1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. To można było przewidzieć

To można było przewidzieć

fot.123rf
fot.123rf
Nie trzeba iść do wróżki, żeby wiedzieć, co wyniknie z wielu sytuacji. Niestety. Jeśli czegoś chcemy, zwykle lekceważymy sygnały ostrzegawcze. Efekt? Godziny spędzane w gabinetach psychoterapeutów, aby wyplątać się z tego, czego można było uniknąć.

Pozytywne myślenie lansowane przez setki poradników bardzo się przydaje. Ale tylko w niektórych sytuacjach. Gdy jest nam źle, warto się pocieszyć, że będzie lepiej, ale nadmierny optymizm często prowadzi na manowce. I to nie tylko wtedy, gdy zamiast wziąć się do roboty, zachęceni przez superporadniki po prostu wizualizujemy swój sukces. Również wtedy, gdy dokonując życiowych wyborów, nie zważamy na sygnały ostrzegawcze, wierząc, że jakoś to będzie. A potem jesteśmy zaskoczeni, że co prawda jakoś jest, ale wcale nie tak, jakbyśmy chcieli.

Monika, 48 lat, matka dwojga dzieci. Inteligentna, wykształcona, bardzo ładna, świetnie radziła sobie w życiu. Aż do teraz, gdy mąż zabrał jej syna i nie dopuszcza do żadnych kontaktów. Sąd wydał decyzję, że do czasu orzeczenia rozwodu syn ma przebywać z ojcem. Monika krąży między sądem, szkołą a rzecznikiem praw dziecka. Jak na razie jej działania nie przynoszą żadnych efektów. Zresztą syn nie chce się z nią kontaktować. Wybrał ojca, choć jeszcze niedawno był jej ukochanym syneczkiem. Monika rozpacza, miota się, nie może pojąć, jak jej mąż, z którym przeżyła kilkanaście lat, mógł jej to zrobić. Czemu nie liczy się z jej uczuciami? Czemu zabrał jej dziecko? Na pierwszy rzut oka historia zadziwiająca. Co takiego zrobiła Monika, że mąż stał się jej wrogiem? Kompletnie nic nie przychodzi jej do głowy. Niezrozumiała sprawa. Ale odkopanie przeszłości pozwala odkryć to, co wszyscy wiemy: że historia lubi się powtarzać. Zacznijmy od początku. Monika i Adam poznali się w niesprzyjających okolicznościach. Mieszkali w różnych krajach. On miał żonę i syna, ona męża i córkę. Po kilku spotkaniach zaproponował, żeby przyjechała do niego. Był przystojny, inteligentny i bogaty. Monika nie namyślała się długo. Zostawiła mężowi list pożegnalny i razem z córką wyjechała do ukochanego. Co się stało z jego żoną? Nie wiadomo. Monika nie próbowała dociekać. Za to w spadku po niej dostała syna. Mąż chciał, żeby został piłkarzem. Żona nie umiałaby zadbać o jego karierę. Z dwójką dzieci wrócili do kraju. Tu jeszcze nie mąż, na razie tylko narzeczony Moniki, zaczął prowadzić jakieś ciemne interesy. Pewnie to robił już dawniej, ale Monika teraz się zorientowała. Docierały do niej jakieś strzępy, ale nie chciała wnikać, o co chodzi. Jej życie to była bajka. Basen przed domem, jacht na Morzu Śródziemnym, podróże po całym świecie. Była szczęśliwa. Co prawda mąż mało się interesował jej sprawami. Sam podejmował wszelkie decyzje. Nie chciał, by pracowała, wolał, żeby siedziała w domu. Niechętne widział nawet jej kontakty z rodzicami. Rozliczał ją z wydawanych pieniędzy, kontrolował korespondencję, nie pozwalał na spotkania z przyjaciółmi. Ale Monika czuła się bezpiecznie, on jej wystarczał za wszystkich, choć często nie było go w domu. Wkrótce urodził się ich syn. Monika zajęła się dzieckiem, wszystko było dobrze. I nagle, po 10 latach od ślubu, wręczył jej pozew rozwodowy i kazał wyprowadzić się z domu. Nie zgodziła się, więc zabrał syna i zamieszkał z inną kobietą. O dom walczy sądownie. Monika nie może wyjść z szoku. Jak on mógł jej to zrobić?

Nie chcę moralizować. Ale, czy wiążąc się z gangsterem, można liczyć na to, że akurat w stosunku do mnie będzie  postępował uczciwie?

Wiele kobiet myśli pozytywnie, a może raczej zapomina o myśleniu. Przyszedł pijany do moich rodziców, by się oświadczyć. Byłam wściekła, ale wybaczyłam. Pierwszy raz uderzył mnie na długo przed ślubem. To początki tysięcy historii małżeństw z alkoholikiem i mężczyzną stosującym przemoc. Wiara w to, że on się zmieni, to chyba najbardziej destrukcyjny przejaw pozytywnego myślenia, które jest równie powszechne, jak brak świadomości, że zmianę warto zacząć od siebie. Ale myślenie pozytywne to nie tylko kobieca specyfika. Przyszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku, który dowiedział się, że żona go zdradza. Związał się z nią, gdy miała 18 lat, była jeszcze w liceum, on był grubo po trzydziestce. Teraz ona skończyła studia, po raz pierwszy poszła do pracy i zaczęła żyć własnym życiem. Czuje się winna, ale nic nie poradzi na to, że już go nie kocha. Zafascynował ją, gdy była dziewczyną. Natychmiast chciał mieć dziecko, inaczej groził, że ją opuści. Mając 19 lat, została matką. Wybudował dla niej dom, którego nie chciała, tuż obok jego rodziców. Wtłoczył w rolę żony i matki, nim sama wiedziała, kim jest. Przez kilka lat próbowała się dostosować. Aż odkryła, że to nie dla niej. Gdyby spotkali się teraz, pewnie nie zwróciłaby na niego uwagi. Wszyscy wiemy, że człowiek dorasta i stara się uniezależnić od rodziców. Gdy mężczyzna wchodzi w rolę ojca wobec swojej żony, też musi się z tym liczyć. On chciał ją sobie wychować. Wierzył, że zawsze będzie dla niej autorytetem. A ten bunt można było przewidzieć. Z miłości do niego zbuntowała się przeciw swoim rodzicom, wyprowadziła z domu, urodziła dziecko. Teraz z miłości do siebie zbuntowała się przeciw niemu. Zaskakujące zwroty akcji zwykle wpisane są w sytuację od początku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fascynujący, ale toksyczni. Jak rozpoznać toksyczne osobowości?

Jak przeciwstawić się toksycznym ludziom? Przede wszystkim naucz się ich rozpoznawać. (Fot. iStock)
Jak przeciwstawić się toksycznym ludziom? Przede wszystkim naucz się ich rozpoznawać. (Fot. iStock)
Narcyz, psychopata i makiawelista. Wydaje się, że ich miejsce to thrillery, a jednak można ich spotkać wszędzie. Fascynujący, ale toksyczni. Tworzą team bezwzględnych graczy, zwany przez psychologów mroczną triadą. Jak ich rozpoznać? Jak się przed nimi bronić?

Wszyscy trzej wiedzą, czego chcą. Emanują siłą, odwagą i pewnością siebie. Otwierają drzwi „z buta”, ale jak potrafią ten but nosić! Ani się obejrzysz, a już jesteś złapana w ich sidła. Może nawet sądzisz, że – wsparta na ramieniu któregoś z nich – zawojujesz świat. Z nim przecież wszystko jest takie proste. Trudno tylko dostrzec, że bierzesz udział w perfidnej grze. O co im chodzi? O siebie. Chcą osiągnąć jak najwięcej, nie licząc się z kosztami. Zwłaszcza jeśli te koszty miałby ponieść kto inny. Kręcą, mącą, wykorzystują. Z niekłamanym wdziękiem. Jak się im przeciwstawić? Przede wszystkim naucz się ich rozpoznawać.

Uwaga, pięknoduch!

Najpierw Pan Narcyz. W mitologii greckiej imię to nosił piękny młodzieniec, który, przeglądając się w strumieniu, zakochał się we własnym odbiciu. Narcyz to zachwycony sobą arogant. Próżny, przekonany o swojej wyjątkowości, wciąż szukający podziwu i zachwytu. Lubi dominować – często umniejsza wartość innych, żeby na ich tle błyszczeć. Terapeutka Darlene Lancer wyróżnia dziewięć cech narcystycznych, które bierze się pod uwagę podczas wstępnej diagnozy. Oto one:
  1. Przecenianie własnej ważności, osiągnięć i talentów.
  2. Fantazje na temat własnego piękna, marzenia o władzy, sukcesie czy idealnej miłości.
  3. Brak empatii wobec uczuć i potrzeb innych.
  4. Wymaganie pochlebstw, skłonność do przechwałek.
  5. Uznanie dla prestiżu, interesowność w doborze znajomych.
  6. Roszczeniowe podejście do życia, przekonanie o swoich wyjątkowych prawach (czyli też łamanie zasad).
  7. Wykorzystywanie innych, przedmiotowe traktowanie ludzi.
  8. Zazdrość wobec innych ludzi (lub przekonanie, że samemu się ją wzbudza).
  9. Arogancja.
Wendy T. Behary, autorka książki „Rozbroić narcyza”, dodaje do tej listy poniżanie i tyranizowanie, dystans emocjonalny, snobizm, perfekcjonizm, wreszcie podatność na uzależnienia.

Co jeszcze powinno zwrócić twoją uwagę? Narcyz wciąż porównuje się z innymi, źle znosi krytykę i przesadnie reaguje na niepowodzenia. Chce zdobywać, przewodzić, mieć rację, nie przyzna się do błędu. Bardzo dba o wygląd i wizerunek. Wciąż mówi o sobie, koloryzując (albo po prostu kłamiąc). Chętnie przypisuje sobie cudze zasługi, nie odwzajemnia uprzejmości. Potrafi traktować ludzi jak powietrze. Albo oczarowywać. Uff – chyba wystarczy. Nie tylko, żeby go rozpoznać, ale też, żeby zrozumieć, co kryje się pod powierzchnią.

Osobowość narcystyczną niekoniecznie wyróżnia wysoka samoocena. To, co widzisz, może być maską skrywającą niepewność, wewnętrzną presję, by być idealnym. Rozpaczliwe poszukiwanie akceptacji. Jeśli wejdziesz z takim człowiekiem w bliższą relację, będzie cię traktował jak przedłużenie własnej osoby, będziesz służyć zaspokajaniu jego potrzeb, potwierdzaniu wartości. Nic dziwnego, że w jego obecności możesz się czuć spięta, słaba, niepewna, gorsza.

Co robić? Unikać – mówi prof. W. Keith Campbell z Uniwersytetu Georgii. Nie dać się złapać na wdzięk i słodkie słówka Pana Narcyza. Oczywiście, jeśli jest ci bliski, możesz próbować go zrozumieć. Rozmawiać, tłumaczyć, namawiać na terapię. Ważne, żebyś zachowała uważność, była świadoma własnych potrzeb i uczuć oraz nie uzależniała swojego poczucia wartości od tego, co mówi i robi Wielki On (lub Ona). Behary radzi, żeby w trudnych chwilach nakładać w wyobraźni na twarz narcystycznej osoby maskę niekochanego, samotnego dziecka.

Narcyz nie jest dobrym kolegą, ale jako pracownik bywa bardzo przydatny – twierdzi amerykański psycholog, Roy F. Baumeister. Podejmie się trudnych wyzwań, byle tylko móc się wykazać, pokazać. Może masz pomysł, jak to wykorzystać? Znając mechanizmy, jakie aktywuje, zdołasz go bowiem pokonać jego własną bronią. Nie oznacza to, że namawiamy cię do gry z cyklu „moja racja jest mojsza”. Lepiej nie wchodzić w inicjowane przez niego dyskusje, nie reagować na zaczepki. Jeśli nie uda ci się w porę wycofać, po prostu pozwól mu na monolog na jego ulubiony (własny) temat. Nie musisz się angażować w wymianę, a już na pewno nie bierz sobie do serca ewentualnej krytyki.

Wściekły robot

O ile – znając zasady – Pana Narcyza można zaangażować do różnych zajęć, w wypadku psychopaty sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. On jest naprawdę niebezpieczny. Oprócz cech narcystycznych (choćby egocentryzm, skłonność do kłamstwa, charyzmatyczny wręcz urok), psychopata wyróżnia się specyficznym sposobem myślenia i odczuwania, znacznie wykraczającym poza społecznie przyjęte normy. Jest okrutny, bezwzględny, nie uznaje żadnych świętości.

Według prof. Michaela Koenigsa z Uniwersytetu Wisconsin-Madison, psychopata charakteryzuje się odmienną budową mózgu: ma mniejszą powierzchnię kory przedczołowej i zdeformowane ciało migdałowate. Jego zdolność do empatii jest bliska zeru, to samo dotyczy poczucia winy i odczuwania wstydu. Do tego niemal nie zna uczucia lęku – czuje się nietykalny, nawet nieśmiertelny! Nietrudno zrozumieć, że taka osoba nie ma żadnych oporów: bez mrugnięcia okiem będzie sięgać po to, co – jak sądzi – jej się należy. Właśnie: eksperci twierdzą, że psychopaci mają zwykle szeroko otwarte oczy – zimne i pozbawione emocji. Nawet kiedy świat się wali. Nawet kiedy ich właściciel się uśmiecha.

Psychopatów nazywa się daltonistami uczuć i rzeczywiście przypominają oni roboty (chyba że wpadną w szał). Powierzchowne związki, przedmiotowy seks... Jednocześnie mają dużą umiejętność naśladowania emocji innych. Dlatego tak trudno ich zdemaskować, a badacze dwoją się i troją, by podrzucić kolejne tropy. Na przykład usztywnienie postawy – podczas chodzenia ręce psychopaty przylegają ponoć nieruchomo do tułowia. Albo język, którym się posługują. Zwraca uwagę wyjątkowo częste użycie spójników „bo”, „dlatego że”, „ponieważ”, „więc”. Wygląda na to, że psychopaci – by uzasadnić swoje postępowanie – szukają pewnych ciągów przyczynowo-skutkowych, próbują stworzyć własne standardy logiczne. W ogóle dużo mówią (głównie o swoich potrzebach, bo na nich są skupieni). Mają dar oratorski, wypowiadają się w sposób sprawny i opanowany. Nierzadko stosują przemoc – fizyczną, psychiczną, szukają silnych wrażeń, żyją na krawędzi, ryzykują, prowokują. I knują.

Z badań nad psychopatią wynika, że zaburzenie to występuje znacznie częściej u mężczyzn niż u kobiet. Ale – uwaga! – podobno kobiety są wyjątkowo skuteczne w ukrywaniu swoich skłonności. Psychopatów znajdziemy wśród biznesmenów, menedżerów wysokiego szczebla, różnej maści liderów. Przyjmuje się, że stanowią ok. 1 proc. populacji, że są poczytalni, ale niereformowalni. Nie nadają się na partnera, ani w domu, ani w pracy. To, co możesz zrobić w relacji z nimi, to zadbać o siebie. Zachować czujność, nie dać się zwieść pozorom, starać się poznać własne słabe punkty, bo to w nie będzie uderzał psychopata. I nie daj się nabrać na sztuczkę polegającą na wzbudzaniu litości – to jedna z najpotężniejszych broni psychopatów. Czasem najlepsza strategia to ucieczka!

Po trupach

Makiawelista to mistrz manipulacji. Jest spragniony władzy, gotów zrobić wszystko, by po nią sięgnąć. Zimny, cyniczny, wyzyskujący. Często po prostu oszust. Podobnie jak psychopata przekracza granice moralne, ale działa w sposób  bardziej przemyślany, wymagający konsekwencji i cierpliwości. Jest też bardziej skupiony na własnym wizerunku. Pociągając za sznurki, znakomicie kontroluje siebie i otoczenie. Chytry, fałszywy, przebiegły, zapobiegliwy. Będzie długo czekać na okazję, by zadać cios w plecy. Sama nazwa zaburzenia wywodzi się od nazwiska Niccola Machiavellego, autora „Księcia”, XVI-wiecznego traktatu o władzy. To jemu zawdzięczamy jedno z najbardziej popularnych haseł wszech czasów: „cel uświęca środki”.

Właśnie z „Księcia” i innych pism Machiavellego pochodzą stwierdzenia, na bazie których stworzono skalę makiawelizmu (Mach). W latach 60. Richard Christie i Florence L. Geis opracowali test „Mach-IV”, pozwalający zbadać intensywność tego zaburzenia. Znajdziesz go pod tym adresem (po angielsku). Pytań jest 20, choć może ci być trudno namówić prawdziwego makiawelistę do odpowiedzenia na nie.

Makiawelista to najczęściej przywódca-dyktator, możesz więc liczyć na to, że nie spotkasz go w swoim otoczeniu. Ale zwykłych manipulatorów nie brakuje. Zatem jeśli podejrzewasz kogoś w zespole o takie skłonności, podziel się wątpliwościami z innymi członkami grupy. Skonfrontujcie swoje wersje zdarzeń. Nie pozwólcie na tworzenie spiskowych teorii.

Warto mieć się na baczności, ale też wiedzieć, że cechy mrocznej triady występują (w mniejszym czy większym stopniu) u każdego z nas. Jeśli więc zauważysz niepokojące objawy u kolegi, trzy razy się zastanów, zanim przykleisz mu mroczną etykietkę.

Trzy to za mało

Niektórzy dodają do opisanej triady jeszcze jedną mroczną osobowość. To sadysta. Co robi – wiadomo. Znęca się, zadaje ból. Może tu chodzić o ból fizyczny, przemoc, ale też inne formy agresji i okrucieństwa. Sadysta karmi się uległością innych (również w seksie). Kontroluje, poniża, upokarza, zastrasza. Czerpie przyjemność z cierpienia innych (ludzi i zwierząt). Często próbuje uzależnić od siebie drugą osobę (poprzez swoisty terror), ponieważ odczuwa lęk przed opuszczeniem. To z pewnością odróżnia go od „towarzyszy”. Oczywiście, sadyzm może też przyjmować nieco subtelniejsze formy: ktoś cieszy się, że udało mu się dopiec sąsiadce, wyprowadzić z równowagi kolegę, czerpie satysfakcję z czyjegoś niepowodzenia...

Dobrze też nauczyć się rozpoznawać socjopatę. Przede wszystkim warto dowiedzieć się, jak go odróżniać od psychopaty. Nie jest to trudne: psychopata lubi się wyróżniać, brylować, socjopata trzyma się z boku, unika innych. Ma dostęp do emocji i do sumienia, ale nie potrafi przystosować się do życia w społeczeństwie. Tak zwane normy? To nie dla niego. Przyjmuje się, że jego antyspołeczne zachowania są wynikiem niewłaściwej socjalizacji – że osobowość tę kształtuje środowisko. W praktyce oznacza to, że psychopatą jest się od urodzenia, socjopatą można zostać pod wpływem trudnych doświadczeń.

Na pewno słyszałaś też o wampirach energetycznych. Tutaj definicje nie są zbyt ostre – rzecz jest znacznie bardziej subiektywna. Za wampira można uznać każdą osobę, z którą kontakt sprawia, że czujesz się wyczerpana, pozbawiona życia, „przeciągnięta przez wyżymaczkę”. Możesz reagować przygnębieniem, zniechęceniem, frustracją, spadkiem poczucia wartości, zamknięciem. Albo potrzebą bronienia się, składania wyjaśnień. W efekcie tracisz czas i energię. Może to być typ narzekająco-depresyjny, ofiara, intrygant, malkontent, sabotażysta, paranoik. Ale też ktoś, kto na wszystko reaguje entuzjazmem graniczącym z ekstazą – czy to na dłuższą metę nie jest przytłaczające?

Każdy ma swojego „ulubionego” prześladowcę i na pewno dobrze jest poznać jego strategie, żeby opracować własne. Ale tak naprawdę najlepszy sposób – to odmówić gry. Przekierować uwagę na siebie. Pracować nad obecnością, uważnością, asertywnością, ugruntowaniem, umiejętnością relaksowania się, wreszcie – nad poczuciem wartości. Zamiast starać się „rozpracować” czy osłabić innych – wzmacniać siebie.

  1. Psychologia

"Kocham cię" i "odejdź". Współuzależnienie w związku

Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Życie we współuzależniającym związku jest bardzo trudne. Ale ma też swoje ukryte korzyści. