1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Narcystyczna matka. Jak relacja z matką kształtuje dorosłą kobietę?

Narcystyczna matka. Jak relacja z matką kształtuje dorosłą kobietę?

Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
W dzieciństwie oceniane nie za to, kim są, ale za to, co robią. Kontrolowane i nadmiernie krytykowane. W dorosłym życiu borykają się z poczuciem niskiej wartości, tęsknią za bezwarunkową miłością. Jeśli nosisz w sobie emocjonalną pustkę, nie czujesz się zauważana i doceniana, wiecznie udowadniasz sobie i innym, że jesteś coś warta – przyjrzyj się swojej relacji z matką. Tak radzą terapeutki Karyl McBride i Susan Forward.

Nasza kultura ma swoje obwarowania, tabu. Podczas gdy gabinety psychoterapeutów zapełniają się klientami straumatyzowanymi przez rodziców, tzw. opinia publiczna oczekuje, by o matce mówiło się jak o zmarłym: dobrze albo wcale. A przecież miliony osób cierpią z powodu tego, co amerykańska terapeutka Susan Forward nazywa „matczyną raną”. Ich matki były przytłoczone macierzyństwem, może niezbyt dojrzałe. Albo zaabsorbowane innymi sprawami. Może zmagały się z depresją, uzależnieniem... Są też matki zaborcze, osaczające dziecko. Despotyczne – takie, które wciąż wymagają, egzekwują, karzą. Matki nieprzebierające w słowach, raniące dotkliwie swoją krytyką. Takie, które używają przemocy – szarpią, popychają, biją. Pewnie każda z nich chce jak najlepiej, ma swoje wyobrażenie o tym, co to znaczy być dobrą matką. Przecież karmią, myją, ubierają, kupują... Tylko że często są niedostępne, chłodne, nieczułe. Mówi się, że kochają po swojemu. Susan Forward nazywa je jednak „matkami, które nie potrafią kochać”. Matka może być też narcystyczna, wtedy wszystko kręci się wokół niej. Dla dziecka, które z natury jest egocentryczne, to niezwykle trudne, czasem nie do zniesienia. Zwłaszcza dla córki. Na szczęście jako dorosła kobieta może nauczyć się okazywać miłość zarówno sobie, jak i innym.

Syndrom pustego lustra

Terapeutka Karyl McBride w książce „Nigdy dość dobra” (wyd. Feeria) podkreśla, że matka stanowi dla córki główny punkt odniesienia i wzór jej ról – kochanki, żony, przyjaciółki. Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. Oczekuje od dziecka, że będzie zachowywać się i reagować na świat tak jak ona. Dziewczynka stara się sprostać temu wyzwaniu, tłumi własne potrzeby. Szybko uczy się, że niewiele znaczy, niewiele może. Skoro nie potrafi zadowolić mamy, coś z nią jest nie tak! Wniosek? Nie jest godna miłości.

Po czym poznać narcyzm? Zwłaszcza że każdy jest przecież w mniejszym czy większym stopniu egocentryczny. W książce „Matki, które nie potrafią kochać” (wyd. W.A.B.) Susan Forward mówi o „uporczywej manii wielkości” i „nienasyconym głodzie uwagi ze strony innych”. O potrzebie udowodnienia swojej wyższości, domaganiu się wyjątkowego traktowania. O zazdrości, braku empatii i instrumentalnym traktowaniu ludzi. Jak zauważa Karyl McBride, z postawy osoby narcystycznej przebija komunikat: „Ja jestem najważniejsza”. Albo: „Ty nie jesteś dość dobra”.

Czy twoja matka jest narcystyczna? Artykuł prasowy raczej nie powinien rozstrzygać takich kwestii, ale może okaże się zachętą, żeby przyjrzeć się bliżej tematowi. Karyl McBride zamieszcza w swojej książce stosowny kwestionariusz. Pyta m.in.: Czy matka rywalizuje z tobą, obwinia ciebie lub innych, zamiast przyjąć odpowiedzialność za własne uczucia i działania? Czy długo żywi urazę, krytykuje cię i zawstydza? Czy chce wpływać na twoje decyzje i zawsze stawiać na swoim, czy w jej obecności czujesz się bezradna? Im więcej udzielisz odpowiedzi twierdzących, tym większe spektrum narcyzmu odnajdziesz w swojej mamie.

Oczywiście, wcześniej czy później będziesz musiała przekierować uwagę na siebie... I być może zobaczysz nadwrażliwość, nieśmiałość, trudności w podejmowaniu decyzji i budowaniu trwałych relacji, brak zaufania do siebie, brak poczucia bezpieczeństwa. Będziesz musiała zmierzyć się z tym, że twój rozwój emocjonalny został zahamowany. Że dlatego trudniej ci doświadczać uczuć, ale też stworzyć własne, autentyczne życie, stać się odrębną osobą. „Ja” córek, o których jest ta opowieść, odzwierciedla przede wszystkim to, jak postrzegały je matki. A ten obraz nie jest zbyt pozytywny.

