1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym partnerem i otworzyć się na nową miłość?

Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym partnerem i otworzyć się na nową miłość?

Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym. (Fot. Getty Images)
Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym. (Fot. Getty Images)
Łatwo powiedzieć: „To już koniec”, ale rozstanie to nie tylko deklaracje. Nasze emocje za nimi nie nadążają. Dodatkowa trudność to niewyrażone żale i zapatrzenie w przeszłość. Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym czy byłą i otworzyć się na nową miłość – wyjaśnia psycholożka doktor Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

"Jeśli chcesz z córką spędzić wakacje, musisz jechać z nami, sama z tobą nie pojedzie” – usłyszał pewien świeżo rozwiedziony mężczyzna. Pewnie zasłużył sobie na złość byłej żony, bo albo zdradził, albo odszedł do innej, a może roztrwonił ich pieniądze na dom? Ale po co takiego trzymać na smyczy? Przecież nie po to, by znów z nim być?
Czasem powodem jest pielęgnowanie złudzenia, że jeszcze będziemy razem. Częściej jednak kieruje nami chęć zachowania poczucia własnej wartości, czyli udowadnianie sobie, że nadal steruję tym mężczyzną. Robię więc różne rzeczy, by się o tym przekonać, np. dzwonię ze skargą, że auto nie zapaliło. No to on przyjeżdża, patrzy: niezatankowane. I biegnie z kanistrem na stację benzynową. Albo informuję go, że czeka mnie operacja lub jestem bardzo chora. Powodem takiego wikłania bywa też chęć zemsty. Staram się o to, by były partner znów za mną zatęsknił, a ja wtedy powiem mu: „Figa z makiem!”. Kolejny motyw trzymania na smyczy byłego męża to ambicja: „Jeśli nie ja, to żadna inna nie będzie go miała”. Ale jakakolwiek jest motywacja, prawdziwą przyczyną są zawsze dawne żale. I to z obu stron. Bo takie gry są możliwe tylko z mężczyznami, którzy chcą w nie grać. A więc z tymi, którym to pochlebia, którzy myślą: „Wciąż mam nad nią władzę. Niech zobaczy, jaki jestem wspaniały, i za mną zatęskni”. Ale to jak przechowywanie w domu śmieci z zeszłego roku, niedobry pomysł.

Jak zamknąć za sobą drzwi, wybaczyć, uwierzyć na nowo w siebie, zwłaszcza gdy mamy z byłym/byłą dzieci?
Dotyka pani szalenie ważnej sprawy, która czasem uniemożliwia otworzenie się na nową relację, a mianowicie – akceptacji rzeczywistości. Jeśli jej nie akceptuję, to nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy. A wtedy – chociaż tamtego człowieka nie ma fizycznie, tak na co dzień, koło mnie – on jest cały czas w mojej głowie, taki nieobecny obecny. Sama go stwarzam, jeśli wciąż zastanawiam się, przypominam sobie, roztrząsam to, co było i co mogłoby być, gdybym postąpiła inaczej. Stwarzam nieobecnego obecnego, gdy wierzę, że tamta relacja mogłaby się nie skończyć. Łudzę się, że tamta miłość powróci, jeśli tylko... Takie myślenie to kotwica, która trzyma w miejscu, w przeszłości.

Czasem ludzie mówią: „Ale my mieliśmy taki seks i takie poczucie jedności jak z nikim innym”. Albo: „To był mężczyzna/kobieta mojego życia, tylko byłam za głupia/za głupi…”.
Właśnie – „byłam/byłem”. Póki wciąż jestem w tym, co minęło, nie mogę iść do przodu: nie mogę tak szczerze i w pełni wejść w nowy związek, a więc przeżyć w nim seks „po nowemu” i poczuć nową bliskość. Jestem z kimś nowym na pół gwizdka i dlatego na pół gwizdka doświadczam.

Złość na byłego czy byłą też może być przeszkodą? Pewien mężczyzna opowiadał nowej partnerce, jak skrzywdziła go była żona, więc ta myślała, że już tamtej nie kocha. Jednak skupienie jego uwagi – nawet tej złej – na eks było tak duże, że zaczęło niszczyć nowy związek.
Złość nie zawsze mija razem z miłością. Może trwać mimo jej braku. Ale może być też sygnałem, że nie rozstaliśmy się do końca. Dlatego w takiej sytuacji warto powiedzieć partnerowi: „Kochany, załatw tę sprawę, bo nie możemy przez nią być szczęśliwi. Idź do psychologa (lub do kumpla, do barmana) i zrób coś z tym! Ale mnie już tymi wspomnieniami nie dręcz”. Nowy związek to nie miejsce na roztrząsanie starych uczuć. Mówimy, oczywiście, co się z nami dzieje, ale nie „szczególimy”. Nie wywalamy tego, co mamy nazbierane na wątrobie, w nowej sypialni. Nowy związek jest po to, byśmy zaplanowali nowe życie: dom czy mieszkanie? A dzieci? Czy będziemy je mieć? A jak je wychowamy? To nierealne, kiedy wciąż wspominamy, czujemy złość albo smutek, a nawet planujemy zemstę... Nie możemy wtedy mieć dobrego nowego związku ani nauczyć się żyć samotnie, a być może tak wolelibyśmy i też tak byłoby uczciwiej wobec ewentualnych partnerów czy partnerek. Roztrząsając przeszłość, mamy tylko iluzję miłości i rojenia o szczęściu.

