1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Brak wiary w siebie, poczucie winy, niepewność – uczucia, które zatruwają życie

Brak wiary w siebie, poczucie winy, niepewność – uczucia, które zatruwają życie

Poczucie winy tworzy niewidzialnych, niemych ludzi. (fot. iStock)
Poczucie winy tworzy niewidzialnych, niemych ludzi. (fot. iStock)
O stanach, które – jeśli trwają zbyt długo – czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Życie w poczuciu winy

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę.

Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie). I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona.

A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje. Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo nadto zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Nie stawajcie się niewidzialnymi

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat. Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy. Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii. Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego?

Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?! Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić. Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś nietajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy. „Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wybaczanie to proces. Co zrobić, by nie trwać w żalu?

Wybaczenie przynosi wolność. Nieraz jednak towarzyszy nam przekonanie, że nie wszystko można przebaczyć, bo rany są zbyt głębokie. Czy tak jest naprawdę? (fot. iStock)
Wybaczenie przynosi wolność. Nieraz jednak towarzyszy nam przekonanie, że nie wszystko można przebaczyć, bo rany są zbyt głębokie. Czy tak jest naprawdę? (fot. iStock)
Dookoła przebaczania narosło wiele nieporozumień a także mitów związanych z niewłaściwym podejściem do tematu. Dr David Stoop, amerykański psycholog, psychoterapeuta i doradca rodzinny wyjaśnia je w zrozumiały dla każdego sposób. Na początek warto sobie uświadomić, że przebaczenie dla nikogo nie jest proste.

Z jakimi przekonaniami na temat przebaczania warto się rozstać?

Nieporozumienie nr 1 - Nie można wybaczyć, zanim winowajca nie okaże skruchy. Nieporozumienie nr 2 - Kiedy wybaczasz - musisz zapomnieć. Nieporozumienie nr 3 - Zawsze musisz pojednać się z człowiekiem, któremu przebaczyłeś.

Co właściwie sprawia, że pewne rzeczy są niewybaczalne?

Gdy człowiek dokonuje rozrachunku ze swoją przeszłością i zmaga się ze swymi zranieniami, jako niewybaczalne określa zazwyczaj te czyny, które są dalekie od normalności i łamią podstawowe zasady moralne - występują przeciwko najsilniej ugruntowanym przekonaniom i są zadane nam przez kogoś, kogo obdarzaliśmy zaufaniem i miłością. Osoba, która dopuściła się takiego czynu, nawet jeśli już nie żyje, znajdzie się na naszej czarnej liście z powodu tego, co zrobiła lub zaniedbała. Morderstwo, molestowanie seksualne, zdrada małżeńska, aborcja, gwałt, rozwód, znęcanie się fizyczne, porzucenie - to przykłady, które wyraźnie łamią zasady społeczne.

Przebaczenie a konflikt wartości

Przebaczenie zawsze dotyczy moralnego wymiaru życia. Odnosi się do naszej świadomości dobra i zła, uczciwości i sprawiedliwości. Wiąże się także z uprzytomnieniem sobie, czym jest miłość, współczucie i litość. Gdy ktoś rani nas swym czynem, który pojmujemy jako niewybaczalny, przynajmniej kilka z tych wartości zostało sponiewieranych. Doświadczamy wtedy wewnętrznego konfliktu. Gdy kochana osoba nas zdradza, domagamy się satysfakcji. Doznajemy także wewnętrznego rozdarcia, ponieważ inna część naszego bytu uczuciowo wiąże się z tą osobą, współczuje jej znalezienia się w takiej sytuacji i pragnie dla niej litości. Nieuchronnie rodzi się w nas złość wywołana napięciem między tymi dwoma sposobami rozumowania, nieustająco rywalizującymi o przewagę. Jeśli skłaniamy się ku przebaczeniu, czujemy że musimy zaprzeczyć naszej wizji sprawiedliwości i uczciwości. Jednakże nie przebaczając, zaprzeczamy naszemu zrozumieniu miłości i współczucia. Nie ma łatwego wyjścia z tej niewygodnej sytuacji. Gdy ktoś nas rani i znieważa, nie chodzi tylko o złamanie jakichś norm, ale czujemy, że coś niezwykle ważnego uległo unicestwieniu - nasze poczucie niewinności. Nasze serce rozdziera pytanie - jak coś takiego mogło się wydarzyć? Wtedy naturalne pragnienie sprawiedliwości kieruje się w stronę rewanżu, który może nas tylko zostawić z nawracającym poczuciem pustki.

Rewanż nigdy nie przyniesie satysfakcji, gdyż nigdy nie może zastąpić tego, co zostało utracone. Stare chińskie przysłowie mówi: „Ten, kto szuka odwetu, powinien wykopać dwa groby.”

10 prawd o przebaczeniu

  1. Gdy wybaczasz, nie musisz zapomnieć.
  2. Dobrze jest poczuć gniew, kiedy wybaczasz.
  3. Powinieneś przestać żywić negatywne uczucia wobec osoby, której wybaczasz.
  4. Nie musisz starać się przebaczać natychmiast i zupełnie.
  5. Przebaczenie nie dokonuje się samo. Ból sam nie zniknie. Musi być poprzedzone wyborem, który prowadzi nas poprzez ten proces. Czas nie uleczy rany, tylko ją na trochę znieczuli.
  6. Kiedy przebaczasz, trzeba się przyznać do uczucia nienawiści do osoby, która nas zraniła. Wtedy można to uczucie uwolnić z siebie. Jeśli mu zaprzeczasz, tkwi w tobie.
  7. Przebaczając, nie pobłażamy szkodliwym czynom i złu. Głębia naszego smutku i gniewu bezpośrednio odnoszą się do rozmiaru niesprawiedliwości, z jaką przyszło nam się zmierzyć. Tylko rozpoznając nasz ból, smutek i gniew, jesteśmy gotowi posunąć się naprzód na drodze przebaczenia. Wybaczenie w żadnym wypadku nie zwalnia z odpowiedzialności sprawcy. Jedynie umożliwia nam umorzenie długu, jaki jest nam ten ktoś winien. My sami stajemy się przez to uwolnieni od oczekiwań wynagradzania nam strat, które ponieśliśmy.
  8. Przebaczenie jest zarazem decyzją i procesem. Wymaga czasu.
  9. Warto wybaczyć, nawet jeżeli druga osoba nie jest skruszona. Jeśli twoje wybaczenie zależy od woli skruchy drugiej osoby, jesteś zamknięty w pozycji ofiary, a druga osoba trzyma kontrolę nad tą sytuacją.
  10. W procesie przebaczania warto otworzyć się na perspektywę duchową.

Pułapki braku przebaczenia - droga do stania się zgorzkniałym

Trwanie w żalu, gniewie, poczuciu winy, które powodują przewlekły stres - wiąże się z niemożnością wybaczenia sobie lub innym. Można tu wymienić kilka objawów
  1. Emocjonalne zamknięcie
  2. Depresja
  3. Obwinianie się i zaprzeczanie
  4. Oskarżanie i usprawiedliwianie
  5. Obsesja na punkcie zdarzenia
  6. Zawstydzenie
  7. Poszukiwanie rewanżu
  8. Izolacja i wycofanie

Co dzieje się z naszym ciałem, kiedy nie wybaczamy?

