1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Żona zna męża, teściowa ich dwoje

Żona zna męża, teściowa ich dwoje

Psychologist is concerned about conflict in family
Psychologist is concerned about conflict in family
W naszej kulturze matki nie mają lekko, bo podlegają ciągłej ocenie, zwykle krytycznej. Ale gdy matka zostaje teściową, wtedy dopiero zaczyna się jazda! Znacie te świetne dowcipy o teściowych? A może zamiast się z nich śmiać, lepiej spojrzeć krytycznie na siebie – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Chodzę ostatnio na rehabilitację. Rehabilitant ma dwoje dzieci, jest w trakcie rozwodu, mieszka z nową partnerką.

– Nigdy więcej się nie ożenię – stwierdza z przekonaniem. – Dlaczego? – pytam. – Miałem już jedną teściową i wystarczy!

I zaczyna opowieść o tym, jak to teściowa wtrącała się we wszystko, nastawiała żonę przeciwko niemu, w końcu rozbiła ich małżeństwo.

– To musiała być bardzo silna osoba, skoro nie mogliście sobie z nią poradzić? – wyrażam przypuszczenie, żeby podtrzymać rozmowę. – Taka jak one wszystkie! Nie wie pani, jaka jest teściowa na 102? Sto metrów od domu i dwa metry pod ziemią.

Mój rehabilitant jest kopalnią dowcipów, a tych o teściowych zna szczególnie dużo.

– Jak długo należy patrzeć na teściową jednym okiem? – rzuca znowu. – Nie wiem. – Aż muszka się zgra ze szczerbinką. A to pani zna? Tato, dzik zaatakował babcię. Jeśli sam zaatakował, to niech sam się broni.

– A to pan zna? – nie chcę pozostać dłużna. – Za rozpad małżeństwa winę ponoszą obie strony: żona i teściowa. – Dokładnie! – śmieje się rehabilitant. – Ale to jest dowcip, wie pan? – na wszelki wypadek wolę się upewnić. – Całkiem niezły! – śmieje się nadal, a ja odpuszczam. W końcu sama też jestem teściową, choć nieformalną, i muszę uważać, bo wszystko, co powiem, może być wykorzystane przeciwko mnie. W teściowej bowiem zwykle lokujemy winę, tak jak PiS lokuje ją w Tusku. Ta tendencja jest tak wyraźna, że aż śmieszna.

JEJ BARDZO WIELKA WINA

Dobrze było ją widać w raporcie „Polityki” pod tytułem „Jak oswoić teściową”, który co prawda ukazał się już dawno, ale pewnie od tamtego czasu niewiele w naszej świadomości się zmieniło. Oto fragmenty: „Teściowej Marty udało się rozbić jej małżeństwo w kilkanaście miesięcy, mimo że mieszkała w odległości 200 kilometrów”. To zdaje się potwierdzać zabawne założenie z dowcipu, że najlepsza odległość to dwa metry pod ziemią, bo każdą inną teściowa pokona bez trudu. Jeśli nie pociągiem lub na miotle, to przez telefon...

Teściowa Marty dzwoniła, pouczała, instruowała, otwierała wyciągi z banku, bo przychodziły do niej. Dlaczego? „Robert był zameldowany u rodziców, więc tam przychodziły wyciągi z naszego konta. Miała pełną kontrolę nie tylko nad naszymi finansami, ale nad całym życiem, bo po najdrobniejszej kłótni mój mąż łapał za telefon, żeby poskarżyć się mamusi”. Zdawać by się mogło, że sprawa jest oczywista – mąż Marty nie dojrzał do małżeństwa. Nie dość, że nie potrafił zmienić adresu do korespondencji w banku, to do konfliktów z żoną włączał matkę. „Gdy Marta zaszła w ciążę, z jej małżeństwem było już naprawdę źle. Przy którejś kłótni Robert uderzył Martę”. No to chyba on jest winien? Skądże! Z raportu wynika, że to teściowa rozbiła małżeństwo. Ten raport nie jest wcale takim ewenementem, lecz przejawem naszej kultury, w której teściowa jest winna, i tyle!

Czasem na warsztatach proponuję ćwiczenie, które pokazuje rolę nastawienia. Nie będę go opisywać, żeby wam nie psuć zabawy, bo może kiedyś się z nim spotkacie, powiem tylko, co z niego wynika: jeśli jesteśmy nastawieni na walkę, bo sytuacja nam się z nią kojarzy, zwykle walczymy, choć dużo więcej można wygrać przez współpracę. Moglibyśmy to łatwo zobaczyć, gdyby nie nastawienie. Zwykle ludzie się dziwią, że tak łatwo wpadli... Ale co to ma wspólnego z teściową? Obawiam się, że dużo. Jeśli traktujemy teściową jak osobę podejrzaną, nie zobaczymy, jaka naprawdę jest i o co jej chodzi, za to z pewnością znajdziemy dowody, że nie jest w porządku.

