1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bądź tu i teraz. O sztuce uważności rozmawiamy z Jonem Kabatem-Zinnem

Bądź tu i teraz. O sztuce uważności rozmawiamy z Jonem Kabatem-Zinnem

Jon Kabat-Zinn (fot. Forum)
Jon Kabat-Zinn (fot. Forum)
Świadoma uwaga jest potężną siłą, którą dysponujemy wszyscy. Liczne badania dowodzą, że uważność to najlepszy sposób na stres, zmęczenie i złe samopoczucie. Jesteśmy wolni, gdy potrafimy zaakceptować życie z chwili na chwilę – mówi Jon Kabat-Zinn, profesor medycyny i nauczyciel medytacji.

Kiedy zaczynamy praktykować uważność, dokonujemy szokującego odkrycia: nasze umysły żyją własnym życiem, nieustannie produkują myśli, osądy i opinie, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. To nieprzyjemne przebudzenie jest ważne dla każdego z nas – mówi Jon Kabat-Zinn, znany na świecie specjalista od uważności, profesor medycyny na Uniwersytecie Massachusetts, gdzie od 30 lat prowadzi Klinikę Redukcji Stresu.

Kabat-Zinn jest niewysokim, pełnym życia mężczyzną po sześćdziesiątce. Trafia ze swoimi programami do środowisk, w których – jak twierdzi – jest najwięcej cierpienia: do szpitali, szkół, do polityków i korporacji. Swoim pacjentom proponuje ośmiotygodniowy program intensywnych ćwiczeń w otwieraniu się i słuchaniu, które są właściwe praktyce uważności. Uważność definiuje jako szczególny rodzaj uwagi świadomej, skierowanej na  chwilę obecną i nieosądzającej, która prowadzi do akceptowania tego, co jest. Przez lata praktyki obserwuje, jak istotne zmiany zachodzą w umysłach i ciałach ludzi, gdy zaprzestają ciągłych prób rozwiązania bolesnych problemów i podejmują praktykę uważności. To niesłychane dla nas, ludzi Zachodu, którzy nieustannie osiągamy jakieś cele i wierzymy, że poprawę jakości życia może przynieść jedynie zmiana sytuacji, w której jesteśmy.

Próba „naprawienia” siebie jedynie pogłębia naszą niedolę. Gonimy za „jeszcze lepszym” doświadczeniem. Tymczasem cały potencjał pełni znajduje się w chwili obecnej – mówi profesor Kabat-Zinn. Rozmawiamy o dobrodziejstwach przeżywania tej właśnie chwili i akceptowania wszystkiego. W lesie jestem spokojna i uważna. Drzewa nie żądają spłaty wciąż zmieniających się rat kredytowych, trawa nie ma oczekiwań ani pretensji, cichutko sobie rośnie, biedronki nic nie wiedzą o zadaniach i terminach. Ptaki lekko i radośnie krzątają się po gałęziach, chmury leniwie płyną przez niebo. Ciało bez trudu dostraja się do tego błogostanu. Wystarczy jednak pojechać do centrum miasta… Panie profesorze, jak żyć uważnie w tym świecie – chaotycznym i wymagającym ponad miarę wytrzymałości? Nie proponuję przeprowadzki na bajeczną wysepkę na Pacyfiku ani wstąpienia do zakonu, ani porzucenia rodziny czy pracy, by doświadczać kosmicznego spokoju. Pomówmy o realnym świecie, o tym, jakie mamy relacje z tym, co dzieje się z chwili na chwilę. Im więcej stresu doświadczamy, tym ważniejsza staje się praktyka uważności. Jeśli myślimy: „Och, gdyby nie dzieci, gdyby nie praca…”, to już stwarzamy romantyczną idealizację. Uważność to bycie na sto procent z dziećmi, które się drą i biją, bycie na sto procent w pracy, w której panuje totalny chaos. Uważność to odnajdywanie porządku pośród chaosu – porządku we własnym umyśle, sercu i ciele, obejmowanie świadomością i uwagą wszystkiego, co się wydarzyło.

Nie ma niczego w naszym życiu, co nie mogłoby stanowić pola dla praktyki uważności. Od lat prowadzę klinikę stresu w bardzo dużej instytucji medycznej, co w niczym nie przypomina siedzenia w jaskini w Himalajach. Problemem nie są presja czy chaos, lecz nasza relacja z presją i chaosem. Spróbujmy zresztą posiedzieć w jaskini – szybko okaże się, że jedzenie nie takie, kapie na głowę, a cisza jest ogłuszająca.