Presja i porzucenie

W filmie „Pocztówki znad krawędzi” była gwiazda musicali grana przez Shirley MacLaine odwiedza w ośrodku odwykowym córkę, w którą wcieliła się Meryl Streep. Co ją interesuje? Fryzura, makijaż i wystrój pomieszczenia. Potem role się odwracają – pijana matka powoduje wypadek i trafia do szpitala. Czym się przejmuje? Nie chce być pochowana bez brwi! „Zostałyśmy stworzone raczej na widok publiczny niż do życia prywatnego”– tłumaczy bohaterka grana przez Streep lekarzowi.

Dla narcystycznej matki najważniejsza jest fasada, wizerunek. Córka ma go strzec, pielęgnować, szlifować. W efekcie nie potrafi też ukształtować własnego. Narcystyczne matki, o których kręci się filmy, Karyl McBride określa jako typ ekstrawagancko-ekstrawertyczny (swoją drogą taką postać zagrała później Meryl Streep w filmie „Sierpień w hrabstwie Osage”). Inne wyróżnione typy to: psychosomatyczny (wykorzystuje swoje choroby, cierpienie i dolegliwości do manipulowania innymi), uzależniony (wiadomo), skrycie podły (opiekuńcza i serdeczna w towarzystwie, okrutna i poniżająca w domu) czy typ nastawiony na osiągnięcia (swoje i dzieci).

Kluczowa klasyfikacja, jaką posługuje się McBride, wynika jednak ze sposobu sprawowania opieki. Mamy więc matkę ignorującą – taką, która zaniedbuje dziecko, przekazując mu sygnały, że nie zasługuje na miłość i wsparcie – i matkę pochłaniającą, czyli mającą duże oczekiwania wobec potomka, dominującą, kontrolującą i wywierającą presję. Taka matka nie zostawia małemu człowiekowi przestrzeni na indywidualny rozwój, wymusza określone zachowania, a nawet zainteresowania, gusty. Niby dwa różne style macierzyństwa, a efekty podobne: dziecko ma trudności z prawidłową indywiduacją, jego obraz siebie zostaje zniekształcony. Czuje się zagubione. Oczywiście te dwa style zachowania i wychowania mogą się łączyć, występować naprzemiennie.

Sukcesy i sabotaże

Nie trzeba chyba przekonywać, że osoba wychowana przez narcystyczną matkę nie ma zbyt wysokiego poczucia wartości. Przekaz, jaki przyswoiła, brzmi: „Moja wartość tkwi w tym, co robię, a nie w tym, kim jestem”. Może to doprowadzić do dwóch diametralnie różnych sposobów funkcjonowania. Jeden polega na realizowaniu wielkich ambicji i nierzadko perfekcjonizmie. Drugi na rezygnacji ze swoich aspiracji i siebie oraz na autosabotażu. Ambitna córka próbuje zdobyć uwagę, uznanie (czytaj: miłość) innych poprzez gromadzone laury. Jak pisze McBride, taka osoba jest bardziej „aktywnością ludzką” niż „istotą ludzką” zadowoloną z bycia sobą. Nierzadko odczuwa chroniczne wyczerpanie, nie potrafi zatroszczyć się o siebie. Dwoi się i troi, żeby się pokazać, wykazać i wciąż słyszy wewnętrzny głos: „To za mało!”. Być może nawet osiąga więcej niż inni, tylko jakim kosztem? Jeśli z determinacją dążysz do celu, dbając o siebie i doceniając swoje osiągnięcia, wszystko w porządku. Co innego, jeśli czujesz się wyczerpana, wydrenowana, a pochwały z zewnątrz tylko chwilowo wypełniają wewnętrzną pustkę, bo w końcu nie o nie chodzi... Zdaniem McBride sabotująca siebie córka jest tak naprawdę wewnętrzną bliźniaczką ambitnej. Obie uwierzyły, że są nie dość dobre. Ta sabotująca po prostu nie próbuje udowodnić, że jest inaczej. Godzi się na bycie nieudacznicą, mniej czy bardziej świadomie się poddaje. Na złość matce, po swojemu. Niewykluczone, że stępia ból poprzez nałogi czy inne autodestrukcyjne zachowania.

Córki narcystycznych matek próbują wypełnić emocjonalną pustkę, poszukując opiekunów zastępczych. Mają wypaczony obraz miłości – mylą ją z zadowalaniem drugiej osoby. Trudno im zaufać innym albo ufają za bardzo. Ich „partnerski radar” jest uszkodzony. W ich domach uczucia były wypierane, a komunikacja zaburzona, oparta głównie na krytyce albo triangulacji (przekazywaniu informacji za pośrednictwem innych osób, np. ojca). Brakowało zdrowych granic. Takie kobiety czują się bardzo niepewnie w relacjach intymnych, ich związki z mężczyznami oparte są zwykle na zależności lub współzależności. Od matki nauczyły się, że miłość to jest to, co ktoś może zrobić dla ciebie (i odwrotnie).

Nikt nie jest w stanie zaspokoić naszych potrzeb z dzieciństwa, zwłaszcza takich, które nie do końca rozumiemy. Dlatego tak ważne jest, by kobieta wychowana przez narcystyczną matkę odkryła własną tożsamość, swoje autentyczne „ja”.

Gdybym była dobra

Taka praca składa się z kilku etapów i nie jest łatwa. W wielu wypadkach wymaga wsparcia profesjonalisty. Punktem wyjścia jest zwykle akceptacja ograniczeń matki. Nie obędzie się bez spotkania z trudnymi uczuciami: gniewem, żalem, może rozpaczą. Bez opłakania matki, której nie dane było ci mieć, i własnego Wewnętrznego Dziecka, któremu zabrakło miłości. Potem przyjdzie czas na oddzielanie się od matki, uwalnianie spod jej wpływów, w tym od negatywnych monologów, które są jej zinternalizowanym głosem.