– Ona od początku była do mnie uprzedzona – zagaja rehabilitant na kolejnym spotkaniu. – Tak? – podtrzymuję konwersację. – Trzymała dystans. I tak mi się przyglądała, wypytywała, chciała mnie poznać. – To chyba dobrze, że chciała pana poznać? – Chyba powinna mnie od razu zaakceptować, skoro jej córka mnie wybrała? – wydaje się szczerze przekonany do tego, co mówi.

A niby dlaczego? Nie mówię tego głośno, bo nie chcę denerwować rehabilitanta, ale jego oczekiwanie wydaje mi się nieco wygórowane. No bo w końcu to nie teściowa go wybrała, ona dopiero go poznaje, żeby oswoić się z wyborem córki. Zwykle w miarę poznawania kogoś, wyrabiamy sobie do niego stosunek, zaczyna się tworzyć relacja, która z czasem może stać się bliska.

– A pan ją od razu zaakceptował? – pytam. – Chyba nie sądzi pani, że można akceptować teściową? – śmieje się rehabilitant i gładko przechodzi do dowcipu. – A wie pani, jaka jest różnica między wizytą a wizytacją? – Nie mam pojęcia – tak naprawdę, to się domyślam, ale nie chcę mu psuć przyjemności. – Wizyta to jest wtedy, kiedy my jedziemy do teściowej, a kiedy teściowa przyjeżdża do nas, to jest wizytacja.

Dobrze znam skargi wielu kobiet, że teściowa jest wścibska i wszędzie zagląda. Czasem komentuje bałagan, czasem zaczyna sprzątać po swojemu. – I co pani na to? – pytałam wielokrotnie. Najczęściej nic, po prostu to znoszą. Ale czy na pewno wszystko trzeba znosić? A gdyby tak powiedzieć, że nie chcemy, żeby wszędzie zaglądała? Że to nasze rzeczy i nasze standardy porządku? Że nie będziemy przychodzić w każdą niedzielę na obiad? Że na święta wyjeżdżamy w góry?

Jeśli coś w zachowaniu teściów nam przeszkadza, warto razem się temu przeciwstawić. Zwykle słyszę, że to niemożliwe. Mąż nie potrafi, nie umie przy matce wyrazić własnego zdania, „Przecież wiesz, jaka jest mama” – mówi, i na tym się kończy. Albo żona w obecności matki zmienia się w małą dziewczynkę i nie umie powiedzieć „nie”. To z pewnością świadczy o tym, że teściowa jest silną osobowością, ale przecież nie ona odpowiada za reakcję żony czy męża, lecz oni sami, i to z nimi warto o tym rozmawiać. Na przykład teściowa prasuje koszule męża, które ty już wyprasowałaś. Czujesz się upokorzona, ale on nie widzi problemu, „O co ci chodzi, przecież mama tylko chce ci pomóc”. Albo: umawiacie się, że na weekend wyjedziecie za miasto, ale mama patrzy na niego z wyrzutem i on natychmiast zmienia wasze plany. „Tak, mamo, przyjdziemy w niedzielę na obiad” – zapewnia. Lub: jego ojciec wygłasza wykłady na temat tego, jak powinniście gospodarować swoimi pieniędzmi, a on grzecznie słucha i potakuje. Ty dzielnie milczysz, bo przecież to jego ojciec i to mąż powinien coś z tym zrobić. A właśnie! Teściowie też bywają niełatwi, choć w dowcipach obrywa się tylko teściowym.

JAK DOROŚLI LUDZIE

Susan Forward, autorka słynnych „Toksycznych rodziców”, napisała również książkę „Toksyczni teściowie”. Toksyczne pary autorka dzieli zgrabnie na kilka grup, których nazwy mówią same za siebie: krytycy, zaborcy, nadzorcy, mistrzowie chaosu, pogardliwcy. Ta książka złości mnie trochę tym czarno-białym obrazem rzeczywistości, ale przynajmniej okazuje się tutaj, że nie tylko kobiety w roli matek zamężnych dzieci psują wszystko, również mężowie im w tym pomagają.