Bywa, że do życia w iluzjach jesteśmy zmuszani. Tak jak mężczyzna, który szantażowany przez byłą żonę, że rozstanie zabije ich córkę, udawał, że z nimi nadal mieszka. Wynajął mieszkanie obok i przychodził o świcie przed pracą, żeby oszukać dziecko. Inny przekonał synka, że mieszka z dziadkami, bo oni potrzebują opieki.
Kobieta wikłająca byłego w przeszłość sama jest w nią uwikłana. Jeśli trafi do mnie, to ja jej bardzo współczuję. Najwidoczniej czuje się nadal boleśnie zraniona, z czego nie zdaje sobie sprawy. I pogrywa dziećmi, nawet nie myśląc o tym, że używa ich do zemsty i kontroli nad byłym. Często jest nawet przekonana, że kieruje nią dobro dziecka. Nie pogodziła się więc z rozstaniem i, co gorsza, nie daje szansy pogodzić się z nim swojemu dziecku, a nawet byłemu partnerowi. Trauma ich rozstania trwa przez to nadal. Kiedy tak zagubiona i zraniona kobieta trafi do mnie, pytam ją: „Czy chcesz nauczyć się żyć i postępować inaczej? Zmienić swój los? Żyjąc w taki sposób, nie dajesz sobie szansy na nową miłość, bo cały czas tkwisz jedną nogą w przeszłości. Czy chcesz uwolnić się od tego cierpienia? Dorosnąć?”.

Dorosnąć?
Tak, bo brak akceptacji dla rzeczywistości, czyli w tym wypadku dla rozstania, świadczy o braku dojrzałości. Ten problem dotyka tego, co mnie najbardziej zajmuje jako psycholożkę. Podtrzymywanie iluzji to dowód niedojrzałości. Bo jej miarą jest właśnie zdolność i umiejętność akceptacji faktów. Jak w tej modlitwie: „Użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

No tak, ale jak odróżnić to, na co mam wpływ, od tego, na co wpływu nie mam?
Jeśli jestem dojrzałym człowiekiem i nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy, tego, że jestem sama – wciąż liczę na to, że ta miłość powróci – sprawdzam, czy to możliwe. Jeśli nie mam pomysłu, jak się o tym przekonać, proszę o radę fachowca i dostaję wskazówki. Zapewne poradzi mi, bym z tą osobą porozmawiała, napisała do niej list, pojechała i wyciągnęła rękę. Mówimy: „Słuchaj, przebaczam ci wszystko”, jeśli to on mnie zdradził, oszukał itp. Albo jeśli to ja zawiniłam, przyczyniłam się do naszego rozstania: „Przebacz mi, proszę, wszystko i zacznijmy od nowa”. A potem czekam na odpowiedź. Jeśli jednak usłyszę: „Dziękuję, nie”, to wracam do pierwszego punktu – jeśli nie mogę zmienić, to muszę zaakceptować. Dać za wygraną. To proste i na tym można zakończyć ten wątek.

Może. A da się tego nie zaakceptować?
A masz wybór? Nie masz. W każdym z nas jest dziecko, które chce, żeby było tak, jak ono myśli. Ale ponieważ to jest dziecko, to raz chce, a raz nie. No więc masz go co prawda dość, ale myślisz: „A może on się zmieni?!”. Albo: „Koleżanka ma gorzej”. Albo: „Mama mi mówi, że ona to dopiero miała życie! W porównaniu z moim było koszmarem”. Czyli mogę raz chcieć, a raz nie chcieć. A to przeszkadza zobaczyć rzeczywistość. Trzeba nazwać problem, by go rozwiązać, bez tego będę walić głową w mur, aż ją sobie rozbiję. A mur? Jak stał, tak stoi. No i wtedy dopiero – cała pokiereszowana, zrezygnowana – pogodzę się z faktami: już nie jesteśmy razem.

Akceptacja dotyczy w tym wypadku nie tylko rozstania, lecz także tego, co to znaczy „się rozstać”.
Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym, co to znaczy, a więc że nie jest już na każde moje zawołanie. Tylko to, co dotyczy naszego dziecka, dotyczy i jego. Nic poza tym. Choroby, długi, praca matki tego dziecka – już nie. Dbamy razem tylko o dobrostan dziecka, ale już nie o drugiego rodzica.