Żyjemy wówczas w ciągłym stresie, prowadzącym zdecydowanie do wypalenia, zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego. Kiedykolwiek odczuwamy przedłużający się stres lub napięcie i zmagamy się z długotrwałym gniewem, podwyższony poziom hormonów ma wpływ na serce, układ nerwowy i odpornościowy organizmu, co w konsekwencji czyni nas bardziej podatnymi na nowotwory. Objawami tego we wczesnej fazie są bóle głowy, skurcze mięśni, problemy ze snem, trawieniem, wrzody oraz oczywiście depresja. Według raportu Duke University Mediacal School z 1995 roku, zabójcą numer jeden w USA nie był rak, choroby serca, AIDS ani żadna ze zwykle cytowanych przyczyn śmierci. Zamiast koncentrować się na chorobach, naukowcy badali postawy i emocje, a jako zabójcę numer jeden określili skłonność do nieprzebaczania.

Prawdopodobnie największą korzyścią płynącą z przebaczenia, jest okazja do odnowienia związków międzyludzkich. Przebaczenie jest podstawowym warunkiem do osiągnięcia sukcesu i zadowolenia. Lekarze, terapeuci i uczeni widzą w przebaczeniu skuteczne narzędzie terapii, które przynosi bardzo pozytywne efekty.

Na podstawie książki „Wybaczyć niewybaczalne”, David Stroop, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002.

  1. Psychologia

Dorosłe dzieci i błędy wychowawcze rodziców - co zrobić z poczuciem winy?

Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Wielu rodziców dorosłych dzieci żyje w poczuciu winy, że źle je wychowali. A poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Podpowiada, żeby za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom krzywdę, ale niczego nie wynagradza, tylko oddala nas od rozwiązania faktycznego problemu – mówi psycholog Ewa Woydyłło, autorka książki „My – rodzice dorosłych dzieci”, mama dorosłych córek: Magdaleny i Natalii.

Wywiad archiwalny

To bodaj pierwsza książka poświęcona znękanym, umęczonym rodzicom dorosłych dzieci. Jak wielka jest skala problemu?
Skala w sensie statystycznym nie jest znana, ponieważ trudno byłoby tu dotrzeć do prawdy. To, co czują i myślą rodzice o swoich dzieciach, zmienia się – na tym polega specyfika emocjonalnych więzi. Bardzo często martwią się z powodu swoich dzieci, ale jednocześnie bronią się przed tymi uczuciami, bo są szalenie przykre. Przymykają oczy na wiele rzeczy, powtarzają sobie: „Nie jest tak źle, to tylko chwilowe”. Taka zmienna postawa zakłóciłaby sprawdzenie rzeczywistej skali problemu.

Ale pani się nim zajęła. Dlaczego?
Ponieważ istnieje coś takiego jak doświadczenie psychoterapeuty. Może wykoślawione, bo przychodzą do nas głównie osoby, które doszły do ściany, zdesperowane, które już nie mogą dalej z tym problemem żyć. Niemniej widzę setki takich rodziców. Pytają mnie: „Co mamy zrobić? Nie możemy nic zdziałać, cierpimy”. Życie tych niemłodych przecież ludzi, którzy powinni mieć święty spokój i cieszyć się owocami swoich dokonań, jest często bardzo mocno zakłócone właśnie z powodu troski o dzieci.

Czy jednak czasem ich zmartwienia nie są wyimaginowane?
Bywa, że problemy rodziców rzeczywiście wynikają z ich nietolerancji czy niezgody na styl życia dzieci. Pewna matka martwi się tym, że jej córka nie wychodzi za mąż, mimo że od trzech lat mieszka z chłopakiem.

Rodzice mają chyba prawo nie zgadzać się z wyborami dzieci?
Oczywiście, mają prawo przeżywać na swój sposób wszystko, co dotyczy ich dzieci. Nigdy ich z tego powodu nie oceniam. Natomiast sugeruję, że może – w ramach własnego rozwoju – dobrze byłoby zacząć na przykład patrzeć niekrytycznie na decyzje swoich dzieci i zaakceptować ich sposób życia, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę nie ma powodu do zmartwień. To znaczy, kiedy dzieci nie niszczą swojego zdrowia i życia, nie przekraczają prawa i zasad moralnych.

A jeżeli jest powód?
Powtarzam rodzicom: Jeżeli wasze problemy z dziećmi spędzają wam sen z powiek, to macie dwa wyjścia – zaakceptować je albo coś z nimi zrobić. Co? Odwołać się do istniejących w naszej społeczności sojuszników: sądów, policji, psychologa, czasami do rodziny, przyjaciół. Wtedy przestaniecie się bać, jakość waszego życia się polepszy, będziecie wygrani.

Niewielu rodziców jest w stanie zaakceptować problemy dziecka – chcą mu za wszelką cenę pomóc, choć nie potrafią. A z drugiej strony nie decydują się na szukanie tej pomocy u kogoś z zewnątrz.
I właśnie na tym polega cały dramat. Bywają sytuacje, że dziecko trzeba ratować. Ale zacząć warto od siebie, bo większe szanse na to, aby pomóc dziecku, mają nie rodzice, którzy są wyniszczonymi, znerwicowanymi wrakami, ale ci, którzy wprawdzie nie mogą powiedzieć, że wszystko w ich życiu jest wspaniałe, ale mimo to umacniają się, dbają o siebie, pielęgnują swoje potrzeby. Wiem, że to może budzić kontrowersje, bo jak tu zająć się sobą, kiedy dziecko jest na dnie. Ale musimy pogodzić się z tym, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, no i nauczyć się rozpoznawać, czy nasze wysiłki są waleniem głową w mur, czy jednak jest jeszcze coś do zrobienia.

A może cały ból rodziców dorosłych dzieci bierze się stąd, że nie pogodzili się z utratą kontroli?
Można odwoływać się do kontroli, dopóki dzieci są małe albo chcą nas słuchać. Moje dorosłe córki, mające już własne dzieci, w niektórych sytuacjach przychodzą i pytają wprost: Mamo, powiedz mi to czy tamto. Ale to one decydują, nie ja. I ja się wtedy strasznie cieszę. Czasami jednak mówią: Mamo, ja cię nie pytam o zdanie. Wtedy mogę zaakceptować ich głos albo szukać sposobu, żeby je przekonać. To, do jakich sposobów uciekamy się, żeby tylko osiągnąć cel, przypomina taniec – czasami kontredans, czasami tango milonga. Bierzemy dziecko na litość, na strach, dostajemy palpitacji serca, płaczemy. Ale nieraz istotnie trzeba chwycić dziecko za kołnierz, żeby nie upadło.

Są rodzice, którzy szukając ratunku, nigdy nie zdecydują się na radykalny krok. Wolą cierpieć.
Piszę o tym w książce, że na szczęście czasami problem sam się rozwiązuje. Młoda osoba schodzi na manowce, a potem wraca. To też jest możliwe.