Co można zrobić z takimi teściami? Jak zwykle trzeba zacząć od siebie. Znacie komedię „Sposób na teściową”? Jane Fonda jest toksyczną teściową, z którą Jennifer Lopez jako przyszła synowa musi sobie radzić. I radzi sobie. Jest pomysłowa, odważna i zdeterminowana. Zamiast przyjąć rolę bezbronnej ofiary, decyduje się na konfrontację. Walczy sama, nie wciągając w to przyszłego męża. To częsta sytuacja. Mąż pozostaje poza konfliktem. Albo, świadomie lub nie, tylko dolewa oliwy do ognia. Ale o ile pamiętam, ten film dobrze się kończy, kobietom udaje się zaprzyjaźnić. Wychodzą poza schemat, że miłość do tego samego mężczyzny musi je dzielić, i doceniają siebie nawzajem.

Badania CBOS-u wykazują, że problem z teściową jest – zaraz po pieniądzach i podziale obowiązków domowych – najczęstszą przyczyną małżeńskich konfliktów. Ale ten problem można rozwiązać: wystarczy przestać patrzeć przez pryzmat stereotypów i wziąć odpowiedzialność za to, na co sami jej pozwalamy. Nie oczekujmy od teściowych, że się zmienią, lecz chrońmy własne granice. Kulturalnie, stanowczo, konsekwentnie. Najgorsza teściowa przestanie być toksyczna, jeśli my nie pozwolimy się zatruwać.

– A zna pani ten dowcip? – zapytał rehabilitant na ostatnim spotkaniu. – O matko! Przychodzi teściowa, a ja nie umyłam sufitu!

I coś w tym jest! Często złościmy się na standardy teściowej, ale bez sensu próbujemy je wypełniać, zamiast powiedzieć w końcu, że mamy własne. Nie dziwmy się, że teściowa traktuje nas jak dzieci, skoro jak dzieci się zachowujemy. „Mamo, miło z twojej strony, że zawsze o nas myślisz, ale mamy własne plany na ten tydzień” – boisz się to powiedzieć? Nie czekaj, aż przestaniesz się bać. Zrób pierwszy krok, przy drugim będziesz już się bała trochę mniej. Zamiast cierpieć w milczeniu, wyrażaj niezadowolenie i wymagaj respektowania twoich praw. Wtedy wkroczysz w dorosłość i pociągniesz za sobą partnera. A kiedy już staniemy się dorośli, teściowa nam nie podskoczy. Nawet nie będzie chciała. W końcu okaże się zwykłą kobietą, która troszczy się o nasze dobro. Warto jej na to pozwolić, ale w rozsądnych granicach.

 

Hanna Samson, psycholożka, pisarka, terapeutka

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Czy można być dobrym rodzicem, jeśli samemu nie zaznało się dobrego rodzicielstwa?

Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy.

Fragment książki „Matka niedostępna emocjonalnie”

Choć prawdą jest, że większość rodziców, którzy emocjonalnie zaniedbują swoje dzieci lub stosują względem nich psychiczną przemoc, przekazuje dalej to, czego sami doświadczyli, z radością stwierdzam, że na przestrzeni lat wielu spośród moich pacjentów, którzy byli poszkodowani na tym polu, zostało wspaniałymi rodzicami. Większość kobiet, które nie zdecydowały się na macierzyństwo, cierpi na deficyt matki i obawia się, że nie będą wiedziały, jak to się robi. Czasem boją się, że „spaprzą” swoje dzieci tak samo, jak w ich odczuciu same zostały spaprane. (Choć nie zapominajmy, że istnieją inne ważkie powody, dla których ktoś może zdecydować, że nie chce zostać rodzicem). Kobiety żywiące takie obawy zapewniam, że potrafią to zrobić inaczej. Po pierwsze, istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński, który przy braku czynników zakłócających włącza się samoczynnie. Znam kobiety, które z zachwytem otworzyły się na energię Dobrej Matki i miłość, spływające na nie, gdy zostały matkami. Po drugie, jesteś zapewne wrażliwsza od swojej matki – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większość mam, które wypełniają swoją rolę znacznie lepiej od kiepskiego wzorca, jest z natury wrażliwszych i dodatkowo wyczulonych z powodu tego, przez co same przeszły. Chcą mieć pewność, że ich dzieci dostaną to, czego im tak brakowało.

Po trzecie, można się tego nauczyć. I zachęcam do tego. Bycie dobrym rodzicem wymaga dogłębnego zrozumienia poziomów rozwojowych i rozeznania, jak radzić sobie w nowych sytuacjach. Czemu nie skonsultować się z ekspertami: autorami, lekarzami i innymi autorytetami, którzy sprawdzili się jako opiekunowie własnych lub cudzych dzieci?