Jak uwolnić się od tych iluzji, od poczucia krzywdy albo winy, żalu? Jak nie dać się szantażować?
Użyć rozumu, pomyśleć: „Czy mi to służy, czy szkodzi?”. Jeśli on zniszczył moją samoocenę, to znaczy, że jestem współuzależniona. Bo wtedy moje poczucie własnej wartości zależy od tego, co robi ktoś inny. Nie ma jednej, dobrej dla wszystkich metody wybaczenia. Jedni mają większą duchową siłę, inni mniejszą, a zdolność do wybaczenia zależy właśnie od niej. Od zdolności do zaakceptowania rzeczy, których nie pochwalam lub które mnie bolą. Mogę to zrobić, jeśli zdaję sobie sprawę z tego, że ja też nie jestem doskonała. A więc wybaczenie wymaga też cnoty pokory. Kiedy wiem, że sama nie zawsze postępuję właściwie, mam większą wyrozumiałość dla innych. Ludzie zdradzają, piją, kłamią, kradną. Nie idealizuję innych ani siebie. W wybaczeniu może pomóc przestawienie się z myślenia negatywnego (roztrząsanie jego wszystkich wad i win) na pozytywne (przypomnienie sobie o zaletach i dobrych uczynkach). Tak dla równowagi.

Jak to zrobić?
Pomyśleć: „Może był złym mężem, ale jest cudownym ojcem”. I łatwiej będzie pozwolić mu odejść, założyć nową rodzinę, być szczęśliwym. Pożegnać się z nim albo pozwolić mu wrócić i zacząć od nowa.

A jeśli nie wracamy do byłych, to co zrobić w sytuacji, kiedy jesteśmy wikłani, i to poprzez dzieci?
Iść do sądu, nie bać się; znam wielu wspaniałych sędziów rodzinnych. Są tam też mediatorzy. Wroga postawa i zaprzeczanie rzeczywistości są szkodliwe dla dzieci. Bo dzieci żyjące w kłamstwie i iluzji nie mogą prawidłowo się rozwijać, nie wierzą temu, co czują i co widzą.

Nowa partnerka co może zrobić?
Zadzwonić do byłej. Ja bym tak zrobiła i powiedziała: „Jestem jego kobietą i chciałabym uczestniczyć w każdej ważnej części jego życia. Nie wiem, jak pani patrzy na całą sprawę, ale ja też nie wiem, jak na nią patrzeć. Porozmawiajmy, zastanówmy się razem”. Nierozmawianie o tej sprawie ze wszystkimi uczestnikami jest niedobre. Tamta kobieta mogłaby powiedzieć: „Czekam, aż dziecko będzie miało 12 lat”, a wtedy ja: „Ale dla mnie to oznacza bycie w bardzo niekorzystnej roli przez kolejne lata”. W moim interesie leży, żeby mieć jasność.

Dzwonienie do byłej to nie jest przekraczanie granic?
Przecież chodzi o moje sprawy. Nie idę do niej i nie mówię jej, co ma robić: „Najlepiej sobie kogoś znajdź…”. Mówię tylko o sobie i dbam o swoje sprawy, a to nie jest przekraczanie granic. Ukrywanie rozwodu ma służyć dziecku? Nie służy nikomu. Przecież zdarza się, że w jego klasie co drugi uczeń nie mieszka z obojgiem rodziców, a co czwarty ma rodzeństwo z drugiego małżeństwa rodzica. Rozwód to nie jest wstydliwa choroba. To często sposób rozwiązania groźnych konfliktów i poprawy jakości życia emocjonalnego wszystkich zainteresowanych. Tak jak akceptacja rzeczywistości, a ta bez względu na to, czy dotyczy starzenia się, śmierci bliskiej osoby, czy utraty majątku, zawsze jest warunkiem pogody ducha.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska doktor psychologii, terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek, m.in. „Zaproszenia do życia”, „ Podnieś głowę” i „Sekretów kobiet”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Przystanek numer 2. Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację?

Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Było, minęło, walizki spakowane, tym razem się uda! Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację, co wyrzucić, a co zabrać ze sobą – radzą psychologowie Joanna Dulińska i Michał Duda.

Nowy związek – wszystko nowe?
Joanna Dulińska:
Nie zawsze. Często tak bardzo jesteśmy przywiązani do naszej wizji idealnego związku, że nie tylko rozstajemy się z kimś, kto do niej nie pasuje, ale też wchodzimy z nią w kolejną relację, już z kimś innym. Gdy nasze oczekiwania i niezaspokojone potrzeby pozostają te same, na następnego partnera wybieramy zwykle kogoś podobnego do poprzedniego.

