1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie mogę o nim zapomnieć

Nie mogę o nim zapomnieć

fot. Getty Images/ Gallo Images
fot. Getty Images/ Gallo Images
Rozstanie to nie tylko pożegnanie partnera, ale także fantazji na temat miłości i drugiego człowieka. – Jeśli nasze uczucia po rozpadzie związku są silniejsze od tych podczas jego trwania, prawdopodobnie rozstanie było symbolem wielu innych życiowych strat, być może wszystkich, których doznaliśmy od chwili narodzin – mówi psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz w kolejnym cyklu Terapii Jednego Spotkania.

Jedna z moich pacjentek poprosiła, żebym przyjęła jej przyjaciółkę Matyldę, która cierpi po rozstaniu z partnerem. – Próbowałam jej pomóc, ale ona nie chce rad, tylko na okrągło opowiada o tym facecie, który odszedł od niej już drugi raz i mam nadzieję, że tym razem na dobre – w jej tonie usłyszałam złość i  zniecierpliwienie. Pomyślałam, że to będzie trudna sesja. Zanim Matylda pojawiła się w moim gabinecie, w głowie układałam plan, co zrobić, żeby już na wstępie zatrzymać ten nawyk opowiadania traumatycznej historii miłosnej.

– Twoja przyjaciółka bardzo się o ciebie martwi i bardzo chciałaby ci pomóc – zaczęłam.

– Wiem, wiem, wszyscy mają już dosyć słuchania moich opowieści o Marku. Ale on naprawdę był mężczyzną mojego życia, taka miłość zdarza się tylko raz….

Kiedy dzwonią do mnie czytelniczki, które po przeczytaniu odcinka Terapii Jednego Spotkania chcą powierzyć mi swoje historie, za każdym razem wyczuwam w ich głosie nadzieję, że na pewno je uratuję. Czasami mówią nawet: „Jesteś moją ostatnią szansę” albo: „Jeśli ty mi nie pomożesz, to nikt inny nie da sobie z tym rady”. Trudno jest wytłumaczyć im, że wszystko tak naprawdę zależy nie ode mnie, ale od nich, od ich gotowości do skonfrontowania się z problemem, odważnego przeżycia nawet najbardziej trudnych emocji i od ich gotowości do zmiany.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny partner. Kiedy kochać mimo wszystko?

Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Przemoc, nałogi, narcyzm, nieuczciwość... Jeśli on lub ona robi coś, czego nie akceptujemy, trzeba powiedzieć: „Dość. Kocham cię, ale nie mogę z tobą być”. Są jednak tacy, którym brak sił na radykalne cięcie, i ci, którzy rozstali się z pijakiem czy brutalem, by związać się z podobnym człowiekiem. Może więc zostać i zbadać, czy złu można zaradzić? Odpowiedzi na to trudne pytanie szuka Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Mamy prawo do rozwodów, do związków na próbę itd., ale liczba szczęśliwych par nie wzrasta. Może więc powinniśmy postarać się, by miłość, małżeństwo, związki trwały mimo wszystko, na dobre i na złe?
Nigdy nie słyszałem o badaniu, które policzyło ilość szczęśliwych par. Statystyki mówią tylko o proporcji związków trwałych do nietrwałych. Zakłada się, że związek trwały jest związkiem szczęśliwym. Ale nie musi tak być. Być może to tylko związek wytrwały – czyli bardziej odporny na frustrację i cierpienie, które się w wielu z nich plenią czasami i przez dekady. Nie wiemy więc, czy szczęśliwych par jest proporcjonalnie więcej, czy mniej. Być może jest tylko mniej związków wytrwałych. Wiele wskazuje na to, że to hipoteza uzasadniona. Liberalne przemiany obyczajowe oraz postęp technologiczny wspierają możliwość indywidualnego, autonomicznego przeżycia życiowego sukcesu poza związkiem. Po raz pierwszy w dziejach mogą z tego korzystać samotne kobiety i samodzielne matki. Na spadek wytrwałości w znoszeniu trudności i kryzysów niewątpliwie wpływa także upowszechniające się liberalne i realistyczne podejście do sakramentalnej przestrogi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Można mieć przecież uzasadnioną wątpliwość, czy każdy sakramentalny związek kobiety i mężczyzny wsparty jest boską interwencją i ma boski atest. Kościół, jak się zdaje, też podziela ten pogląd, oferując unieważnienia małżeństwa. Uzasadniona wątpliwość co do boskiego atestu dotyczy, oczywiście, wyłącznie związków nieszczęśliwych i to ci, którym taki związek się przydarzył, słusznie zadają sobie pytania: Dlaczego dobry Bóg miałby mnie zobowiązać do dożywotniego trwania w nieszczęśliwym związku? Czemu miałoby to służyć? Wygląda więc na to, że współcześni coraz częściej uważają, że Bogu przypisywać można jedynie skojarzenie związków szczęśliwych. Niefortunnym pokłosiem tego słusznego poglądu jest pokusa zwalania na boskie barki całej odpowiedzialności za nasze szczęście i zapomnienie, że nawet w związku zaaranżowanym przez siły wyższe o szczęście trzeba troszczyć się codziennie.

Z trwaniem szczęśliwego związku nie mamy problemu, więc po co przysięgamy, że wytrwamy w nim i na dobre?
Z trwaniem na dobre na ogół nie mamy kłopotu, ale istnieją ludzie, którzy są przekonani, że szczęście im się nie należy, więc kiepsko tolerują dobre. Mało tego – nieświadomie robią, co mogą, by dobrze nie było. Gdy im się to uda, wracają do znanego piekła, w którym czują się jak ryba w wodzie. Ci mogą trwać w na złe latami. Z uznaniem odnotowuję więc psychologiczną przenikliwość twórcy małżeńskiego rytu, który postanowił uprzedzić kandydatów na małżonków, że czasami z dobrym jest wytrzymać tak samo trudno jak ze złym. Wokół zalecenia trwania w związku na złejest spore zamieszanie. Na ogół jest ono rozumiane jako zalecenie pokornego znoszenia – czytaj bycia ofiarą – upokorzeń, agresji, przemocy, niewierności, lenistwa, uzależnień i wykorzystywania. Ale i w tej sprawie coraz więcej ludzi ma wątpliwość. Po co dobry Bóg miałby nas nakłaniać do trwających całe dorosłe życie ćwiczeń sadomaso, które jedynie utwierdzają obie strony relacji w ich ograniczeniach i słabościach? Czy nie jest raczej tak, że przysięgając wierność na złe, zobowiązujemy się, że jeśli naszej kochanej i – co ważne – kochającej drugiej połowie przydarzy się zdrowotna, ekonomiczna, prawna czy wizerunkowa katastrofa, co uczyni ją zależną od nas, uznamy te okoliczności za wspólny los. Z jednym wyjątkiem: gdy dotknięta trudnym losem lub skutkami swoich błędów kochana osoba zrywa z nami więź, przestaje kochać i szanować. Wtedy czujemy, że zwalnia nas to z obowiązku trwania przy niej. Oczywiście, możemy kochać i wspierać nawet wtedy, ale nasza zdolność do poświęcenia na pewno ucierpi. Podobnie jak gotowość mieszkania pod wspólnym dachem. Skoro tak ludzie w sercu i sumieniu reagują, to kto wie, może Bóg też nie ma nic przeciwko temu?

Rozwody kościelne to forma weryfikacji dla wierzących. Ale jak pozostali mają poznać, że o tę miłość nie warto już walczyć?
Religie nie są po to, by nakazywać ludziom, co mają robić, lecz po to, by otwierać im serca i budzić sumienie, dając w ten sposób niezbędne narzędzia do podejmowania autonomicznych, zgodnych z okolicznościami ich niepowtarzalnego życia decyzji. Ponieważ jednak instytucje religijne i ich pracownicy zachowują się z reguły autorytarnie, wierzący mają małe szanse na otwarcie serc i obudzenie sumień – w zamian uczą się konformizmu i często bezrozumnie kierują się w życiu sztywnymi niezasymilowanymi regułami. Konformizm i stosowanie sztywnych zasad sprzyja wytrwałości związków, ale rzadko czyni je szczęśliwymi. W tej sytuacji niewierzący nie są na straconej pozycji. Przeciwnie. Sami muszą zmagać się ze sobą i z losem, podejmować trudne decyzje, szukać wyjścia, uczyć na błędach. Ten trud nader często wynagradzany zostaje otwarciem ich serc i uwrażliwieniem sumień. Oni na ogół wiedzą, kiedy jednak odstawić spakowane już walizki, odetchnąć głęboko i spróbować dowiedzieć się, o co tu chodzi, choć partner jest toksyczny i ludzie wokół krzyczą: „Zakończ to czym prędzej!”. Błędy popełniamy, aby poddać je refleksji i dzięki temu poznać swoje destrukcyjne mechanizmy i uzyskiwać większą od nich wolność.

Często jednak powielamy złe związki. Znajoma w drugim, podobnie jak i w pierwszym, jest krzywdzona, a poznała mężczyznę – możliwe, że kolejnego partnera – który ma te same cechy co poprzedni, czego tylko ona nie widzi.
Dopóki sama nie zada sobie pytania: „Dlaczego wciąż ląduję w takich związkach?”, to ten schemat będzie się powtarzał. Lepiej by było, żeby nie wiązała się z trzecim partnerem z tego samego klucza, zanim nie dojdzie do rozumu i nie zobaczy, że ten narcyz, brutal i alkoholik itp. nie jest zdolny do miłości, że zawsze przy kimś takim będzie na drugim planie, że zawsze będzie przegrywać z tym, od czego jest uzależniony. Jeśli to zobaczy, powinna zadać sobie pytanie: „Co mnie w tym urządza i czy przypadkiem nie uważam, że nie zasługuję na nic lepszego?”. Po rozstrzygnięciu tych pytań można uznać, że ze złego wyboru zrobiliśmy jakiś użytek, i wtedy dopiero – jeśli partner okaże się niereformowalny – rozstać się z nim.

Źli partnerzy bywają też reformowalni. Koleżanka pozostała z mężem alkoholikiem, choć nie musiała, i ułożyli sobie życie...
Zacznijmy od tego, że miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. To, co wtedy nazywamy miłością, jest albo współuzależnieniem, albo neurotycznym uwikłaniem. Ale jeśli kobieta czy mężczyzna decyduje się świadomie pozostać w związku z osobą uzależnioną, musi zdać sobie sprawę z konsekwencji. Pierwsza: nie doświadczy takiej miłości, o jaką chodzi. Druga: będzie użerać się do końca życia z kimś, kto nie zostanie postawiony wobec ultimatum: albo alkohol, albo ja. A więc są małe szanse, że się poprawi, bo nie będzie mieć wystarczającego powodu, by zmierzyć się ze swoim nałogiem czy wadami charakteru. Pozostanie w związku czyni w takiej sytuacji obojgu krzywdę, bo blokuje w ich sercach zdolność do otwarcia, ufności, szacunku, miłości i spokoju.

A więc warunkiem pozostania jest umiejętność postawienia ultimatum?
Ale ultimatum nie może być blefem, bo jak zostaniemy na tym przyłapani, to partner już się żadnym kolejnym nie przejmie. Jednak również w takiej sytuacji nie łudźmy się, że istnieje jeden przepis na rozwiązanie każdej – z pozoru podobnej – sytuacji. Nie ufajmy poradnikom, które zachęcają nas, by patrzeć powierzchownie i podejmować ważne decyzje bez dostrzegania wyjątkowości swojego losu. Nie ma rozwiązań dobrych dla każdego, bo nie ma dwóch identycznych osób, losów, związków. Dlatego przed podjęciem decyzji na tak lub na nie warto rzetelnie przyjrzeć się swojej sytuacji życiowej. Istotnym jej aspektem jest to, czy nasze rodziny wspierają, czy raczej dekonstruują związek? Mocnym wsparciem może być rzadko spotykana sytuacja, gdy teściowie z obu stron się lubią. Wtedy z pewnością będą wspierać opcję ratowania związku, chłodzić konflikty, odgrywać rolę rozjemców i negocjatorów. Ale jeśli się nie lubią, negatywnie oceniają partnera swojego dziecka i zatruwają komentarzami w stylu: „Bo ona się w ogóle o ciebie nie troszczy”, to szybko mogą doprowadzić do rozpadu związku. Szczególnie gdy para nie potrafi utrzymać rodziców na bezpieczny dystans. A więc podejmując ważne decyzje, powinniśmy brać pod uwagę specyficzny, niepowtarzalny kontekst i moment swego życia.

Skoro każdy los jest niepowtarzalny, to może się zdarzyć, że bez ultimatum wygrywamy miłość?
Wszystko może się zdarzyć w nielokalnej i niedualnej rzeczywistości, w której żyjemy i którą współtworzymy. Tyle że niektóre zdarzenia są bardziej prawdopodobne, a inne mniej. Jeśli z pozostania w związku z osobą uzależnioną czy przemocową miałoby wyniknąć coś dobrego, to pod warunkiem, że decyzję podejmiemy świadomi niebezpieczeństw i konsekwencji współuzależnienia. A jest prawdopodobne, że już decyzja o nawiązaniu tego typu związku była determinowana nieuświadomioną tendencją do współuzależnienia. Trzeba więc zacząć od tego, by bez oszukiwania się spojrzeć na siebie – skorzystać z pomocy terapeuty od współuzależnień. Tylko ktoś taki oceni nasz stan obiektywnie. Jeśli uzna za wskazane podjęcie terapii, nie możemy z tym zwlekać. Współuzależnienie to nałóg jak każdy inny. Tyle że uzależniamy się od roli, jaką wypełniamy w relacji do uzależnionego partnera. Póki tego nie dokonamy, będziemy nieświadomie działać na rzecz utrwalenia związku, w którym czujemy się ofiarą lub wybawicielem. By podjąć działania, które rzeczywiście pomogą ukochanej, ale uzależnionej osobie, trzeba najpierw pozbyć się własnych ograniczających przekonań i nawyków – odzyskać wolną wolę. W przeciwnym razie decyzja o pozostaniu jest tylko pozornie świadoma. Jak każdy nałogowiec potrafimy ją racjonalnie uzasadnić, przebrać w pozór zbawczej misji czy lojalności wobec tego, co „Bóg złączył”. A więc tylko osoba niewspółuzależniona, wolna od zniewalającej i naiwnej nadziei, że destrukcyjny partner sam z siebie przejrzy na oczy i zacznie troszczyć się o związek, może pomyśleć: „Mamy dzieci, więc świadomie decyduję się zostać. Nie liczę na jego miłość ani na to, że będę ważniejsza od nałogu. Ale ponieważ trzeźwo widzę i mam wewnętrzną wolność, wiem, że nie muszę z nim być – mam więc szansę, by stawiać jasne granice i wymagania, a dzięki temu ochronić siebie i dzieci przed negatywnymi skutkami mojej decyzji”.

Właśnie, powiedziałeś o granicach. Ale jak sprawdzić, czy się umie je stawiać i które są naprawdę nie do przekroczenia?
Nie wolno pozwalać się upokarzać, bić, oszukiwać i nie dotrzymywać umów. Jasno i zdecydowanie trzeba wyrażać swoje niezadowolenie, rozczarowanie, protest, gniew i – jeśli to prawda – także wolność („Nie muszę z tobą być”). Gdy nazwiemy rzeczy po imieniu, w odpowiedzi z pewnością otrzymamy złość, oburzenie, ciche dni. Ale zbyt daleko idące, obraźliwe dla nas samych ustępstwa nic nie zmienią. Przeciwnie. Stracimy resztki szacunku partnera i szacunku do siebie samych, a nasz związek szybko zamieni się w piekło. Wprawdzie lepiej nie żywić nadziei, że uda się w toksycznej relacji zachować zdrowe granice, lecz prawdą jest, że świadomie podjęta decyzja ma szansę otworzyć destrukcyjnemu partnerowi drogę do terapii i refleksji, a w konsekwencji doprowadzić do kontroli uzależnienia czy przekroczenia neurotycznych lub charakterologicznych ograniczeń. Krótko mówiąc: tylko wolny człowiek może drugiego człowieka uczynić wolnym.

Co pomaga osobom, które zostały przy złym partnerze?
Wiedza, skąd się biorą i na czym polegają trudności w związku i na czyje wsparcie mogą liczyć, bo będą go potrzebować. Warto próbować, ale tylko wtedy, gdy głęboko w brzuchu i w sercu przeczuwamy, że jest szansa, by obie strony przekroczyły swoje ograniczenia i przekształciły związek w partnerski i dojrzały. Jeśli brakuje takiej wiary i zrodzonej z niej determinacji, to szkoda czasu. Każdy ma święte prawo troszczyć się o jakość swojego życia. Każdy ma też prawo wystrzegać się tych, którzy sami nie podejmują w tej sprawie wysiłku, a tylko liczą na innych, wikłają ich w niewykonalne przedsięwzięcie. Jak świat światem nikomu się nie udało uszczęśliwić drugiego człowieka. Uszczęśliwiacze i uszczęśliwiani potrzebują siebie nawzajem nie po to, by odkrywać swoją przyrodzoną wartość i wolność, lecz by wspierać się w podtrzymywaniu złudzeń, tego, co znane i ograniczające, czyli tzw. znanego piekła. Dlatego jeśli w złym związku ktoś odkryje swego wolnego ducha, to druga strona odczuje to jako zagrożenie. Wolnego człowieka nie da się związać ani uzależnić. A skoro tak, to toksyczna osoba, jeśli zależy jej na związku, musi próbować czegoś innego, by dojść do rozumu i się zmienić, w sprawie szczęścia licząc tylko na siebie. W przeciwnym razie grozi jej, że usłyszy od wolnego ducha niezłomne zapewnienie: „Jeśli w tym tygodniu nie zaczniesz się na poważnie leczyć, to któregoś ranka obudzisz się w pustym mieszkaniu”. W mniej łagodnym wariancie niepoprawny łowca uszczęśliwiaczy może nawet nie usłyszeć cicho zamykanych drzwi.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Jak się rozstać? Skąd mieć pewność, że związek naprawdę warto zakończyć?

Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Jak się rozstać po długim związku? Jak zakończyć związek kiedy się kocha? – Decyzja o tym, by rozstać się z partnerem nigdy nie przychodzi łatwo. A gdy już ją podejmiemy, to i tak często mamy wątpliwości. Dlaczego tak jest? Po czym poznać, że przestałyśmy kochać, albo jak dostrzec, że on przestał kochać nas? Kiedy należy skończyć związek i jak można przygotować się do rozstania – mówi Paulina Kapiec-Kałużyńska, psycholożka, psychoterapeutka.

Uważasz, że kobieta, która rozstaje się z partnerem, potrzebuje wsparcia innych kobiet?
Myślę, że to pomaga. Prowadząc grupę wsparcia dla kobiet po rozstaniu, zobaczyłam, jakim trudem może być koniec związku. Można się z tym borykać latami, unikać budowania nowej relacji. Kiedy na warsztatach spotykają się kobiety, które mają podobne doświadczenie i przeżywają w związku z tym podobne emocje, czują ulgę, widząc, że nie są same.

Jak się rozstać po długim związku? Co takiego robicie podczas warsztatów, że pomagają one uporać się ze stratą?
Nie u każdej z tych kobiet możemy mówić o uporaniu się. Jedne, owszem, wychodzą zupełnie inne, gotowe do nowego życia. Ale są też takie, którym warsztaty tylko coś otwierają, dają początek długiej drodze, jaką muszą pokonać, żeby móc powiedzieć: „Poradziłam sobie”. A co takiego robimy na warsztatach? Wspólnie nazywamy i przerabiamy wszystkie emocje związane z rozstaniem. To już bardzo dużo, bo kiedy zadaję pytanie: „Jakie masz konkretne uczucia, kiedy myślisz o tym związku?”, to one po raz pierwszy głośno mówią o żalu, złości, smutku, strachu. Kiedy proszę, żeby zapytały siebie, z czym konkretnie nie potrafią się pogodzić, to stopniowo docierają do sedna i mówią, że na przykład chodzi najbardziej o poczucie odrzucenia, przegraną rywalizację z inną kobietą. Uczestniczki warsztatów sporo rozmawiają też między sobą o tym, jak się czują, co także pozwala pokonać wstyd. Czasem proszę, żeby wyobraziły sobie lustro, w którym widzą byłego partnera. Ich zadaniem jest roztrzaskanie tego lustra w wyobraźni na kawałki. Potem rozmawiamy o tym, czy to się udało. Nie zawsze to wychodzi, tak samo jak nie zawsze udaje się przejść symboliczną linię, która ma oznaczać gotowość na zmianę, na rozpoczęcie nowego życia. Intensywnie pracuję też z nimi nad zaakceptowaniem tu i teraz. Chodzi o to, by uświadomiły sobie, że tu i teraz one już nie są w tamtym związku, że to już przeszłość. To ważne, bo często one karmią się iluzjami: wszystko się uda naprawić, znów będziemy razem. Żyją takimi złudzeniami, nawet wiedząc o tym, że ich były partner już jest w innym związku.

Cierpi najbardziej osoba porzucana – taki jest stereotyp. Ale czy bólu nie przeżywa też ktoś, kto porzuca? Jak zakończyć związek kiedy się kocha?
Z mojego doświadczenia wynika, że ktoś, kto podjął decyzję o rozstaniu i jest tego pewny, raczej nie szuka pomocy. Oczywiście, są ludzie, którzy odchodzą, bo nie mają wyjścia. Ale wtedy trudno mówić o decyzji, to jest bardziej przymus. Bo co mi pozostaje, jeśli druga strona już nie odpowiada na to, czego ja potrzebuję, odsuwa się? Kto tutaj kogo porzuca, nawet jeśli to ja wypowiadam słowo „koniec”? Choć z drugiej strony – nawet taką sytuację możemy przeżyć z dumą – co ułatwia pogodzenie się ze stratą.

Jak się rozstać zatem? Wiele kobiet zostaje w związku, mimo że chce rozstania.
Tym, co sprawia, że kobieta nie odchodzi, często jest lęk. On ma, oczywiście, różne podłoże. Czasem zastanawiamy się, co będzie potem, i to budzi strach, bo wydaje się nam, że będzie gorzej. Sama zmiana życia też generuje strach – nie jesteśmy na to gotowe. Jest mnóstwo mechanizmów, które zatrzymują kogoś w relacji. Trzeba je powoli poznać, rozbroić jak bombę, dopiero wtedy można mówić o gotowości do rozstania. To, co powiedziałam o łatwości wychodzenia ze związku, dotyczy tych kobiet, które z zasady traktują go jako wartość dodaną. Relacja ma dawać szczęście, a nie generować piętrzących się problemów czy cierpień. To są kobiety, które potrafią postawić granicę.

Dużo jest takich kobiet?
Z pewnością nie, a to pewnie dlatego, że jest niewiele rodzin, które uczą takiego komfortowego funkcjonowania w relacji z mężczyzną. Jesteśmy raczej od dziecka przygotowywane do tego, że może być ciężko, a naszym zadaniem jest to znosić, naprawiać, łagodzić. Pewnie inaczej jest w rodzinach, w których kobiety potrafiły odchodzić, wiedziały jak się rozstać. Sama pochodzę z domu, gdzie jest duża tradycja rozwodów, te rozwody pojawiały się jeszcze w takich czasach, gdy nie rozwodził się prawie nikt. W związku z tym dla mnie rozstanie nie jest niczym strasznym, jest wyborem. Takie podejście ma swoje plusy, ale ma też minusy, bo łatwo wpaść w pułapkę pakowania walizek, rezygnowania z prób naprawienia związku w momencie, w którym inne kobiety jeszcze by walczyły.

Dla mnie związek ma być dobry, jeśli mnie niszczy, to ja go nie chcę.

Co to znaczy wiedzieć, że związek mnie niszczy?
A skąd w ogóle wiemy, że czujemy się źle? Jakie ciało daje nam sygnały? Najczęściej to ściśnięty żołądek, drżące ręce, przyspieszony puls, ogólny dyskomfort. Jeżeli kobieta wraca do domu i jest zestresowana, boi się, nie może jeść albo przeciwnie, kompulsywnie się objada, pojawiają się problemy ze snem, jeśli nie może się rozwijać, cieszyć, jest smutna – jest to znak, że ta relacja jest niszcząca. Mąż czy partner nie powinien być źródłem lęku czy frustracji. Jeśli, oczywiście, uznajemy, że właściwa jest definicja związku jako relacji napędzającej do życia, dodającej energii. Że razem możemy zrobić więcej niż samotnie, lepiej zarabiać, może więcej podróżować, mieć dzieci, pasje, seks. Gdy tego nie ma, warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Może to nie chodzi o partnera – albo nie tylko o niego? Może to ja przestałam kochać?

Ale czasem kobieta, szczególnie gdy ma z partnerem dzieci, zastanawia się: „Rzucę go, ale co będzie z domem, rodziną?”. Bo co to znaczy kochać? Włączają się jej mechanizmy, które racjonalizują to instynktowne: „Przestałam kochać”.
Słysząc to pytanie, automatycznie wyobraziłam sobie kobietę, która nie rozmawia z partnerem. Dla mnie zdrowa jest taka relacja, w której możemy być sobą, nie musimy udawać, tylko możemy szczerze mówić o tym, co czujemy. I jeśli kobieta zaczyna mieć wątpliwości, to siada ze swoim mężem i mówi: „Nie wiem, co się z nami dzieje, nie wiem, co czuję, zróbmy coś z tym”. Wtedy mogą podjąć ileś działań, których celem jest przyjrzenie się temu. Mogą rozmawiać, iść na terapię, wyjechać razem czy nawet zdecydować się na chwilę rozłąki. Ale to zawsze jest współpraca. Ona mówi, on reaguje. A jeżeli ona w samotności zastanawia się, co ma z tym zrobić, czy go kocha, czy nie kocha, to chyba nie najlepiej świadczy o ich porozumieniu. Potrzeba uchronienia związku przed rozpadem musi być po obu stronach.

A może taka kobieta nie mówi partnerowi o swoich wątpliwościach, bo boi się, że on powie: „O co ci chodzi, jesteś dziwna”. Albo sam zacznie pakować walizki?
I jak to świadczy o tym związku i jego wartości? Inna rzecz, że kobiety często nie chcą dostrzec tego, co mężczyźni im przekazują, nawet niewerbalnie. On się już wycofuje, a ona myśli, że jak będzie miła, to wszystko da się uratować. Godzi się na wszystko, byle tylko on z nią był. Często utrzymujemy więc pozory, że wszystko jest OK. Robimy to i dla siebie, i dla otoczenia. Łatwiej przepłakać noc, a rano z dumnie podniesionym czołem ruszyć do pracy i podtrzymywać iluzję dobrze funkcjonującej rodziny. U większości ludzi jest ta ogromna tęsknota za domem z ogródkiem, dwójką dzieci i kolacjami dla przyjaciół. Bo tak – w obiegowej opinii – wygląda i żyje człowiek, który ma udane życie.

Jednak są kobiety, które chcą silnych emocji, dla nich relacja z mężczyzną to ciągłe przejażdżki z nieba do piekła. Jak się rozstać w takiej sytuacji? Skąd one mają wiedzieć, że powinny podjąć decyzję o rozstaniu, skoro wciąż żyją w skrajnych emocjach?
Wróćmy na chwilę do tej pierwszej relacji w naszym życiu, czyli relacji z rodzicami. Jeśli tam było zbliżanie i oddalanie, odrzucenie, napięcie, huśtawka – to trudno, żeby ktoś wychowany w takiej atmosferze umiał potem żyć w spokojnym związku. Taka osoba rzeczywiście często mówi: „Nudzi mnie stabilizacja”. Za tym kryje się lęk przed bliskością. Niestabilny partner jest gwarancją, że nigdy nie będziemy z nim naprawdę. A co za tym idzie, nie zostaniemy odrzuceni. Paradoks polega na tym, że kobiety żyjące z niestabilnym mężczyzną są przecież wciąż odrzucane, ale z drugiej strony – mają złudzenie, że nie muszą bać się, że on je odkryje, pozna, zaakceptuje, a potem odtrąci. One też nie będą musiały pokochać go naprawdę – z jego wadami, słabościami. Taka więź jest dla nich odstraszająca. Takie kobiety zakochują się nie tylko w niestabilnych mężczyznach, ale też w takich, z którymi nie mogą się związać: księżach, uczniach, żonatych. I ich związek może ciągnąć się latami. Jak z tego wyjść? Obedrzeć relację z iluzji nieba. Ale to jest trudne. Bo takie kobiety potem – gdy tęsknią albo gdy on się odzywa – racjonalizują: „Było źle, ale przynajmniej od czasu do czasu miałam ten moment haju, więc i tak mam więcej niż kobiety żyjące w nudnych związkach”. Trzeba dokładnie zobaczyć ten mechanizm, skoncentrować się na sobie, zaobserwować, co nami kieruje, być może skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Ważne, żeby zastanowić się, na jakim związku nam zależy, jak chcemy żyć. I na ile partner, z którym jesteśmy, jest w stanie pomóc nam zrealizować ten cel.

Dlaczego tak wielu z nas bardzo boi się rozstań?
Bo generują dużo trudnych emocji. Wymagają nauczenia się nowych zachowań, uruchomienia siły, energii. Dużo trudniej się rozstać ludziom, którzy nie zostawili sobie w związku pewnej sfery niezależności. I nie chodzi tylko o pieniądze. To często dzieje się wtedy, gdy kobieta oczekuje, że mężczyzna będzie nie tylko partnerem, ale że się nią całkowicie zaopiekuje, wszystko za nią załatwi. To jest, oczywiście, wygodne. Ale to pułapka, bo przestajemy zaspokajać swoje potrzeby albo je tak bardzo tłumimy, że nie potrafimy ich rozpoznać. A kończy się to depresją, nerwicami.

Jak pokonać strach przed decyzją o rozstaniu?
Trzeba przyjrzeć się temu lękowi. Zadać sobie pytanie: „Czego konkretnie się boję?”. Załóżmy, że odpowiedź brzmi: „samotności”. Kiedy będę się czuła samotna? Wieczorami. To co mogę zrobić, żeby te wieczory sobie umilić? Warto też zrozumieć, dlaczego tak bardzo boimy się samotności. Czy to nasz lęk, czy na przykład przekazała go nam mama, babcia czy inna ważna osoba? Trzeba oddzielić to, co jest moje, od tego, co ktoś mi wpoił. Należy także zaakceptować trudne emocje. Decydując się na rozstanie, decyduję się na swego rodzaju kryzys, ale kryzysy są najbardziej rozwojowymi momentami w życiu, może więc warto podejść do tego z optymizmem.

Na co musimy być przygotowane?
Unikałabym wymieniania konkretnych rzeczy, bo wymyślimy sobie różnego rodzaju scenariusze, emocjonalnie będziemy już je przeżywać, czyli kryzys rozstania będziemy przeżywać dużo dłużej, niż on trwa, a potem może się okazać, że czujemy w ogóle inaczej, niż przewidywałyśmy. Możemy nie radzić sobie ze strachem, czy jeszcze kiedyś się zakochamy i założymy rodzinę, z obawą przed nową rzeczywistością, w której wszystko będziemy musiały robić same. Warto się zastanowić, czy lęk w ogóle nie jest dominującą emocją w naszym życiu. Możemy wchodzić w relacje, bo się boimy. Boimy się być same, a za tym „same” kryje się świadomość, że musimy być teraz odpowiedzialne za swoje życie, że nie ma „my”. Możemy też sobie nie radzić ze społecznym przymusem wychodzenia do ludzi. „Zbierz się, nie można tak siedzieć w czterech ścianach”. A w sumie dlaczego nie? Trzeba słuchać swojego organizmu. Owszem, jesteśmy istotami stadnymi, każda relacja, spotkanie może być budujące, ale samotność jest nam potrzebna do pracy nad sobą, do rozwoju, to nie jest gorszy sposób na życie. Nie mówię o izolacji czy ucieczce. Ważne, żeby po rozstaniu rozmawiać, dzielić się tym, nie stawiać się w roli ofiary: „Jestem gorsza, bo mi się nie powiodło”. Wiele kobiet ma takie myśli i ja bym się przyjrzała, co się za tym kryje. Lęk przed opinią, utratą określonego wizerunku, bo przecież mając partnera, jestem atrakcyjniejsza, bo koleżanki przychodzą z mężami, ja też chcę.

Niektóre kobiety uciekają w romanse albo szybko znajdują nowego partnera.
Ważne, żeby wykorzystać ten moment po rozstaniu dla siebie, żeby – co się często zdarza – kolejny związek nie był lekarstwem. Na przykład znajdujemy partnera kompletnie innego od poprzedniego i kompulsywnie zaspokajamy potrzeby, których nie zaspokoił tamten. Ale ile tak będziemy się karmić? Myślę, że w nowy związek powinnyśmy wchodzić, będąc już świadome tego, czego chcemy w relacji, co same możemy dać, a na to często potrzeba czasu. I dobrze, gdy go mamy, bo dzięki temu potem będziemy szczęśliwsze. I mądrzejsze. I nawet jeśli zauroczymy się kimś, będziemy bardziej racjonalnie na to patrzeć. A słowo „rozstanie” nie będzie już budzić tak strasznego niepokoju.

Paulina Kapiec-Kałużyńska: psycholożka, psychoterapeutka trenerka grupowa. Pracuje w nurcie terapii Gestalt. Założyła Atelier Terapeutyczne. Prowadzi terapię indywidualną i grupową. Prowadziła też warsztaty rozwojowe dla osób przeżywających kryzys rozstania w Warszawskim Centrum Psychologicznym.

Wywiad archiwalny

  1. Psychologia

Ludzie rozstają się, bo nie potrafią ze sobą rozmawiać

Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać różne historyjki, tylko pomagać sobie nawzajem zrozumieć, co myślą, czują – mówi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski

Kiedy warto jest walczyć o związek?
Warto walczyć, jeśli nie jest pasmem przemocy, nadużyć, zdrad, wykorzystywania, lekceważenia naszych uczuć i braku lojalności. Słowo „walczymy” co prawda niezbyt dobrze wpisuje się w codzienność, ale jednak dobrze oddaje sens naszych działań – bo o związek walczymy każdego dnia. Przedstawiając swoje zdanie, konfrontując się z partnerem, chwaląc go, dostrzegając jego wartość, tak naprawdę staramy się, żeby ten związek był coraz lepszy. Bo nigdy nie można osiąść na laurach.

Powiedział pan: konfrontując…
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. I od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.

Ale ludzie od rozwiązywania konfliktów wolą innego partnera.
Pewna młoda aktorka powiedziała mi ostatnio, że w jej środowisku związki bardzo szybko się rozpadają. W najlepszym przypadku są związkami na dwa lata. Dotarło do mnie, że nastąpiła tu jakaś znacząca zmiana. W moim pokoleniu związek był dużą wartością. Zawierało się go na zawsze, mimo że rozum mówił, że czasem uczucia się kończą, a ludzie rozstają. Owa aktorka uprzytomniła mi fakt, że młodzi ludzie nie zastanawiają się, jaki ich związek będzie za ileś lat. Oni nie patrzą na relacje w dłuższej perspektywie, bo z góry zakładają, że w każdej chwili mogą się skończyć. Im rozstanie przychodzi bardzo łatwo. Większość związków jest nieformalna, można więc odejść z dnia na dzień, bez pokonywania prawnych czy organizacyjnych barier. Po prostu pakuje się walizkę i mówi „do widzenia”.

A normy, zasady?
Odgrywają coraz mniejszą rolę. Coraz więcej natomiast jest związków, w których ma być przyjemnie. Jeżeli partnerzy nie dostarczają sobie przyjemności w różnych obszarach – intelektualnych, seksualnych – to po prostu się rozstają. Dla mnie kiedyś był to przykład niedojrzałości.

Już nie jest?
W moich standardach to nadal niedojrzałość. Związek według mnie powinien być zawierany na zawsze. Powinien wiązać się z uczuciem, choć oczywiście mogą następować w jego trakcie różne perturbacje. Wiem jednak, że kłopoty potrafią wzmocnić związek. Ale coraz mniej ludzi w ten sposób myśli o budowaniu relacji.

Wiedza na ten temat pomaga?
Im robię się starszy, tym jestem bardziej przekonany, że to, co ludziom pomaga w relacjach, to nie jest wiedza każdego z nich, ale rozmowa. Coś, co się tworzy w trakcie, gdy partnerzy posiadający jakieś przekonania, uczucia zaczynają rozmawiać. Wtedy powstaje zupełnie nowa jakość, związek może odkryć zupełnie nowe obszary do penetrowania. Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać sobie różne historyjki, tylko w znaczeniu pomagać zrozumieć, co myślą, czują. Jak coś powiedziałem, to nie jestem już tym samym człowiekiem co wcześniej, a i ten, kto to usłyszał, też nie jest już tym samym człowiekiem. Rozmowa to naprawdę coś niezwykle istotnego w walce o związek.

Współczesne kobiety walczą też o siebie.
Asertywność kobiet jest dobra także dla mężczyzn. Mężczyźni cenią partnerki, które uczą ich rezygnować ze swoich narcystycznych pomysłów, które pokazują im, że nie mają monopolu na wiedzę, władzę, jakość związku. Nagle mężczyźni muszą znaleźć się w sytuacji osób, które nie tylko wygłaszają mowy, ale też słuchają. Namawiam kobiety, żeby stawiały granice swoim partnerom. To jeden z ważnych elementów relacji.

A tolerancja dla inności?
Inność jest fundamentem związku. Bo jeżeli dwie osoby są takie same, to po co być ze sobą, po co rozmawiać. Dlatego warto tę inność zauważyć i pielęgnować. To, że mój partner ma inne zdanie, wywodzi się z innej tradycji rodzinnej, jest czymś bardzo cennym. Ale ludzie mogą docenić różnice dopiero, gdy mają poczucie własnej wartości. I wtedy druga osoba nie stanowi zagrożenia. Nie potrzebują jej kontrolować, żeby z nią być. Dają tyle miłości, ile wolności. A partner też dostrzega w nich inność, bo oni dostrzegają to w nim. Taki związek ma szansę. Wielu ludzi boi się inności, gdyż nie bardzo wierzy, że samodzielni, niezależni partnerzy będą chcieli z nimi być. Więc rozwijają funkcje kontrolne, odmawiają informacji, ukrywają uczucia, manipulują seksem, obwiniają. Takie zachowania dają niezwykle kruche podstawy do związku, który wcześniej czy później się rozpada.

Nigdy nie ma się gwarancji, że następny będzie idealny.
Oczywiście. Bo to nierealistyczna tęsknota niedojrzałych ludzi myśleć, że na świecie jest ktoś, kto da im to wszystko, czego nie otrzymali w całym swoim dotychczasowym życiu. Każdy spotkany człowiek podlega wtedy potężnej idealizacji, wydaje się właśnie tą wymarzoną osobą. A kiedy jakiś czas potem okazuje się, że nie spełnia oczekiwań, dramat gotowy.

Pewien pan, który żenił się po raz siódmy, powiedział mi, że dobrze już wie, na czym polega problem między kobietami a mężczyznami. Mianowicie na tym, że kobiety dążą do zdominowania mężczyzn, a zadaniem mężczyzn jest się nie dać.

Ów pan wybierał partnerki nieśmiałe, niepewne, które potrafił nagiąć do swoich wymagań, ale tylko do pewnej granicy. Potem one się „odginały”, stawiały swoje wymagania, a on mówił: „no i już się zaczyna”. Proszę sobie wyobrazić reakcję tego pana, gdy partnerka mówi: „zrób mi herbatę”. Jego myślenie na temat kobiet to dobry przykład pokazujący, co się dzieje, gdy realizują się nasze pomysły na partnerów, które nosimy w głowie. Zawsze prowadzi to do katastrofy.

  1. Psychologia

"Ode mnie się nie odchodzi", czyli co czuje i myśli porzucony mężczyzna

Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Mężczyźnie łatwiej jest pogodzić się ze stratą kobiety w wyniku zdarzenia losowego czy śmierci niż z tym, że go porzuciła – mówi psycholog Paweł Droździak.

W jaki sposób mężczyzna przeżywa żal po stracie kobiety, związany z rozpadem związku?
U różnych typów ludzi różne elementy psychiki są newralgiczne. Dla niektórych kluczowe jest na przykład poczucie wartości własnej i w sytuacji kryzysu to ono ucierpi jako pierwsze. „Skoro ona odeszła, to co ze mnie za facet?”. Mężczyźni rzadziej niż kobiety upatrują włas­nej atrakcyjności w fizyczności, szukają jej raczej w pozycji zawodowej i różnych aspektach związanych z osobowością, w sprawczości. No, i jeśli to akurat jest u danego mężczyzny kluczowe, to możliwe, że będzie przeżywał utratę z takiego punktu widzenia. Jako fiasko pewnego projektu życiowego.

Mężczyzna o innej strukturze będzie to zdarzenie przeżywał jako zachwianie wyobrażenia o przewidywalności świata i ludzi. „Mówiła, że kocha, a teraz twierdzi, że nigdy nie kochała. Jak to możliwe, świat powinien przecież opierać się na jakichś zasadach?!”. To, co w tym przypadku zostaje zachwiane, to nie samoocena, ale przekonanie o własnej zdolności do rozumienia, co się wokół dzieje. Rozumienia innych ludzi, przewidywania, co się zdarzy. Poza tym jeśli ona mówi, że nigdy nie kochała, to czy to znaczy, że moje dobre wspomnienia z nią związane nie opisują trafnie rzeczywistości? A więc nie tylko nie wiem już, gdzie za chwilę będę, ale nawet nie wiem, gdzie byłem. Bardzo dezorientujące. I to uczucie dezorientacji jest u tego typu osób w tej sytuacji kluczowe. Inny mężczyzna z kolei może mieć silną skłonność do kontrolowania innych osób i całe zdarzenie przeżywa raczej poprzez specyficzny filtr. „Przecież ode mnie się nie odchodzi! Ja na to nie wyraziłem zgody”.

Czy wypieranie lub zapadanie się w smutek utrudnia mężczyźnie przeżycie żałoby po stracie?
Ujmę to tak: „Odeszła, ale czym dla mnie była?”. Czyli – co odeszło? Ktoś przekłada tę stratę na język władzy, inny na język rzeczy czy struktur, ktoś inny może robić z siebie ofiarę: „Jeśli odejdziesz, to się zabiję”. Chodzi o to, żeby zadać sobie pytanie, co tak naprawdę jest uderzone przez to uczucie żalu. Inne ciekawe pytanie: jak różni się przeżywanie rozstania u mężczyzn i u kobiet? Pierwsza różnica, na którą można by wskazać, jest czysto praktyczna i dość oczywista. Przy rozpadzie rodziny dzieci najczęściej zostają z matką. Z tej asymetrii wyniknie później mnóstwo innych różnic.

Czyli w sytuacji rozstania mężczyźnie dochodzi jeszcze żal po stracie kontaktu z dziećmi.
Powstaje zupełnie inny świat przeżyć psychicznych, ponieważ sytuacja zewnętrza jest odmienna: walka o kontakty z dziećmi, seria różnego rodzaju oskarżeń, rozgrywanie alimentami, ukrywanie swoich dochodów, konflikty interesów między dziećmi a nową partnerką. Cała masa problemów specyficznie męskich w tej sytuacji. Jeśli mowa o małżeństwie, i to jeszcze takim, które coś razem tworzyło, ma jakiś dorobek materialny, potomstwo, długi staż – to rzadko się zdarza, żeby udało się rozstać całkiem pokojowo. Zwykle dochodzi do walki. I w jej trakcie partnerzy często dewaluują się nawzajem. Po części po to, żeby sobie poradzić z bólem, ale jest i inny powód.

Dla wielu ludzi to nie do pomyślenia, że rozstają się z kimś po prostu dlatego, że nie spełniają się w związku. Czują, że to coś złego, bo ten powód jest jakby niewystarczający. Za mało konkretny. Czy można rozstać się z czystego pragnienia rozstania? Bez żadnej zbrodni, którą druga strona popełniła? Potrzebują jakiegoś mocniejszego powodu, szczególnie gdy ktoś ma tendencję do myślenia na poziomie konkretów. Dlatego się tego konkretu szuka, a jak go nie ma, to trzeba go sobie stworzyć. Wtedy idziemy w oskarżenia, często monstrualne. A prawda jest taka, że po prostu nie potrafimy poradzić sobie z...

Z żalem po stracie partnerki?
Albo z żalem po jej stracie, albo też z tym, żeby samemu powiedzieć sobie: „Nie chcę z nią być”. To jest dla nas za trudne. Bo jak można tęsknić za czymś, co jest dobre, przeżywać brak tego i jednocześ­nie wciąż widzieć to jako dobre? Zatem trzeba uczynić to złym, aby odzyskać spójność.

Czy chodzi o to, żeby potrafić rozstać się również z tym, co dobre? Na zasadzie: „Ja jestem dobry, ty jesteś dobra, ale to już nie działa”.
Dla niektórych ludzi taka operacja myślowa jest strukturalnie niewykonalna. Dlatego albo muszą tę osobę zdewaluować – jeśli jej wspomnienie jest źródłem bólu po stracie, albo zdewaluować siebie. Uzyskanie zdolności do takiego wewnętrznego przeżycia, w którym coś jest źródłem dyskomfortu (bo tego już nie mamy), a jednocześnie jest wciąż cenione – to jest poważne zadanie rozwojowe. Niektórzy nigdy tego nie osiągają. I podobnie, kiedy trzeba by złożyć razem dwie rzeczy: nie ma zbrodniarza, a mimo to chcemy rozwodu. Dlatego wiele osób raczej stara się stworzyć sobie jakiś „ważny powód”, no i zaczyna się masa oskarżeń po to, żeby nie czuć się tym, który jest niesolidny.

Dewaluacja jest obroną. Gdybyśmy tego nie robili, na pewno dopuścilibyśmy do siebie wszystkie te depresyjne uczucia, które pojawiają się po stracie. Dewaluacja jest bardziej pierwotna, instynktowna i łatwiejsza. To tak jak w sytuacji, gdy ugryzie nas komar, drapiemy się, mimo że to wcale nie pomaga. Myślę, że często może to działać tak, że jeśli nie dewaluowalibyśmy drugiej strony, to od razu dewaluowaliśmy siebie. Znów po to, żeby nie dopuścić do przeżywania żalu w czystej postaci.

Czyli dewaluacja partnerki daje mężczyźnie poczucie, że ma kontrolę nad sytuacją?
To pierwszy objaw tego, że mężczyzna próbuje przejąć kontrolę nad uczuciem żalu. Ale to nie jest specyficzne tylko dla mężczyzn. To uniwersalny mechanizm.

Kiedy zatem mężczyzna jest w stanie poczuć ten żal?
Żal znajduje się niedaleko bezradności. Zgoda na bezradność to nie taka prosta sprawa. Snucie fantazji o tym, co strasznego knuje kobieta, jest świetnym sposobem na to, żeby nie czuć, że się kogoś straciło. Bo żal jest niezwykle bolesny. Żal nas kompletnie rozwala.

Złość także rozwala.
Złość wiąże się z mobilizacją do działania, choćby destrukcyjnego, ale jednak. Tymczasem żal odwrotnie – demobilizuje. Mężczyźnie łatwiej jest czuć złość niż smutek, bo ten drugi jest wstępem do poczucia bezradności. Dlatego wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko raczej pomyśleć o partnerce coś złego lub obraźliwego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. Czasem jest to zdrowy mechanizm obronny. Szczególnie jeśli zdrada wiązała się z bardzo upokarzającą sytuacją.

A kiedy ten mechanizm przestaje być zdrowy?
Jeśli w ogóle nie przyjmuje się swojego żalu do wiadomości. Czyli kiedy istnieje tylko ten element złości i dewaluacji, a cała reszta jest zaprzeczona. Co miewa na przykład taką postać całkowicie zadaniowego skupienia się na konkretach, na przykład związanych z walką sądową po rozwodzie. Ktoś taki może godzinami rozprawiać o pismach, które napisał, ruchach formalnych, jakie wykonał, snuć plany ataków, obron, forteli, zbierania dowodów, mówić o zdjęciach, nagraniach, może opowiadać o okropieństwach, jakie była partnerka popełniła, i zupełnie nie dopuszczać tego, że pod tym wszystkim jest jakaś rzeczywistość złamanego serca i tęsknota. Był smutek, jest paranoja. Bywa też, że zamiast obsesji sądowej walki i całej paranoicznej wizji, która się często z tym wiąże – jest czysta przemoc. Trochę jak w piosence taty Kazika „Celina”: „Ziutek nie płakał, twardy jest, godzinę ze wściekłości wył jak pies”, i dalej: „tylko podniósł brew, błysnęło, na białą pierś trysnęła krew”. Pracując w więzieniach, często spotykałem mężczyzn, którzy mieli całkowitą niezgodę na dopuszczanie jakiejkolwiek bezradności w sobie. Umysł to nie ciało. W ciele wiadomo, co jest zdrowe, co chore. W umyśle dzieją się różne przedefiniowania tego, co czujemy. Możemy je po prostu opisywać, próbując rozumieć, do czego te przedefiniowania mogą człowiekowi służyć.

I do czego najczęściej mu służą?
Od mężczyzn często wymaga się, żeby byli zdolni do wykonania pewnych zadań wymagających mobilizacji i ogólnie funkcji „przełamania się”. Wytrzymania czegoś i działania pomimo pewnych przeszkód. Jeżeli podczas meczu ktoś kopnie piłkarza w kostkę, to nie oczekujemy, że piłkarz w tym momencie skontaktuje się ze swoimi uczuciami i bólem i zacznie ten ból wyrażać i celebrować, tylko chcemy, żeby szybko zebrał się w sobie i grał dalej. Jego organizm używa do tego adrenaliny. Zatem on nie jest trenowany do tego, by się uwrażliwić na subtelne sygnały, tylko do tego, żeby wytrzymać sygnały zgoła niesubtelne i działać mimo nich. Wychowanie mężczyzn i cały męski wzorzec mityczny zawiera ten element i dzięki temu mężczyzna osiąga pewne cele, co zresztą bywa przez kobiety cenione. Z drugiej strony staje się to dla tych kobiet udręką, kiedy z tak wychowanym mężczyzną, szczególnie jeśli weźmie sobie to zbyt mocno do serca, nie daje się w ogóle porozumieć. No i mamy konflikt, bo z jednej strony taka kobieta korzysta z efektów jego zaradności, a z drugiej – ma mu za złe, że on „nic nie rozumie”. W to miejsce wchodzi często poppsychologia z fałszywą obietnicą, że tego mężczyznę uwrażliwi bez utraty sprawczości.

Realna psychoterapia nie formułuje na szczęście takich obietnic. W terapii często szuka kontaktu z własnymi emocjami, bo po prostu szuka się prawdy o tym, co w człowieku siedzi pod wszystkimi warstwami zaprzeczeń czy przedefiniowań – i na przykład chodzi o to, żeby te uczucia powtórnie przeżyć, żeby zostały przez kogoś dobrze przyjęte. W prawdziwym życiu to nie jest tak, że cały czas możemy sobie pozwolić na celebrowanie „prawdy swego wnętrza”, bo świat nie zawsze jest tym zainteresowany. Warto to rozróżnić.

Czyli uważasz, że mężczyznom bardziej opłaca się ten żal po stracie jakoś przedefiniować, zakłamać i zmniejszyć niż naprawdę przeżyć?
W kulturze przedfreudowskiej do tego, by mężczyźni mogli się rozmontować i pokazać uczucie bezradności, służyła gospoda. Stąd popularność alkoholu. Dawał usprawiedliwienie dla pokazywania emocji, które u osoby trzeźwej musiałyby pozostać ukryte. Wciąż to zresztą działa. Co robią przyjaciele, kiedy jeden z nich odkryje zdradę partnerki? Idą na kawę? No nie. Idą na piwo. Przy zdradzie szczególnie poważnej – nawet na wódkę. W dynamice takich spotkań uczucia depresyjne często są odreagowywane prawdziwie, ale często też przetwarzane w działania agresywne bądź stany maniakalne. Można na to narzekać, ale prawda jest taka, że nie ma na świecie człowieka, który mógłby sobie pozwolić na to, że będzie przez cały czas i w każdych okolicznościach w zgodzie i kontakcie ze swoimi emocjami, i tylko tymi emocjami się będzie kierował i je tylko szczerze wyrażał. To nierealne.

Istnieje przestrzeń, w której musimy mobilizować się do działania mimo pewnych uczuć, i przestrzeń, w której sobie folgujemy. Zakłada się, że na przykład gabinet psychoterapeutyczny może być miejscem, gdzie może do tego dojść w bezpieczny sposób. Ale w codziennym życiu zwykle zbieramy się do kupy, dajemy sobie na wstrzymanie, wybieramy to, co dyktuje rozum, nie uczucia. Śmiem twierdzić, że czasem nawet kłamiemy, udajemy, gramy pewne role i nie ma żadnej możliwości, żeby to jakoś całkowicie zmienić. Taki po prostu jest dorosły świat. Ja sam teraz najchętniej położyłbym się spać, bo jestem potwornie zmęczony, ale nie ma cudów. Rozmawiamy, bośmy się umówili i się tu przecież na ławce teraz nie położę. Choć jako dziecko mógłbym. Narzędzie psychoterapeutyczne to nie to samo co całościowy sposób na życie.

Nie zachęcasz facetów, by wyżałobili tę żałobę do końca?
Nie wiem, czy w ogóle mogę powiedzieć, że ja jako psychoterapeuta kogoś do czegoś zachęcam. Na pewno część mojej roli polega na tym, żeby mówić o tym, że na przykład duża część procesu dewaluacji partnerki jest obroną. Badać, czy jest pod tym smutek, rozpacz, lęk, poczucie winy, żal do samego siebie. To w gabinecie. W praktyce życia jednak wygląda to tak, że ludzie przeżywają tragedie rozstań, rozpadów związków, rozpadów rodzin, a mimo to muszą pracować, uczyć się, wykonywać swoje życiowe zadania, także wykonywać pewne zadania rodzicielskie, nie czyniąc z dzieci ani sędziów, ani powierników tego, co przeżywają. Jeśli ktoś umie się skupiać tylko na własnych potrzebach i uczuciach, to kiedy jego związek się rozpada – biada jego dzieciom. Dlatego ważne, żebyśmy – kiedy coś takiego przeżywamy – znaleźli sobie miejsce czy osobę, przy której możemy pokazać, co się z nami dzieje, bez udawania i kręcenia.

Jak to zrobić? Zdanie sobie sprawy z tego procesu jest już w pewien sposób uzdrawiające?
Tak jest. Jednak jeżeli zdradziła mnie dziewczyna, a ja ciągle siedzę i myślę o tym, że nie jestem nic wart i moje życie nie ma sensu – jestem w kontakcie z uczuciem o charakterze depresyjnym. W pewnym momencie musi jednak nastąpić porzucenie obiektu przywiązania, czasem drogą jakiejś choćby częściowej dewaluacji, a w każdym razie odmitologizowania. Bo inaczej będzie się zawsze żyć w cieniu mitu.

Czyli dewaluacja partnerki musi jednak nastąpić...
A jak inaczej rozwiązać problem przywiązania do osoby, która już nas nie chce? I nie zdewaluować przy tym samego siebie? Wręcz karkołomne zadanie. Dlatego czasem łatwiej jest przeżyć żal, kiedy partnerka umiera czy odchodzi w wyniku zdarzenia losowego, niż kiedy porzuca.

Naprawdę?
Co innego, gdy ktoś nie przyszedł na spotkanie, bo nie mógł. A inaczej, gdy tego nie chciał.

A jeśli chcemy rozstać się lepiej, inaczej? Nie bez żalu.
Wtedy trzeba pomieścić w sobie całą serię skomplikowanych operacji. Bo wyobraźmy sobie, że kocham kobietę, która odeszła ode mnie z innym. Wtedy musiałbym zrozumieć, że ona nie może ze mną być, bo szuka czegoś innego. Są nawet ludzie, którzy proponują tak niewyobrażalne rzeczy jak to, żeby cieszyć się jej szczęściem...

Spróbujmy rzucić mężczyźnie jakieś łatwiejsze do złapania koło ratunkowe.
Jeśli kobieta, która odeszła, stanie się w pewnym momencie obojętna emocjonalnie, to wtedy może się uda. Albo kiedy nie będzie całkiem obojętna, tylko dobrze wspominana, ale już bez tego silnego przywiązania. Mówię o czymś takim jak sentyment. Wspomnienie czegoś pięknego, co już było. Jest w tym świadomość straty, ale już przeżytej. Kiedy mówię: „To były dobre czasy, ile nocy przepłakałem przez nią, ech, stare dzieje” – to oznacza, że przełożyłem sobie ten smutek na sentyment, w którym siedzi żal.

Jak możemy pomóc w tym mężczyznom?
W książce Edwarda Stachury „Siekierezada” widzimy mężczyznę wchodzącego do gospody z siekierą, rozwalającego stoły, bo jego kobieta notorycznie go zdradza. Pięknie pokazano tę scenę w filmie pod tym samym tytułem. Wejście z siekierą przez zamknięte drzwi i struchlały tłum robią duże wrażenie. Gdyby drwal w tym momencie znalazł tę kobietę, pewnie by ją zabił. Za to wyładował swoją złość, przez co mógł wejść w ten depresyjny stan smutku i rezygnacji. No i co wtedy usłyszał od mądrego, starego człowieka? „Kaziuk, baby były, są i będą”. Czyli perspektywa filozoficzna, ale wciąż ludzka, a nie boska. I to jest bardzo dobry wstęp do poczucia nostalgii.

Paweł Droździak, psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi praktykę prywatną. Pracuje z osobami dorosłymi i parami. Współautor książek: „Zawsze bezpieczna” (2003), „Blisko, nie za blisko” (2012).

  1. Psychologia

Wchodzenie w związki bez miłości nie wyleczy złamanego serca - przestrzega Kasia Miller

Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mają być ulgą, plastrem na zranione serce. Słodyczą, bo myślimy, że tak smakuje zemsta. Złożeniem siebie na ołtarzu miłości. Wiążemy się więc z kimś, kogo nie kochamy, w celu innym niż miłość albo z kimś, kto nas nie kocha, licząc, że pokocha. Czy osiągamy to, co zamierzone – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Moja koleżanka, atrakcyjna kobieta, zobaczyła, jak jej były całuje się z inną, więc kopnęła w jego samochód. Tak mocno, że złamała palec.
Ludzie potrafią skrzywdzić sami siebie, żeby zemścić się na kimś, kto im złamał serce. Pewna moja znajoma miała romans z architektem. Wydawało się, że ich związek zmierza w stronę małżeństwa. On co prawda tego nie obiecywał, bo mężczyźni rzadko obiecują takie rzeczy, a jak na dzień dobry machają pierścionkiem, lepiej uważać! W każdym razie spotykali się przez kilka miesięcy, zabierał ją do swoich przyjaciół i znajomych z pracy, więc kobieta myślała, że związek się rozwija. Ale on myślał inaczej, o czym jej szczerze powiedział. No, to się wściekła i postanowiła się zemścić, uwieść jego szefa i podjudzić obu mężczyzn do rywalizacji. Wiedziała, że szef nie jest żonaty i że ona mu się podoba. Przy okazji wspomniała mu więc, że już się z tamtym nie spotyka, i zasygnalizowała, że gdyby on chciał, to ona owszem... No i kiedy chodziła już z szefem, przychodziła do niego do pracy i demonstracyjnie się do niego przytulała, pokazywała, że teraz jest dziewczyną lepszego samca. Przypomina mi się tu rozkoszna piosenka Violetty Villas: „Choć jeden raz, żebym była tak piękna, dziś, właśnie dziś, bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść, spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka!”.

Zemściła się na byłym, wiążąc się z jego szefem?
Chciała pokazać, że jej jest na wierzchu. No i przez chwilę w jej głowie tak było. Tamten widział, że sobie z jego szefem umościła gniazdko. Ale nie dał mu w twarz, nie padł u jej stóp i nie błagał, żeby wróciła. Szef też do zemsty się nie przyczynił, bo nie zaczął zachowywać się nie fair wobec poprzednika.

Marna zemsta… Może pokochała szefa i są razem?
Kiedy mężczyzna ma być „zemstą”, to niczego dobrego kobieta nie będzie z tego miała, oprócz chwilki satysfakcji, że intryga się powiodła. Jak się wchodzi w następną relację, natychmiast po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, to się nie ma wolnego serca. A ona szefa nie kochała i obojgu im coraz mniej się chciało chcieć siebie nawzajem. Ich bycie razem nie miało się czym żywić. Było sztucznie karmione celem innym niż miłość. Dlatego, kiedy cel został osiągnięty, związek zgasł. Mógłby trwać, gdyby mieli w byciu razem inny, np. materialny, interes, choćby dom z basenem. Strach przed zaangażowaniem w kolejny związek pcha nas ku komuś, kogo nie kochamy.

Może seks z szefem był lepszy?
Gdyby szef był superkochankiem, ta pani miałaby fun, ale to też wiele by zmieniło. Mądra kobieta wie, że seks to seks, a miłość to miłość. Może sobie „pójść w seks” z kimś, żeby się cieleśnie zresetować po poprzednim związku, jeśli ma taką potrzebę. Może się ratować w każdy sposób, byle było to prawdziwe. Bez udawania przed sobą, że czuje się coś, czego się nie czuje. A my często nie wiemy, co czujemy, bo się tego nie nauczyliśmy. Nie dostaliśmy od rodziców prawa do tego, żeby zajmować się swoimi uczuciami. Ani wzoru, jak to robić. Nie wiemy więc, że to się opłaca. Odwrotnie: myślimy, że będzie strasznie, gdy sobie na to uczucie pozwolimy. I chcąc pozbyć się rozpaczy, zmuszamy się do seksu z kimś, z kim nie mamy ochoty, i do seksu, na jaki nie mamy ochoty. Robienie tego w celu innym niż przyjemność czy bliskość to zawsze użycie siebie. Nadużycie! Ta opowieść jest o tym, że dziewczyna zrobiła ogromny wysiłek, by coś udowodnić facetowi, który ją rzucił – i by uciec przed prawdą o tym, co czuje. I zmarnowała to, co znacznie ważniejsze, czas po porzuceniu na to, by miłość odpłakać, stanąć na nogi i wybrać kogoś, kto naprawdę będzie jej pasował. A więc zrobiła sobie krzywdę.

Zagrała na nosie byłemu, zdobyła szefa, jaka tu krzywda?
Prawdziwe uczucia zepchnęła do kąta po to tylko, by się zemścić. Nie pogodziła się ze stratą. Była nieprawdziwa, używała siebie i dlatego nie zbudowała wewnętrznego spokoju ani związku. Weszła w tę relację po to, żeby nie czuć. Mało tego! Żeby tamten poczuł. Żeby go zabolało. Czyli odrzuciła siebie. No, ale kiedy nie udało jej się stworzyć domu z szefem, była na tyle świadoma, że na szczęście przyszła po pomoc. Powiedziała, że się zagalopowała. Że zrobiła coś, co się nie sprawdziło. A teraz po rozstaniu z tym, kogo nie kochała, jest jej gorzej niż po rozstaniu z ukochanym.

Chciała się dowiedzieć, czemu tamten jej nie chciał?
Nie chciała i nie zawsze jest to do czegokolwiek potrzebne, bo rozstanie często nie ma nic wspólnego z nami. Gdyby zapytała go, dlaczego już nie są razem, mógłby powiedzieć, że nie wie. Po prostu tak poczuł… stracił do niej uczucie. Coś się wypaliło. Kobiety często mówią: „Bo ja byłam niefajna, dlatego on powiedział, że jednak nie”. A niekoniecznie. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, który nie umie na dłużej się z kimś związać. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, którego coś niesłychanie ważnego zaabsorbowało: awans, choroba, poczucie bezsensu lub przeciwnie – odkrycie, że chce być wolontariuszem przy umierających, a nie żyć wygodnie z tobą. Nie wiemy, dlaczego mężczyzna mówi „nie”. Ważniejsze było to, że ona samą siebie, taką zamrożoną emocjonalnie, komuś zaniosła. Była znieczulona, więc łatwiej było jej udawać. Gdyby jej związek był oparty na prawdziwych uczuciach, to nie udawałaby, że chce być z kimś, skoro tego nie chciała. I czuła się pusta, bez uczuć, jak wyprana przez dwie pralki. Trochę trwało, nim odrobiłyśmy to, co konieczne. Najpierw musiała się przyznać do swoich prawdziwych motywacji, które nie były dla niej jasne. W bólu zadziałała instynktownie.

Czy to kobieca specyfika – mężczyzna jako plaster i słodycz zemsty?
Gdzie tam! Moja druga historia dotyczy mężczyzny. Ludzie w sytuacjach granicznych, a porzucenie taką jest, reagują na parę sposobów. Ten mężczyzna po związku, w którym był szczęśliwy i zakochany, a został porzucony dla kogoś innego, poczuł się tak boleśnie ugodzony w serce, że od razu ożenił się z dziewczyną, która mu się ofiarowywała od lat.

Kolejny z niebezpiecznych związków: „Kocham go i wierzę, że on mnie też pokocha”?
Wiedział, że z tej dziewczyny robi plaster na serce: „Tamta mnie rzuciła, już mnie nie kocha, ale jest ktoś, kto mnie kocha. Kto od lat na mnie czeka i teraz będzie mnie miał jako nagrodę. Jestem więc godzien miłości”. No i zgadnij, co było dalej.

Mężczyzna tęskniący za inną i kobieta oczekująca na jego miłość? Hm… też im nie wyszło?
Wyszło, ale na jakiś czas. Ona była dumna, że on tak szybko po rozstaniu z tamtą do niej przyszedł. Uznała to za plus. A powinna pomyśleć: „Dlaczego tak szybko? Dlaczego akurat do mnie? Bo wie, że go kocham i się mu ofiarowałam?”. Jeśli ktoś lubi być wzięty w ofierze, to mu może na dłużej wystarczy. Ale ta druga osoba może wcale długo nie zachwycać się takim obdarowaniem. Bo jak długo możesz być z kimś, kogo nie kochasz? Tak długo jak tęsknisz za tą utraconą miłością i potrzebujesz plastra. Nawet jeśli plaster ma zalety i podoba ci się, to i tak mało! W naszej historii mężczyzna, kiedy przestał kochać tamtą, pomyślał, że już nie chce być z kobietą, której pozwala się kochać, koić, dopieszczać. Brał od niej to wszystko, bo był pewien, że mu się to należy, bo daje jej to szczęście, jakim jest on sam. Ona była dawcą, a on biorcą, co już samo w sobie zapowiada kłopoty.

Dlaczego on, który brał, miał dość, a nie ona, dawca?
Bo nie musiał jej zdobywać. Dostał ją za darmo. Jak mężczyzna stara się o kobietę, to będzie ją cenił. I to pomaga później pokonać kryzysy w związku. Istotne jest, czy na początku związku on czuł radość, że ją zdobył. Zdobywanie to baza, która zostaje na zawsze, bogactwo, mocna podstawa stabilizacji, bo cenimy to, co wymagało wysiłku. I dlatego kryzys można pokonać, gdy się sobie o tym przypomni, bo to daje motywację. A tu on miał to, co mógł, a nie to, o co walczył. A że już się jej miłością napchał, ukoił, to mu się przejadła. Gdyby ona nie była tylko dawcą, gdyby zdała sobie sprawę, że on jej użył jako plastra, to ich bycie razem mogłoby przetrwać. Ale, niestety…

…on ją wziął z półki „zastępstwo”.
Powiem tak: im bardziej on był obolały, tym bardziej ona nie powinna mu się oddawać. Ale! Można też powiedzieć, że miała tego faceta, o którym marzyła, w taki sposób, w jaki było to możliwe. Gdyby mu się nie ofiarowała, to może on nigdy by jej nie wybrał. Skoro jednak ona nie dała się poznawać i zdobywać, ale dała mu się cała od razu do zjedzenia, to mogła się spodziewać, że usłyszy od niego: „Już dziękuję, nasyciłem się”. I on tak zrobił, ale też to mu się nie podobało, dlatego przyszedł na terapię i powiedział: „Przestałem kochać tamtą. Przestałem cierpieć. I zobaczyłem, że szczęśliwy z tą drugą nie będę. Ona nie jest tą, którą wybrałem i z którą coś zbudowaliśmy, więc od niej odszedłem”. Ustaliliśmy – co dla mężczyzn jest bardzo trudne – że przez jakiś czas z nikim nie będzie. Mężczyźni nie umieją żyć bez kobiety, choćby takiej do romansu. Ustaliliśmy też, że następnym razem będzie uczciwy, powie kobiecie, że nie ma bladego pojęcia, co ma jej do zaoferowania. Zapyta, czy ona jest gotowa na to, że na przykład będą tylko uprawiać seks. I że on jej nic nie obiecuje nie dlatego, że z nią jest „coś nie tak”. Ważne jest, żeby kobiecie powiedzieć: „Jesteś superlaska i dlatego chcę z tobą iść do łóżka, podobasz mi się i cię pragnę, ale na razie nie potrafię kochać, bo moja miłość się skończyła i jestem poobijany. Brałem od kobiety, która mnie kochała, coś, czego nie powinienem brać, zamiast opłakać stratę”.

To ludzkie szukać pocieszenia w ramionach, które są otwarte…
Pamiętam, jak mi kiedyś wymarzona miłość nie wyszła i poszłam do tego, o kim wiedziałam, że mnie kocha, żeby sobie zrobić smarowidełko na mój smutek, ambicje i samotność. Na wszystko to, co wiąże się z zawodem miłosnym. Wiem, że ludzie wtedy pędzą, do kogo mogą, jak tylko kogoś takiego mają. Natomiast nie jest to rozwiązanie, ale iluzja, że się sobie poradziło. A tak naprawdę robiąc to, porzucamy siebie, dlatego że rodzice nas zostawiali w dzieciństwie z naszymi uczuciami, zostawili nas z naszymi przerażeniami, z naszymi rozpaczami. Z tego powodu nie umiemy sobie z trudnymi uczuciami poradzić i biegniemy, do kogo tylko możemy, żeby nas wziął na ręce i poniósł, bo sami siebie nie poniesiemy...

Nie zostawiać siebie. Ale co to znaczy?
Przeżyć to, co mamy do przeżycia. Cierpisz? Weź urlop, zamknij się w domu i potnij na kawałki jego garnitury, wyrzuć zdjęcia albo wbij w te zdjęcia szpilki. Pisz listy do niego i je pal. Zakop się w łóżku i nie wychodź tydzień z domu. Wyj jak zwierzę z rozpaczy. Zwierzęta wiedzą, co robić, są prawdziwe – cielesne. A my jak i one ból mamy w ciele. Przecież każda komórka boli, każdy włos... Dlatego ten ból ma być wyrażony ciałem. Dobrze, jeśli ktoś nas co jakiś czas przytuli, ale musi to być ktoś, kto umie znieść to, że wyjemy, i nie powie: „Przestań, wszystko będzie dobrze”. Tylko: „Krzycz, drap, płacz”. A pojawiają się różne uczucia: i takie, że go nienawidzę, i zabiłabym, i błagam: „Wróć do mnie!”. Odreaguj je. Poznaj, nazwij. Zdaj sobie sprawę z tego, których masz najwięcej. Może odkryjesz na przykład, że to wcale nie była miłość, tylko zawłaszczenie.

Tabletki? Alkohol? Śpiew? Film „Janis” o Janis Joplin pokazuje, jak śpiewając, można przeżywać to, co bolesne…
Ani tabletki, ani alkohol. Śpiew tak. Ale prawdziwy. Joplin do tego, by wyrazić siebie, potrzebowała dragów i dlatego nie przeżyła prawdziwego oczyszczenia. Leczące jest dla nas wyrażenie siebie oparte na odwadze do otworzenia się, zaufaniu do świata i życia, a nie na chemii. Uzależniamy się od niej, jeśli dzięki niej możemy sobie poradzić z tym, co czujemy, możemy pozwolić sobie na to, co najtrudniejsze – na poczucie bezradności. Problem polega na tym, że jeśli nie doświadczymy ulgi, jaką daje wyrażanie prawdziwych uczuć i obecność kogoś, kto pozwala nam je okazać, to uciekamy przed sobą i tym, co czujemy, w ćpanie, chlanie, branie prochów lub znieczulamy się w niebezpiecznych związkach.