Jak zauważyłam na początku, jest to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. Nie ulega wątpliwości, że bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy. Im bardziej wyzwolimy się spod wpływu dysfunkcyjnej rodziny, tym pełniej zerwiemy z niechlubną tradycją. Choć słyszałam opinie, że dawanie dzieciom tego, co samemu chciało się mieć, ma działanie terapeutyczne, nie zawsze tak jest. Wspomniałam już, że może być trudniej zapewnić to, co drażni twoje czułe miejsca, rozpalając utajony ból.

Spotkałam także wiele kobiet będących wspaniałymi matkami dla własnych dzieci, co jednak ani trochę nie pomogło im zagoić ich własnych „pomatczynych” ran. Wynika to między innymi z naszej złożonej psychicznej struktury – zakapsułkowanych zranionych dziecięcych części, które jako takie nigdy nie będą w pełni wyleczone, jeżeli sami aktywnie nie otoczymy ich matczyną opieką. Tak więc chociaż bycie dobrym rodzicem dla własnych dzieci jest naturalnie czymś, co wspomaga rozwój zdrowej psychicznej konstytucji, to tylko jeden z elementów układanki. Choć zwracam się tutaj bezpośrednio do kobiet, odnosi się to w równym stopniu do mężczyzn będących dobrymi ojcami.

Wytrwać w drodze do uleczenia

Jeżeli zainicjowałeś ten proces i jesteś na drodze do uzdrowienia, wiesz, że to ciężka praca. Gruntowna przebudowa. Przenicowujemy się na tak wielu poziomach: od połączeń w obrębie mózgu limbicznego po sztandarowe przekonania; od koncepcji samego siebie po relacje z innymi; od wywołanego niepokojem ucisku w klatce piersiowej po zdolność kochania, zarabiania pieniędzy i spokojnego przesypiania nocy. Prawdopodobnie proces ten zajmie kilka lat, jeżeli nie kilka dekad. Mówię to otwarcie, choć nie bez obawy, że cię to zniechęci. Lecz byłbyś równie rozgoryczony, gdybyś sądził, że wszystko pójdzie raz-dwa, a tak się nie stanie. Żadna znana mi osoba, która przepracowała swoje „pomatczyne” rany, nie dokonała tego szybko. Ważne więc, aby wyznaczyć sobie umiarkowane tempo, robić przerwy, dostrzegać poczynione postępy i się nimi chlubić.

Nie imituj matki, która nigdy nie doceniała twoich osiągnięć, nie wspominając o ich świętowaniu. Wzrost nie jest procesem liniowym, lecz spiralnym. Te same kwestie będą się w nim przewijać wielokrotnie. Jeżeli dany cykl nie przyniesie żadnej zmiany, to znak, że potrzebujesz większego wsparcia, lecz poza tym nastaw się, że będziesz musiał kilka razy opłakać to, co utracone, odżałować niesprawiedliwości i zaspokoić zignorowane potrzeby. Nie będzie to trwało wiecznie. Proces leczenia idzie swoim tokiem, i chociaż to, że raz porządnie się wypłaczesz, nie zrekompensuje lat tłumionego smutku, przybliży cię do upragnionego celu bardziej, niż mógłbyś przypuszczać.

Dobra Matka rozumie, że proces wzrostu nie jest równomierny i nie wyśmiewa ani nie karci dziecka za przestoje. Ważne, aby mieć dla siebie współczucie i wyrozumiałość. Robimy, co w naszej mocy, i niektóre dni są po prostu cięższe niż inne.

Czy jest możliwe pełne uleczenie?

Choć proces leczenia nigdy definitywnie się nie kończy, ból mija, a poczucie bycia dzieckiem pozbawionym matki może ustąpić całkowicie. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ostatecznie zamknąć tego rozdziału, a to dlatego, że nieustannie się zmieniamy. Sam bieg czasu daje nam nową perspektywę i pozwala zdystansować się do przeszłości. W rok czy dwa lata po tym, jak zaleczymy większość ran, będziemy czuć się inaczej niż dziesięć lat później, kiedy przeszłość będzie jeszcze odleglejsza. Głęboki uraz zawsze pozostawia choćby delikatną bliznę: pozostaje przynajmniej wspomnienie rany lub pewna tkliwość. Lecz moc tej rany słabnie wraz z postępami terapii i zmienia się reakcja na podrażnienia tego obszaru. Zamiast dać się usidlić dziecięcym uczuciom za każdym razem, gdy zostaną wyzwolone, uczymy się delikatnie przekierowywać uwagę i pytać wewnętrzne dziecko, czego aktualnie potrzebuje. Umiemy odpowiedzieć na uczucia, zamiast pozwolić, aby nas zniewoliły.