Karyl McBride podkreśla potrzebę pracy nad własną tożsamością, odkrywania pasji i zainteresowań, talentów i upodobań. Możesz sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa, przypomnieć sobie, co cię najbardziej bawiło, cieszyło, pociągało, zachwycało. Możesz zrobić listę wartości, jakim hołdujesz: wypisać przekonania i preferencje dotyczące polityki i religii, miłości i przyjaźni, filmów, książek, muzyki, mody, biżuterii, samochodów, architektury, ćwiczeń, pór roku i pogody, jedzenia, wakacji, kolorów, kwiatów, kamieni szlachetnych... A może zechcesz zrobić kolaż, wyklejając arkusz papieru zdjęciami kobiet, które symbolizują dla ciebie pozytywną, dojrzałą kobiecość; emanują energią, którą chcesz poczuć, wytyczają ci drogę? McBride proponuje też ćwiczenie „Gdybym była dość dobra...”. Napisz na kartce taki nagłówek i wynotuj rzeczy, które zrobiłabyś (zrobisz?), kiedy uznasz siebie za dość dobrą.

No dobrze, a relacje z matką? Zwłaszcza z taką, która wciąż próbuje manipulować, kontrolować, wpływać, zawłaszczać? Obie terapeutki przyznają, że zmiana tych relacji to ogromne wyzwanie – w niektórych sytuacjach najlepszą decyzją (choć zawsze ostateczną!) jest zerwanie kontaktu. W większości wypadków udaje się jednak wypracować tzw. kulturalne stosunki, sprowadzające się do uprzejmych, niezobowiązujących rozmów. Bez oczekiwań i rozczarowań. Ważne, by pamiętać, że narcyzm matki z czegoś wynika. Nie urodziła się taka. Prawdopodobnie w jej dzieciństwie też zabrakło miłości, empatii, matczynej uwagi. Dała tyle, ile mogła. Doceń to. Znajdź w sobie miejsce na wdzięczność.

Stwórz swoją wewnętrzną matkę

Karyl McBride radzi, by w trakcie pracy nad oddzielaniem się od matki i leczeniem ran z dzieciństwa stworzyć swoją Wewnętrzną Matkę. Taka matka zawsze jest blisko, gotowa dawać opiekę i wsparcie. To sposób, by samemu sobie matkować. Chodzi o łagodny, serdeczny głos wewnętrzny, do którego często nie mamy dostępu. Czas, by go usłyszeć, pozwolić mu rozbrzmiewać w tobie. Jak to zrobić? Znajdź zaciszne miejsce, gdzie nikt nie będzie ci przeszkadzać, i sporządź listę swoich zalet, zaczynając od słowa „jestem”. Niech wskaże je ten życzliwy, wspierający, doceniający głos. Zapisz wszystkie słowa uznania, jakie podpowiada: „jestem silna, inteligentna, mądra, jestem kochająca, empatyczna, wrażliwa, jestem zaradna, energiczna, odpowiedzialna, jestem uczciwa, uczynna, troskliwa, jestem uzdolniona, uduchowiona, jestem piękna wewnętrznie i zewnętrznie, jestem zdrowa...”.

Podczas tej pracy odsuń wszelkie negatywne sygnały: zaprzeczanie swoim zaletom, podważanie ich czy stwierdzanie, że jesteś ich pozbawiona. W głębi serca wiesz, że to nieprawda.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Martwy punkt – dostrzeż w sobie to, czego nie widać

Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Masz wrażenie, że coś w twoim życiu nie gra? Mimo dobrych intencji i starań nie układa ci się w związkach, szef nie chce dać awansu, a znajomi jakoś do ciebie nie lgną? Psycholog społeczny Jacek Santorski podpowiada, gdzie mogą leżeć przyczyny.

Czym właściwie różni się martwy punkt od „zwykłej wady”?
Wada to jest coś złego, jakieś nasze ograniczenie, którego możemy być świadomi lub nie, na przykład ja wiem, że jestem zbyt egotyczny w relacjach osobistych i rodzinnych. Znam tę swoją słabość charakteru. Natomiast martwy punkt to taka moja właściwość, z której ja nie zdaję sobie sprawy, a inni ją widzą.

To znaczy, że martwym punktem może być i każda wada, i każda zaleta, pod warunkiem że widzą ją wszyscy poza nami?
Teoretycznie tak. Miałem utalentowaną współpracownicę, która była bardzo introwertywna i nie dość pewna siebie. Kiedyś podczas swojego wykładu na konferencji oddałem jej głos. Nie uprzedziłem jej wcześniej, bo nie chciałem stresować. Wypadła świetnie, chociaż do dziś wspomina, że kiedy zaprosiłem ją na scenę, była na skraju utraty przytomności. Wcześniej nie podejmowała tego rodzaju wyzwań, bo nie zdawała sobie sprawy, że może być tak charyzmatycznym mówcą. W tym przypadku martwym punktem był talent. Zwykle jednak, mówiąc o martwych punktach, mamy na myśli wady, których sobie nie uświadamiamy.