A jeżeli wbrew naszej woli dziecko postanawia wyprowadzić się z domu?
Taki przykład: Młody człowiek chce wyjechać na studia do Irlandii, my jesteśmy temu przeciwni. Mimo to on stawia na swoim. Cóż nam pozostaje? Zaakceptować jego pomysł. Ale jeżeli skomentujemy jego decyzję tak: „No dobra, wyjeżdżaj, ale twoja noga więcej tu nie postanie”, to wtedy zatrzaskujemy przed nim drzwi. A tego robić nie wolno. Mam nadzieję, że z książki płynie przesłanie: Rodzice nie powinni zamykać przed dzieckiem drzwi. Każdy może to robić, tylko nie oni.

Okazuje się, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: Małe dzieci  – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot.
Anglicy z kolei mówią: To nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Chodzi o to, że dzieci stawiają co chwilę przed rodzicami nowe wyzwania.

Niektórzy rodzice nie są w stanie im sprostać, bo nie umieją (nie chcą, nie lubią) się uczyć. A przychodzi pora, żeby poszerzyć swoje rozumienie świata i na przykład przyjąć do wiadomości, że córka ma skłonności lesbijskie i zamieszkała razem z przyjaciółką. Dla rodziców to cios, dramat. Jeżeli jednak nie będą w stanie zmienić swych poglądów, to ją odrzucą.

 
Rodzice czują się winni. Pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu i wiem, jak bardzo poczucie winy przeszkadza w wyzdrowieniu. Ostrzegam rodziców przed tą pułapką emocjonalną. Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Robi z nami coś takiego, że stajemy się bardziej ulegli, zakładamy filtr na oczy i widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Staramy się przy tym wynagrodzić dzieciom krzywdę, a tak naprawdę niczego nie wynagradzamy, tylko oddalamy się od rozwiązania faktycznego problemu.

Twierdzę, że poczucie winy to odmiana narcyzmu. Narcyz chce nieustannie zwracać na siebie uwagę. To samo robi człowiek z poczuciem winy. Krzysio jest leniem, ale mama mówi: „To przeze mnie, źle go wychowałam”. A Krzyś jest istotą mającą wolną wolę, ulega różnym wpływom. Uważam, że to megalomańskie i destrukcyjne mówić, że wychowanie zależy tylko od nas. Przecież na nasze dzieci oddziałują i rówieśnicy, i mass media, i gry komputerowe. Nie stawiajmy się w roli Boga. Ja zresztą myślę, że to przede wszystkim Bóg, jakkolwiek go pojmujemy, najbardziej wpływa na to, jacy jesteśmy.

Napisała pani, że dziecko ma prawo zmarnować swoje życie. To mądra, ale i piekielnie trudna dla rodziców prawda.
Bo to jego życie. Nawet gdyby rzeczywiście zbłądziło z naszej winy, to nie ma co się z tego powodu biczować. Trzeba się zastanowić, jaką zastosować metodę, żeby to zmienić. Pomóc może jedynie matka, która załatwi swoje poczucie winy w grupie, na spowiedzi, u psychoterapeuty. Nie umiałaś wychowywać przez 20 lat, to się z tego powodu nie zadręczaj, tylko zabierz do podniesienia swoich kompetencji.

Kompetencji? Rodzice sądzą, że w wychowaniu potrzebna jest przede wszystkim miłość.
Zgoda. Tylko że bardzo wielu rodziców utożsamia miłość z sercem, czyli z bezgranicznym oddaniem, dobrocią. A ja dodałabym do tego jeszcze rozum. Jeżeli córka ukradnie koleżance koraliki, to mama kierująca się głosem serca sama je odda czy podrzuci, bo chce oszczędzić swojemu dziecku przykrych przeżyć. Tym samym nie pozwala córce na naprawienie błędu. Nie trzeba w takim przypadku od razu wzywać policji, ale na pewno powinno się dopilnować, aby winowajczyni poniosła konsekwencje.

Jakie jeszcze przesłanie kieruje pani w swojej książce do rodziców?
Żyj i daj żyć dziecku. A jeżeli chcesz na nie wpływać, to musisz się liczyć z tym, że nie zawsze się to uda. Kobieta, która nie może się doczekać wnuka, niech np. powie z uśmiechem: „Życzę sobie na urodziny, żebym została babcią”. Prawdopodobnie prędzej dotrą do dziecka słowa wypowiedziane z humorem niż niewypowiedziana, ale demonstrowana dezaprobata, np. przewracanie oczami czy wymowne milczenie. Takich komunikatów nie wprost może ono po prostu nie zauważyć i potem zapyta: „A dlaczego nie powiedziałaś, że tak ci na tym zależy?”.

Inną ważną myślą mojej książki jest to, że ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim za swoje życie.Czasami opowiadam moim pacjentom bajkę, którą wymyśliłam dla swojego małego wnuka. Kończy się  jak, że oto stoję u bram niebios i święty Piotr mnie pyta: „Powiedz mi, jak przeżyłaś swoje życie”. No to ja mówię, że nie mogłam przeżyć go dobrze, bo miałam męża alkoholika. A on dalej: „A jakie miałaś talenty?”. Ja: Pięknie śpiewałam. On: „No to pewnie zapisałaś się do chóru i rozwijałaś się w tym kierunku”. Ja: Nie, bo musiałam męża pilnować. Święty Piotr: „Zmarnowałaś talent”. I tak po kolei wyliczałam, czego nie mogłam zrobić. Aż w końcu święty Piotr wysłał mnie do czyśćca, żebym nauczyła się nie marnować tego, co dostałam. Co mogą zrobić rodzice? Wydać na świat dziecko i towarzyszyć mu najlepiej, jak umieją, przez kilkanaście lat, a potem już nie, bo nie mają kompetencji.

Jako rodzice wiele spraw często odkładamy na potem. Teraz musimy zarabiać, robić karierę.
Moja książka może być takim memento dla rodziców małych dzieci. Żeby uświadomili sobie, że to życie strasznie krótko trwa, i żeby już od dzisiaj zaczęli wcześniej wracać do domu, nie odkładali budowania więzi z dzieckiem, bo ono potrzebuje towarzysza właśnie teraz. Jak nie zaprzyjaźnimy się z nim w dzieci stwie, to ta szansa przepadnie.

Pani to się udało?
Myślę, że tak. Nie wiem, co bym dała, żeby przez chwilę pobyć z jedną z moich córek, takie są fantastyczne. Ale ja dopiero teraz spełniam się zawodowo, wcześniej zajmowałam się ich wychowywaniem. Ale nie zmieniłabym ani minuty swego życia. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci. Z mojej książki płynie jeszcze jedno przesłanie – zachwyćmy się swoimi dziećmi! Nawet jeżeli wiele rzeczy nam się w nich nie podoba, to na pewno coś warte jest zachwytu. Mnie dawno temu nauczyła tego przyjaciółka, matka dziewczynki z zespołem Downa, pełna zachwytu nad każdym, nawet najmniejszym jej osiągnięciem. Wszyscy rodzice powinni tak traktować swoje dzieci. Tymczasem – paradoksalnie – im bardziej uzdolnione dziecko, tym gorzej je traktujemy, wyżej stawiamy poprzeczkę. A ono odbiera to jako sygnał, że nie jest dobre. Dla mnie, młodej wówczas matki, było to odkrycie na miarę rewolucji. Być może dzięki niemu teraz jako matka mogę powiedzieć: udało mi się.