W miarę pracy nad „pomatczynymi” ranami nasza tożsamość również ewoluuje. Ostatecznie nasza historia się zmienia. Nasze życie się zmienia. Czas, aby zmianie uległa również nasza wewnętrzna narracja. Jak powiedziała mi pewna osoba: „Rana pozostała, lecz nie kieruje już moim życiem. Nie definiuje tego, kim jestem”. U tych, którzy zostaną otoczeni opieką przez kogoś, kto zastąpi im Dobrą Matkę, lub potrafią stać się Dobrą Matką dla własnych wewnętrznych dzieci, w miejscu poczucia deficytu matki może pojawić się poczucie dostatku. Możesz czuć się kochany, wspierany i zadbany. Nie, nie możesz cofnąć się w czasie i przeżyć przeszłości od nowa, lecz możesz mieć teraz to, na co zasługiwałeś wtedy. Jak powiedział powieściopisarz Tom Robbins: „Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno”

Psychoterapeutka Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalni” pomoże ci lepiej zrozumieć twoją matkę i wyleczyć ukryte rany niedostatecznego macierzyństwa. Lektura pomaga zrozumieć m.in.: czym jest „deficyt matki” i dlaczego twoja matka nie była w stanie dać ci w dzieciństwie miłości, jak odnaleźć dziecko w sobie i wypełnić „matczyną lukę”, czym jest zaniedbanie i przemoc emocjonalna i jak sobie z nimi radzić w dorosłym życiu, jak uzdrowić „pomatczyne” rany i zadbać o szczęśliwszą przyszłość dla siebie (i być może dla swoich dzieci).

  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.

  1. Psychologia

Zakazany romans – dlaczego kobiety pożądają żonatych mężczyzn?

Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Zakazany owoc jest słodki i chrupki. Ceną za posmakowanie była utrata raju! A jaka może być cena zakazanego romansu przyjaciółki?

Oscar Wilde mawiał, że najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest jej ulec – bo kiedy się opieramy, dusza choruje z pożądania, a niedostępne nabiera na atrakcyjności. Justyna w pełni popiera opinię Wilde’a. Od lat podkochuje się w mężach i partnerach przyjaciółek.

– Czasem mam z nimi romanse, czasem nie, ale jeśli kogoś pragnę, podziwiam, uwodzę – to prawie zawsze jest to czyjś mąż. Wolni faceci mnie nie kręcą. Czemu? Nie wiem – wyznaje.

Dziwne? Z pozoru. Antropolog i badaczka ludzkich zachowań, Helen Fisher, w swojej książce „Anatomia miłości” opisała to zjawisko. Fakt, że „cudzy” mężczyźni wydają się kobietom ponętni, nie jest wcale rzadkością, a raczej… normą!

– Pociągają nas mężowie innych kobiet, ponieważ są „sprawdzeni” – mówi Joanna Twardo-Kamińska, seksuolog i psycholog. – Wiele kobiet, widząc, że mężczyzna jest pożądany przez inne, zaczyna uważać go za atrakcyjnego. To ewolucyjna część postrzegania: wydaje nam się, że fajne osoby są na rynku matrymonialnym najszybciej rozchwytywane i tworzą dobre związki.

Bo, paradoksalnie, im bardziej udany związek obserwujemy, tym bardziej pociągający wydaje się mężczyzna. To tak, jakby inna kobieta dawała mu certyfikat wysokiej jakości. Twardo-Kamińska: – Mamy tu do czynienia z mechanizmem projekcji: ponieważ przyjaciółka wybrała danego mężczyznę, to musi coś w nim być. Nie wiemy dokładnie, co to takiego, więc przypisujemy mu cechy pożądane. Idealizujemy.

To fajne, mieć romans z ideałem. A czy można skuteczniej nakarmić kompleksy i poczuć własną atrakcyjność? Zdaniem seksuologa Justynie romanse dają poczucie bezpieczeństwa. Żyje w świecie fantazji i to jej wystarcza. – To, że dziewczyna nie robi kroku dalej i nie myśli o stałym związku, wynika prawdopodobnie z lęku przed bliskością i odrzuceniem – mówi Twardo-Kamińska. Podobnie rasowe łowczynie – są zainteresowane mężczyzną, dopóki go nie podbiją. A żonaci faceci to idealny cel: można ich upolować, skonsumować i pójść dalej. Choć łowczynie wydają się drapieżnymi kocicami bez skrupułów, tak naprawdę są, podobnie jak Justyna, uciekającymi od bliskości, pełnymi lęku rozbitkami. Co można im poradzić?