Dlaczego tak się dzieje?
Michał Duda: Bo nadal jesteśmy tacy sami. Podam przykład: kobieta uważa, że jej wymarzony partner powinien być samodzielny. Gdy poznaje kogoś, kto jej się podoba, zaczyna na niego wpływać, by stał się dokładnie taki, jak ona chce. Tym samym, paradoksalnie, on przestaje być samodzielny, a ona wymienia go na kogoś bardziej niezależnego. Nie jest jednak w prawdziwej relacji z żadnym z tych mężczyzn, tylko próbuje dostosować ich do swojego wyobrażenia, żeby sama nie musiała się zmieniać.
J.D.: Zapominamy, że to, jakich mamy partnerów, mówi wiele o nas samych. Załóżmy, że każdy kolejny facet na mnie krzyczy. To znaczy, że potrzebuję nauczyć się stawiania granic, ale nie przez ucieczkę, tylko konfrontację. Kolejne związki pokazują, co musimy w sobie zmienić. Warto porzucić myślenie, że to od innych, a nie od nas, zależy jakość relacji. Jeżeli podejmę próbę stworzenia nowej siebie, a mój związek pozostanie taki sam, będzie mi łatwiej odejść.
M.D.: Kolejne związki mogą być do siebie podobne, bo zamiast z partnerem, jesteśmy w relacji z… rodzicem. Zdarza się, że kobiety szukają w mężczyźnie ojca. Pragną uwagi, której nigdy od niego nie dostały. Prędzej odnajdą ją relacji z jakimś nauczycielem, mentorem, ale nie w związku. Kiedy mężczyźni potrzebują, żeby się o nich troszczyć, dbać, często wynieśli to z domu albo właśnie tego im tam brakowało.

A gdy wiążemy się z kimś, kto jest odwrotnością byłego partnera?
M.D.: To wpadamy w pułapkę. Odwrotność starego to cały czas stare.

Ale przecież tamten siedział w domu, a ten zabiera mnie w ciekawe miejsca...
J.D.: Zazwyczaj sednem sprawy jest nasz wewnętrzny konflikt. Przypuśćmy, że jakaś kobieta rozstaje się z zasiedziałym domatorem, ponieważ ma ochotę zwiedzać świat. Spotyka kogoś, kto też lubi podróżować, i co się dzieje? Po trzech miesiącach jest niezadowolona, bo chciałaby więcej bywać w domu. To może oznaczać, że w sferze jej potrzeb zaistniał konflikt pomiędzy stabilnością, posiadaniem rodziny a wolnością, niezależnością. Zmieniając partnerów, próbuje rozwiązać go z pomocą innych ludzi, zamiast zajrzeć w siebie.
M.D.: Na początku związku z podróżnikiem nasza bohaterka może przez chwilę czuć dużą ulgę. Ale przecież był też jakiś powód, dla którego wybrała człowieka, który lubi siedzieć w domu.

Na przykład?
M.D.: Może to był idealny kandydat na męża, ktoś, z kim mogła założyć rodzinę, a do satysfakcjonującej relacji brakowało jej tylko częstszych podróży? Nie chodziło o to, żeby wywracać życie do góry nogami, tylko wprowadzić do niego więcej dynamiki. Niezależnie od tego, kto chce siedzieć w domu, a kto jeździć po świecie – bajka jest ta sama, zmieniają się tylko role.
J.D.: Chyba, że to siedzenie w domu było dla niej czymś nowym. Nasyciła się tym i zaczęła chcieć już czegoś innego. Wówczas będzie nadal myślała o kimś, kto będzie cenić domowe zacisze, ale też zaspokoi jej potrzebę kolejnego „nowego”. Jeśli nie ma wewnętrznego konfliktu, będzie szukać możliwości integracji obu tych jakości.

Jeśli więc rozwiąże swój wewnętrzny konflikt, jest szansa, że znajdzie kogoś, kto będzie zarówno domatorem, jak i podróżnikiem?
J.D.: Będzie jeszcze inaczej. Jeśli dojdzie do porozumienia sama ze sobą, w jej życiu może pojawić się ktoś, kto wniesie do niego zupełnie nową jakość. Stanie się tak pod jednym wszelako warunkiem, że będzie mieć w sobie zgodę na ciągły rozwój i przestanie dążyć do tego, by wszystko było dokładnie takie, jak ona chce.

Drugi związek wyznacza jednak jakiś nowy etap w życiu?
M.D.: Czasami związek się kończy, bo w tym układzie już nic się nie wydarzy i kolejny jest trochę przypadkowy, z kimś, kto przypuszczalnie nie wzbudziłby wcześniej mojego zainteresowania. Jednak może się okazać, że ta relacja nieoczekiwanie mnie „zaśsie”, chociaż nie pasuje do moich wcześniejszych wyobrażeń na temat związków ani nie jest ich odwrotnością. W takich właśnie przypadkach pojawia się nowa wizja, która w żaden sposób nie jest kontynuacją starej.
J.D.: Jest tylko jeden warunek: trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy.
M.D.: Drugi związek wynika czasami właśnie z tego, że ktoś wchodzi w nową fazę życia. Dzieje się tak, kiedy dotychczasowa relacja nie zmienia się razem z naszym rozwojem, a pojawia się ktoś, z kimś możemy wejść w nowy etap.