  1. Psychologia

Jestem swoim wrogiem, czyli o przemocy wobec siebie

Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Rzadko myślimy o tym, że źródłem przemocy w świecie jest przemoc wobec siebie. Kiedy się zaczyna? Jak ją zamienić w samoakceptację?

To zdarza się wiele razy dziennie. Stosuję przemoc wobec siebie za każdym razem, gdy mówię sobie: musisz to zrobić, po prostu musisz! Gdy uśmiecham się do kogoś, kto nie budzi mojej sympatii. Gdy piję trzecią kawę, żeby się ożywić, mimo że wiem, że kawa mi szkodzi. Gdy umawiam się na kolejne spotkanie, choć ciało od dawna daje mi znać, że czas na odpoczynek. Gdy jem za dużo, a potem nie mogę się ruszyć i dopiąć. Gdy pracuję w chaosie i bałaganie, bo znów nie miałam czasu posprzątać. Gdy wypijam o jeden kieliszek wina za dużo. Gdy…

Pamiętam ten wywiad. Mądra, niezwykła kobieta powiedziała mi, że każdego dnia (każdego!) odnawia dane sobie wiele lat temu przyrzeczenie: że nie będzie stosowała przemocy wobec siebie.

Szalony głos nadaje

Moje rozmówczynie to inteligentne, wykształcone kobiety między trzydziestką a czterdziestką, osoby zaufania publicznego – Agata, redaktor naczelna poczytnego tygodnika, Aneta, lekarka specjalizująca się w akupunkturze, i Wiola, aktorka. Jedna przez blisko 20 lat znosiła zdrady męża, druga dźwigała męża alkoholika, a trzecia kaleczy swoje ciało. Urszula Nowakowska, szefowa Centrum Praw Kobiet, mówiła mi, że ulegamy mitowi, jakoby przemoc wobec kobiet dotyczyła jedynie kobiet mało wykształconych, z patologicznych rodzin. Przemoc wobec siebie również nijak się ma do wykształcenia i pozycji zawodowej. Przemoc wobec kobiet i przemoc kobiet wobec siebie są jak siostry bliźniaczki.

– Jak bardzo trzeba siebie nie lubić, żeby godzić się na tyle lat krętactw i zdrad mężczyzny? – mówi Agata, od trzech lat po rozwodzie. Aneta nie może wybaczyć sobie lat zmarnowanych na dźwiganie pijanego męża. Wiola ciągle stosuje jedyny znany sobie sposób na uspokojenie: grubą igłę wbija w wewnętrzną stronę ud i kręci nią, aż z rany popłynie krew. Ale już wie: „To nie z miłości do siebie”.

Gdzieś w nas odzywa się szalony głos, któremu dajemy wiarę, i podążamy za nim. Nazywamy siebie różnie, tu inwencja nie zna granic: zimna ryba, leniwa krowa, gruba świnia, wół roboczy, którego trzeba poganiać batem. Hal i Sidra Stone’owie w książce „Wewnętrzny krytyk” dają przykłady innych częstych głosów w nas: Jesteś z natury brzydka i nic z tym nie zrobisz. Ciebie nie da się kochać. Jesteś egoistką. Jesteś podła. Jesteś z gruntu zepsuta. Jesteś spasiona. Starzejesz się. Nie masz polotu. Nikt cię nie zechce. Nie powinnaś tego mówić. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, niczego nie osiągniesz. Jednak najtrudniejsze w moim odczuciu jest ciche, z pozoru niewinne „mnie nie ma”. Jak kochać i szanować kogoś, kogo nie ma?

Czy już jestem superkobietą?

Agata czyta mi fragmenty pamiętnika. „12 czerwca. Adam wrócił z Tajlandii, zdenerwowany pobiegł na badania na HIV”. Sucha relacja, jakby sprawa mnie nie dotyczyła, dziwi się. O, tutaj już trochę emocji. „18 sierpnia. Wróciłam wcześniej od mamy, a w naszym łóżku on i trzy młode blondynki, duże, jędrne piersi, jak z okładek męskich magazynów, nawet się nie speszyły. Wyszłam do łazienki, odkręciłam kran z wodą, zdjęłam spódnicę, bluzkę, weszłam do wanny i zaczęłam szlochać, ale jakoś tak dziwnie, jak dziecko, bez łez”. „5 grudnia. Znalazłam mejl od kochanki. Grozi, że jeśli on nie przyjedzie do niej na święta do Hanoweru (do Hanoweru?!), ona zrobi sobie coś złego. Boże, jaka ja biedna, jaka nieszczęśliwa”. I najgorsze. Agata czyta fragment z 12 kwietnia: „Odkryłam, że Adam spotyka się z 17-letnią córką naszych przyjaciół. Co ja mam robić?”.
 
– Co ja mam, biedna, robić? – przedrzeźnia tamtą siebie sprzed lat. – Nie przyszło mi do głowy, że mogłabym na przykład zacząć krzyczeć, powiedzieć komuś, odejść, wystąpić o rozwód. Dlaczego nie przyszło mi to do głowy? Bo czułam się winna. Że to przeze mnie. Czy mężczyzna zdradza atrakcyjną kobietę? Im on miał więcej kobiet, tym ja czułam się gorzej, coraz bardziej martwa. Tłumaczyłam sobie, że on taki jest, takie ma potrzeby seksualne. A moje uczucia? W ogóle nie wiedziałam, co czuję. Nic nie czułam! Dopiero później odkryłam ten okropny wstyd we mnie.

– Byłam dobrą żoną i byłam chora – mówi Aneta. Mąż chirurg pił coraz więcej. Wiadomo, ma ciężką pracę, potrzebuje rozluźnienia, relaksu, tak myślała. Synom tłumaczyła, że tatuś jest chory. Tłumaczyła męża przed przyjaciółmi: „Nie przyjedziemy, bo Irek pojechał na pogrzeb kolegi”, „Musiał wyjechać do ojca”. Żeby tylko pracował, żeby nie stracił dobrego imienia. Śniadania do łóżka, piwo w lodówce. Sprawy domowe, urzędowe, bankowe, naprawy przejęli synowie.

– Ale w środku czułam coraz więcej napięcia i złości. W ataku furii wylewałam alkohol do zlewu i tłukłam butelki, aby za chwilę biec do monopolowego, żeby on tylko nie wychodził z domu.

Czuła wstręt, gdy chciał się z nią kochać. Zaczęła brać proszki na sen. Furia przerodziła się w depresję. – Oddałam mu swoje życie – mówi Aneta. – Wierzyłam, że go uratuję. Ale było coraz gorzej, nie lepiej, więc popadałam w rozpacz. Zanegowałam siebie, całkowicie.