Twardo-Kamińska: – Najlepiej terapię, dzięki której nauczą się wchodzić w prawdziwe relacje i odkryją, czemu od nich uciekają. Bo kiedy czterdziestka zastanie łowczynię w pustym mieszkaniu, satysfakcja z dotychczasowych trofeów nagle okaże się mniejsza niż poczucie pustki i samotności.

Wbrew wszystkim

Zośka zbliża się do czterdziestki. Przez kilka lat była sama, zraniona po nieudanym związku. Niedawno pojawił się Adam. Powoli i cierpliwie torował sobie drogę do jej serca i łóżka. – To wspaniały mężczyzna, dba o mnie i naprawdę mnie kocha – mówi Zośka. – W łóżku – ideał: czuły, namiętny otwarty na moje potrzeby. W dodatku kręci nas to samo.

Dobrze im razem. Zośka pierwszy raz jest szczęśliwa, a jednak ukrywa ten romans przed światem. A już najbardziej przed najbliższymi. Dlaczego? – Adam jest byłym mężem mojej starszej siostry. Wprawdzie rozwiedli się 15 lat temu, ich dziecko już jest dorosłe, a siostra jest od lat z kim innym, ale moja rodzina i tak wpadłaby w histerię na samą myśl, że sypiam z Adamem. Nikt, dosłownie nikt tego nie zaakceptuje – zwierza się Zośka. Dlatego to sekretny romans. Ale Zośka nie ma zamiaru rezygnować z Adama. Wprost przeciwnie! Desperacko pragnie z nim i sypiać, i żyć…

Zdaniem Twardo-Kamińskiej możemy mieć tu do czynienia z efektem Romea i Julii. – Zjawisko to polega na tym, że obiekt pożądania jest atrakcyjny właśnie dlatego, że stanowi tabu i nie wolno nam się z nim związać – wyjaśnia seksuolog. – Nie mogąc z nim być, pragniemy go z całych sił. Możemy go też idealizować. Nie widzimy jego wad, przypisujemy mu różne zalety, wiele interpretujemy na korzyść. Im bardziej świat staje między nami, tym bardziej pragnienie rośnie. Ono karmi się oporem rzeczywistości.

Zośka łamie swego rodzaju tabu. To może podniecać, dawać zastrzyk energii, nastrajać do walki o „swoje”. Ale czy kochankom się uda? Twardo-Kamińska uważa, że obiektywnie nic nie stoi na przeszkodzie: oboje są wolni, mają poukładane życie, pozamykane poprzednie związki. Nie ma nic złego w tym, że kobieta wiąże się z byłym mężem siostry, jeśli tamta relacja jest zakończona. Co więcej, to mógłby być bardzo udany związek, bo Zośka i Adam znają się od lat, wiedzą o sobie dużo, przyjaźnią się. Odpada więc element niepewności i zaskoczenia. – Ale to może się okazać za mało. Otóż efekt Romea i Julii ma też drugi komponent: kiedy już przełamiemy bariery i jesteśmy razem; gdy wreszcie dane jest nam funkcjonować w związku ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, Romeo… rozczarowuje. Dlaczego? Bo okazuje się tylko człowiekiem. Ale przede wszystkim dlatego, że znika przeżywanie tęsknoty i pragnienia – cała emocjonalna huśtawka, która towarzyszyła walce o miłość. A bez tej ekstazy nawet seks, choć udany, staje się równie codzienny jak reszta – podsumowuje seksuolog.

Krzyżowy ogień uczuć

Karina czuje, że się strasznie zaplątała. Ona i jej mąż, Jarek, co roku wyjeżdżali do Włoch wspólnie z zaprzyjaźnioną parą małżeńską. Tak było weselej i taniej. Podczas ostatnich wakacji między Kariną a mężczyzną z drugiej pary zaiskrzyło. I to jak! Nie opanowali tego, nawet nie próbowali – toskańskie wieczory uderzyły im do głów. Ukradkowy, wakacyjny romans przetrwał jesień i zimę. Kochali się coraz bardziej.