Ale chyba nie w każdej fazie życia potrzebujemy nowego partnera?
J.D.: To, co nas fascynuje w drugiej osobie, powinniśmy odnaleźć też w sobie. Jeśli podążą za tym obie strony, stworzą pewną całość, wtedy pojawi się „my”. Kiedy wspólnie przekraczamy własne ograniczenia, wchodzimy w kolejne etapy: podróże, budowę domu, zakładanie firmy, wychowywanie dzieci – stawiamy czoła nowym wyzwaniom i w ten sposób cementujemy nasz związek. Jak się zatrzymamy na tym, co już znamy, pojawią się w naszym życiu osoby z zewnątrz, które będą z nami flirtować tym „nowym”, na które mamy akurat zapotrzebowanie. I wtedy przed nami dwie drogi: możemy otrzymać to w starym związku albo pójść za flirtem.

A stąd prosta droga do romansu…
M.D.: Nowy związek często przychodzi wtedy, kiedy w starym pojawiają się przeszkody nie do przejścia. Wtedy ta druga relacja ma rzeczywiście raczej charakter romansu, który powinien być częścią gry w stałym związku. To moment, w którym nie ma już miejsca na kompromis, a negocjacje stają w martwym punkcie. Romanse mają to do siebie, że statystycznie rzadko przeradzają się w nowy związek. Najczęściej wracamy do tego, w którym byliśmy poprzednio.

Dlaczego?
M.D.: Bo musi się zmienić nasz punkt odniesienia. Kiedy ludzie są zakochani, stają się kimś innym. Potem powracają do tego, jacy byli, ale tęsknią do siebie z początku związku, fazy zauroczenia. Wtedy związek zatrzymuje się w rozwoju, coś zaczyna się psuć. Okazuje się, że tym brakującym elementem jest flirt. Jeśli da się go wskrzesić w obecnym związku, drugi nie będzie potrzebny. Może jednak się zdarzyć, że w nowej relacji powstanie wspólne „my”, nowa pełnia, która okaże się silniejsza od poprzedniej.
J.D.: Romans często zmienia związek. Ze strony osoby, która go nawiązuje, zwykle jest większa gotowość na zmiany, na pracę nad sobą. Jeśli w zdradzanej osobie też się uruchomi ten proces, więź się utrzyma.
M.D.: Niestety, ta druga osoba często zamyka się na zmiany, staje się konserwatywna.
J.D.: W takiej sytuacji raczej się rozstaną. Aby do tego nie dopuścić, obie osoby musiałyby znaleźć jakąś wspólną pasję, zainteresowanie.
M.D.: Bywa, że ktoś, kto ma romans, sam ma problem, żeby wejść w nowy związek i ze strachu przed niewiadomym chowa się do starego.
J.D.: Albo prowadzi podwójne życie. Romansuje dopóty, dopóki relacja nie zagraża stałemu związkowi, po czym kończy ją i zaczyna następną znajomość. Zawsze jest gdzieś pomiędzy. Próbuje mieć wszystko, a nie ma niczego.
M.D.: Romans może być szansą zarówno dla związku, jak i partnera, który jest zdradzany. Jeśli tę cechę, umiejętność, „nową jakość”, którą wnosi rywal, odnajdzie w sobie osoba zdradzana, i to nie tylko po to, żeby zatrzymać żonę czy męża – uratuje tę relację. Romans przestanie być bowiem atrakcyjną alternatywą. Musi to być jednak prawdziwa wewnętrzna przemiana.
J.D.: Ważne jest, by w takiej sytuacji przyjrzeć się sobie: jak się z tym czuję, na czym mi zależy i co mogę zmienić.

To trudne.
M.D.: Tylko na początku. Każdy lubi dowiedzieć o sobie czegoś nowego.
J.D.: Nie negujemy oczywiście negatywnych emocji, jakie towarzyszą zdradzie, chociażby zranienia.

Często, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego coś się skończyło, koniecznie chcemy znać winnego.
M.D.: Między ludźmi musi być element tajemnicy. Bez niego stajemy wobec niebezpiecznej inżynierii związku. Myślenia, że można go zaplanować od początku do końca. Godzimy się na to, by powstał z magii, ale do akceptacji jego zakończenia potrzebujemy konkretów – ktoś musi być odpowiedzialny za rozstanie. Warto przestawić swoje myślenie: coś się skończyło, bo się skończyło. I nikt nie jest winny.
J.D.: W takim momencie warto się zatrzymać i być wdzięcznym za to, co się wydarzyło. Ludzie, którzy się rozstają, mówią często: „Nigdy mnie nie kochałaś, to małżeństwo było życiowym błędem”. Jeżeli przyjmą, że kiedyś było inaczej, że była miłość, czułość, wspaniałe chwile – zostanie z nimi wszystko to, co było najlepsze w tym związku, czego on ich nauczył. Rozstaję się, ale szanuję poprzedniego partnera. Zaspokoił moje ówczesne potrzeby, a teraz chcę iść dalej. To bardzo ważne, bo wtedy nie będę porównywać z nim kolejnego.

A co wtedy, gdy kończymy stary związek, a nie możemy wejść w nowy? Kiedy pojawia się lęk, obawa, że nikogo nie spotkamy?
J.D.: Może ten czas jest nam potrzebny, żeby pobyć ze sobą sam na sam, lepiej się poznać, coś w sobie zmienić… – i to wcale nie tylko po to, by poznać kogoś nowego, lecz by wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Dokąd tego nie zrobimy, nic dobrego się nie wydarzy.
M.D.: Jest taki stereotyp, że życie jest udane tylko wtedy, kiedy upływa w związku z drugim człowiekiem. Tymczasem nie wszystko kręci się wokół tego tematu i nie na każdym etapie naszego rozwoju musimy być w zdeklarowanej relacji. Jeśli drugi związek się nie przydarza, to myślenie o tym, dlaczego tak się dzieje, jest marnowaniem czasu. Czy nie lepiej wykorzystać go na to, by coś stworzyć, pobyć wśród przyjaciół, zrobić coś dla siebie? Dobrze mieć chwilę przerwy, oddechu, zanim zacznie się pisać nową opowieść.

Joanna Dulińska - psycholog, dyplomowana psychoterapeutka i nauczycielka pracy z procesem.

Michał Duda - psycholog, zajmuje się psychologią procesu.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Seks

Orgazm na emeryturze

Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Młodzi obsadzają cię w roli babci, a ty wciąż masz wielki apetyt na życie i seks? Nie musisz przechodzić na erotyczną emeryturę! Możesz mieć orgazm za orgazmem, bo dopiero teraz wiesz, jak go osiągnąć i poczuć jego prawdziwy smak.

Pamiętacie tę scenkę z serialu „Seks w wielkim mieście”, kiedy zrozpaczona Samantha oświadcza koleżankom, że straciła orgazm? Carrie próbuje ją pocieszyć, że czasami po prostu się nie udaje. „Mnie się zawsze udaje” – ucina Samantha i nawet nie chce słuchać zapewnień przyjaciółki, że pewnego dnia orgazm znów się pojawi. Tymczasem Charlotte dolewa oliwy do ognia: „Czytałam artykuł o kobiecie, która miała orgazm za każdym razem. I nagle… Przestała mieć. Na dobre. Po prostu zużyła cały swój zapas”.
Myślicie, że jest jakiś limit orgazmów, które przysługują nam na całe życie? Że w „pewnym” wieku zostają nam już tylko wspomnienia?

Rozkosz bez limitu

Kiedyś byłam w kinie na filmie „Lepiej późno niż później”. Podczas sceny, w której Jack Nicholson i Diane Keaton uprawiają seks, usłyszałam rozmowę pary siedzących obok 20-latków: „To w tym wieku jeszcze uprawia się seks?!”. No cóż…

– Młodzi często uważają, że w pewnym wieku seks trzeba odłożyć na półkę, a zająć się plewieniem ogródka lub opieką nad wnukami – uśmiecha się Violetta Nowacka, specjalistka od edukacji seksualnej, psycholożka prowadząca poradnię SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. I uspokaja: – Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci.

Na dowód przytacza dane: 41 proc. emerytów deklaruje, że regularnie uprawia seks, a 15 proc. robiłoby to, gdyby tylko miało partnera. Co czwarty mężczyzna po siedemdziesiątce jest sprawny seksualnie, a większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. I choć Jacek Cygan pisał: „Za młodzi na sen, za starzy na grzech”, kobiety mają inne zdanie na ten temat. Przykłady?Jane Fonda: „Mam 74 lata i nigdy wcześniej moje życie seksualne nie było równie satysfakcjonujące. W młodości krępowało mnie tyle obaw – nie wiedziałam, czego pragnę”.
Nasze krajowe gwiazdy, kobiety energiczne i zachłanne na życie, tylko potwierdzają, że seks po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce jest najlepszy w całym życiu. „Może być lepszy niż po dwudziestce, bo już nie trzeba się niczego bać, wstydzić. Daje tylko radość. Wreszcie kobieta nie musi się denerwować, że zajdzie w ciążę. Może też puścić wodze fantazji, bo nie uprawia seksu z obcym mężczyzną, tylko z tym, komu ufa i komu może wszystko powiedzieć. Nie należy opowiadać bzdur, że w pewnym wieku seks nie ma już znaczenia” – mówi Bożena Dykiel. Podobnego zdania jest Urszula Dudziak: „Myślę, że dla kobiety najlepszy czas zaczyna się po menopauzie. Nawet seks smakuje wtedy lepiej. Seks uzdrawia i utrzymuje nas w dobrej formie. Dzięki niemu jesteśmy młodzi, piękni i radośni. Jest on integralną częścią naszego szczęścia. My mamy fantastyczny seks i czuję, że to się chyba nigdy nie skończy”.

Ale po co nam ten orgazm?

„Bez męskich orgazmów nie byłoby dzieci” – zauważają Annika Sommerville i Lisa Williams, autorki książki „Dużo orgazmów proszę”. „Mężczyźni potrzebują ich do prokreacji; gdyby seks był dla nich nudny, doprowadziłoby to do spadku liczby narodzin, a w efekcie do wymarcia ludzkiego gatunku”. Może dlatego przez wieki utarło się, że mężczyźnie orgazm się po prostu należy. Sami panowie traktują zresztą swój orgazm jako coś oczywistego. W dodatku mogą zostać ojcami nawet w późnym wieku, kiedy bardziej przypominają dziadka niż ojca dziecka.

A po co kobiety doznają seksualnej rozkoszy? I to w dodatku w dekadzie życia, w której nie mamy ani szans, ani nawet ochoty na potomstwo, bo menopauza pozbawiła nas tej możliwości. Może po to, żebyśmy czuły się bardziej atrakcyjne? Bo przecież kobieta podczas szczytowania jest niezwykle podniecająca. „U kobiet orgazmy są seksowne – zarówno dla nich, jak i dla ich partnerów” – twierdzą autorki książki. Przekonują, że kobiety, które mają orgazmy, a zatem udane życie seksualne, lepiej śpią, mają wyższe poczucie własnej wartości, są bardziej zadowolone z siebie i swojego życia oraz mają więcej energii, która napędza je do działania. Naukowcy podkreślają, że kobieca satysfakcja seksualna to prawdziwa tabletka na szczęście. „Orgazm poprawia jakość snu, pomaga zachować młody wygląd, a jeśli osiągasz go podczas seksu z partnerem, to wzmacnia waszą więź” – piszą Sommerville i Williams. Radzą więc: „Kiedy się czujesz zestresowana, wyczerpana i potrzebujesz czasu dla siebie, może warto dać sobie orgazm, zamiast robić zakupy online, obsesyjnie przeglądać Internet albo przesiadywać na Pudelku”.

Violetta Nowacka przytacza badania przeprowadzone na Rutgers University w USA, z których wynika, że aktywność seksualna trzyma nas w dobrej formie do późnej starości. „Seks i orgazm sprawdzają się w leczeniu bólu – zastępują dwie tabletki aspiryny, łagodzą schorzenia reumatyczne, przewlekłe bóle artretyczne, wzmacniają mięśnie całego ciała, dzięki czemu stajemy się bardziej elastyczne i odporne na zmęczenie. Poza tym podczas seksu spalamy prawie tyle kalorii, ile podczas joggingu, co w pewnym wieku, kiedy spada metabolizm i łatwo o dodatkowe kilogramy, jest nie bez znaczenia” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Co więcej, charakterystyczna dla wieku pomenopauzalnego u kobiety atrofia ścianek macicy postępuje wolniej, gdy regularnie uprawia ona seks.

A co, gdy orgazmu nie ma?

Orgazmu na długie lata pozbawił kobiety Zygmunt Freud, który uważał, że orgazm łechtaczkowy jest mniej wartościowy. Kobiety, które tylko w ten sposób potrafiły osiągnąć przyjemność (a jest to znacząca grupa), uważały więc, że prawdziwego orgazmu osiągnąć nie potrafią. Teoria Freuda, jak wiele innych, została w końcu obalona, a orgazm łechtaczkowy zyskał pełnoprawną wartość. O przewadze łechtaczki nad penisem napisali też Sylwia Jędrzejewska i Andrzej Depko w najnowszej książce „Kobiety, które pragną bardziej”. Przekonują: „Kobiece ciało jest wyposażone w narząd służący wyłącznie do dostarczania przyjemności seksualnej. To łechtaczka. Mężczyźni takiego narządu nie posiadają. Penis niestety nie jest narządem, którego można zazdrościć. W pewnym momencie aktywności seksualnej staje się niewydolny, niejednokrotnie rozczarowuje partnerów, podczas gdy łechtaczka zawsze jest gotowa dostarczać właścicielce przyjemności i tak łatwo się nie męczy. To narząd posiadający osiem tysięcy połączeń włókien nerwowych – penis ma ich o połowę mniej”.

Dziś ocenia się, że tak naprawdę jedynie mniej niż 5 proc.kobiet nie jest w stanie osiągnąć orgazmu. Autorki książki „Dużo orgazmów proszę” zapytały kobiety o to, dlaczego nie miały w ostatnim roku orgazmu podczas seksu ze swoim partnerem. Aż 41 proc. wyznało, że podczas seksu myśli głównie o tym, że źle wygląda (jest za gruba, za duża, ma za małe piersi albo za duży brzuch). To sprawia, że – skupione na swoich deficytach i wadach – nie potrafimy czerpać satysfakcji z seksu. „Jako kobiety jesteśmy wychowane w przekonaniu, że nasza wartość seksualna, i nie tylko, jest oparta na wyglądzie” – argumentują autorki. Tymczasem dojrzałość przynosi większy luz. I choć nasze ciała nie wyglądają jak 30 lat temu, to już wiemy, że to nie ma znaczenia. „Stajemy się odważniejsze, bo co niby mamy do stracenia? Mam obwisłą skórę, no i co? On też” – twierdzi Jane Fonda.