Takich kobiet holujących partnerów alkoholików jest w naszym kraju prawie trzy miliony, jak wynika z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Kilka kolejnych milionów to kobiety, które same piją. Możemy dokonywać na sobie gwałtu na wiele sposobów. Uzależnić się od lekarstw, narkotyków, jedzenia, seksu. Także od kaleczenia ciała. „Autoagresja skoncentrowana na ciele nie jest zjawiskiem marginesowym, jakby mogło się zdawać na pierwszy rzut oka” – zapewnia Annegret Eckhardt w książce „Autoagresja”. Dotyczy i będzie dotyczyła coraz większej liczby kobiet. W krajach, w których dominuje kultura konsumpcyjna, mówi się o tym od lat 70. XX wieku, w Polsce samookaleczenie stało się tematem po roku 1989. Nie wyrabiamy się w standardach piękna i sukcesu. Coraz trudniej sprostać oczekiwaniom, być superkobietą. Zamiast spokoju, bezpieczeństwa i troski doświadczamy frustracji i zawodu, stresu i napięcia. Autoagresywne zachowania biorą się z lęku i osamotnienia, z braku zaufania do siebie, świata i ludzi.

Krew pulsuje i żyje

– Zaczęło się od włosów – mówi Wiola. Włos, który „nie był w porządku”, zostawał wyrwany i zjedzony. Potem padło na paznokcie i opuszki palców – tak je gryzła, że aż krwawiły, wdawały się zakażenia. A jakiś czas temu odkryła żyletkę, agrafkę i igły.

– Mam opowiedzieć, jak to robię? – pyta. Różnie. Czasem wystarczy kilka dziur agrafką na łydce, a czasem, jak ostatnio, gdy nie dostała obiecanej roli w serialu, przecina żyletką podbrzusze albo skórę na przedramieniu. – Nacinam skórę i widzę spływającą krew – opowiada – czerwoną i ciepłą, wtedy się odprężam, czuję się wreszcie bezpiecznie. Mieszka sama. W swoim środowisku uchodzi za dziwaczkę, ale raczej spokojną, wyluzowaną. – Nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje – mówi Wiola. – Niech was nie zwiedzie luz artystów.

Przemoc wobec siebie jest pochodną przemocy, jakiej doświadczyłyśmy jako dzieci. Nie ma takich statystyk, ale specjaliści – pedagodzy, psycholodzy i terapeuci – mówią o ogromnej skali zjawiska. Szacuje się na przykład, że jedna trzecia kobiet doświadczyła w dzieciństwie przemocy seksualnej. Moim zdaniem jest jeszcze gorzej: od lat pytam o to kobiety – niemal wszystkie opowiadają o wujkach, ojczymach, kuzynach i księżach, którzy naruszali, w mniejszym lub w większym stopniu, granice ich ciała. Wiele z nas było zaniedbywanych emocjonalnie. Odebrałyśmy ze świata stanowczo za dużo chłodu i obojętności, a za mało troski i czułości. Wobec wielu z nas stosowano przemoc fizyczną; dorastałyśmy w atmosferze winy i wstydu. „Zachowania autoagresywne wiążą się prawie zawsze z silnym poczuciem winy i wstydu oraz z nieświadomym oczekiwaniem kary” – pisze Eckhardt w „Autoagresji”.

Dziecko, aby przeżyć to, co jest nie do zniesienia, zamraża siebie, nie może czuć, boby umarło. Samookaleczenia pozwalają czuć, czerwona, gorąca krew uspokaja, jest dowodem na to, że ciało żyje. Na chwilę znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Wstręt, agresja i złość, niewyrażone wobec prześladowców w dzieciństwie, zostają wreszcie wyrażone – w stosunku do siebie, co daje poczucie siły i kontroli. – Przez jakiś czas po tym, jak się skaleczę, czuję ulgę, no, nie czuję się już taka bezradna i zagrożona – tłumaczy Wiola.

Eckhardt pisze o wielu jawnych i niejawnych formach przemocy wobec siebie. Oto niektóre z nich: szczypanie i drapanie skóry, rozdrapywanie zabliźnionych ran, lanie na siebie wrzątku z prysznica, wywoływanie gorączki, wywoływanie wymiotów, kaleczenie waginy i szyjki macicy, upiększające operacje plastyczne. Obciążenia z dzieciństwa plus zagubienie we wzorcach kobiecości oferowanych przez kulturę, w której żyjemy, to już mieszanka wybuchowa.

  1. Psychologia

Kiedy kochasz za bardzo. Przemoc domowa ma różne oblicza

Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znamy takie obrazki. Ona nawet w największe upały w bluzce z długimi rękawami. Z grubą warstwą makijażu. Albo tłumacząca: „taka jestem niezdarna, znowu spadłam ze schodów”. Wszyscy wiemy: to przemoc domowa. Bo przemoc to pięść. Tyle że nie zawsze. Przemoc ma też inne oblicze. Trudniejsze do uchwycenia, ale równie raniące.

"Dlaczego nikt nie widzi, że umieram” – tak brzmi tytuł książki Renaty Kim, dziennikarki „Newsweeka”. Książki o przemocy psychicznej. Tu ofiara przemocy nie ma podbitych oczu. Mało tego, często jest uśmiechnięta, radosna. Jak sama Renata. Nikt niczego nie widzi. „Książka powstała między innymi dlatego, że sama przeżyłam taką historię. Opisałam ją, jest wśród innych. Trzy lata mojego życia. Byłam śmiertelnie zakochana i bardzo szybko uświadomiłam sobie, że ten związek mnie niszczy. I bardzo szybko postanowiłam się wyzwolić, ale nie umiałam”. Największą jej obawą podczas pracy nad książką było to, czy czytelnicy zrozumieją. „Bałam się, że nikt poza ofiarami nie będzie wiedział, na czym polega problem. Nie ma spektakularnych dramatów. Nie ma scen, po których robi ci się słabo. Nie opisuję horroru, tylko drobiazgi. Odwołał w ostatniej chwili spotkanie? Skrytykował sukienkę? Jaka tu przemoc? To się zdarza. Nic takiego. Ale czytelniczki świetnie to wychwytują. Dostaję dużo sygnałów, że książka działa, że terapeuci polecają ją swoim pacjentkom”.