– A seks? Seks był naprawdę nieziemski! Pełen pasji i zatracenia w sobie nawzajem, że na samą myśl o nim kręciło mi się w głowie. Nigdy z nikim tak mi nie było, należałam tylko do niego – wspomina Karina. Postanowili być razem. Pierwsze miesiące: ekstaza. A potem… porażka. Pretensje, wyrzuty sumienia, kłótnie i awantury – a do tego obustronne poczucie, że spaprali sobie życie… Nie wytrzymali nawet roku.

– Zadziałała tu odwrócona teoria niedostępności i zasada reaktancji – tłumaczy seksuolog. – Pierwsza: kiedy już coś zdobędziemy, to nam powszednieje i przestaje przedstawiać wartość. Druga: ludzie mają tendencje do zawyżania wartości i podążania za tym, do czego mają utrudniony dostęp. Obie dotyczą nie tylko życia seksualnego, ale także dóbr materialnych... Potrzebujemy odmienności, ekscytacji. Wiele osób nie potrafi docenić tego, co ma i szuka czegoś, co zapewnia silne bodźce.

Bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę. Dlatego lepiej się zatrzymać i pomyśleć: „Co z tego, że inny mężczyzna jest bardziej przystojny? Dobry seks to dobra relacja – a tę buduje się latami”.

– Zamiast gonić wrażenia, lepiej jest docenić fakt, że partner też ma wiele zalet, np. jest opiekuńczy, w łóżku uważny, wrażliwy – radzi Twardo-Kamińska.

Dojrzały kochanek

Młodość jest atrakcyjna? Nie dla każdego. Na pewno nie dla Krystyny. Jako 20-latka związała się z dwa razy starszym od siebie kochankiem. – Byliśmy niedopasowani życiowo, co innego nas interesowało, ale łóżko wszystko rekompensowało – opowiada Krystyna. – W sypialni dogadywaliśmy się idealnie. Wprowadzał mnie w świat seksu i dawał mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Po prostu uwielbiałam się z nim kochać.

Dziś jest związana z Jackiem, swoim rówieśnikiem – też ma 26 lat. Kocha go, ale… jest zafascynowana jego 40-letnim ojcem! Ilekroć go spotyka, czerwieni się, jąka i spuszcza oczy – jak pensjonarka. To jego twarz i ciało sobie wyobraża, gdy zamyka oczy, kochając się z Jackiem.

Krystyna nie jest wyjątkiem. Kobiety, które pociągają nawet sporo starsi mężczyźni, wchodzą w relacje z młodszymi, bo tak chcą rodzice, tak wypada… Ale nie są szczęśliwe – podziemny strumyczek pożądania płynie w innym kierunku.

– Niektóre koncepcje psychologiczne wiążą fascynacje kobiet starszymi parterami z tzw. deficytem ojca – tłumaczy seksuolog. – Element seksualnej ekscytacji odgrywa tu rolę, ale nie jest pierwszorzędny. Takie dziewczyny uwielbiają towarzystwo starszych mężczyzn, lubią pławić się w ich cieple i opiekuńczości, podziwiać życiową mądrość i doświadczenie. Partner symbolizuje ojca, którego brakowało im całe życie.

– Należy jednak podkreślić, że to tylko jedna z teorii. Część kobiet preferuje starszych partnerów, bo są bardziej odpowiedzialni, dają poczucie bezpieczeństwa i w związku z tym są dla nich atrakcyjni – zaznacza seksuolog.

Co można poradzić kobiecie zapatrzonej w dojrzałych mężczyzn? – Niech wiąże się ze starszymi mężczyznami, jeśli jest z nimi szczęśliwa. Relacje, w których partner jest starszy, nawet dużo, są społecznie akceptowane – uważa Twardo-Kamińska.

Mniejsze zło

Anka ma swój mały sekret: podkochuje się w kuzynie. Niby to tylko krewny drugiego stopnia, ale jednak. – Nie odważyłabym się iść z nim do łóżka – wyznaje Anka. – Ale na samą myśl, że mogłabym się z nim kochać, dostaję gęsiej skórki.

To, czego nie wolno, kręci, ekscytuje i podnieca. Im bardziej zakazane, tym bardziej ekscytujące. Jedni oprą się chętce łamania tabu, ale inni nie. – Silniejszą potrzebę łamania barier mają… grzeczne dziewczynki – uważa seksuolog. – Te, od których przez całe życie wymagano, by były poukładane, miłe i potulne. Te, które zawsze wracały do domu przed 22.00. Mogą odczuwać impuls, by się wyrwać z tego ugrzecznionego świata. Instynkty nie zostają bowiem przez takie wychowanie usunięte, a jedynie wyparte – i pewnie kiedyś dojdą do głosu. Może się to objawiać właśnie pokusą łamania tabu.