Według tych samych badań 40 proc. kobiet nie osiągnęło orgazmu z powodu pośpiechu i ograniczenia czasowego, a 31 proc. dlatego, że nie potrafiło powiedzieć partnerowi, co tak naprawdę sprawia im w łóżku największą przyjemność. I tu też dojrzałość ma przewagę. „Starsi ludzie mogą być seksowni i świetnie się bawić w łóżku” – piszą Sommerville i Williams. „Teoretycznie, gdy osiągamy ten wiek, kiedy człowiek zaczyna wzdychać: »O, jak miło sobie posiedzieć«, i nie musi dłużej udawać, że lubi festiwale muzyczne, powinniśmy już znać swoje ciało na wylot. Wiemy, czego oczekujemy od partnera”. W młodości godziłyśmy się na kiepski seks, a nawet udawałyśmy orgazm, żeby nie zrobić mu przykrości, teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. W dodatku znikają problemy młodości – dzieci za ścianą, rata kredytu do zapłacenia, szef, który w pracy wylał na nas swoje frustracje. Jest jeszcze jeden powód, dla którego seks po menopauzie daje nam już tylko radość – znika lęk, że zajdziemy w niepożądaną ciążę.

Czy można mieć za dużo orgazmów?

Podobno im więcej, tym lepiej. W dodatku kobiety mogą mieć orgazm wielokrotny, czyli podczas jednego stosunku potrafią szczytować kilka razy. To nasza przewaga nad mężczyznami – podczas gdy oni mają zwykle jeden, i na tym koniec (wyjątkowo dwa), my możemy mieć kaskadę orgazmów. I to aż do późnej starości. Kolejna różnica między nami – co zauważają Sommerville i Williams – mężczyźni z wiekiem coraz rzadziej miewają orgazmy, ale kobiety z roku na rok się rozkręcają. Na dowód przedstawiają badanie, w którym poddano wieloletniej obserwacji 800 pań. I co się okazało? Że połowa kobiet po osiemdziesiątce doświadcza satysfakcji seksualnej za każdym lub prawie każdym razem. Co więcej, okazuje się, że seks z biegiem lat może być lepszy, zgodnie ze starym porzekadłem „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. U kobiet coś takiego jak erotyczna emerytura po prostu nie istnieje. Według statystyk seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie: ile orgazmów miesięcznie powinnaś osiągać? „Seks to nie owoce i warzywa, żeby fundować sobie pięć zalecanych porcji dziennie. W życiu intymnym nie liczy się ilość, lecz jakość. Nie ma znaczenia, jak często uprawiasz seks i ile masz orgazmów” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Jeśli masz ochotę na orgazm, dobrze wiedzieć, jak go osiągnąć. Bez presji. Za to z przyjemnością.

A co, gdy zawodzi zdrowie?

Pamiętacie scenę z filmu „Lepiej późno niż później”, w której bohater grany przez Jacka Nicholsona podczas preludium do seksu z młodziutką kochanką dostaje ataku serca? No cóż… Starszy pan przesadził z viagrą i entuzjazmem, a niezdrowy tryb życia dał o sobie znać. Bo nawet w chorobach serca seks jest dobry i bezpieczny. Violetta Nowacka twierdzi, że sam stosunek nie jest wielkim wysiłkiem dla serca. Pod warunkiem że nie przerabiamy w łóżku wszystkich pozycji Kamasutry albo nie zabawiamy się w odgrywanie scen z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. „Można go porównać z dość szybkim spacerem” – twierdzi specjalistka i dodaje, że nawet miesiąc po przebytym zawale nie trzeba rezygnować z seksu, a bezpieczna jest wtedy pozycja „na łyżeczkę”. Ma też radę dla panów na kłopoty z potencją: „Powinni kochać się regularnie i najlepiej nad ranem. Wtedy poziom męskich hormonów jest najwyższy i o wzwód najłatwiej”.
Violetta Nowacka podkreśla, że regularne współżycie pozwala łagodniej przejść przez trudny czas po menopauzie i pogodnie wkroczyć w starszy wiek: „Jeśli mamy związane z seksem pragnienia, nie dajmy się presji społecznej i uprawiajmy seks. Nie przestajemy być mężczyznami i kobietami tylko dlatego, że przekroczyliśmy sześćdziesiątkę. Kochaj się optymalnie raz, dwa razy w tygodniu, a jeśli nie masz z kim, możesz się zaspokajać sama. Kto powiedział, że masturbacja to przywilej wyłącznie młodych?”.