1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być szczęśliwym mimo przeciwności losu? Zaakceptuj to, co masz!

Jak być szczęśliwym mimo przeciwności losu? Zaakceptuj to, co masz!

Tajemnica szczęścia tkwi w zaakceptowaniu tego, co mamy. I ujrzeniu w tym cudu. (fot. iStock)
Tajemnica szczęścia tkwi w zaakceptowaniu tego, co mamy. I ujrzeniu w tym cudu. (fot. iStock)
Wszyscy znamy osoby, które mimo ciężkiej choroby lub niepełnosprawności są radosne, a nawet inspirują pozostałych. I takie, które, mając to, o czym inni nawet nie śmią marzyć, zachowują się jak ofiary. Psycholog Rafael Santandreu twierdzi, że tajemnica szczęścia tkwi w zaakceptowaniu tego, co mamy. I ujrzeniu w tym cudu.

Szczęście, radość, miłość – tego najczęściej życzymy sobie i innym. Zwykle łączymy te stany z sytuacjami zewnętrznymi albo z innymi osobami: partner, sukces, dobrobyt. Hiszpański psycholog i terapeuta Rafael Santandreu uparcie przypomina: możesz być szczęśliwy zawsze i wszędzie.  „Dla dobrze umeblowanych głów nie istnieje praktycznie żadna poważna przeszkoda w osiąganiu pełni życia” – pisze w książce „Być szczęśliwym na Alasce”. I podpowiada, jak uzyskać stan umysłu, jakim cieszą się ludzie nieporuszeni w obliczu największych dramatów.

Trzy kroki do szczęścia

Lęk, depresja, stres, nieśmiałość i inne stany czy emocje, których tak bardzo nie lubimy, są produktem niewłaściwych procesów umysłowych. Na szczęście te procesy są odwracalne. Metody proponowane przez terapeutę bazują na psychologii poznawczej (kognitywnej). Jesteś gotów zaangażować się, poćwiczyć? No to zaczynamy!

Krok pierwszy: Zwróć się do wnętrza

„Główną przyczyną tego, że my, ludzie, jesteśmy neurotyczni, jest wiara w to, że szczęście leży na zewnątrz. To podstawowy błąd, psujący nam mózg” – tłumaczy Santandreu. Wierzymy, że będziemy szczęśliwi, gdy znajdziemy lepszą pracę, miłość życia, schudniemy, pozbędziemy się jakiejś dolegliwości. Rezultat? Wciąż odkładamy szczęście na później – czasem do ostatnich dni. Tymczasem główne źródło szczęścia znajduje się w naszym wnętrzu. Sprawdź, czy je wykorzystujesz. A konkretnie: jak obchodzisz się z tym, co ci się przydarza. Dręczysz się, bo kolega powiedział ci coś niemiłego? To nie o jego słowa chodzi, tylko o to, co dołożyłeś od siebie. W jaki monolog wewnętrzny się wdałeś? Kolega może nie troszczyć się o twoje samopoczucie, ale ty mógłbyś to zrobić.Krok drugi:

Krok drugi: Naucz się żyć bez obciążeń

Ten krok Santandreu uważa za najtrudniejszy. Zgłaszamy tyle potrzeb, oczekiwań, wymagań! Nie zauważamy, że tak naprawdę mamy wszystkiego pod dostatkiem. Zdaniem Hiszpana za każdą neurozą kryje się trudność w uwolnieniu się od wymyślonej potrzeby. Jeśli przestaniesz obstawać przy tym, że musisz coś mieć, by odczuć zadowolenie – dobre samopoczucie może pojawić się od ręki, w sposób całkiem naturalny.

„Najszczęśliwsze osoby to te, które mocno ograniczyły swoje potrzeby” – twierdzi Santandreu. I prezentuje piramidę wyrzeczeń. Chodzi o pięć kluczowych dóbr, które zwykło się uważać za niezbędne. Pierwsze: jak by to było, gdybyś gotów był zrezygnować z bezpieczeństwa ekonomicznego? Czy możesz wyobrazić sobie, że jesteś szczęśliwy bez pracy i pieniędzy? Oczywiście, gdybyś miał co jeść. Jeśli to niemożliwe, prawdopodobnie będziesz obawiał się utraty pracy i raczej stresował się nią niż cieszył. Dalej może być jeszcze trudniej: kolejne schodki piramidy to potrzeba akceptacji oraz towarzystwa, wygody, spokoju i wreszcie – życia. Tak, nawet ta ostatnia może odpaść – w końcu życie jest szybkim przejściem i nikt nie obiecuje, że będzie trwało długo. „Nie bać się śmierci – to kluczowe, by nie być hipochondrykiem i dobrze znosić stratę ukochanych osób” – tłumaczy psycholog. „Ale także do tego, by żyć z pasją dniem dzisiejszym”.

Krok trzeci: Doceń to, co cię otacza

A naprawdę jest co! Świat to wspaniałe, obfite miejsce i wciąż wydarzają się w nim nadzwyczajne rzeczy. To wielkie szczęście móc ich doświadczać! Tylko czy to dostrzegamy? Kiedy wyjeżdżamy do nieznanych miejsc, zwykle z łatwością przestawiamy się na tryb, który Japończycy nazywają wabi-sabi (polega właśnie na docenianiu otoczenia). Przechadzamy się, obserwując z ciekawością każdy szczegół – nie chcemy niczego uronić. Przystajemy, zachwycamy się, zadziwiamy. Czujemy puls życia. A przecież zdolność takiego odbioru rzeczywistości jest w nas przez cały czas, wystarczy sobie na to pozwolić! Gdyby więc włączyć tryb wabi-sabi w naszym własnym mieście? Po prostu robić wszystko wolniej, skupić się na pięknie. Korzystać z tego, co jest...

Porzuć błędne koło

Mimo że w tytule najnowszej książki Rafaela Santandreu pojawia się Alaska, twierdzi on, że sukces terapii (i każdy rozwój osobisty) można streścić stwierdzeniem „być szczęśliwym na wysypisku”. Chodzi o to, by zrezygnować z tego, co autor nazywa „bezsensownym pragnieniem ciągłego przebywania w raju”. Tak naprawdę również stany emocjonalne, których poszukujemy, są swego rodzaju „rajem utraconym”. Dążąc do nich, często odrzucamy smutek, złość, niepewność i wiele innych emocji, będących nieodłączną częścią życia. A gdyby tak pozwolić im po prostu być? Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, odkryjemy, że raj jest wszędzie – wszystko zależy od naszej perspektywy. Czy dżungla jest lepsza albo gorsza od pustyni? Czy możesz spojrzeć na świat, wychodząc poza dotychczasowe filtry, podziały, etykietki? Poza opinie o tym, co dobre i ładne, a co brzydkie iniesłuszne?

Kiedy przyjmiesz, że to, co się przydarza, nie jest żadnym dramatem, zwykle emocja się zmienia. Przestajesz walczyć. Nie chodzi tu nawet o tak zwane pozytywne myślenie, raczej o pewną wewnętrzną argumentację, która sprawia, że wybierasz szczęście. Santandreu nazywa tę technikę „debatą kognitywną”. Składa się ona z dwóch faz. W pierwszej identyfikujesz swoje przywiązania: co uważasz za tak ważne? W drugiej uaktywniasz wyrzeczenie: odrzucasz tę bezsensowną zależność. Czyli uznajesz, że nie musisz mieć tej nagrody, tej obrączki na palcu, tego domu, stanowiska... To nie przeszkadza odczuwać ci szczęścia. Oczywiście wciąż masz prawo do swoich preferencji. Jedynie uwalniasz się od przymusu, presji, zależności.

Tak naprawdę rzecz sprowadza się do prostego ćwiczenia: masz zebrać logiczne argumenty, które przemawiają za byciem szczęśliwym mimo przeciwności. Zawsze jest przecież coś wartościowego do zrobienia, odkrycia. Coś, co cieszy, interesuje, pociąga, intryguje...

Przyjaciel opowiadał mi kiedyś o lekarzu, do którego trafił z powodu poważnej choroby. Usłyszał od niego: „Sprawami, również chorobami, należy się zajmować, nie przejmować”. Do tego samego sprowadza się przesłanie Santandreu. Rób to, co niezbędne, pamiętając o tym, że jeśli nie osiągniesz oczekiwanych rezultatów, świat się nie zawali. Ważne, by nie odpychać żadnego uczucia, które się pojawia. Przyjąć, że można być szczęśliwym nawet z depresją czy lękiem. Że żadna przeciwność nie jest na tyle istotna, by zatruć nam życie.

Jesteśmy wspaniali

Wyobraź sobie, że jesteś szczęśliwy w więzieniu. Albo na wózku inwalidzkim – proponuje Santandreu. Zrób sobie taką wizualizację (co bym robił w takiej sytuacji, z czego czerpałbym radość?), przekonasz się wtedy, że nic nie jest „straszne”, a nasze niedoskonałości nie mają znaczenia. Jeżeli możesz być szczęśliwy za kratkami, dlaczego miałoby to być niemożliwe bez partnerki czy stałej pracy? Zwykle sprawy nie mają aż takiego znaczenia, jakie im nadajemy. Przeżywamy straty i upokorzenia, ponosimy porażki, a życie toczy się dalej. I pewnego dnia się skończy... Nie ma sensu wypierać czegoś, co jest takie naturalne, oczywiste. „Wobec każdego strachu: przed prezentacją w pracy, zagubieniem się w niebezpiecznej dzielnicy Bogoty, w oczekiwaniu na decydujące wyniki badań lekarskich… przyjmijmy ze spokojem pewność, że niedługo będziemy martwi” – zachęca Hiszpan. Nieuchronność śmierci pomaga nam przekierować uwagę na chwilę obecną i doceniać jej wagę.

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: nie karzmy się za neurotyczne zachowania. Uznajmy: „Tak, czasem jestem nieodporna na niewygody”. „Tak, czasem odczuwam irracjonalny lęk”. I co z tego? Wielu wspaniałych uczonych, artystów i mężów stanu było neurotykami. Odczuwali silne emocje, potrafili pogubić się, zatracić. A mimo to robili swoje. „Wszyscy mamy wady” – uspokaja Rafael Santandreu. „Popełniamy błędy, ale jesteśmy też wspaniali”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Piękno na co dzień

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, emanuje barwami i widokami, które mogłyby wprawić w błogi stan istnienia, gdybyśmy tylko pozwolili sobie na zatrzymanie zamiast ciągłego działania. Gdybyśmy zdecydowali się na bycie i odczuwanie tak po prostu, bez oceniania i kategoryzowania emocji, które blokują zmysły. Piękno podziwiamy, ale też tworzymy. I można się tego nauczyć.

W czasach, w których przyszło nam żyć, coraz częściej zadajemy sobie zasadnicze pytania o to, jak nasze życie ma wyglądać. Co jest ważne, a co nie? Na czym polega prawdziwe szczęście? Jak żyć w zgodzie z tym, co nas otacza? Jak sobie radzić z codziennością, by nie zaprzepaścić szansy na pełne życie i nie ulec pokusie szaleńczego pędu, do którego zachęca współczesny świat? Wszystkie te pytania pozwalają szerzej otworzyć umysł i zobaczyć to, co rzeczywiście dzieje się wokół nas. Pozwalają zdać sobie sprawę z tego, że piękne życie wymaga osobistego zaangażowania i odpowiedzialności. Warto tworzyć piękne rzeczy, ale warto je także podziwiać. I jedno, i drugie jest niezmiernie ważne.

W zachwycie

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, dreszcz… Ale też tysiące momentów, które czekają, abyśmy zwrócili na nie uwagę. Jednak zwykle jesteśmy ślepi, zabiegani, nieobecni, zagłębieni w świecie myśli. Żyjemy nawykowo i beznamiętnie, goniąc za kolejną chwilą, która ma przynieść więcej radości. Każdego dnia pokładamy nadzieje w przyszłości, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwe piękno, do którego mamy dostęp cały czas, zawiera się w chwili obecnej.

Przypomnij sobie momenty, kiedy byłaś pełna energii, kiedy doświadczałaś w życiu harmonii, spokoju, pełnego relaksu lub radości, kiedy czułaś się wyjątkowo – w takich chwilach można dostrzec piękno w prawie każdej rzeczy, która nas otacza, czujemy się lekko, barwy wokół są żywsze, jasne, promienne, ludzie wydają się lepsi.

Jednak utrzymanie takiego stanu umysłu wymaga wewnętrznej pracy – zanim będziemy mogli osiągnąć tę wyjątkową otwartość zmysłów, musimy przebudzić się wewnętrznie, zmienić nawyk ciągłego działania w pełniejsze bycie.

Aby taką zdolność rozwinąć, należy znaleźć obiekt zachwytu i piękna w swoim otoczeniu. Zjednoczyć się z tym pięknem. Zobaczyć, że ono emanuje miłością. Poczuć miłość do tego obiektu, do świata, który nas otacza, do siebie. Jeśli nie masz takiego obiektu w pobliżu siebie, w zasięgu wzroku – przywołaj piękne wspomnienie i przyciągnij do siebie uczucie miłości, zachwytu. Napełniaj się nim, zwiększaj w sobie odczuwanie harmonii. W ten sposób budzi się nowa świadomość, twoje komórki zapamiętają to uczucie, a ono otwiera cię na nowe doznania, które nie mają granic, na nowe doświadczanie siebie i świata jako pięknego dzieła bez podziałów na piękno i brzydotę, na dobro i zło.

Ćwiczenie na dostrzeganie piękna

Proponuję zabawę w nicnierobienie. Chodzi o to, by naturalny stan bycia uruchomił proces budzenia się zmysłów. Niech wszystko wydarza się po prostu, nie manipuluj i nie steruj tym, co ci się przydarza. Nie rozmawiaj na ten temat z przyjaciółmi. Po prostu bądź. Pozwól sobie czuć, smakować, chłonąć chwilę. W momencie, kiedy zaczynasz o tym mówić, kiedy próbujesz analizować, wchodzisz do umysłu. Kiedy zaczynasz porównywać to z innym doświadczeniem albo zastanawiać się nad sensem – przestajesz czuć. Nicnierobienie jest bramą do pogłębionego odczuwania, do rozbudzenia wrażliwości wszystkich zmysłów.

Spróbuj chociaż przez pięć minut dziennie skupić się na teraźniejszości. Oddychaj świadomie, rozluźniając ciało oraz patrząc na otaczający świat z przestrzeni serca, bez oceniania. Zobaczysz wówczas mnóstwo niesamowitych rzeczy, szczegółów, sytuacji, których normalnie nie jesteś w stanie dostrzec. To właśnie jest niezwykłość wynikająca ze skupienia na chwili obecnej. Człowiek uważny dostrzega to, czego nie dostrzegają zabiegani ludzie, widzi wspaniałość życia, jego magię.

Kiedy rozwibrujesz zmysły dostatecznie mocno, powoli zniwelujesz podświadomy pęd za posiadaniem kolejnej nowszej, modniejszej, bardziej udoskonalonej rzeczy. Zaczniesz wreszcie odczuwać radość z powodu samego istnienia, bycia, a relacje z innymi ludźmi staną się celebracją chwili. Zablokowana energia zacznie płynąć, rozpuszczając napięcie w ciele, wprowadzi cię w doświadczanie piękna i harmonii, którymi jesteśmy my sami.

  1. Styl Życia

Jesienna chandra? Proste sposoby na poprawę kondycji psychicznej

Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
W porze depresji sezonowej warto pamiętać, że nasz naturalny stan to wcale nie szczęście, euforia i samozadowolenie. Raczej umiarkowany pesymizm i niepewność siebie. Dlatego aby cieszyć się życiem, trzeba popracować nad kondycją psychiczną. Najlepiej codziennie.

Nasz mózg jest jak radar, który wyłapuje zagrożenia. Tak twierdzi między innymi dr Rick Hanson, autor „Umysłu Buddy”. Czuły radar był nam (a raczej naszym przodkom) potrzebny przez całe wieki życia jaskiniowego. Im szybciej wychwytywał niebezpieczeństwo, tym skuteczniej nasi „prapra” mogli się przed nim bronić. Ci, którzy dożyli wieku dorosłego, to byli ci umiarkowani pesymiści – szukający dziury w całym, a raczej wypatrujący mamuta w krzakach, nasłuchujący grzmotów burzy czy tętentu wrogiego plemienia. Dzięki temu, że usłyszeli/zobaczyli/przewidzieli na czas niebezpieczeństwo, uniknęli zagrożenia, mieli więc czas dorosnąć, urodzić albo spłodzić dzieci i przekazać im swoje geny oraz wiedzę o tym, jak świat funkcjonuje. A wraz z tą wiedzą – lęk i czujność.

Optymizm i radość życia oczywiście też się opłacały, skłaniały do prokreacji, wzmacniały system immunologiczny, nie były jednak kluczowe dla przetrwania gatunku. Dlatego nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. Tylko to nie jest potrzebne w czasach, w których są piorunochrony, za to nie ma mamutów. Szare komórki jednak nie nadążają za ewolucją i jeśli chcemy je przechytrzyć, poczuć więcej radości z życia – musimy nad nimi trochę popracować. Znieczulić je na potencjalne zagrożenia i wyczulić na to, co piękne. Jak to zrobić? Sposobów, okazuje się, jest sporo.

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays był kilka lat temu jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

Praktyka uważności

Specjaliści od mindfulness, czyli uważności – a należą do nich Jon Kabat-Zinn (polecam jego książkę „Świadomą drogą przez depresję”) czy Thich Nhat Hanh (przeczytaj jego „Spokój umysłu”) – uważają, że zawsze, kiedy jesteśmy w pełni tu i teraz, jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej opcji. Nieszczęście jest zawsze w przeszłości (jeśli rozpamiętujemy nieprzyjemne wydarzenia i zadręczamy się wyrzutami sumienia) oraz w przyszłości (gdy wyobrażamy sobie mroczne scenariusze czy rzekome efekty naszych działań, które przecież nie muszą się zdarzyć). Za każdym razem, gdy sprowadzimy naszą uwagę do „tu i teraz”, mamy szanse ukoić lęk i poczuć się naprawdę dobrze. Nawet ból, cierpienie, rozczarowanie – kiedy je zauważymy, dostrzeżemy, przyjrzymy mu się z uwagą – w tej samej sekundzie, kiedy to zrobimy, zaczyna odchodzić. Medytacje mindfulness (choćby trzyminutowe skanowanie ciała) to jedna z terapii, którą Kabat-Zinn poleca przy depresji. Praktykowana regularnie pomaga uśmierzyć każdy ból duszy.

Sięgnij po wspomagacze

Kiedy już zrobisz postanowienie, że będziesz szczęśliwsza i rozpoczniesz trening, możesz wspomóc się pozytywnymi dopalaczami. Są nimi: światło, zdrowa dieta i ruch. Te trzy elementy wymieniają chyba wszyscy eksperci od zarządzania chandrą. Odpowiednia dawka światła (dla źrenic) i generowanej przez słońce witaminy D3 (dla skóry) działa antystresowo. – Według statystyk większą zachorowalność na depresję zanotowano jesienią i zimą – potwierdza Dorota Gromnicka, autorka książki „Depresja. Jak pomóc sobie i bliskim”. – Przyczyny SAD, depresji sezonowej (seasonal affective disorder) kojarzone są z funkcjonowaniem układu hormonalnego, na który ujemnie oddziałuje zmniejszona ilość światła. Kiedy ono dociera do oka, przetwarzane jest na impuls nerwowy, który, przekazywany do mózgu, stymuluje wydzielanie hormonów.

Także tych odpowiedzialnych za poczucie szczęścia: serotoninę, noradrenalinę i dopaminę. Dlatego jak najwięcej czasu spędzaj na dworze, gdy jeszcze jest jasno. A po zmroku – koniecznie zapalaj światło. Skandynawowie odkryli, że nawet sztuczne oświetlenie pomaga w eliminowaniu objawów SAD. Podobnie jak odpowiednia, czyli racjonalna i bogata w składniki odżywcze, dieta. Bogata w kwasy omega-3, białka i węglowodany złożone. Zapewnia nie tylko zdrowie (jego brak może być przyczyną potężnego stresu), ale też stabilny poziom cukru we krwi (chroniąc przed huśtawkami poziomu energii i nastroju) oraz białka (na pewno słyszałaś o szklance mleka na dobranoc – zawarty w nim tryptofan przynosi ukojenie skołatanym nerwom).

Trzeci element to ruch. Wiele badań wskazuje na to, że działa również antydepresyjnie. Tak zwana euforia biegacza pojawia się mniej więcej po pół godzinie intensywnego wysiłku. To z kolei przyjemny prezent, który przekazali nam przodkowie: nasz organizm produkuje potężną dawkę endorfin właśnie po 20–30 minutach, byśmy mogli biec dalej, uciekać przed mamutem. Skorzystaj z tego, nawet gdy nie musisz uciekać.

Doktor Amen, specjalista od mózgu i autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”, podkreśla jeszcze, że warto zrobić badania tarczycy i wziąć pod kontrolę hormony, tak żeby Hashimoto, PMS czy menopauza nie decydowały o naszym poczuciu szczęścia. Potwierdza to też Dorota Gromnicka: – Nadczynność tarczycy przyczynia się do zmienności nastrojów, braku koncentracji, bezsenności, rozdrażnienia – pisze. – Niedoczynność tego gruczołu objawia się między innymi zmęczeniem i przygnębieniem.

Jeśli cierpiałaś na którąś z tych chorób albo choć raz doświadczyłaś dotkliwego PMS – potraktuj to jako dodatkowy argument, by zrobić badania. Zaopatrzona w wyniki i wiedzę, jak działa mózg, możesz świadomie wyruszyć na poszukiwanie radości życia. I uniknąć w tym roku zimowej chandry, a także uodpornić się na rodzinne dyskusje przy świątecznym stole.

  1. Psychologia

Optymizmu można się nauczyć

Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Człowiek pozytywnie nastawiony do świata wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz.

Optymizm to postawa, która powoduje, że człowiek się podnosi ze wszystkich dołków i upadków, odradza jak Feniks z popiołów. Coś się popsuje, popłaczemy, poprzejmujemy się, a potem powiemy sobie: „No dobra, trzeba się zabrać do sprzątania”. A jeżeli coś stracimy, to wiemy, że dzięki tej stracie zrobiło się miejsce na coś nowego. W optymizmie kryje się zaufanie do siebie i do życia. Choć ma on też swoje zagrożenia, jeśli jest bezrefleksyjny, może się na przykład wiązać z podejmowaniem zbyt dużego ryzyka. Ta postawa jest związana z tym, jak sobie wyjaśniamy świat. Budują ją nawyki i wzory myślowe. Buduje ją przekaz, jaki dostaliśmy w dzieciństwie, ale też inteligencja emocjonalna. Bo inteligencji emocjonalnej bliżej do optymizmu niż do pesymizmu. Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Nie przewiduje nieszczęść, choć wie, że mogą się zdarzyć. To postawa bardziej racjonalna, przecież koncentrowanie się na trudnościach i zagrożeniach nic nie daje. Optymista wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz. Straty, przemijanie – dla pesymisty to koszmar, a optymista wie, że starość jest nieuchronna, ale przecież zdąży się nacieszyć życiem. Śmierć jest dla niego zwieńczeniem, a nie klęską życia. Szkoda, że naszą cechą narodową jest pesymizm, a nie optymizm, często szukamy ukojenia w narzekaniu, które przynosi tylko chwilową ulgę.

Na optymizm wpływają też temperament, biologiczne skłonności. Jednak nie jesteśmy na te predyspozycje skazani. Wszyscy możemy dążyć w stronę optymizmu, choć niektórym przychodzi on łatwiej.

Miałam świadomość, w których momentach mojego życia decydowałam, jaką postawę wybieram. Na przykład: ryczałam naprawdę głośno z powodu jakiegoś czarnego dołka i sąsiadka z góry zadzwoniła z pytaniem, czy nie potrzebuję pomocy. To było bardzo kochane, podziękowałam i wytłumaczyłam jej, że czasem będę tak sobie płakać, bo mi to pomaga, ale gdyby potrzebna była mi jej pomoc, to popukam szczotką w sufit. Spytałam, czy mój płacz jej przeszkadza. Powiedziała, że nie i że teraz już będzie wiedziała. Superkobieta. To było moje pierwsze własne mieszkanie, poczułam wtedy, jak fantastyczne jest to, że mam się gdzie wypłakać i że te moje emocje są przecież chwilowe.

To podejście optymisty: „Bywa mi paskudnie, ale co jakiś czas musi tak być, wiem, że to prędzej czy później minie”. Optymista wie, że wszystkie uczucia mijają. Ja mówię tak: „Złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca”. Pesymista mówi: „Dobre zawsze mija, a złe zawsze wraca”. To ja wybieram, w co chcę wierzyć. Chcę dać priorytet dobremu, więc daję. Optymizmu można się nauczyć, nawet jest książka Martina Seligmana o takim tytule. Rozglądajmy się też za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. Jeśli chcemy. Ja swój optymizm, czyli moją filozofię życiową, przekazuję podczas terapii.

Zdarza się, że psychologia pozytywna staje się rodzajem politycznej poprawności, nie daje przyzwolenia na wyrażanie tych uczuć, które uważamy za złe. Choremu na nowotwór mówimy: „Myśl pozytywnie”. Ale uczucia, których nie wyrażamy, magazynują się w nas, rosną. Optymizm trzeba odróżniać od myślenia życzeniowego. Lepiej uważać z terminem „potęga pozytywnego myślenia”. Bo za przekonaniami musi iść działanie, same afirmacje nie wystarczą. Optymizm to zgoda na to, co jest. Także na cierpienie. Spotykają nas różne rzeczy, czasem bolesne i trudne. Na tyle, na ile umiemy, unikamy tego, czego nie chcemy, i wpływamy na to, na co możemy wpływać. Jestem optymistką, ale to nie znaczy, że nie mam takich stanów, że mi się nic nie chce albo jestem rozczarowana życiem czy ludźmi.

Pesymista próbuje uniknąć przykrych doświadczeń czy zła, a przecież tego całkowicie nie da się uniknąć. Zamiast żyć pełnią, zatruwa się strachem, dopóki wydarzenia, których się boi, się nie pojawią. Strategia: nie będę miała dużych oczekiwań, a więc nie będę miała dużych rozczarowań, nie uchroni od cierpienia. Chcę wam podarować ważne dla mnie przekonanie: Życie jest długie i wszystko w nim się zmieści!

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Przychodząc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Co daje altruizm?

Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

Daniel Goleman, słynny amerykański psycholog, autor książek o różnych rodzajach inteligencji, twierdzi, że kręcenie się „wokół własnego ogona” nie tylko nie daje szczęścia, ale wręcz je zabija. W książce „Inteligencja społeczna” pisze: „Skupianie się na sobie zabija empatię, nie mówiąc o współczuciu. Kiedy koncentrujemy się na sobie, nasz świat się kurczy, bo nasze problemy i zaabsorbowanie nimi przesłaniają wszystko inne. Kiedy natomiast skupiamy się na innych, nasz świat się powiększa. Nasze własne problemy odsuwają nas na peryferie umysłu, przez co wydają się mniejsze, wzrasta natomiast nasza zdolność do łączenia się z innymi”.

Większość z nas ma jednak problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. Zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, gdy dookoła las takich rąk. Nie wiemy na przykład, jak odróżnić prawdziwie potrzebującego od tego, kto wyłudza. Jak pomagać, a jednocześnie się nie narzucać? Czy wspierając kogoś, nie uczymy go także bezradności?

Ale problem mamy także z reagowaniem w nagłych wypadkach, w sytuacjach zagrożenia, w których trzeba wybierać między pomocą drugiemu człowiekowi a naszym życiem. Gdzie leży granica między odruchem serca a heroizmem? Kiedy interweniować, a kiedy brać nogi za pas?

Kilka lat temu tocyzła się na ten temat dyskusja wywołana orzeczeniem komisji etyki Polskiego Związku Alpinistycznego w sprawie tragicznego wypadku podczas zimowej wyprawy himalaistów na Broad Peak. Dyskusja pełna osądów i moralizowania. Mnie natomiast o wiele ważniejsze wydaje się zrozumienie, dlaczego niektórzy ludzie nie zostawiają drugiego człowieka w potrzebie, bez namysłu rzucają się za nim w ogień, skaczą do wody, angażują w działania charytatywne, a inni nie.    

Niewiedza wielu

Seminarium duchowne w Princeton. Trwa właśnie egzamin z głoszenia kazań.  Połowa z 40 egzaminowanych kleryków ma za zadanie odnieść się do tematów wybranych na chybił trafił z Biblii, druga połowa – do przypowieści o dobrym Samarytaninie, który – jak wiadomo – udzielił pomocy leżącemu przy drodze rannemu, obojętnie mijanemu przez rzekomo pobożnych ludzi. Na wygłoszenie kazania przewidziany jest ściśle określony czas. Egzaminowani zgromadzeni są w pokoju, z którego co 15 minut jeden z nich idzie do sali egzaminacyjnej. Droga prowadzi obok wejścia, przy którym leży jęczący z bólu człowiek. Klerycy nie wiedzą, oczywiście, że biorą udział w eksperymencie. Jak reagują? 24 przechodzi, nie zwracając uwagi na jęczącego. Przy czym ci, którzy przygotowywali kazanie na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie, nie są ani na jotę bardziej przejęci chorym. Spośród tych, którzy myśleli, że mają mało czasu, zatrzymał się tylko jeden, natomiast spośród przekonanych o tym, że nie muszą się spieszyć, pomoc zaproponowało sześciu.

Jak pokazuje ten eksperyment, opisany potem w wielu pracach z dziedziny psychologii społecznej, o odruchu serca, zwanym uczenie altruizmem, decyduje między innymi czas konieczny do tego, żebyśmy mogli nie tylko zauważyć czyjeś potrzeby, ale i „dostroić się” do nich.

Co jeszcze popycha nas do reagowania? Zaangażowanie innych ludzi. Okazuje się, że bardziej jesteśmy skłonni przyjść z pomocą wtedy, gdy ktoś już tej pomocy udziela. Na przykład chętniej przyłączamy się do akcji charytatywnej, w której bierze udział dużo osób, bardziej zdecydowanie reagujemy na czyjąś krzywdę, gdy wcześniej już ktoś zareagował. Ale uwaga! Obecność innych może czasem utrudnić podjęcie decyzji o udzieleniu pomocy. Jak zauważa profesor psychologii społecznej Wilhelmina Wosińska, w sytuacjach wymagających od nas zaangażowania staramy się zachować zimną krew, bo nie chcemy wyjść na głupka albo być posądzonymi o panikowanie. Dlatego przyglądamy się, co robią inni, a oni kątem oka obserwują nas. Wszyscy nawzajem utwierdzamy się w przekonaniu, że sytuacja nie wymaga interwencji, że wszystko jest pod kontrolą i tak naprawdę ignorujemy zagrożenie. Takie zachowania nazywane są w psychologii „niewiedzą wielu”.

Formy i normy

Z kolei według psychologów ewolucyjnych (mi. in. Davida M. Bussa) pomagamy dlatego, żeby ocalić gatunek, w czym zresztą jesteśmy bardzo podobni do zwierząt. Rzucamy się na pomoc najpierw tym, którzy mają najwięcej podobnych genów, a więc dzieciom, rodzicom, rodzeństwu, a dopiero później wujom, ciotkom, kuzynom. Obcych ratujemy na końcu, i tak jest we wszystkich kulturach. Jednak w Ameryce gotowość do przyjścia z pomocą komuś nieznanemu jest zdecydowanie większa niż na przykład w Chinach. Dlaczego? Ponieważ w kulturach zachodnich podział na swoich i obcych jest bardziej rozmyty (tam przyjezdny szybko może stać się jednym z nas) niż w społecznościach zamkniętych na inne kultury czy religie.  

Spieszymy z pomocą także dlatego, że tak nakazują normy społeczne, tego nas się uczy, za to nagradza. Właściwie nie ma na świecie społeczeństwa, które nie ceniłoby takich postaw. Wynikają one – z grubsza rzecz ujmując – z respektowania dwóch rodzajów norm społecznych: normy wzajemności i odpowiedzialności za słabszych.

Pierwsza nakazuje odwdzięczać się za przysługi, jakie wyświadczyli nam inni. To strategia niezwykle opłacalna z punktu widzenia interesu danej grupy. Bardziej prawdopodobne jest bowiem przetrwanie danej społeczności, jeśli jej członkowie nawzajem wymieniają się jakimiś świadczeniami. I po drugie – norma ta ma charakter edukacyjny, bo pokazuje, że warto pomagać choćby dlatego, że gdy sami znajdziemy się w potrzebie, możemy liczyć na wzajemność. Takie praktyki wprost rozkwitały za komuny, kiedy to wszyscy usiłowali wymieniać się towarami, do których mieli dostęp. Na przykład pani z mięsnego załatwiała kierowniczce kina kilo schabu, a kierowniczka odwdzięczała się jej biletem na film.

W plemionach zamieszkujących zachodnią Kanadę mocno trzyma się tradycja wydawania wielodniowych hucznych przyjęć, na które zaprasza się mnóstwo gości, a oni potem rewanżują się tym samym. W rezultacie tego obyczaju dezorganizuje się życie całych miejscowości, często dochodzi do łamania prawa. Dlatego władze Kanady zakazały takich praktyk. Jak się okazało, bezskutecznie, bo organizowanie przyjęć zeszło do podziemia, tak silna jest potrzeba odwzajemniania zaproszeń i uzyskiwania z tego tytułu społecznego uznania. Ten obyczaj przypomina jako żywo polską weselną tradycję, która nakazuje: postaw się, a zastaw się, spłukaj do cna, ale zaproś całą wieś. Po co? No właśnie po to, aby odwdzięczyć się za to, że wcześniej nas zaproszono, albo zapracować na zaproszenie w przyszłości.

Norma odpowiedzialności za słabszych już na takiej wzajemności się nie opiera. I nic dziwnego – ludzie, którym pomagamy – chorzy, biedni, słabsi – nie mają nic do dania poza wdzięcznością. Ale, co ciekawe, choć norma ta jest odwieczna, uniwersalna, to często jej nie respektujemy. Oto w czasie spaceru w parku widzimy mężczyznę, który słania się nogach, a potem upada. Nie udzielamy mu pomocy, ponieważ z góry zakładamy, że jest pijany.

Profesor Wilhelmina Wosińska konkluduje: To, czy weźmiemy na siebie odpowiedzialność niesienia pomocy, zależy od wyjaśnienia przyczyn, dlaczego ktoś znalazł się w trudnej sytuacji. Może to jego wina albo mu się nie chce. Dość łatwo wtedy o zwolnienie się z odpowiedzialności.   

Zaczyna się od empatii

Czasem podchodzimy do pomagania jak do każdej innej transakcji ekonomicznej opartej na strategii: minimum kosztów, maksimum zysków. Zastanawiamy się wtedy, czy przewidywane nagrody przewyższają włożony wysiłek. Takiej kalkulacji – jak pokazały badania amerykańskiej socjolog Jane Allyn Piliavin – dokonują nawet krwiodawcy, stawiając na jednej szali stratę czasu, dyskomfort, a na drugiej – uznanie społeczne, dobre mniemanie o sobie.

Co zatem takie zachowanie ma wspólnego z altruizmem, definiowanym jako działanie podjęte wyłącznie z myślą o drugiej osobie, a nie dla zdobycia zewnętrznych czy wewnętrznych nagród? Część socjologów twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak „czysty altruizm”, ponieważ za wszystkimi reakcjami prospołecznymi kryje się jakaś korzyść, czasem nieuświadomiona. Ich zdaniem działania altruistyczne są tak naprawdę egoistyczne. Profesor Robert B. Cialdini, autor świetnej książki „Wywieranie wpływu na ludzi”, uważa, że nawet współczucie, czyli dostrojenie się do uczuć i emocji drugiej osoby, nie jest czystym altruizmem, tylko strategią obliczoną na jakieś korzyści.

Inni badacze postaw społecznych dowodzą z kolei, że to właśnie empatia warunkuje reakcje altruistyczne. Amerykański psycholog społeczny Daniel Batson poparł tę hipotezę słynnym, ale brutalnym eksperymentem. Otóż badanym studentom nakazano obserwowanie koleżanki, którą poddano elektrowstrząsom. Dziewczyna z trudem to znosiła, więc poproszono kolegów, aby ją zastąpili. Połowie powiedziano, że jeśli tego nie zrobią, to i tak będą musieli pozostać w laboratorium i dalej przyglądać się cierpieniu koleżanki. Pozostali mogli opuścić pomieszczenie, co też skwapliwie uczynili. Ale co ciekawe – gdy studentom z obu grup powiedziano, że ich koleżanka przeżyła w dzieciństwie tragedię, czyli gdy wzbudzono w nich empatię, niemalże wszyscy studenci gotowi byli ją zastąpić.

Wniosek? Empatia prowadzi do altruizmu, powoduje, że zapominamy o własnym komforcie, że skupiamy się na potrzebach drugiej osoby. Według wielu badaczy to klucz do zachowań altruistycznych. Nakazuje zatrzymać się i zareagować nawet w sytuacji zagrożenia swojego życia. Stanowi sedno tak zwanej osobowości altruistycznej. Skąd bierze się taka postawa? Jak wynika z badań nad bliźniakami jednojajowymi wychowywanymi osobno oraz dwujajowymi wzrastającymi w tym samym domu, aż połowa cech altruistycznych jest wrodzona! Ale jest jeszcze druga, którą na szczęście da się kształtować w procesie wychowania.

Nasz mózg nie znosi cierpienia innych

Psycholog Jarosław Przybylski uważa, że zachowań altruistycznych można się nauczyć: – O tym, czy obchodzi nas los innych, decydują wzorce wyniesione z domu. Przy czym nie chodzi tu bynajmniej o wzorce deklaratywne, o wpajanie teorii, ględzenie, że trzeba być wrażliwym na krzywdę innych i temu podobne gadki. Chodzi o praktyczne działanie, o żywy przykład. Dziecko od najmłodszych lat obserwuje bowiem, jak rodzice odnoszą się do ludzi, zwłaszcza tych postawionych niżej od nich w hierarchii: do sprzątaczki, dozorcy, żebraka. Widzi, czy mama tak samo traktuje jego kolegów niezależnie od tego, czy pochodzą z bogatej rodziny, czy z biednej, czy dobrze się uczą, czy nie. Zachęcone przez tatę pomaga w zbieraniu ubrań dla sierot z domu dziecka, w przygotowaniu paczek świątecznych dla wielodzietnej rodziny z sąsiedztwa. I wszystkie te zdarzenia chowa w pamięci niczym w walizce, z której potem ma co wyciągać. Dlatego rodzice powinni już od najmłodszych lat aranżować sytuacje, w których dziecko może się wykazać drobnymi aktami pomocy na rzecz innych. Może to być sprzątanie podwórka, robienie zakupów chorej sąsiadce. Niezależnie od tego, czy dziecko pomaga dla zabawy, czy na poważnie, może to być dla niego świetna okazja do przekonania się, jak dużo można zrobić dla innych i jaki ma to też wpływ na nas, na nasze samopoczucie.  

Wilhelmina Wosińska przestrzega rodziców przed nagradzaniem za każdy dobry uczynek. Systematyczne nagradzanie powoduje, że pomaga się dla nagród, a nie dlatego, żeby komuś ulżyć. Nagrody powinno się oferować tylko od czasu do czasu, niepublicznie i w formie niematerialnej, na przykład pochwały. Tylko taka nagroda wzmacnia poczucie sensu robienia dobrych uczynków i prowadzi do uwewnętrznienia dobroczynności, która staje się głęboką potrzebą, a nie przymusem, robieniem czegoś, „bo tak wypada”. Jarosław Przybylski zauważa, że wrogiem postaw altruistycznych jest rywalizacja, na którą, niestety, stawia współczesna szkoła. Dzisiaj liczą się stopnie, wyniki testów, miejsca w rankingach. Tymczasem zamiast zagrzewać uczniów do rywalizacji, o wiele rozsądniej byłoby zachęcać ich do współpracy. Co z tego, że Jaś zajmie pierwsze miejsce w olimpiadzie z polskiego, skoro będzie przekonany, że nikt inny poza nim się nie liczy?

Chiński mędrzec Mencjusz już w trzecim wieku przed naszą erą napisał: „Wszyscy ludzie mają umysł, który nie może znieść widoku cierpienia innych”. Daniel Goleman twierdzi podobnie: nasz mózg został zaprogramowany na dobroć. Czyż nie dzieje się tak, że automatycznie przychodzimy z pomocą przestraszonemu dziecku, że chcemy uściskać kogoś, kto płacze? Wiele eksperymentów socjologicznych pokazuje związek między cierpieniem jednego człowieka a odruchem pomocy drugiego. A wszystko to za sprawą mózgu. Jak wynika z badań, kiedy odpowiadamy empatycznie na czyjeś cierpienie, aktywują się te same części mózgu, które biorą udział w doświadczaniu naszego własnego bólu.

Dlaczego zatem nie wszyscy pomagamy cierpiącym? Daniel Goleman twierdzi, że winny jest współczesny tryb życia: pośpiech, izolacja społeczna, odgradzanie się od „tych obcych”. To wszystko sprawia, że świat czekający na naszą pomoc jawi się nam niczym odległa obca wyspa, z którą nie czujemy żadnego związku. Afrykańczycy płynący na tratwach na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia? Przez chwilę im nawet współczujemy, ale w najmniejszym stopniu nie odczuwamy ich krzywdy. Nas ich dramat nie dotyczy, bo rozgrywa się gdzieś daleko, nie mamy na to wpływu.

Czy aby na pewno? W dobie Internetu każdy może wyrazić swój głos w każdej sprawie. Możemy zaprotestować albo wysłać słowa poparcia. Wspomóc materialnie albo duchowo. Najgorsze, co możemy zrobić, gdy komuś dzieje się krzywda, to nie robić nic. W myśl duchowych teorii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni na najgłębszym, kwantowym poziomie. Przychodząc więc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Ale nawet ujmując rzecz na wskroś realistycznie, można dostrzec, że gdy dajemy, wcale nam nie ubywa, a nawet wręcz przeciwnie, dużo przybywa, na przykład pomocy odwzajemnionej. Bo szczęście to dziwne uczucie – nie da się go przeżyć indywidualnie, do tego potrzebni są inni.

  1. Psychologia

Bałagan w głowie równa się bałagan w życiu. Jak uprościć życie? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Ganiamy z językiem na brodzie wykonując setki czynności, często całkowicie zbędnych. Namiastkę szczęścia znajdujemy kupując gadżety i sprzęty, które „trzeba mieć”. Przestrzeń się kurczy, długi rosną, a my biegniemy dalej, po więcej i lepiej… Czarne myśli się kłębią, życie wymyka z rąk, stres rośnie - jak żyć w tym bałaganie? Z Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Joanna Wilgucka-Drymajło.

Często powtarzamy - „nie mam czasu”. Pasje? Spotkania ze znajomymi? Odpoczynek? Jakoś trudno to wcisnąć do grafiku, gdy jest tyle pracy. Co się z tym czasem dzieje? Czyżby doba się skurczyła, a może nam tak obowiązków przybyło?
Doba nam się na pewno nie skurczyła, tylko obowiązków, pośpiechu i zamieszania lawinowo przybywa i obawiam się, że nadal przybywać będzie. Skoro więc nie możemy liczyć na to, że rzeczywistość się nad nami ulituje, to jedynym wyjściem i podstawowym zadaniem staje się walka z chaosem w naszej głowie. Bo tylko spokojna, jasna głowa umożliwi nam ustawienie priorytetów i pogodne nadążanie za przyspieszającym życiem. Jeśli nadal nie będziemy mieli ani chwili, ani sposobu, by uspokajać i ukierunkowywać nasz niespokojny, rozpędzony umysł, to nie usłyszymy własnych, istotnych potrzeb ani uczuć. W końcu całkowicie rozminiemy się z tym, co naszym życiu ważne.

W tym całym zagonieniu, w natłoku informacji - nie mamy raczej warunków do refleksji, rozliczenia się i poukładania sobie w głowie różnych spraw. Czy w tej sytuacji można stwierdzić, że nasz umysł zaczyna przypominać zagraconą szafę, w której trudno ustalić, co gdzie jest, że tworzy się jeden wielki chaos?
Dobre porównanie. Bałagan w szafie, chaos na biurku, zagracone mieszkanie. Gromadzimy i kolekcjonujemy rzeczy, sprawy i zadania, którym nie jesteśmy w stanie sprostać, ani ich zagospodarować - a o cieszeniu się nimi możemy w ogóle zapomnieć. Robi się tego tak dużo, że coraz więcej odkładamy na później - a zaległości rosną, szafy pękają, półki się uginają. W końcu przytłaczają nas tak, że w głowach, sercach i 24 godzinach doby brakuje miejsca na cokolwiek nowego, świeżego, kreatywnego. Bezmiar niezałatwionych spraw więzi naszą uwagę i energię w przeszłości, a to gwarantowany smutek czy nawet depresja.

Nie sposób pędzić przez współczesne, pokręcone i skomplikowane życie, patrząc we wsteczne lusterko. To musi się skończyć jakąś kolejną kraksą. Uciekamy przed przeszłością, ale nie mamy gdzie uciec. Bo przyszłość też nie rysuje się różowo. Przerażające wyobrażenia o skutkach naszych zaniedbań i niedoróbek każą uciekać także przed przyszłością. Zakleszczeni pomiędzy smutkiem a strachem, nie mamy gdzie i jak się wyrwać, by złapać trochę luzu i oddechu. Tu i teraz nie istniejemy. Nie łapiemy kontaktu. Z nikim nie możemy się spotkać. Bo trzeba by wyhamować, rozejrzeć się, usłyszeć, poczuć. Kto ma na to czas? I jak to zrobić?

Jak taka sytuacja rzutuje na jakość naszego życia, na nasze zdrowie, finanse, relacje z bliskimi? Można mieć bałagan w głowie – a nie mieć go w życiu?
Prawie zawsze bałagan w głowie równa się bałagan w szafie, na biurku, w domu - a także w życiu. A ten ostatni jeszcze bardziej nakręca bałagan wewnętrzny. Gonitwa smutnych, lękowych i agresywnych myśli wyzwala bezładne, często skrajne emocje - a te napędzają chaotyczne i destrukcyjne zachowania. W efekcie wzrasta ilość stresu i poczucie braku kierunku w naszych wyborach i działaniach. Błędne koło, które trudno przerwać. Bo stres - gdy staje się chroniczny - prócz zdrowia odbiera nam również możliwość dokonywania inteligentnych wyborów, a także możliwość doświadczania empatii i współczucia. (Za mało krwi dopływa do płatów czołowych mózgu.) To wystarczy, aby nasze relacje z ludźmi dramatycznie się pokomplikowały. Błędne koło stresu generując depresyjne, agresywne, złowrogie myśli i wyobrażenia - utrzymuje nas w narastającym napięciu. Bo ludzki organizm nie jest w stanie odróżnić realnego zagrożenia od wyobrażonego. W realu może być wszystko OK., lecz my i tak tego nie zauważymy.

Czyli potwierdza się przekonanie, że „Ludzie sami komplikują sobie życie”. Czy nie da się wyjść z tego błędnego koła?
Na szczęście – da się. Pierwsza lekcja: odróżniamy myślenie od myślactwa". To pomoże zdystansować się nieco od rozgadanego jarmarku w naszych głowach. Myślenie to uporządkowany proces uruchamiany pytaniem czy wątpliwością, prowadzący do rozwiązania. Rozwiązanie kończy myślenie na dany temat. Myślactwo" jest bezładną, samoistną, bezcelową gonitwą myśli. Można je porównać do spamu, który zawala nam skrzynkę mailową. Kradnie czas i energię, których i tak za mało mamy na sprawy naprawdę ważne. By przestać zajmować się mózgowym spamem - myślami, które odciągają naszą uwagę od tego, co w tej chwili rzeczywiście się dzieje i na co mamy realny wpływ - potrzeba wyostrzonej uwagi i dyscypliny.

Gdy choć trochę się tego nauczymy, to umysł zacznie się urealniać i porządkować, jak regularnie sprzątany i resetowany komputer. Wtedy na jego przejrzystym i przestronnym ekranie ujrzymy sprawy naprawdę dla nas istotne. Zrozumiemy, że najważniejszą z nich - bo nadającą naszemu życiu barwę, wyrazistość i sens - jest uważne, świadome i zaangażowane istnienie we wszystkim, co się nam realnie przydarza. Zapragniemy skończyć z przenoszeniem niespełnionej przeszłości w przyszłość, z życiem pomiędzy smutkiem i lękiem, aby w końcu odzyskać kontakt z naszym upragnionym, realnym, prostym życiem - tu i teraz.

„Nic nie poradzę, no taki mam nawyk...” - z uporem maniaka powtarza wiele osób, tłumacząc w ten sposób swoje np. problemy ze zdrowiem wynikające ze złego odżywiania czy długi będące efektem nieprzemyślanych zakupów. Czy raz nabyty nawyk to wyrok do końca życia?
Nie. Stosunkowo łatwo - jeśli się naprawdę do tego przyłożymy - możemy zmieniać nasze nawyki. Wystarczy przez 20 minut dziennie posiedzieć w spokoju, skoncentrować uwagę na oddechu, na jakimś harmonijnym dźwięku, na inspirującym symbolu/obrazie, albo na widoku kwiatu czy drzewa - do wyboru. I wtedy tylko patrzeć, tylko słuchać, tylko odczuwać. Te 20 minut to dla mózgu to samo, co resetowanie dla komputera. Uwolniony od nadmiernej, chaotycznej stymulacji umysł, zachowuje się jak pozostawione w spokoju szklane naczynie wypełnione wzburzoną, mętną wodą. Po jakimś czasie zanieczyszczenia opadają na dno, a woda robi się tak przejrzysta, że ku naszej ogromnej radości - można wreszcie zobaczyć przez nią świat. Wtedy to, co dla nas najważniejsze zostanie uświadomione, a szkodliwe nawyki ujawnią swoją szkodliwość z taką mocą, że wyzwolą ogromną, wewnętrzną, autonomiczną motywację i potrzebę zmiany. A to jest już połowa zwycięstwa. Umysł spokojny i prosty - poprowadzi nas prostą drogą do pożądanej zmiany.

Mówi Pan o tym, że warto dążyć do upraszczania swojego życia. Od razu przychodzi mi na myśl - „wyrzeczenia, rezygnacja, post”. Czy rzeczywiście może nam to przynieść jakąś korzyść? Czy sami się w ten sposób nie pozbawiamy czegoś istotnego, wartościowego?
Wręcz przeciwnie - minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. No bo na czym polega minimalizm? Na tworzeniu przestrzeni i czasu, w których możemy coś zauważyć w szczegółach, doświadczyć głębiej, przyjrzeć się, wsłuchać, zrozumieć. A to wszystko składa się na smak życia. Podobnie niemowlakowi, lepiej się żyje, gdy ma w swoim kojcu jednego ukochanego misia, a nie 20 kolorowych, konkurujących ze sobą pluszaków - i nie wiadomo, którym się zająć. W końcu rozkojarzone dziecko dostaje napadu wściekłej histerii i wrzeszcząc. wyrzuca z kojca wszystko. Dzieci odruchowo wybierają jedną rzecz, którą chcą się zajmować. Warto brać z nich przykład. Potrafią zająć się na długo najprostszą sprawą, której wagi, piękna i znaczenie zabiegani dorośli nie widzą - np. przez pół godziny z uwagą i zachwytem przyglądać się kałuży, kamykowi, mrówce czy kwiatu. To pouczająca demonstracja wrodzonej człowiekowi potrzeby minimalizmu. Niestety z upływem życia zostaje ona zagłuszona wyuczoną - destrukcyjną dla życia - potrzebą posiadania jak najwięcej i stymulowania się na wszystkie możliwe sposoby jednocześnie.