Program dla grzecznych dziewczynek? Jeśli chcecie się uchronić przed pokusami robienia czegoś musicie być choć trochę niegrzeczne na co dzień. Bo choć zakazany owoc (a w tym wypadku seks) jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. Może nią być społeczne odrzucenie i samotność, na jaką nas skaże. Dlatego szukajmy wrażeń, łamiąc drobniejsze zakazy. Film tylko dla dorosłych? Dzika przejażdżka motocyklem? Taniec w klubie do rana? To zdrowe sposoby na to, by rozładować napięcie pomiędzy grzeczną a tą dzikszą częścią nas samych.

  1. Psychologia

Zazdrość o partnera? – Przyjrzyj się swoim uczuciom

Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Jak wygląda twoja zazdrość? Jaką niesie informację? - Rozmowa z trudnymi emocjami może przynieść wiele korzyści. Dlatego, jeśli nie możesz poradzić sobie z odczuwaną zazdrością, spróbuj wykonać poniższe ćwiczenia.

Jeśli odczuwanie zazdrości zaburza twoje dobre samopoczucie, jeśli zbyt dużo czasu poświęcasz na bycie zazdrosną o swojego partnera, przeprowadź mały eksperyment. Pomyśl przez chwilę, jak mogłaby wyglądać twoja zazdrość. Wyobraź ją sobie, nie otwierając oczu. Stoi naprzeciwko ciebie. Przyjrzyj się jej, zobacz, co to za postać. Kobieca czy męska? Ludzka czy zwierzęca? W co jest ubrana? Jaki ma wyraz twarzy, jak się czuje?

Teraz stań na miejscu zazdrości, wciel się na chwilę w tę postać. Jak to jest być zazdrością? Co jako zazdrość chciałabyś sobie powiedzieć? Dlaczego czujesz to, co czujesz? Czego naprawdę potrzebujesz? Kiedy poczujesz, że wyraziłaś wszystko, co było do wyrażenia na ten moment, wróć na swoje miejsce i spójrz na postać, która reprezentuje twoją zazdrość. Czy ma taki sam wygląd? Czy jej wyraz twarzy się zmienił? Czego się nauczyłaś o sobie od swojej zazdrości?

Na koniec ćwiczenia sprawdź, czy czujesz potrzebę powiedzenia czegoś tej postaci. Powiedz jej to i podziękuj za współpracę.

O co tak naprawdę jesteś zazdrosna?

Powiedzmy, że jesteś zazdrosna o czas, jaki twój partner poświęca pracy. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, co robi mój partner? Obiektywnie patrząc – nie, ponieważ to jego wybór.
  • Co zatem mogę zrobić? Mogę zapytać go, czy jest możliwe, by wcześniej wracał do domu, abyśmy mieli więcej czasu dla siebie. Mogę też zająć się swoimi sprawami, szanując jego wybór.

Inny przykład: Jesteś zazdrosna o jego nową koleżankę z pracy, ponieważ to bardzo atrakcyjna osoba i podejrzewasz, że twojemu partnerowi również się podoba. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, kto podoba się mojemu partnerowi? Obiektywnie patrząc – nie, tak samo jak on nie ma wpływu na to, kto mnie się podoba.
  • Co mogę zatem zrobić? Mogę powiedzieć wprost: „Czuję zazdrość, kiedy myślę o twojej nowej koleżance z pracy, czuję obawę, że mógłbyś się z nią umówić”. Mogę się skupić na tym, dlaczego porównuję się do innej kobiety. Dlaczego zużywam swoją energię na rozmyślania, co by było gdyby? Mogłabym zamiast tego wzmocnić poczucie własnej wartości i powiedzieć do siebie kilka miłych słów.

Komu zazdrościsz?

Osoba, której zazdrościsz, pokazuje ci, jak wielki potencjał jest w tobie. Potencjał, którego jeszcze nie odkryłaś, nie przebudziłaś. Kiedy następnym razem uświadomisz sobie, że odczuwasz zazdrość wobec jakiejś kobiety, która jest atrakcyjna i odnosi sukcesy, podziękuj jej w myślach, ponieważ jest twoim lustrem. Projektujesz na nią coś, czego nie dostrzegasz w sobie. Pomyśl o wszystkich osobach, którym czegoś zazdrościsz, i zapytaj siebie, czego dobrego o tobie uczy cię zazdrość.

Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolożka, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.