Jak w bajce

Najpierw jest cudownie. Spotkałaś tego jedynego. Kogoś, kto cię rozumie. Kto ma takie samo poczucie humoru. Z kim się dobrze bawisz. Ale eldorado szybko się kończy. I zaczyna się testowanie granic. Twoich. Na co sobie pozwolisz? Czy się sprzeciwisz? Czy podporządkujesz? Pojawiają się małe kłamstwa, nie w ważnych sprawach, ale są. Mówisz o tym – dowiadujesz się, że nic takiego nie miało miejsca. Ale to wraca, powtarza się, nabiera intensywności, w końcu zaczynasz wątpić we własną zdolność oceniania rzeczywistości. Kawałek po kawałku jest ci zabierana pewność siebie, poczucie własnej wartości. Na końcu – godność. „Często ofiara ma – na poziomie mniej lub bardziej świadomym, a często nieświadomym – przekonanie, że to wszystko się dzieje, bo ona na to zasługuje – mówi psychoterapeutka Paulina Pawlak. – Niekiedy doświadczała przemocy domowej: fizycznej albo psychicznej. Jeśli czuję, że jestem gorsza, że nie poradzę sobie sama w życiu, to staję się łatwym łupem dla pewnego typu drapieżników. Choć z zewnątrz ofiara to często kobieta sukcesu. A w środku niepewna siebie, prosząca o miłość dziewczynka. Idąca przez całe życie z przekonaniami, które ją krzywdzą”. Mamy w głowach stereotypy, że przemoc w rodzinie dotyczy marginesu społecznego. Zahukanych biedactw siedzących cicho w kącie. A to często – zwłaszcza kiedy mowa o przemocy emocjonalnej – adwokatki, lekarki, psycholożki, pielęgniarki. Osoby wybierające zawody, w których „ja” jest na drugim miejscu. W ich życiu prywatnym bywa podobnie. „Popatrz na mnie – mówi Renata – czy ja wyglądam na ofiarę? Kogoś, kto da z siebie szmatkę zrobić? Tymczasem jestem z domu, w którym była przemoc, pamiętam niepokój: W jakim humorze wróci ojciec? Czy będzie bardzo pijany, czy tylko trochę? Czy zrobi awanturę, czy pójdzie spać? Wyszłam za mąż, pracowałam, praca jest dla mnie tak ważna, bo dawała mi poczucie pewności siebie, ważności, docenienia. To wszystko, co przez lata dostawałam także od mojego dobrego, czułego męża. Tyle że to wszystko przychodziło z zewnątrz, ja sama nie do końca w to wierzyłam”. Weszła w przemocową relację w momencie, w którym przeżywała kryzys. „Zmarli rodzice, z mężem się już psuło, w pracy dużo stresów – i nagle wylazło całe moje trudne dzieciństwo. Zapracowywałam się na śmierć, żeby zasłużyć sobie na zapewnienie, że jestem świetna. Kiedy wszystko się rozpada, mąż odchodzi, dziecko za granicą, jesteś słaba – i pojawia się ktoś, kto mówi, że jesteś cudowna – wchodzisz w to. Ja weszłam”. Jeśli taka kobieta, w dodatku – jak mówi Paulina Pawlak – obdarzona hiperempatią, spotka sprawnego manipulatora, zaczyna się związek oparty na przemocy. Na schemacie siły i słabości. Przemocowcy często w dzieciństwie byli ofiarami i znają tylko jeden sposób postępowania: albo dominujesz, albo jesteś zdominowany. Czarno-białe widzenie. I zaczyna się problem. On powoli wkracza na kolejne ważne dla kobiety terytoria. Jej przyjaciele? Odgradza ją od nich. Zawłaszcza. Pasje? Tylko jeśli robią to razem, ale on coraz częściej jakoś nie ma ochoty. Zaczyna się kontrolowanie. Ma ją na własność, na każde skinienie. Ona w jednej chwili musi zrewidować swoje plany, rzucić wszystko – bo on tak chce. Zaczyna się krytyka. Mówienie o niej jako o „tej, która ma problemy”. Czasem to przemocowiec prowadzi ofiarę do psychologa, terapeuty, psychiatry, „bo to jej trzeba pomóc”, „bo to z nią coś jest nie tak”. Okazuje się więc, że z nich dwojga to on jest ten wspaniały, on jest silny, a do tego się o nią troszczy. „Sprawcy przemocy szczerze w to wierzą – mówi Paulina Pawlak. – Myślą, że są idealni i że wszystkiemu winna jest ofiara. To z nią coś jest nie tak. I potem to ona funkcjonuje z jakiegoś rodzaju piętnem: to ty potrzebujesz pomocy, nie ja”.

Dlaczego nie dasz w pysk

Każda z bohaterek książki Renaty Kim słyszała w pewnym momencie od przyjaciół to samo: no dobrze, ale dlaczego nie dasz mu w pysk, dlaczego nie odejdziesz, dlaczego na to pozwalasz? Paulina Pawlak twierdzi, że ważny jest lęk przed zmianą albo przekonanie, że sama sobie nie poradzę. Doznaję krzywdy, ale to coś mi znanego. A świat zewnętrzny jest zagrażający. Może też działać poczucie winy. Bo w związku są i fajne momenty, więc ofiara myśli: „On chce dla mnie dobrze, był przecież czuły, coś mi dał, pogłaskał, nawet przeprosił. Nie mogę go zostawić”. Gra w niej masa emocji. W dodatku im więcej się w relację zainwestuje, tym trudniej z niej zrezygnować. A kobiety z reguły inwestują dużo. Niektóre – wszystko. Taką mają wizję miłości – oddać całą siebie, roztopić się w tym uczuciu. „Pamiętam, ile razy próbowałam zrywać, a on nie odpuszczał – mówi Renata. – Bo ja byłam mu potrzebna. Mój czas, moje pieniądze, to, że byłam w nim taka zakochana – to go podbudowywało. A mnie się wydawało, że on beze mnie nie może żyć. Spotykaliśmy się, przez pierwsze 15 minut było okej, potem zaczynały się wyrzuty, mój ból, jego lekceważenie. Czułam się coraz gorzej, nie mogłam jeść, spać. Ale kiedy powiedziałam koledze, w jakim jestem stanie, on stwierdził, że patrzy na moje zdjęcia na Facebooku i widzi promienną, uśmiechniętą osobę. Zaczęłam się nad tym zastanawiać – chyba bardzo nie chciałam przyjąć do wiadomości, że dzieje się coś naprawdę złego. Nie chciałam przyjąć do wiadomości sygnałów, które dawało mi moje ciało, bo wtedy musiałabym coś z tym zrobić. A na rezygnację z tej relacji nie byłam gotowa. I ciągle się łudziłam, że będzie dobrze. Codziennie słyszałam, że on mnie kocha. Nic w jego zachowaniu na to nie wskazywało, ale ja się tych słów czepiałam. Ważyłam 43 kg, nie spałam, nie jadłam, paliłam, piłam. Cud, że wypadku nie spowodowałam, nie straciłam pracy, dziecka… Straciłam małżeństwo, choć ono i tak się już wcześniej rozsypywało. Ale kiedy mąż przyszedł i powiedział: »rozwód«, to we mnie żadnej emocji nie było, żadnej chęci walki o ten związek”.

Ilustracja Joanna Gniady Ilustracja Joanna Gniady

Przychodzi w końcu czas, kiedy ofiara już wie, że to ją niszczy, a i tak w tym tkwi. Dlaczego wtedy nie ma odruchu: ratuj się, dziewczyno? Paulina Pawlak: „Trudno dostrzec konkretny moment, to proces, odbieranie poczucia własnej wartości, osłabianie, kawałek po kawałku. Trudno się zatrzymać i stwierdzić: »aha, to złe«. Poza tym to była moja decyzja, mój wybór. Jak przyznać, że się myliłam, że to wszystko trafiało w próżnię?”.