Na jednym z pana wykładów uczestnik zdenerwował się, że nie wszyscy wyłączyli telefony komórkowe, które dzwoniły i przeszkadzały. A uważność to przede wszystkim nieocenianie. Jak nie oceniać? Oceniamy. Denerwujemy się. Rozłóżmy to na czynniki pierwsze. Prowadzę wykład, dzwonią komórki, a ktoś reaguje na to gniewem i złością. Żeby tak zareagować, trzeba mieć w głowie pogląd: „Skoro ludzie przyszli na wykład, powinni wyłączyć komórki”. No więc dzwoni komórka. „Co jest z tymi ludźmi?!”. Dźwięk wybrzmiał, ale irytacja zostaje. Teraz ją osądzamy: „Nie powinnam czuć złości! Powinnam być spokojna i szczęśliwa!”. Życie toczy się dalej, upływają kolejne chwile, ale już nie mamy z nimi kontaktu…

Przyczepiamy się do złości. I tracimy życie, bezcenne chwile. To nie znaczy, że uważny człowiek nigdy nie odczuwa złości czy irytacji; że jest cały czas łagodny i wyrozumiały. Ale gdy pojawia się złość, próbuje odczuć ją w ciele i powitać: „Aha, to jest złość, tak to odczuwam”. Możemy obserwować, jak rodzi się złość, skąd się bierze, i wejść w intymny kontakt z tym doświadczeniem, objąć złość życzliwą świadomością, jakby była małym dzieckiem; wziąć w ramiona, ukołysać. Możemy obserwować, jak myśli i odczucia pojawiają się i przemijają. Gdy to widzimy, gdy umiemy nie przywiązywać się do nich, wtedy znikają niczym bańki mydlane, pyk! Nie powiemy już: „Ta osoba mnie rozzłościła”. Powiemy: „Zadzwonił telefon i się rozzłościłam”. Świadomość, która obejmuje wszystko, jest hojna. Wyobraźmy sobie taką sytuację: siedzimy w restauracji, w której się nie pali, a ktoś obok zapalił papierosa. Jak zareaguje, gdy podejdziemy do niego ze złością czy irytacją? A jak, gdy zwrócimy mu uwagę z otwartością, ze świadomością obejmującą całość? Jeśli mimo naszej uważności odpowie ze złością, ta złość nas nie dotknie. Świadomość to potężna siła.

Obserwowanie myśli i uczuć, obejmowanie ich świadomością kojarzą się z postawą chłodną i zdystansowaną, bardziej z pracą głowy niż serca. Jak żyć z pasją? Jak podtrzymywać wewnętrzny ogień? Co na to uważność? Pasja życia to pasja przeżywania każdej chwili tak, żeby nie uronić niczego. Skąd bierze się taka motywacja? Z miłości do siebie. Z miłości do swojego życia: na ile chcemy je w pełni przeżywać? Im więcej chwil uchwycimy świadomością na bieżąco, tym będzie ono bogatsze, pełniejsze i szczęśliwsze. Gdy uczymy się uważności, nasza świadomość pomału zaczyna nasycać się współczującą życzliwością, łagodnością i cierpliwością, równowagą. To są cechy serca i wszyscy je posiadamy.

Swoich pacjentów pytam o to, kiedy ostatni raz dziękowali swoim stopom, że ich niosą, wątrobie, sercu, płucom? Serce od narodzin aż do śmierci, dzień po dniu bije w klatce piersiowej, nie mówi: mam depresję, chyba przestanę sobie bić na trochę. A mózg? Może rozwijać się i zmieniać przez cały okres naszego życia. Absolutny cud.

Widzenie, jak jesteśmy zachwycający i piękni, to jak powrót do domu. Patrzymy na siebie w lustrze. Dlaczego siebie nie kochać bez względu na wiek? Możemy cieszyć się tym, co mamy teraz; przecież i tak wkrótce umrzemy. Dlaczego nie cieszyć się porannym przebudzeniem? Albo pięknem nieba, szumem drzew, ciepłem słońca? Świat cały czas do nas przemawia. Już jesteśmy bogaci. W tej chwili. Nie musimy czekać, aż coś się zdarzy.

Uważność to świadomość, że w tej chwili nie ma niczego do zrobienia, niczego do osiągnięcia. A przecież życie wydaje się takie pasjonujące właśnie dlatego, że możemy osiągać cele. Dlaczego więc tylu ludzi u kresu życia czuje, że tak naprawdę nie żyli? Nie żyli swoim życiem. Nie byli obecni w życiu chwila po chwili. Nie byli w swoich ciałach. Nie znali osoby, z którą żyli, bo poznanie kogoś jest jak odkrywanie galaktyki w jej złożoności i pięknie. Mieli dzieci, ale nie wiedzieli, kim one są. Możemy zjeść śniadanie i nie poczuć jego smaku.

Umysł nieustannie planuje albo martwi się, co zabiera mnóstwo naszej energii. Ważne, żeby trochę zaplanować, ale jeśli planujemy bez przerwy, to rodzi problemy. Trudno przewidzieć, co nastąpi, na wszelki wypadek więc martwimy się o wszystko. Kłopot w tym, że niemal przez cały czas chcemy, by sprawy miały się inaczej. W tygodniu czekamy na weekend, cały rok marzymy o wakacjach. Jak wyglądają zebrania w pracy? Ludzie umysłami błądzą gdzieś indziej, nudzą się, są zirytowani, nie dostrzegają, co naprawdę się dzieje. Tkwimy we własnych wyobrażeniach, jak powinno być, jacy powinniśmy być, jak wyglądać, jak się zachowywać. Mamy fantazje, by być kimś innym; być jak Britney Spears czy Brad Pitt. A oni nie różnią się od nas, mają tylko więcej problemów, bo są sławni.

Naprawdę żyć to cieszyć się sobą przez 24 godziny przez siedem dni w tygodniu, zaprzyjaźnić się z chwilą obecną.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.