Z jakimi martwymi punktami najczęściej pan się spotyka?
Ostatnio zauważam, że powszechne jest dodawanie śpiewnego „tak?” na końcu średnio co piątego zdania lub nawet częściej. Tę językową manierę można zaobserwować u osób z różnych środowisk. W 70 proc. jednak martwe punkty wiążą się z fizjologią, wrażeniami zmysłowymi. Często dotyczą zachowań inwazyjnych, czyli takich, które bezpośrednio zakłócają osobistą strefę innych ludzi. To te, które zwykle opisujemy, dodając słowo „zbyt”, np. mówimy, że ktoś „zbyt mocno pachnie”, „mówi zbyt głośno” czy jest „zbyt wyzywająco ubrany”. To zachowania, których krytyka jest wyjątkowo trudna do przyjęcia, bo uderza w poczucie własnej wartości, naszą tożsamość – to, jak pachniemy czy mówimy, jest przecież naszą osobistą cechą. Jednocześnie, ponieważ te cechy tak źle działają na innych, ich skorygowanie może nam przynieść wyjątkowo duże korzyści. W Polsce martwe punkty często dotyczą wyglądu. Mamy folwarczne relacje w firmach, a ponieważ estetyką folwarku był jarmark, mamy też jarmarczno-odpustową estetykę w ubiorze. Martwym punktem może być więc zbyt krzykliwy, barwny i bogaty w ozdoby strój noszony w biurze, gdzie ze względu na kontakt z klientem wskazana jest powściągliwość. Często problemem staje się też seksualizacja relacji przejawiająca się nie tylko w tym, co na siebie wkładamy, ale też w tym, jak się zachowujemy w życiu zawodowym i towarzyskim.

Na czym dokładnie polega?
Na wysyłaniu różnego rodzaju sygnałów, które wyglądają jak zaproszenie do kontaktu seksualnego. To może być nieadekwatny do sytuacji strój – bardzo głęboki dekolt, ultrakrótka spódniczka i wysokie szpilki – idący w parze z pełnym erotyzmu sposobem zarzucania nogi na nogę. Oczywiście, mężczyzna też może seksualizować relację. Wtedy na przykład będzie miał rozpięty o jeden guzik koszuli więcej, będzie siedział szeroko, a stojąc, wypnie miednicę do przodu. Do tego zacznie opowiadać sproś­ne dowcipy. Całym sobą będzie wysyłał komunikat: „Jestem macho”, „jestem gość!”, „jestem facet!”, nawet sobie tego nie uświadamiając. Osoby, które przebywają w jego towarzystwie, często czują dyskomfort, mają wrażenie, że ich granice emocjonalne zostały przekroczone.

Są też martwe punkty, które polegają na fizycznym przekraczaniu granic.
To prawda. Niektórzy zawłaszczają sobie przestrzeń, która należy do innych – w biurze wszędzie rozrzucają swoje papiery, u znajomych rozkładają się na kanapie i rozpychają się przy stole. Zasady savoir-vivre’u, na przykład „podczas jedzenia trzymaj łokcie przy sobie”, nie zostały stworzone po to, by znęcać się nad ludźmi, tylko byśmy wszyscy mieli minimum komfortu. Nie bez przyczyny zresztą wspominam tu o dobrym wychowaniu, bo bardzo często martwe punkty są właśnie zachowaniami, które określamy jako „niekulturalne”. To mogą być choćby zbyt głośne rozmowy przez telefon w środkach komunikacji miejskiej czy ciągłe pokrzykiwanie do koleżanki, która siedzi na drugim końcu biura. Innym popularnym martwym punktem jest dominowanie rozmowy opowieściami na swój temat. Nie mam na myśli ciekawych historii z pointą, z których słuchacze mogą wynieść coś dla siebie, tylko długie wypowiedzi, które są interesujące wyłącznie dla tego, kto je opowiada.

Z jednej strony wiemy, że trzeba się ubierać adekwatnie do sytuacji czy dbać o to, by zapach, który roznosimy, był przyjemny i niezbyt intensywny, a z drugiej strony – tych zasad nie przestrzegamy? Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że je przekraczamy, czy może jesteśmy tego świadomi, ale myślimy: „W moim przypadku to nie razi”?
Możliwe są obie przyczyny. Ktoś mógł żyć w mikroświecie, w którym jego zapach był normą. On może rzeczywiście nie mieć świadomości, że np. woń jego perfum jest zbyt intensywna. Ale czasem sądzi, że z różnych przyczyn on akurat nie musi tych znanych mu zasad przestrzegać. To jak ze zbyt szybką jazdą samochodem. Jedną częścią mózgu przyjmujemy statystyki związane z zagrożeniami na drodze, ale nie przerzucamy ich do drugiej części mózgu. Wiemy, że przy 170 km/h ryzyko przejechania kogoś jest bardzo duże, ale jednocześnie myślimy: „Mnie to nie dotyczy”.