Odpychanie-przyciąganie

Wyjście z nałogu, każdego, czy jest to alkohol, czy narkotyki, jest ekstremalnie trudne. W relacji opartej na przemocy emocjonalnej działa podobny mechanizm – uzależnienia. Te związki polegają na odpychaniu i przyciąganiu. Zawsze po kiju ofiara dostaje marchewkę. Tyle że z czasem jest coraz więcej upokorzeń, coraz mniej chwil dobrych. Ale ciągle są.„Mogłam być nieszczęśliwa – mówi Renata – ale kiedy powiedział: »kocham«, ja o wszystkim, co złe, zapominałam. Umawiał się ze mną, po czym w ostatniej chwili odwoływał. Kiedy pytałam, dlaczego mnie tak traktuje, łaskawie godził się na spotkanie. A ja biegłam”. Bo kiedy jesteście razem – to kolejna charakterystyczna rzecz – uspokajasz się. Wydaje ci się, że masz kontrolę. Wprawdzie on na twoich oczach przegląda Tindera, zaznacza kobiety, które mu się podobają, pisze do nich, ale jest obok. Eksplozje dopaminy i adrenaliny też uzależniają, czekasz na to. I myślisz: „Bez tego moje życie stanie się puste”. A ta myśl przeraża. Renata: „To było we mnie bardzo silne. On zapełniał mój dzień. Pisaliśmy do siebie wiadomości, biegaliśmy razem, wieczorem oglądaliśmy seriale. Ale to, co ja brałam za chęć bycia ze mną, za zaangażowanie emocjonalne, to była z jego strony jedynie chęć wypełnienia sobie czasu. No i dawałam mu poczucie bezpieczeństwa, robiłam zakupy, rozmawiałam z nim inteligentnie”.

„Przemoc” to mocne słowo

Niewiele jest mocniejszych. A tu mamy do czynienia z rzeczami, które z przemocą się nie kojarzą. Ale jeśli wydarza się w ciągu dnia wiele sytuacji, które sprawiają ci ból, bo na przykład on przy tobie ostentacyjnie kogoś uwodzi, kłamie, obwinia ciebie o każde swoje niepowodzenie – w końcu zaczynasz rozumieć, że celowo cię rani. I z premedytacją to powtarza. Renata: „Prosiłam, żebyśmy poszli na terapię. Zgodził się, potem zaczął kręcić, że przecież nie mieszkamy razem, nie ma takich terapii. Kiedy opowiedziałam o tym mojej terapeutce, zobaczyłam zgrozę na jej twarzy: »Nie mediuje się ze sprawcami przemocy«. Wtedy pierwszy raz usłyszałam, co ona do mnie mówi”. Potwierdza to Paulina Pawlak. Według niej słowo „przemoc” ofiara słyszy często dopiero w gabinecie psychoterapeuty. A trafia do niego późno, z reguły dopiero wtedy, kiedy jest już w niej decyzja o rozstaniu. „I kiedy ja to słowo wypowiadam, kiedy nazywam to, co je spotyka – są zdziwione. W szoku – mówi psychoterapeutka. – Za chwilę jest płacz, ale i ulga – bo kiedy to usłyszą, spada z nich poczucie winy. Choć nie zawsze są gotowe, żeby to przyjąć. To zależy od etapu, na jakim jest relacja. Bywa, że ofiara wybucha śmiechem i wychodzi. Nie wierzy. Miałam taką historię. Po kilku miesiącach ta pani wróciła – już była inna. W smutku, rozpaczy. To słowo, którego nie »usłyszała«, gdzieś w niej jednak przez ten czas pracowało i pozwoliło w końcu zrozumieć, co się dzieje. Ale żeby tak się stało, ofiara musi dojrzeć do tego, żeby chcieć się ratować”. Wtedy jest już słaba fizycznie, wręcz wycieńczona, wydaje się jej, że zaczyna wariować, ma myśli samobójcze. Czuje, że dochodzi do granicy, jasno komunikuje to też jej ciało. Albo w końcu słyszy, co mówi terapeuta, albo zaczyna czytać. Blogi, książki. O narcyzach, psychopatach, socjopatach. O mechanizmach manipulacji. I nagle widzi: to jest o mnie.  „Pierwsza książka, którą dała mi terapeutka, to »Kobiety, które kochają za bardzo«. Wtedy zaczęłam rozumieć, o co chodzi ze mną – mówi Renata Kim. – Każda relacja to było dla mnie coś, czemu muszę poświęcić całą siebie. Czas, umysł, ciało, pieniądze. To samo robiłam w małżeństwie. Miałam szczęście, bo mój były mąż to doceniał, nie wykorzystywał tego. Szczęście się skończyło, kiedy weszłam w relację, która prawie mnie zniszczyła. Ale kobieta silna, znająca swoją wartość w taki związek nie wejdzie”.

Czy można pomóc?

Jeśli ktoś jest w środku takiej relacji, nie pomożesz. Musi sam dojść do ściany. Po pomoc i lektury sięga, kiedy już jest na granicy. Wtedy szuka ludzi, którzy powiedzą, że to nie tylko jego doświadczenie, że jest jakiś mechanizm, który kieruje relacjami sprawca–ofiara. Cholernie ważne jest móc się wygadać. Renata Kim: „Bez względu na to, jak bardzo cię irytuje, że ona znowu to samo, zaciskasz zęby i słuchasz po raz kolejny tej chaotycznej opowieści. I myślisz: »Ja też zawsze miałam przy sobie kogoś, kto mnie wysłuchiwał, kiedy byłam w rozpaczy«. To rodzaj zobowiązania”. Paulina Pawlak uważa, że choć związki przemocowe zostawiają w nas trwały ślad, nie zamykają drogi do stworzenia w przyszłości dobrej relacji. Najpierw jednak musi się wydarzyć zmiana na głębszym poziomie. Zmiana przekonań na własny temat. To sporo pracy, czasem na lata. Jeśli się jej nie wykona, można z jednej toksycznej relacji wpaść w drugą. Ale kiedy zmiana się dokona, będziemy silniejsze. I szczęśliwsze.

Najtrudniejszy przypadek

Różne są sposoby na odreagowanie przemocowej relacji. „Zawsze śpiewałam – opowiada Renata Kim. – Kocham to. Kiedyś razem byliśmy w towarzystwie, zaśpiewałam, on mnie skrytykował, a ja kompletnie się zablokowałam. Nie byłam w stanie śpiewać, choć do tej pory nuciłam non stop. Zapisałam się więc na lekcje śpiewu. I wymyśliłam, że zaśpiewam publicznie. Powiedziałam o tym koledze, który jest dyrektorem teatru Druga Strefa w Warszawie. Wyreżyserował przedstawienie. Ja zaśpiewałam wszystkie smutne piosenki, które ćwiczyłam z nauczycielką śpiewu, a między utworami przyjaciółka czytała relacje ofiar przemocy. Na przedstawienie przyszła moja terapeutka, powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Że to dobry koniec terapii. Kilka miesięcy wcześniej wyznała mi, że byłam jej najtrudniejszym przypadkiem. Nigdy nie miała do czynienia z kimś, kto tak kurczowo trzymałby się sprawcy przemocy”.

materiały prasowe materiały prasowe

  1. Psychologia

Poczucie winy - jak nie zadręczać się bez przerwy popełnionymi błędami?

Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Nie wybaczę sobie tego! Nigdy! – powtarzamy poniewczasie. Kaliber przewin bywa różny – oszustwo, celowo wyrządzona krzywda, ale i niedopatrzenie, zaniedbanie, zlekceważenie… Gdyby dało się cofnąć czas… Jak żyć z takim ciężarem?

Ewka zdradziła – głupio, z przypadkowym facetem, po dwóch butelkach wina – miłość swojego życia, wieloletniego chłopaka. Nie umiała tego przed nim ukryć, on nie umiał o tym zapomnieć, poprosił, by się wyprowadziła. Odkąd to się stało, Ewa przestała jeść, nie może spać – wyrzuca sobie bez przerwy, że przez głupotę straciła szansę na szczęśliwe życie z najfajniejszym facetem na świecie. Nie potrafi sobie tego wybaczyć. Czuje, że zdradziła nie tylko jego, ale i siebie.

Karolina zawsze znajdowała wymówki, by nie pojechać do domu na weekend, choć mama ciągle ją zapraszała. „Nie mogę, właśnie kończymy ważny projekt” – mówiła przez telefon. Albo: „Mamo, z Warszawy to jest trzy godziny w jedną stronę, a ja muszę na poniedziałek zrobić raport”. Nie odbierała telefonów, bo nie chciała słuchać o zmartwieniach, do mamy dzwoniła, gdy czuła się samotna w wielkim mieście lub przeciwnie – gdy była bardzo szczęśliwa. Niedawno się zakochała i spędziła święta z ukochanym, w górach. Było cudownie. Gdyby wiedziała, że to będą ostatnie święta mamy…

Tyle pytań zostało bez odpowiedzi, tyle rzeczy odkładanych „na później”. Teraz znalazłaby czas i gadałaby z mamą godzinami, nawet codziennie, wysłuchując po raz kolejny znanych sobie opowieści. Żaden projekt nie wydaje się Karolinie teraz ważny, żaden raport nie jest już pilny. Nie może sobie wybaczyć, że traktowała mamę jako kogoś, kto będzie zawsze, jak tylko Karolina znajdzie czas…

Dlaczego tak trudno sobie wybaczyć?

„Najtrudniej wybacza się małe błędy ludziom posiadającym wielkie właściwości” – powiedziała baronesa Marie von Ebner-Eschenbach, austriacka autorka powieści psychologicznych. Wysoko postawiona sobie poprzeczka to często pasmo celów nie do osiągnięcia, wymagań nie do spełnienia. Ale czy na pewno jesteś istotą bez skazy? Niezdolną do błędów i pomyłek?

Jeśli zrobiłaś coś, co nie zgadza się z twoim wyobrażeniem o sobie samej, twój idealny obraz siebie jako osoby niezłomnej, szlachetnej i dobrej rozpada się na kawałki, a w najlepszym razie powstają na nim widoczne rysy. Myślisz o sobie, że jesteś dobrą córką – a tu proszę, nie okazałaś się dość przewidująca, wystarczająco opiekuńcza, na miarę rangi, jaką sobie przyznawałaś. Albo wierzyłaś, że jesteś lojalna w przyjaźni, że można na tobie polegać jak na Zawiszy – jednak stało się, zawiodłaś, zdradziłaś. Także swoje ideały i obraz samej siebie. To nie daje spokoju, budzi poczucie winy. Zaczynasz się oskarżać, a nawet karać.

Poczucie winy jest tak naprawdę informacją, że naruszyliśmy swój wewnętrzny system wartości.
Z mojego doświadczenia wynika, że to bardzo indywidualna sprawa – mówi trenerka rozwoju osobistego Lesława N. Jaworowska. – To, co dla jednego jest przekroczeniem zasad, dla drugiego już takie nie będzie. Wiele zależy od systemu wartości, jaki wynieśliśmy z domu. Złość na siebie i lęk przed konsekwencjami mogą być drogą do poznania siebie, do odzyskania kontaktu ze swoim potencjałem i do samoakceptacji.

Los bywa przewrotny

Psycholog, prof. Everett L. Worthington bada problematykę przebaczania od 1980 roku, napisał ponad dwieście artykułów i wydał kilka książek na ten temat. W 1996 roku los – przewrotnie – postawił go w dramatycznej sytuacji – została zamordowana jego matka i musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi dotychczasowymi teoriami dotyczącymi wybaczania.

– Wybaczyłem mu – odpowiedział dziennikarzowi, spytany o mordercę. Dlaczego? Bo, jak mówi, jest chrześcijaninem, ale też dlatego, że z racji swojego zajęcia był lepiej przygotowany do wybaczenia. Wcześniej, gdy opanowała go wściekłość, uzmysłowił sobie, że i on jest skłonny do posiadania silnych emocji, moralnej słabości – to wyzwoliło w nim empatię do mordercy swojej matki. Nie nastąpiło to jednak od razu, to był proces, droga, na początku której stał na stanowisku, że takiej przewiny nie można wybaczyć.

Worthington twierdzi, że wybaczenie jest decyzją. Racjonalnym, konstruktywnym myśleniem, zastąpieniem emocji negatywnych pozytywnymi. Pomocne w tym mogą być wspomnienia dawnych i obecnych cierpień, empatia ze sprawcą (zrozumienie, dlaczego to zrobił), przypomnienie sobie, kiedy sami chcieliśmy, by nam przebaczono, świadome altruistyczne wybaczenie, a następnie trwanie w nim.

Twierdzi też, że nie ma człowieka, który by nie zawiódł się na sobie i nie skrzywdził kogoś. On sam potępiał się wiele lat za to, że nie zapobiegł, jako bliska osoba i jako psycholog, samobójczej śmierci brata, który nie poradził sobie z przeżyciami po śmierci matki. Wyrzucał sobie też, że jako starszy brat dokuczał mu, gdy oboje dorastali. Żyje z poczuciem, że nie jest już możliwe naprawienie błędów przeszłości. Ale czy sobie wybaczył? Tak, bo twierdzi, że nie ma krzywd, których nie można wybaczyć. Także sobie samemu.

Okaż sobie szczyptę łaskawości

Nie da się przejść przez życie, nie wyrządzając innym – mniej lub bardziej świadomie – krzywdy i nie ponosząc porażek. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy – czas się z tym pogodzić.

Czas też przyjrzeć się swoim normom, standardom – czy nie są zbyt wyśrubowane? Czy są nasze, czy narzucone – przez wychowanie, szkołę, społeczeństwo? Racjonalne czy raczej trudne do osiągnięcia?

Może pora uznać, że nie jesteśmy tak dobrzy, jak byśmy chcieli się widzieć, i popracować nad zmianą, ale też zaakceptować, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco odpowiedzialni. Z naszymi słabościami i ułomnościami. Przy czym wybaczenie wcale nie zwalnia z odpowiedzialności.

Chrześcijaństwo mówi o zadośćuczynieniu grzechom i – jak przyznają psycholodzy – taka praktyka może rzeczywiście dużo zdziałać. Jeśli nie możesz zadośćuczynić osobom, które realnie skrzywdziłaś, zrób coś dobrego dla innych. Rozpamiętywanie, złość, żal – mają negatywny wpływ na ludzki organizm, osłabiają układ odpornościowy, podnoszą ciśnienie krwi, stwarzając warunki do rozwoju ciężkich chorób. I niczego pozytywnego do życia nie wnoszą, nie rozwijają nas. Uznanie siebie takim, jakim się jest, to wyraz największej miłości. I najważniejszej – do samych siebie.