nie sztuka wstydzić się, ważne, żeby robić to umiejętnie i kiedy trzeba. Wstyd bowiem bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć nam życie i doprowadzić do poważnych zaburzeń w sferze erotycznej – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Wstyd potrafi zepsuć każdą przyjemność życia. Najczęściej dotyczy on ciała i seksu.
Nadmierny wstyd może doprowadzić do depresji i innych zaburzeń psychicznych, jest przyczyną nieśmiałości, samotności, uzależnień. A też bywa jednym z głównych powodów zaburzeń seksualnych. Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, że jestem niewystarczający, że coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. Pierwotnie wywodzimy się ze stada, a niedopasowanie do stada jest groźne, kończy się często śmiercią. Wstyd zwykle pojawia się, gdy przekraczamy jakieś ustalone normy, robimy coś, czego robić nie wypada.

W języku japońskim nie ma przekleństw pochodzących od nazw narządów płciowych czy od czynności seksualnych. U nas nawet słowo „srom”, termin medyczny używany przez lekarzy i seksuologów, w języku staropolskim znaczył „wstyd”.
Są też inne powody tego, że przy całym współczesnym liberalizmie produkujemy rzesze ludzi zawstydzonych. Najważniejszym z nich jest Internet, gdzie internauci próbują siebie pokazać w postaci wyidealizowanej. W sieci odbywa się wielka giełda, kto jak wygląda. Niektórzy są za swój wygląd chwaleni, większość jednak dostaje tak zwane hejty. Wszystko dzieje się wirtualnie, ale emocje są prawdziwe. Z moich doświadczeń jako terapeuty wynika, że kobiety najczęściej wstydzą się, że są za grube, bo wszędzie widzą szczupłe modelki, aktorki. I potem przeciętna kobieta boi się rozebrać przed facetem, który też napatrzył się na idealne sylwetki. Obawia się, że będzie wyśmiana. Ciekawe, że zdarzają się tu skrajne zachowania. Niektórzy, radząc sobie ze wstydem, przekraczają wszelkie normy, inni próbują w normie się zmieścić. Zapytałem swoje koleżanki seksuolożki, czego wstydzą się ich pacjentki. Okazuje się, że można wstydzić się nawet gołych stóp, palców u dłoni, częstym motywem jest pępek.

Czego najbardziej wstydzą się mężczyźni?
Narządów płciowych. Że penis jest za mały albo za duży, generalnie nie taki jak powinien. W gabinetach pacjenci opowiadają o przeżywaniu wstydu związanego z obawą i lękiem przed wyrażeniem swoich pragnień w intymnej sytuacji. Ludzie wstydzą się nie tylko wyglądu, ale też zapachu swojego ciała, że będzie obrzydliwy dla partnera. Żyjemy w świecie, który eliminuje naturalne zapachy, królują środki czystości. Ale partner, który pachnie tylko środkami czystości, może okazać się odpychający.

Na basenie faceci nie zdejmują kąpielówek pod prysznicem. Wstydzą się. Jednak o naszych czasach mówi się, że są bezwstydne, w filmach pokazuje seks już praktycznie bez osłonek. Nic z tego nie rozumiem.
Ponieważ to jest niekonsekwentne. Film ośmiela się pokazywać już wszystko, ale kochają się tam pary doskonałe. Ludzie porównują swój wygląd z tym idealnym. I do terapeutów coraz częściej przychodzą osoby z problemem nadmiernego skrępowania i wstydu, który pojawia się w czasie współżycia. Boją się, że ich partnerzy napatrzyli się na reklamy i filmy, więc będą wymagać od nich doskonałości. Nie każdy rodzi się piękny, czas również robi swoje. Wstyd rodzi się też z porównywania. Kiedyś ludzie nie wiedzieli za bardzo, jak wygląda nagie ciało. W epoce wiktoriańskiej para przy zbliżeniu nie obnażała się, małżonkowie zakładali nocne koszule z otworami.

Młodzi walczą z niepokojem, niepewnością, ile są warci, i stosują dwie taktyki – albo próbują się dostosować, albo wyróżnić odmiennością. Golą więc głowy, robią tatuaże, dziwnie się ubierają.
Niby wszystko jest dzisiaj dozwolone, ale mamy dyktaturę kultu doskonałości ludzkiego ciała. I narcyzm. Przy okazji przegapia się, że seks mamy też w głowie. Jeśli ktoś ma do siebie narcystyczny czy neurotyczny stosunek, często trafia do gabinetu terapeuty. Wstyd możemy podzielić na zdrowy i toksyczny. Toksyczny to taki, który zniewala, a subiektywnie odczuwany jest jak wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości. Jeżeli ktoś odczuwa toksyczny wstyd, to czuje się bezwartościowy, przegrany, że nie stanął na wysokości zadania. Toksyczny wstyd powoduje rozszczepienie „ja”. Rodzi poczucie izolacji i całkowitego osamotnienia.

Ale ryzykiem jest też bezwstyd, który może być powodem szukania coraz mocniejszych bodźców w seksie. Wstyd ostrzega, że być może przekraczamy jakieś granice.
Za bezwstyd ciała i obyczajów kobiety były kiedyś surowo karane, nawet palone na stosie. Epoka stosów była podszyta sadystyczną seksualnością inkwizytorów. Leczenie urazów związanych z zawstydzeniem to wielki problem. Silne zawstydzenie w czasie gry miłosnej może na zawsze uszkodzić psychiczny aparat delikatnej męskiej hydrauliki. Kobiety powinny być delikatne dla partnera, zwykle nie zdają sobie sprawy z tego, na jak kruchej podstawie stoi męskość. Czasami wystarczy jedno niezręczne słowo, by zgasić jego erotyczne możliwości. To się utrwala i jest katastrofa. Bliskość narządów płciowych i wydalniczych też stwarza problemy. Zdarza się u kobiet popuszczanie moczu przy orgazmie. Kobiety wstydzą się na przykład dźwięku powietrza wypychanego z pochwy w czasie stosunku.

Jak leczy się seksualne urazy?
Często pojawia się paraliżujący lęk przy następnym kontakcie, jeśli poprzedni był zawstydzający. A leczenie trwa miesiącami. Najgorzej, kiedy pierwsze urazy są nabyte już w dzieciństwie. I nie zawsze jest to związane z nadużyciami seksualnymi. Dla mnie nadużycie seksualne to też brutalne zawstydzenie dziecka w sferze intymnej. Była to do niedawna powszechna metoda wychowawcza. Mała dziewczynka onanizuje się, przyłapuje ją matka, więc krzyczy na córkę i ją zawstydza. To może wywołać uraz na całe życie.

Co mają robić rodzice, kiedy widzą, że dziecko dotyka miejsc intymnych?
Mam kłopot z prostą odpowiedzią. Dzieci bardzo często dotykają się z ciekawości, ale też szukają przyjemności. Jeżeli dziecko nie stwarza swoimi zachowaniami wielkich problemów, jeśli rozwija się normalnie, a sprawia sobie przyjemność, ocierając się przed zaśnięciem o łóżko lub dotykając miejsc intymnych, to można udawać, że nic się nie dzieje albo upomnieć dziecko, ale tak delikatnie, jak to możliwe: „To nic złego, ale lepiej tego nie robić, na pewno nie w sytuacji publicznej”. Podniesiony głos, trzaskanie drzwiami, kary, zawstydzenie to reakcje o wiele bardziej niebezpieczne. Od tego, czy wywołam w dziecku uraz, zależy jego przyszłość, nawet to, czy stworzy dobrą rodzinę.

Wstyd bywa też pożyteczny, bez cienia wstydu nie ma dobrego seksu. Jeśli w erotyce jest jakaś tajemnica, to warto ją celebrować i dawkować.
Wstyd jest częścią seksualnej przyjemności, pokonywanie go, oswajanie, gra nim to ważna część zabawy w seks. Kobieta, która celebruje swoje zawstydzenie i stopniowo się go pozbywa, jest dojrzała i świadoma. Mężczyźni szukają teraz takich kobiet. Wiele z nich czuje intuicyjnie, że lepiej dawkować siebie i nie odsłaniać się za szybko. Pokonywanie małych wstydów jest częścią dobrej erotyki, ale przede wszystkim sposobem na znalezienie partnera na stałe. Kobiety, które na pierwszej randce prezentują dużą swobodę, budzą u niektórych mężczyzn wątpliwości, czy będą wierne w małżeństwie. Mawia się: chcesz mieć wierną żonę, to wybierz sobie wstydliwą i bogobojną. Tylko z pozoru jest to seksualny mit. Kobieta wstydliwa, czytaj zalękniona, zakompleksiona, ma kłopot z nawiązywaniem znajomości. Nic więc dziwnego, że jest wierna i milczy, gdy staje się ofiarą przemocy seksualnej. Wstyd nie pozwala mówić o tym, czego doświadcza w sypialni. Ale to chyba nie jest nasze marzenie. Najlepiej, kiedy jest się gdzieś pośrodku, między wstydem a bezwstydem. Dotyczy to obu płci.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.