Rozumiem, że jeśli ktoś weźmie nas z zaskoczenia, na przykład stwierdzi: „Powiem ci, co nas w tobie drażni”, to my prawdopodobnie tę informację odrzucimy?
Wtedy może się skończyć jak w przypadku pewnej pani – wielo­letniej pracownicy przedsiębiorstwa, którego szef poprosił mnie o pomoc. Chodziło o uwagi, które tej kobiecie anonimowo przekazano. Dotyczyły właśnie jej martwego punktu. Ta pracownica zimą przychodziła w bardzo krótkich spódniczkach i wysokich kozakach na suwaki, które rano rozsuwała i najpierw przez pierwszą godzinę przyjmowała interesantów w takich rozpiętych butach, a potem zakładała kapcie. Do tego przez cały dzień publicznie podciągała sobie rajstopy. Kiedy dowiedziała się, że jej zachowanie jest odbierane przez innych negatywnie, uznała, że uwagi wynikają z zazdrości. Twierdziła, że koleżanki i koledzy są mniej kompetentni i próbują ją wygryźć.

Co więc możemy zrobić, żeby odkryć swoje martwe punkty? Wyobraźmy sobie dobrego człowieka, który ma jakąś nieznośną cechę, powiedzmy, wszystkich krytykuje albo wciąż narzeka. Nie jest jej jednak świadom. Czuje się więc rozgoryczony, że tyle robi dla innych, a ci inni się od niego odsuwają.
Chce pani powiedzieć: nie zasługuje na ten dystans i odrzucenie?

Tak. Co on może zrobić?
Najpierw powinien znaleźć motywację, by dowiedzieć się o sobie czegoś nowego, raczej nieprzyjemnego. Musi mieć ważny powód, dla którego chce przeżyć ten bolesny zabieg, jakim jest wysłuchanie negatywnej informacji na swój temat. Czasem zdarza się, że ktoś deklaruje: „Chcę się dowiedzieć, dlaczego jestem sam”, ale w rzeczywistości liczy na to, że usłyszy: „To nie twoja wina. Z tobą wszystko w porządku”. Ważna jest więc gotowość do wzięcia odpowiedzialności za to, jak jest się odbieranym. Bez niej wszystko, co usłyszy, uzna za wredne recenzje. Od razu zracjonalizuje: „To na pewno nie jest prawdziwy powód, dla którego ludzie mnie źle traktują” czy „Nie chodzi o zapach, bo wiele osób mówiło mi, że świetnie pachnę”. Będzie chciał w ten sposób zredukować napięcie wywołane niezgodnością pomiędzy tym, co o sobie myśli, a tym, co na swój temat usłyszał. Pojawi się rozczarowanie: „A miała być prawda o mnie…”.

Tymczasem to nie ta prawda, o którą mu chodziło.
Tak. Dlatego u nas w Akademii Psychologii Przywództwa podczas sesji odkrywania martwych punktów zawsze jest trener, który między innymi sprawdza, czy osoba, która słucha o swoich martwych punktach, dopuszcza to do siebie i co z tym robi, bo jeśli miałaby ten komunikat obrócić przeciwko sobie, to lepiej, żeby go nie dostała. Wiadomo na przykład, że osoba w łagodnej depresji będzie wprawdzie w stanie przyjąć negatywną informację zwrotną, ale potem prawdopodobnie sobie przywali: „No i potwierdza się, że jestem beznadziejna”.

Nie każdy jednak ma szansę pracować nad swoimi martwymi punktami pod okiem trenera. Można zapytać o nie kogoś znajomego, kto nie jest ani trenerem, ani coachem, ani terapeutą?
Można, ale ja nie zagwarantuję z ręką na sercu, że taka rozmowa nie obróci się przeciwko temu, kto pyta, i temu, kto mówi. Gdybym był trochę nawiedzonym młodym coachem lub terapeutą, mógłbym powiedzieć: „Prawda jest najważniejsza. W atmosferze prawdy powiedzcie sobie wszystko i zobaczycie, co wam się zwróci”. Ale jestem za stary i zbyt odpowiedzialny, żeby coś takiego wygłaszać.

Jeśli jednak ktoś chciałby podjąć ryzyko, to kogo powinien zapytać o swoje martwe punkty i kiedy?
Ludzi, których nazywam bratnimi duszami. To osoby, które nie są nam tak bliskie jak współmałżonek, rodzice czy dzieci, ale z którymi łączy nas jednak pewna zażyłość, może wspólna przeszłość. Mamy podobne kryteria etyczne i estetyczne i wystarczająco dużo doświadczeń, w których nasza lojalność wobec siebie była wystawiana na próbę i które pokazały, że jednak możemy sobie ufać. Mogę odezwać się do takiego człowieka, nawet jeśli utrzymuję z nim sporadyczny kontakt, i powiedzieć: „Mam nową pracę, w której jest bardzo dużo młodych osób, i czuję, że w kontaktach z nimi robię coś nie tak. Ty masz nastoletniego syna, więc chciałbym o tym pogadać”. Na pewno nie należy rozmawiać o swoich martwych punktach w sytuacji konfliktu, w depresji lub napięciu. Najlepiej zrobić to na spokojnie, podczas podróży czy wakacji, gdy mamy jakiś oddech. Daniel Goleman, popularyzator inteligencji emocjonalnej, powtarzał: „Pamiętajcie, nie naprawia się zatopionej łódki. Trzeba ją najpierw wydobyć na powierzchnię, osuszyć i jej się przyjrzeć”.

Czy to znaczy, że bliskiej osoby, np. przyjaciela, lepiej nie pytać o martwe punkty?
Przyjaciel może nie być do końca neutralny, tylko nadmiernie się zaangażować w rolę wybawiciela albo czerpać dodatkową satysfakcję z tego, że konfrontuje nas z jakąś prawdą. Może też nie mieć inteligencji emocjonalnej czy społecznej. Poza bratnimi duszami warto też mieć mentora – osobę, która towarzyszy w dylematach życiowych, pomaga dostrzec talent czy wadę, wskazuje kierunek rozwoju, czyli, jak to się mówi w psychologii, nas „urealnia”.

Jak go znaleźć?
Często wybieramy go intuicyjnie. Jeśli jednak mielibyśmy szukać go świadomie, powinniśmy zwracać uwagę nie na wrażenie, jakie ktoś robi na zewnątrz, jak bardzo jest życzliwy czy atrakcyjny, ale na to, czy ma charakter, bo mentor powinien go mieć. Ma być wierny swoim zasadom, spójny i sprawdzać się nie tylko na scenie zewnętrznej, ale też w życiu codziennym. Może popełniać błędy, ale powinien być ich świadomy.

A można samemu szukać u siebie martwych punktów? Może na przykład powinniśmy przez kilka dni zapisywać uwagi, jakie robi nam otoczenie. Te wszystkie: „Oj, nie marudź” albo „O, tym razem jesteś punktualna!”? W myśl zasady: Jeśli kilka osób mówi, że jesteś koniem, kup sobie siodło?
To dobry pomysł. Można też, zamiast szukać konkretnego martwego punktu, starać się najpierw znaleźć sferę życia, w której te lusterka wsteczne mamy gorzej ustawione. Zastanowić się, czy uwagi, jakie robią nam inni, dotyczą raczej sposobu, w jaki się komunikujemy, tego, jak się ubieramy, czy może jak postępujemy z dziećmi. Kiedy już znajdziemy taką sferę, łatwiej będzie zidentyfikować konkretny problem. Nie do przecenienia jest też junior mentoring.

Co to takiego?
Informacja zwrotna od młodej osoby, choćby własnego dorastającego dziecka. Badania pokazują, że nasze detektory niespójności, czyli zdolność do wyłapywania wszelkich zakłóceń, na przykład tego, że ktoś co innego mówi, a co innego robi, że jego zachowanie nie pasuje do jego stanowiska czy roli życiowej, najlepiej działają u osób pomiędzy ósmym a 18. rokiem życia. Potem stają się mniej aktywne, chociaż pokolenie Y wydaje się wyjątkiem. U jego dwudziestokilku­letnich przedstawicieli detektory niespójności nadal sprawnie funkcjonują. Dlatego dobrze czasem zapytać własne dziecko o to, co jest w nas nadmiarowe czy niespójne, co jest obciachem w naszym funkcjonowaniu. Kiedy na 65. urodziny włożyłem trampki, myślałem, że moi synowie popukają się w czoło, a oni powiedzieli: „Jest OK”, ale kiedy zacząłem stawiać sobie włosy, usłyszałem, że robię z siebie pośmiewisko. Zapytałem: „Ale czy ja gorzej wyglądam?”. Syn na to: „Może nawet lepiej, ale widać, że się starasz, i to jest obciach”. Taka opinia może być cenną informacją zwrotną, chociaż, oczywiście, nie wszystko trzeba brać sobie do serca. W odkrywaniu martwych punktów chodzi o samoświadomość oraz poczucie odpowiedzialności za swoje życie i relacje. Jeśli ja dostrzegam własne ograniczenia, mam szansę zrozumieć, jak ten aspekt mojego funkcjonowania wpływa na innych. Wiem, dlaczego ktoś mnie lubi, szanuje lub nie, i mogę zdecydować, czy chcę dokonać korekty postępowania. Mam szansę uniknąć śmieszności spowodowanej tym, że jako jedyny nie zauważam, jak bardzo szkodzą mojemu wizerunkowi usta po nieudanej interwencji chirurgicznej czy wielogodzinne monologi przed podwładnymi.

Jacek Santorski jest psychologiem społecznym i psychologiem biznesu.

  1. Zdrowie

Nadwaga a zamrożone w ciele emocje

Jeśli masz pomysł, by zadbać o siebie i zrzucić kilka, twoim zdaniem, zbędnych kilogramów, pamiętaj, że sama dieta to za mało. Odchudzanie to proces, który zachodzi dopiero wtedy, gdy odkryjesz język swojego ciała i przeżyjesz zamrożone w nim historie.

Stań przed lustrem, nago albo w samej bieliźnie i spójrz na siebie jak na kogoś widzianego pierwszy raz w życiu. Kim jest ten ktoś?

Ciało jest jak księga życia albo mapa. Sylwetka, mimika twarzy, sposób oddychania, kolor skóry – to wszystko jest twoją historią spisywaną od momentu narodzin, a nawet jeszcze wcześniej... Wygląd, sposób poruszania się to przede wszystkim opowieść o twoich uczuciach; zwłaszcza tych niezauważonych, zamrożonych, nieprzeżytych, niewypowiedzianych. Każdy lęk zatrzymuje oddech, napina przeponę; każdy wstyd zaciska pośladki, ciężar ciała przenosi ze śródstopia na pięty, co usztywnia uda; każdy zawód napina mięśnie kręgosłupa. Te reakcje napinania, zamykania, zaciskania, zachodzące dzień po dniu – usztywniają poszczególne partie ciała, tworząc bloki mięśniowe. Sprawiają, że ciało jest mniej ruchome, tkanka gorzej ukrwiona i dochodzi do gromadzenia się w tych obszarach tkanki tłuszczowej…

Jak zbroja

Z punktu widzenia totalnej biologii automatyczny mózg, czyli podświadomy umysł robi wszystko, aby zapewnić przetrwanie, czyli zachowanie ciała jak najdłużej przy życiu. Każda sytuacja, z której wyszłaś cało, zostaje zapisana na twoim „twardym dysku”, czyli w mózgu. I we wszystkich podobnych sytuacjach pokładowy komputer automatycznie odpala program: przetrwanie. Śmiało można powiedzieć, że owe wzorce zachowań (nie tylko twoje, ale także twoich przodków) tak naprawdę sterują twoim życiem. I tak np. wzorzec przybierania na wadze w sytuacji realnego bądź potencjalnego zagrożenia i konieczności walki – jest zgodny z założeniem, że zawsze wygrywa większy i silniejszy. Odkładanie się tkanki tłuszczowej w okolicach barków, ramion i karku ma na celu obronę przed atakiem, a umięśnione uda ułatwiają ci ucieczkę, kiedy robi się zbyt niebezpiecznie, albo zamarcie – z nadzieją, że agresor zrezygnuje. Tkanka tłuszczowa chroni również przed kontaktem, który może być niebezpieczny emocjonalnie: muszę być większa, żeby chronić się przed zranieniem. Bywa, że fałdki tłuszczu na brzuchu to komunikat: „Popatrz, nie jestem wcale atrakcyjna, nie zbliżaj się”.

Tłuszcz to pancerz, który ma chronić twoje podświadome obszary lęków, wstydu, bezsilności. Może dotyczyć traumatycznych historii z przeszłości, kiedy czułaś bezpośrednie zagrożenie życia, np. tonięcie – tłuszcz chroni przed podobnym incydentem w przyszłości, poronienie – kobieta emocjonalnie nadal nosi dziecko w postaci nadwagi, dotkliwe pobicie – muszę być większa, żeby się obronić.

Z biologicznego punktu widzenia nadwaga jest efektem konfliktu porzucenia – być może w twoim ciele zapisana jest opowieść o małym dziecku, które zostaje opuszczone i, aby przetrwać, jego mózg uruchamia odpowiedni program zwiększenia masy ciała: „muszę stać się bardziej widoczne, aby matka mogła mnie łatwiej zauważyć”. Ten sam mechanizm obrony włącza się, kiedy np. w relacji z mężczyzną czujesz się niezauważana przez niego.

Tłuszcz manifestuje także konflikt związany z niedostatkiem i brakiem – jesteś przekonana, że w życiu dostajesz zwykle to, czego nie chcesz i nie masz tego, czego chcesz najbardziej na świecie. A gdy czujesz się samotna, twój mózg włącza alarm, bo „sama” znaczy „mało bezpieczna”. Gromadzimy zapasy, żeby przeżyć.

Tkanka tłuszczowa jako ważna ochrona gromadzi się zwykle w miejscach, które coś oznaczają. Mózg wysyła sygnał, że dane miejsce jest szczególnie podatne na zranienie i trzeba je otoczyć ochroną. Umownie każda strefa na ciele jest przypisana konkretnym emocjom:

  • talia – może dotyczyć problemów z podejmowaniem decyzji,
  • biodra – być może czujesz się niepewnie w rodzinie,
  • uda – zachwiane poczucie bezpieczeństwa,
  • brzuch – problemy z odczuwaniem emocji,
  • pośladki – strach,
  • duże łydki – lęk przed upadkiem,
  • grube ramiona – chęć uderzenia albo obrony przed ciosem,
  • podwójny podbródek – niezgoda na to, jak wygląda życie, chęć ucieczki do świata marzeń,
  • cellulit – może symbolizować obawę przed utratą domu lub czyjejś ochrony.

Terapia

Tkanka tłuszczowa to efekt gorszego ukrwienia, a jeszcze wcześniej napinania i bezruchu. Owo napięcie i bezruch powstały w celu obrony przed czuciem, bo tak bardzo boli… Masaż, sauna, ćwiczenia fizyczne, leżenie na macie z kolcami czy techniki oddechowe stosowane regularnie – sprawią, że napięcie mięśniowe powoli zacznie puszczać a ty zaczniesz czuć. Prawdopodobnie na początku pojawią się trudne emocje: przestraszysz się, zaczniesz płakać, poczujesz ból i rozpacz. Będziesz miała ochotę wrócić do napięcia: zacisnąć pośladki, zatrzymać oddech, spiąć łopatki, schować brzuch. Jeśli do tego dojdzie, spróbuj pobujać się na boki, pomasować napięte mięśnie ramion, kilka razy delikatnie wciągnąć i wypuścić mięśnie brzucha. Cały czas spokojnie oddychaj, staraj się, by w trakcie oddechu pracował brzuch, a klatka piersiowa była mniej ruchoma. Przyjmij każde doznanie, które pojawi się w ciele.

Zaufaj mu!

O czym szumi ciało?

Wróć do lustra i jeszcze raz popatrz na swoje ciało, z miłością. Te wszystkie krągłości, pomarańczowe skórki, fałdki i oponki są jak ślady po zranieniach. Możesz w nieskończoność je rozdrapywać albo pielęgnować z czułością. Ale najpierw musisz je z uważnością odczytać. Poniżej znajdziesz kilka wskazówek, jak to zrobić, bo tłuszcz najczęściej odkłada się w sześciu obszarach. Pamiętaj jednak, że każde ciało ma indywidualny język, którego nikt poza tobą nie zna.

Cała górna część ciała, od pasa w górę:

  • zdaniem dietetyków takie tycie najczęściej nie jest związane z chorobami, ale błędami żywieniowymi, gdy w diecie pojawia się dużo słodyczy i nadmierna ilość kalorii oraz brakuje ćwiczeń;
  • z psychologicznego punktu widzenia mocniejsza górna połowa ciała może być konsekwencją braku miłości ze strony matki, zbyt wymagającego i zimnego emocjonalnie ojca;
  • mocne barki i ramiona z nadmiarem tkanki tłuszczowej mogą symbolizować zatrzymaną potrzebę wyciągnięcia rąk ,,po miłość”, chęć pokazania „poradzę sobie sama”, obawa przed zależnością i podporządkowaniem albo gotowość do walki.

Oponka na brzuchu:

  • w tej okolicy znajduje się ośrodek stresu (komórki reagujące w sytuacji walki lub ucieczki);
  • nadmiar tkanki tłuszczowej symbolizuje problemy z radzeniem sobie ze stresem;
  • zdarza się, że w zachowaniu dominuje zajadanie stresu i zagłuszanie problemów alkoholem;
  • oponce często towarzyszy podciągnięta przepona, która jest efektem zatrzymania oddechu z powodu lęku;
  • to także solidna ochrona wrażliwości i delikatności, które z pewnością nieraz były atakowane;

Cały brzuch:

  • prawdopodobnie otłuszczone są także narządy wewnętrzne – co może mieć negatywne konsekwencje dla zdrowia i wymaga konsultacji dietetyka i lekarza;
  • tłuszcz w tej okolicy może być konsekwencją zaburzonego poczucia bezpieczeństwa, czasami sięgającego czasów dzieciństwa;
  • nadwaga może być związana z zaniedbaniami w dzieciństwie – niedokarmienie (emocjonalne lub/i fizyczne), które utrwala przekonanie, że świat nie zaspokaja potrzeb i nigdy nie dostaje się tyle, ile się potrzebuje, i tego, czego się pragnie;
  • tłuszcz może być tu tarczą ochronną, na skutek pamięci ciosu zadanego w brzuch (fizycznego lub emocjonalnego) – stąd rodzą się wspomnienia: „kiedy powiedział mi, że odchodzi, poczułam się tak, jakby walnął mnie pięścią w brzuch”.

Biodra, pośladki, uda:

  • bywa, że nadwaga w tej okolicy jest pierwszym objawem zaburzeń hormonalnych albo skutkiem objadania się np. tuż przed miesiączką;
  • psychologicznie może symbolizować zniechęcenie – ciało zamiera i wydatkuje mało energii, tłumione impulsy seksualne, wstyd czy pamięć nadużycia seksualnego;
  • tłuszcz okolicy pośladków symbolicznie chroni przed upadkiem albo kopnięciem czy uderzeniem w pupę (pamięć przemocy w dzieciństwie – bicie, albo przemocy seksualnej czy odrzucenia).

Otyłość w dolnej części ciała, od pasa w dół:

  • duża, ociężała, mało ruchliwa miednica może być skutkiem traumy seksualnej;
  • brzuch, boczki i plecy – to często efekt nadmiaru kalorii i fizycznej bezczynności;
  • nadwaga w tej części ciała często towarzyszy obniżonemu nastrojowi – zajadanie smutku i złości;
  • ciężkie nogi – przekonanie, że życie jest tak mało satysfakcjonujące, że trudno je unieść, ogólna niechęć do jakichkolwiek działań, czasami skutek traumy – wydarzyło się coś strasznego, a ty nie byłaś w stanie uciec.

Zacznij nowe życie w nowym kształcie

Czym jest otyłość? Jakie są jej przyczyny? Jak ją leczyć? Czy otyłość jest chorobą ? Odpowiedzi na te pytania przynosi kampania społeczna „W nowym kształcie”.

Jeśli uważasz, że masz za dużo kilogramów i mimo prób nie jesteś w stanie się ich pozbyć – przestań działać samotnie i dołącz do kampanii. Dzięki pomocy specjalistów dowiesz się, na czym naprawdę polega twój problem, i zyskasz wsparcie na drodze do zdrowego życia. Znajdziesz pomoc w wyborze metody leczenia otyłości oraz certyfikowanego ośrodka, w którym możesz liczyć na fachowe leczenie. Częścią kampanii jest personalizowana aplikacja wspierająca proces leczenia otyłości oraz webinary live z ekspertami, m.in. na temat metod leczenia otyłości, wsparcia w procesie leczenia oraz emocji i roli psychoterapii. Kampanię współtworzą m.in. lekarze, naukowcy zajmujący się otyłością, dietetycy oraz psycholodzy.

Zapraszamy na stronę kampanii www.wnowymksztalcie.pl.

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.