1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Uczmy dzieci mówić "nie"

Uczmy dzieci mówić "nie"

Powinniśmy zapewnić dzieciom większą wolność, ale jednocześnie musimy je nauczyć, jak mają sobie radzić we współczesnym świecie  - mówi psycholożka Isabelle Filliozat. (Fot. iStock)
Powinniśmy zapewnić dzieciom większą wolność, ale jednocześnie musimy je nauczyć, jak mają sobie radzić we współczesnym świecie - mówi psycholożka Isabelle Filliozat. (Fot. iStock)
Dawniej uważano, że trzeba od małego ćwiczyć dziecko w słuchaniu rodzicielskiego „nie”. Dzisiaj już wiemy, że trenowanie słuchania „nie” powinniśmy zastąpić uczeniem mówienia „nie” – mówi Isabelle Filliozat, francuska psycholożka.

Młodzi rodzice, słusznie odchodząc od autorytarnego wychowania, wpadają w inną pułapkę – nie stawiają granic. I dzieci wchodzą im na głowę. Słychać głosy, że do łask powinna powrócić dyscyplina.
Rzeczywiście, powszechnie uważa się, że teraz dyscyplina nie jest surowa, rodzice wierzą, że nie są autorytarni. Ale prawda jest taka, że są, tylko inaczej niż kiedyś – nie biją, ale zarzucają dzieci gadżetami, posyłają na wiele zajęć dodatkowych, pozbawiając je czasu na zabawę. Problem jednak nie w autorytarnym lub permisywnym (bezstresowym) wychowaniu, tylko w tym, że obydwa te style nie uwzględniają prawdziwych potrzeb dzieci. Bo co robi autorytarny rodzic, gdy dziecko jest niesforne? Zachowuje się tak jak ktoś, komu kipi mleko, a on nakrywa garnek pokrywką. Dziecko ma się uspokoić, zamknąć, słuchać rodzica. Ale mleko cały czas kipi, garnek się przypala. A jak zachowują się permisywni rodzice? Dają się dziecku wyszaleć, wykrzyczeć, niech sobie mleko kipi. A co powinni zrobić?

Wyłączyć gaz.
Oczywiście. Czyli – wyłączyć przyczynę takiego zachowania dziecka. Ale najpierw muszą zrozumieć, dlaczego dziecko rozrabia, dotrzeć do sedna potrzeby, jaka kryje się za jego zachowaniem, i ją zaspokoić. Jestem zwolenniczką empatycznego podejścia do dziecka, wsłuchiwania się w jego emocje, uświadamiania sobie, co kryje się za zachowaniem malucha. Taki przykład: Dziecko płacze, chce włączenia bajki. Mama może powiedzieć: „Nie, wyczerpałeś swój limit” albo „No już dobrze, włączę ci, nie jęcz”. Obydwa podejścia są toksyczne. Mama powinna zobaczyć nie tylko to, że dziecko domaga się bajki, ale też że jest zestresowane, zmęczone, że ma jakiś problem. I niekoniecznie włączać bajkę, tylko je przytulić, porozmawiać, pobawić się, pobiegać z nim. Czyli powinna zrozumieć, gdzie leży prawdziwy problem dziecka, i spróbować go rozwiązać.

Ale dziecko musi też wiedzieć, że czegoś nie wolno, znać granice swojego postępowania.
Zacznijmy od definicji słowa „granica”. Uważa się powszechnie, że granice dają dziecku poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem naukowo dowiedziono, że to nieprawda. Każdy bowiem zakaz wywołuje w mózgu reakcję stresową, sprawia, że serce zaczyna mocniej bić, że wydziela się adrenalina, że jesteśmy zaniepokojeni. Tak działa ludzki mózg. A poza tym zastanówmy się, co jest celem wyznaczania granic. Otóż tym celem jest posłuszeństwo. A powinna być odpowiedzialność. Jeśli zatem chcemy wychować posłuszne dziecko, a nie odpowiedzialne, to stawiamy granice.

Jak wychować dziecko odpowiedzialne? Ostatnio w restauracji obserwowałam rodzinę z kilkulatkiem. Dorośli pytali go o każdy szczegół: czy chce siedzieć tu, czy tam, w sweterku czy bez, dawali do wyboru dania z kilkustronicowego menu. Czy w ten sposób nauczą go odpowiedzialności?
Dawanie dzieciom zbyt dużego wyboru i pytanie ich o wszystko nie jest dobrym pomysłem, bo to wywołuje w nich niepokój, zagubienie, przytłacza je. Rodzice popełniają jeszcze inny błąd – dogłębnie wszystko tłumaczą, tak do poziomu fizyki kwantowej niemalże. Tymczasem dziecko potrzebuje, żeby mu tłumaczyć tyle, ile na danym etapie rozwoju jest w stanie zrozumieć. A wracając do granic – zamiast je wyznaczać, powinniśmy dawać dzieciom informacje na temat świata, przedstawiać procedury postępowania. Chodzi o informację przekazaną w sposób pozytywny, bo co zapewnia dziecku bezpieczeństwo? Przede wszystkim poczucie więzi z figurą znaczącą, czyli najczęściej z matką i ojcem, od których powinno słyszeć pozytywne komunikaty. Dziecku potrzebna jest też wolność, zarówno w sensie prawa do decyzji, jak i ruchu. Oczywiście wolność powinna być progresywna, czyli zwiększać się wraz z rozwojem dziecka, być dostosowana do jego możliwości, mózgu, ciała. Małemu dziecku nie można pozwolić w restauracji wybierać spośród dużej liczby dań, ale też całkowicie zakazywać wyboru. Najlepiej poinformować, że może wybrać z dwóch propozycji. Nie mówimy zatem: „Tylko nie wybieraj frytek”, ale powiedzmy: „Masz do wyboru brukselkę albo fasolkę”. Nie zakazujemy: „Nie wchodź na kanapę”, tylko wyjaśniamy: „Na kanapie się siedzi”. Bo jeżeli czegoś zakazujemy, to jednocześnie stwarzamy pokusę zrobienia tego. Jeżeli natomiast informujemy, objaśniamy, to dziecko zazwyczaj przyjmuje nasze tłumaczenia, bo dzieci dobrze się czują, gdy znają zasady. O tym, że takie wychowanie działa, przekonałam się na własnej skórze – w mojej rodzinie nie było zakazów, a miałam troje rodzeństwa. Pozytywne przekazy sprawiają, że dziecko staje się odpowiedzialne i szanuje prawo.

Dziecko nas testuje, sprawdza. Co zrobić, gdy mimo naszego tłumaczenia, że kanapa służy do siedzenia, kilkulatek zacznie po niej skakać?
To może znaczyć, że potrzebuje ruchu. A więc z uśmiechem na ustach, bez cienia złości bierzemy go na ręce, zdejmujemy z kanapy i mówimy: „Wychodzimy na dwór pobiegać”. Jeżeli nie możemy wyjść na dwór, skaczemy z nim na dywanie albo na skakance. Czyli uwzględniamy potrzeby dziecka ukryte pod tym zachowaniem, pozwalamy mu wyrzucić z siebie nagromadzoną energię, niczego przy tym nie tłumaczymy, bo małe dziecko do końca tego nie rozumie. Jeżeli cały czas wraca do zachowania, o którym wie, że nie jest wskazane, bo zdefiniowaliśmy, że u nas kanapa służy do siedzenia, a nie do skakania, to znaczy, że jest jakiś problem w życiu dziecka. Siadamy wtedy z nim i w spokojny sposób rozmawiamy o tym, co w przedszkolu czy w szkole, bo może jego zachowanie jest skutkiem innych problemów, których nie umie nazwać.

Obrazek znany wszystkim: dwulatek tupie, rzuca się na podłogę, bo mama nie chce mu kupić misia w supermarkecie.
Przede wszystkim nie powinniśmy wybierać się z małym dzieckiem do supermarketu, bo tam jest za dużo bodźców – za silne światło, za dużo dźwięków. To dla dziecka sytuacja stresowa, jego mózg jest przemęczony. Gdy więc malec widzi misia, domaga się jego kupienia, bo wie, że miś uspokaja. Mama może powiedzieć: „O, rzeczywiście, jaki fajny misio, obejrzyjmy go”. I przytulić malca, porozmawiać o misiu, czyli okazać dziecku swoje zainteresowanie, pokazać, że jest dla niej ważne. A potem zaproponować: „Teraz kupimy pomarańcze”. I pozwolić dziecku je wybrać. Chodzi o to, żeby skierować uwagę jego mózgu na konkret, co pozwoli mu zapomnieć o misiu, a także o stresie. Jeżeli to nie pomaga i dziecko wpada w jeszcze większy kryzys, mama bierze je mocno na ręce, wychodzi ze sklepu, z uśmiechem, żeby pokazać ludziom, że wszystko ma pod kontrolą. Po czym przyklęka, sadza sobie dziecko na kolanie tak, żeby patrzyli w jednym kierunku, mocno je ściska, chroniąc przed upadkiem, ale pozwala mu machać rękami i nogami, bo to pomaga malcowi rozładować energię. I czeka, aż dziecko się uspokoi. Najważniejsze to nie złościć się, zachować spokój.

Strasznie trudne.
To prawda, ale powinniśmy zrobić wszystko (liczyć, oddychać), żeby nie dać się ponieść nerwom. Nie możemy też twierdzić, że dziecko się złości i gniewa, bo to wcale nie jest gniew, tylko reakcja stresowa. Tymczasem rodzice mają tendencję do mówienia: „Nie złość się”, a to wcale nie jest ta emocja.

Nigdy nie powinniśmy mówić „nie”?
Wszystko zależy od celu, jaki nam przyświeca. Jeżeli chcemy pobudzić ciało migdałowate w mózgu dziecka, odpowiedzialne za reakcję stresową, co spowoduje, że w odpowiedzi na ten stres dziecko zaatakuje, ucieknie albo zostanie sparaliżowane ze strachu – to mówimy „nie”. Ale to do niczego dobrego nie prowadzi. Jeżeli już chcemy powiedzieć „nie”, to z uśmiechem, a my zazwyczaj mówimy to z zagniewaną twarzą, ściągniętymi brwiami. Naukowo udowodniono, że już same ściągnięte brwi i zagniewana twarz powodują spadek napięcia mięśni i reakcję stresową. Musimy uświadomić sobie jedno – współczesny  świat to nie jest świat przyjazny dziecku – bo pośpiech, dużo czasu spędzanego w zapuszkowanym samochodzie, zatrute powietrze, niezdrowa żywność. Mózg naszego dziecka, przypominający mózg człowieka pierwotnego, nie umie poradzić sobie z tymi wyzwaniami.

Ale jako dorosły musi żyć w takim świecie, w przyszłości wiele razy usłyszy „nie” i nie będzie na to przygotowane.
Jeżeli chcemy, żeby było na to przygotowane, to musimy wyposażyć je w wystarczająco dużo pewności siebie. A poczucia pewności siebie uczymy przez budowanie więzi. Dawniej uważano, że dziecko trzeba ćwiczyć od małego w słuchaniu „nie”. To było świetne narzędzie w wychowaniu posłusznych, bezkrytycznych żołnierzy. Nie chcemy chyba, żeby nasze dziecko na wszystko potulnie się zgadzało, na przykład na propozycję wzięcia narkotyków, ale żeby było wolne, mówiło to, co myśli, mogło się realizować, być sobą, żeby było odpowiedzialne i miało siły do zmiany świata. Dlatego zamiast ćwiczyć malucha w słuchaniu „nie”, powinniśmy nauczyć go mówienia „nie”.

Jak to robić?
Trzeba zacząć od nauki radzenia sobie w sposób nieagresywny ze stresem, czyli pokazać dziecku, że w sytuacji kryzysowej powinno się zatrzymać, głęboko oddychać, a nie krzyczeć, bić, bo to tylko pogłębia kryzys.

Rodzice nie potrafią radzić sobie ze swoim stresem, jak więc mają uczyć tego dziecko?
Muszą robić dwie rzeczy naraz: radzić sobie ze swoim stresem i ze stresem dziecka. Nie wystarczy powiedzieć: „Jak się zdenerwujesz, policz do dziesięciu”, trzeba to pokazać w praktyce. Gdy więc się zdenerwujemy, powiedzmy: „Ależ się zdenerwowałam, serce wali mi jak młot, mam ochotę kogoś uderzyć, ale tego nie zrobię, wykorzystam energię na to, żeby pooddychać, policzyć do dwudziestu. O, już mi lepiej”. Dziecko patrzy na nas i widzi, jak sobie radzimy w takich sytuacjach. Bo nie chodzi o to, żeby być idealnym rodzicem, tylko żeby cały czas dążyć do pogłębiania więzi z dzieckiem.

Francuz Carl Honoré w książce „Pod presją” zaapelował: „Dajmy dzieciom święty spokój”. Chodziło mu o oddanie dziecku wolności i zerwanie z jego kultem. Podpisuje się pani pod tym apelem?
I tak, i nie. Powinniśmy zapewnić dzieciom większą wolność, ale jednocześnie musimy je nauczyć, jak mają sobie radzić we współczesnym świecie. A kult dziecka? To prawda, jesteśmy zbytnio na nim skupieni, a powinniśmy razem nie tylko się bawić, ale włączać je w nasze życie, razem gotować obiad, wstawiać pranie, sprzątać. Nicole Guédeney, specjalistka od więzi, porównała rodziców do lotniskowca, a dziecko do samolotu, który zawsze może bezpiecznie wylądować, zatankować.

Może więc zamiast rehabilitować dyscyplinę, warto uczyć samodyscypliny?
Absolutnie tak. Walter Mischel przeprowadził w latach 50. słynne badanie polegające na tym, że dawał dzieciom po cukierku, mówiąc, że mogą zjeść go teraz albo poczekać, aż badacz wróci, i wtedy dostać jeszcze jednego. Dzieci do trzeciego roku życia nie są w stanie temu sprostać, zjadały więc słodycz od razu, ale niektóre w wieku 3–3,5 roku były w stanie cierpliwie poczekać. Po kilkudziesięciu latach przebadano te same osoby. I co się okazało? Dzieci, które poczekały na drugiego cukierka, miały potem szczęśliwsze małżeństwa, lepsze prace, jako dorośli statystycznie byli bardziej zadowoleni ze swojego życia. Wniosek? Trzeba uczyć dzieci znosić sytuacje frustrujące. A kiedy łatwiej takie stany znosić? Badania pokazały, że dzieci, które potrafiły oprzeć się pokusie zjedzenia cukierka, miały silne więzi ze swoimi rodzicami. Natomiast dzieci, które zjadały go natychmiast, były wychowane w autorytarnych rodzinach. Te same badania dowiodły, że kiedy pokaże się dzieciom techniki radzenia sobie ze stresem, to nawet dwulatek potrafi znieść trudną sytuację. Kiedy badanym dzieciom do trzech lat powiedziano: „Wyobraźcie sobie, że cukierek, który leży przed wami, to tylko kłębek waty zamknięty w pudełku”, to niektóre nie tknęły cukierka nawet przez 18 minut! Mamy troje dzieci, a jeden rower? Nie mówmy: „Nie teraz, czekaj na swoją kolej”, tylko: „Śpiewasz w głowie trzy piosenki i będziesz jeździł”. Czyli wiedząc, że małemu dziecku trudno skontrolować swój mózg, proponujemy technikę, która pomaga mu znieść frustrującą sytuację. Na tym polega nasza rola. Na empatycznym rozumieniu dziecka, wyposażaniu go w narzędzia radzenia sobie w trudnych sytuacjach, uczeniu samodyscypliny, a nie musztrowaniu. A przede wszystkim – na budowaniu z nim mocnej więzi.

Isabelle Filliozat, francuska psycholożka, psychoterapeutka, autorka bestsellerowych poradników dla rodziców, m.in.:  „W sercu emocji dziecka”, „Próbowałam już wszystkiego”, „Moje dziecko doprowadza mnie do szału”, „Nie ma rodziców doskonałych” (wszystkie pozycje zostały wydane przez wydawnictwo Esprit).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.

  1. Psychologia

Po prostu polub swoje dziecko

Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
To, co zachwyca niemowlaka – czułość i bliskość – przedszkolaka zacznie już irytować. To, co przedszkolaka pociąga – wspólna zabawa i sport – będzie żenujące dla nastolatka. Kryteria oceny rodziców zmieniają się tak szybko, jak rosną dzieci. Dobrze wiedzieć, jak być rodzicem na szóstkę, ale... nawet „trójkowi” zdamy ten egzamin. Jeśli się wzajemnie polubimy. 

Kto nie chce być rodzicem idealnym? Ocenianym przez dziecko celująco? To się może udać, bo każdy ma zadatki na idealnego rodzica, ale... dziecka w konkretnym wieku. Niektórzy spełnią się wspaniale jako rodzice niemowlaka, inni będą mieć świetne oceny w oczach nastolatka, a jeszcze inni nawiążą kontakt dopiero z dorosłymi dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ w zależności od wieku dziecko zwraca uwagę na inne cechy rodzica i czego innego potrzebuje. Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. Jeśli chcesz być lubiany przez córkę czy syna, zwyczajnie okaż im sympatię. A oprócz tego... zobacz, co i kiedy im się podoba.

Do lat trzech: mama, co dobrze przytula

Mimo że nie potrafi jeszcze wyrazić tego werbalnie, niemowlę może być z rodzica zadowolone lub nie. W tym okresie najłatwiej być mamą czy tatą. Dla maluszka nie liczy się bowiem aparycja (ta stanie się bardzo ważna dla przedszkolaka), ani pochodzenie społeczne (istotne dla nastolatka), ani stan majątkowy, ani wykształcenie. Rodzic może być zaniedbany, niewykształcony, bezradny życiowo. Ale jeśli lubi swoje dziecko, opiekuje się nim – ono jest zadowolone. Niemowlak ocenia cię, stosując bardzo proste kryteria: czy jesteś przy nim i czy zabezpieczasz jego potrzeby fizyczne i emocjonalne. Żeby u niego „zdobyć punkty”, trzeba z maluchem być, mówić, pieścić, okazywać czułość, karmić i przewijać. To wszystko.

Przedszkolak: a mój tata psy tresuje!

„Moja mama jest bardzo ładna. Mój tatuś jest treserem psów...” – gdy dziecko idzie do przedszkola, kryteria oceny rodzica ulegają wielkiej zmianie. Nastaje czas chwalenia się swoimi rodzicami i przejmowania ich zasług. Mama powinna być zadbana, uśmiechnięta i ubierać się kolorowo. Dobrze, gdy rodzice mają ciekawe i – co ważne – zrozumiałe dla dziecka zawody (adwokat czy redaktor nie zaimponuje żadnemu dziecku w tym wieku!), ale też nie spędzają w pracy zbyt dużo czasu. Dlaczego przedszkolak nie ceni garsonek i garniturów? Bo kojarzy je właśnie z pracą, czyli ze swoją największą konkurencją. Potrafi świadomie docenić poświęcany mu czas, ale tylko na zabawę. Nie licz, że posprzątany dom, pranie i pyszny obiad spotkają się z jego uznaniem. To doceni dopiero uczeń, gdy odwiedzą go koledzy czy koleżanki. Żaden przedszkolak nie zrozumie też potrzeby robienia kariery. Możesz mu powtarzać, że robisz to dla niego, żeby kupić mu hulajnogę. Na darmo: za żadne skarby nie zaakceptuje twojego życia zawodowego – im bardziej będziesz w nie zaangażowany, tym więcej punktów ujemnych dostaniesz. Czym mu zaimponujesz?

Pomysłowością, gotowością do zabawy, luzem i spontanicznością. Dzieci w wieku przedszkolnym cenią poczucie humoru rodziców i to, że mogą z nimi uprawiać sport. Jeśli pokazujesz nowe rzeczy i miejsca, wsiadasz na kolejkę w wesołym miasteczku, uczysz je pływać i czytasz codziennie wieczorem – piątka. Przedszkolak doceni to, że organizujesz urodzinowe przyjęcia, że wymyślasz gry i zabawy dla jego kolegów, że śpiewasz piosenki, które zna z przedszkola (za to samo nastolatek przyzna ci punkty karne i uzna za „obciach”). Idealny rodzic przedszkolaka jest uśmiechnięty i skory do wspólnej zabawy. Jego dziecko nie wie jeszcze, co to znaczy „wstydzić się za kogoś”.

Uczeń: dobrze być dzieckiem eksperta

Gdy dziecko idzie do szkoły, kryteria oceny rodzica znów ulegają przekształceniu. Nic dziwnego, zmieniają się bowiem także oczekiwania rodziców wobec dziecka. Nie wystarczy już, by nie płakało, grzecznie się bawiło, było śmiałe i aktywne. Teraz jest ważniejsze, by wykazało się intelektem, bystrością, nie było gorsze od innych. Dlatego cenna staje się wiedza merytoryczna rodzica. Uczeń chce, byś rozumiał, jak działa szkoła, czyli na jaki stres jest narażony. Żebyś potrafił mu doradzić, wysłuchał go, pomógł rozwiązać problemy. Doceni też twoją lojalność i dyskrecję.

A czego nie znosi? Gdy omawiasz z kimś jego sprawy, a nawet cokolwiek o nim mówisz osobie postronnej – za to zawsze są punkty ujemne. Czas, gdy mogłeś chwalić się nim, minął. Za to w dziecku pojawia się poczucie wstydu za ciebie. Zaczyna być bardzo ważne, żebyś go nie kompromitował. Alkoholizm, kłótliwość czy nadaktywność na zebraniach szkolnych są oceniane na równi – i to bardzo negatywnie. Masz wyglądać przyzwoicie (nareszcie docenia garsonki i garnitury) i najlepiej niczym nie różnić się od innych rodziców. Twoje doświadczenie, obycie i wiedza o świecie stają się atutami. W tym okresie możesz też zyskać aprobatę dziecka, zaczynając studia, ucząc się języka czy wciągając je w jakieś hobby. Ponieważ uczeń będzie generować problemy, doceni także twoją anielską cierpliwość.

Dziecko w tym wieku zaczyna zwykle stosować jeszcze jedno kryterium: pogląd jego niekwestionowanego autorytetu. Wychowawczyni mówi, że trzeba czytać książki, a ty wolisz grać na konsoli? Punkty karne! Ukochany trener uważa, że każdy musi umieć pływać, a ty bijesz rekordy na basenie? Szóstka! Osobny przypadek: autorytetem dla dziecka są inne dzieci. Co robić? Aby zasłużyć na uznanie, masz być wyluzowany, nie zawracać mu niepotrzebnie głowy, zgadzać się na bałagan w domu i wieczne odwiedziny znajomych.

Ważna uwaga: rodzice oryginalni, „artyści” nie podobają się dzieciom w wieku szkolnym. Odmienność i indywidualizm docenią dopiero, gdy same dorosną.

Nastolatek: superstarzy bez problemów!

Mówi się, że najtrudniej być rodzicem nastolatka, ale to nieprawda. Wystarczy uświadomić sobie (lub przypomnieć własne doświadczenia), co liczy się dla dojrzewających chłopców i dziewczynek. W tym wieku dziecko usamodzielnia się emocjonalnie i intelektualnie i jest szczególnie wytrwałe w kontestacji wszystkiego, rodziców też. Metody, które sprawdzały się przy młodszych, można teraz wyrzucić, bo potrzeby psychiczne nastolatka są całkiem inne. Podświadomie pragnie przede wszystkim ćwiczyć się w samodzielności na wszelkich możliwych polach. Walkę o swą tożsamość często wiąże z koniecznością uwolnienia się od rodziców.

Czego nie wolno ci robić? Używać formuły: „to normalne, ja też przez to przechodziłem, nastolatki już tak mają”. Nastolatek ceni rodzica, który rozumie, że on jest wyjątkowy, nieprawdopodobnie skomplikowany i nietuzinkowy – bo tak właśnie się postrzega. Mama i tata powinni być też szczęśliwi, mieć własne sprawy, hobby. Po prostu: żeby się o nich nie martwić. Syn lub córka będą teraz unikali pokazywania się z tobą publicznie, czy przedstawiania cię swoim kolegom: chyba że będzie to konieczne.

Ale docenią zamożność rodziny i komfort życia, stale porównując to, co ty osiągnąłeś, z tym, co osiągnęli inni rodzice. Przy czym zupełnie nie będzie ich interesować, jak do tego doszedłeś. Za trud i znój nastolatek nie przyzna ci punktów dodatnich. Natomiast te ujemne natychmiast dostaniesz za: niezgodę na to, na co pozwalają inni rodzice, gorsze warunki życia, nadopiekuńczość i każdą próbę narzucenia swoich pomysłów lub poglądów, także nieznajomość tego, o czym on się teraz uczy. Nie miej też złudzeń, kogo obwini za brak własnych osiągnięć, swoje lenistwo i zaniedbania w nauce. Zgadłeś – ciebie! Jeszcze gdy był uczniem podstawówki, cieszył się, że go nie zmuszasz do ciężkiej pracy. Teraz nie daruje ci, że zmarnowałeś jego uzdolnienia i nie dopingowałeś do nauki. To sygnał, by nie zawsze pobłażać dzieciom. Za to nastolatek nareszcie doceni, że ma schludny dom, gorący obiad i szczęśliwych rodziców.

  1. Psychologia

Jak wychować jedynaka?

To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
Nie trzymaj go pod kloszem, zadbaj o kontakt z rówieśnikami i daj prawo do popełniania błędów.

Tata trzyletniego Karola: – Długo czekaliśmy na synka. Od kiedy się urodził, jesteśmy przeszczęśliwi. Jedno tylko nam tę wielką radość mąci – że nie będzie miał rodzeństwa. Chuchamy na niego i dmuchamy, ale staramy się też uczyć współpracy z innymi dziećmi, dzielenia się zabawkami, co – przyznam – jest bardzo trudne, bo w domu ma przecież wszystko dla siebie. Choć wcześniej nie planowaliśmy posyłać synka do przedszkola, bo jest chorowity, teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Uważam, że w przedszkolu mógłby się uspołecznić, nauczyć współpracy z dziećmi. Moim zdaniem, dom mu tego nie zapewni. Żona uważa jednak, że tego wszystkiego możemy go sami nauczyć.

Mama i tata na wyłączność

Coraz więcej rodzin w Polsce ma – z różnych powodów – tylko jedno dziecko. Możemy wręcz mówić o pokoleniu jedynaków. I choć wydawałoby się, że wychować jedno dziecko jest łatwiej niż dwoje czy troje, to rzeczywistość pokazuje, że sprawa jest bardziej skomplikowana, a problem – jak zwykle – tkwi w rodzicach, a konkretnie w ich dobrych chęciach.

Być jedynakiem to znaczy dostawać w rodzinie wszystko, co najlepsze. Także większą niż dzieci z rodzin wielodzietnych możliwość rozwijania swoich pasji i talentów. Rodzice mogą zapewnić jedynakowi to, czego potrzebuje. Dzięki temu ma lepszy start w dorosłe życie. Posiada też na wyłączność ich miłość, uwagę i czas. Ponieważ częściej przebywa z rodzicami, szybciej zdobywa wiedzę o świecie, ma lepszy kontakt z dorosłymi i jest odważniejszy. A to z kolei wpływa na szybsze dojrzewanie intelektualne, co wprawdzie nie zawsze znaczy także społeczne i uczuciowe. Niby wszystko pięknie, ale sytuacja bycia jedynakiem ma również pewne wady.

Zagrożenia

Rodzice mają wobec jedynaka wielkie oczekiwania. Dają mu bardzo wiele, ale także dużo od niego wymagają, co sprawia, że dziecko żyje w ciągłym stresie i ogromnej odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale też za rodziców, za ich samopoczucie, a na starość – za opiekę nad nimi, której nie ma z kim dzielić. Bez rodzeństwa trudniej także poznać samego siebie. Jedynak skupia się na sobie, a to często prowadzi do egocentryzmu. Dziecko, które nie musi z nikim dzielić się tym, co ma, wokół którego wszystko się kręci, może mieć w przyszłości  problem z poświęcaniem uwagi innym, a nawet wyrosnąć na narcyza lub przejawiać skłonność do zachowań aspołecznych.

Jedynacy mają też z reguły większe, niż dzieci wychowujące się z rodzeństwem, problemy z rywalizacją i rozwiązywaniem konfliktów. Gorzej dostosowują się do reguł zarówno w zabawach, jak i pracy. Chcą grać pierwsze skrzypce w grupie, dlatego bywają odrzucani przez rówieśników. Zdarza się, że przyzwyczajeni do uprzywilejowanej pozycji w rodzinie, potrafiący wymóc na rodzicach respektowanie swojej woli, narzucają ją później rówieśnikom.

I jeszcze coś: o wiele trudniej przychodzi im oddzielenie emocjonalne od mamy i taty. Z jednej strony mają więc łatwiej niż dzieci z rodzin wielodzietnych, z drugiej – trudniej, zwłaszcza w sferze emocji: wiele z nich tłumią, ponieważ żyją w przekonaniu, że nie mogą wypaść z roli, jaką wyznaczyli im rodzice, oraz częściej doświadczają samotności.

Bez zbytniego lęku i nadziei

– Rodzice jedynaka są w sposób szczególny zainteresowani jego wychowaniem – mówi psycholog Aleksandra Godlewska. – Mają tylko jedno dziecko i pokładają w nim wszystkie swoje nadzieje. Jeśli rodzice kilkorga dzieci przeżywają jakiś kłopot, niepowodzenie czy zawód związany z jednym, mogą to sobie rekompensować satysfakcją i radością z zachowania pozostałych. Dla mamy i taty jedynaka każdy sukces jest stuprocentowy, a każde niepowodzenie – całkowite.

Chcąc dla dziecka jak najlepiej, nieświadomie popełniają wiele błędów, takich na przykład, jak:

  • „Chcesz – masz”. Skoro ukochane dziecko domaga się natychmiastowego spełnienia życzenia, dla świętego spokoju mu ulegają. 
  • „Daj, pomogę ci”. Roztaczają nad nim opiekuńczy parasol nawet wtedy, gdy samo mogłoby sobie poradzić.
  • „To mi się podoba, to nie”. Nieustannie je oceniają: krytykują albo chwalą, zachwycają się nim albo pouczają.
  • „Co zamierzasz zrobić z…?”. Ingerują w każdą sferę jego młodzieńczego życia.
  •  „Chcesz jedno – dostaniesz dwa”. Aby mu wynagrodzić to, że nie ma rodzeństwa, starają się dać mu w zamian jak najwięcej – bywa więc, że dziecko skrzętnie to wykorzystuje i manipuluje nimi.
  •  „Tylko nas troje”. Trzymają je pod kloszem, izolują od świata, a to powoduje, że ma mniejsze szanse na zetknięcie się z innymi wartościami i postawami niż te, które zna z domu.
  •  „Tak się o ciebie martwię”. Towarzyszy im permanentny lęk o dziecka: bezpieczeństwo, zdrowie, naukę, przyszłość… Mają ogromne trudności z emocjonalnym oddzieleniem się od niego. Rozstanie z synem czy córką, np. z powodu wyjazdu na wakacje, studia czy stworzenia z kimś związku – bywa, zwłaszcza dla matki, bardzo bolesne. Jak sobie i dziecku tego wszystkiego oszczędzić?

Więcej swobody

Jedynactwo nie musi bynajmniej stanowić przeszkody w relacjach dziecka z otoczeniem ani negatywnie wpływać na jego umiejętności społeczne. Pod warunkiem, że jego rodzice pogodzą się z myślą, że mają... więcej (!) obowiązków niż sąsiedzi z czwórką hałaśliwych latorośli.

Wychowanie jedynaka wymaga – wbrew pozorom – większych starań i zabiegów. Rodzeństwo zwykle samo, w sposób naturalny, często poza kontrolą dorosłych, uczy się współpracy i rozwiązywania konfliktów, czyli zdobywa bardzo ważną umiejętność życia w grupie. Jedynakowi także można stworzyć do tego warunki.

Na pewno jedno trzeba sobie powiedzieć: jedynak nie musi być skoncentrowany na sobie, nie ma prawa więcej oczekiwać niż dawać, nie musi wyrosnąć na człowieka zależnego. To, jaki będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. O co więc powinni zadbać?

Stopniowe oddalanie

Psycholog Marta Maruszczak uważa, że najważniejsze jest to, żeby rodzice zapewnili dziecku liczne i częste kontakty z rówieśnikami. I to już od najmłodszych lat – bez względu na częstotliwość kontaktów z dorosłymi. Relacje z rodzicami, ciociami, wujkami nie mogą wypełniać jedynakowi całego życia. To robienie na siłę z dziecka dorosłego. Ono ma prawo do dziecięcych zajęć, zabaw i zachowań.

Nie można też wyręczać go we wszystkich obowiązkach. Dziecko powinno mieć zadania do wypełnienia, ale nie musi ich wykonywać perfekcyjnie. Dobrze jest pozostawić mu trochę swobody i nie oczekiwać, że będzie nam ciągle we wszystkim towarzyszyć. Trzeba też przyznać mu prawo do popełniania błędów, do wyboru kolegów, zainteresowań oraz sposobu spędzania wolnego czasu.

Marta Maruszczak apeluje do rodziców jedynaków: – Nie dopuście, żeby dziecko było dla was całym światem. Dbajcie o inne sfery swojego życia, rozwijajcie własne pasje, tak by wypełnić czas, gdy maluch się usamodzielni. Nie należy podtrzymywać relacji zależności za wszelką cenę. Dla dobra i emocjonalnego zdrowia dziecka, pozwólcie mu się stopniowo od siebie oddalać.

Warto przeczytać:

Kümpel, „Jedynak”, Wydawnictwo Lekarskie PZWL 2004, Pitkeathley, D. Emerson, „Jedynacy”, Czarna Owca 2007, Encyklopedia „Rodzice i dzieci”, Wydawnictwo Park 2002, Kasten, „Rodzeństwo. Ideały, rywale, powiernicy, Springer PWN 1997. 

  1. Psychologia

Zabawy z dziećmi angażujące zmysły

Świetną zabawą rozwijającą zmysły malców będzie malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. (Fot. iStock)
Świetną zabawą rozwijającą zmysły malców będzie malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. (Fot. iStock)
Dzieci uwielbiają być dotykane, głaskane, tulone. Ba! Nie tylko one! Wszyscy jesteśmy istotami zmysłowymi i poznajemy świat poprzez smak, dotyk, słuch i węch. Zmysły informują, pobudzają, ostrzegają. Jak je rozwijać od najmłodszych lat? Oto kilka propozycji zabaw.

Zabawy, które angażują zmysły malucha, pozwalają mu na rozwijanie wyobraźni. Sprzyjają też rozwojowi mowy, logicznego myślenia i sprawności ruchowej. W ekstremalnych przypadkach mogą być nawet formą terapii. Gdy dotykamy, smakujemy czy słuchamy, dokonujemy pewnej selekcji wrażeń, zbieramy informacje o danym przedmiocie lub zjawisku, interpretujemy je i na tej podstawie budujemy sobie ich obraz. Dla dziecka, w jego procesie poznawczym, to niezwykle ważny etap rozwoju.

Weźmy na początek zabawy, które nie wymagają dużych nakładów finansowych i szukania w sklepach specjalnych zestawów edukacyjnych. Możecie na plecach lub nóżkach malucha rysować palcem rozmaite kształty i bawić się w ich odgadywanie. Innym razem rozłóżcie na podłodze przedmioty, które macie pod ręką: może to być gazeta, kawałek tkaniny, gąbka, folia, dywanik i mata łazienkowa z wypustkami. Poproście malca, żeby przeszedł się tą nietypową ścieżką i spróbował opisać, po czym właśnie wędruje. Jeśli Wasze dzieci nie mówią jeszcze zbyt dobrze, nic nie szkodzi. W tej zabawie chodzi przede wszystkim o doznania. Jeśli macie duży pojemnik, powrzucajcie do niego przedmioty o różnym kształcie, innej fakturze, twardości i temperaturze. Zachęćcie dziecko, żeby wyciągało je po kolei i opisywało. Uważnie obserwujcie młodsze maluchy − ich mina zdradzi Wam, czy zainteresowały się przedmiotem, czy wyczuwają różnice lub czy jakiś przedmiot zaskoczył ich swoimi właściwościami. Takie ćwiczenia rozwijają sprawność manualną.

Na pewno świetną zabawą będzie też dla malców malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. Jeżeli jesteście fanami muzyki, a Wasze dziecko wyraźnie pobudza się, gdy usłyszy jakieś dźwięki, włączcie mu fragmenty utworów o różnym tempie i dajcie do ręki kredki lub pędzel z farbami. Poproście, by spróbowało namalować to, co słyszy. Poćwiczycie z nim wtedy percepcję wzrokowo-słuchowo-ruchową.

Robi się już coraz cieplej, więc niedługo będziecie mogli wzbogacać te wrażenia sensoryczne podczas zabaw w piasku, wodzie i na trawie. Jeżeli jesteście zbyt zmęczeni, żeby pójść na spacer, ale lubicie gotować, zaproście malca do swojego królestwa i pobawicie się w poznawanie różnych smaków. Taka dawka doznań smakowo-zapachowych dostarczy malcowi wiele cennych informacji i wzbogaci jego doświadczenie.

W niektórych sklepach traficie również na gry nawiązujące do zmysłów, np. węchu lub słuchu. Chociażby w grze edukacyjnej o powonieniu znajdziemy pojemniczki z zapachami, a do tego żetony z obrazkami, które trzeba przyporządkować konkretnemu zapachowi. Z kolei w skład gry z dźwiękami w roli głównej wchodzą muzyczne plansze, obrazki i płyta z różnymi dźwiękami, a maluchy muszą odgadnąć ich źródło i wskazać je na właściwym obrazku. Możliwości jest wiele. Najważniejsze to pokazać dzieciom różnorodność zmysłowego świata, by chciały czerpać z jego bogactwa w dorosłym życiu.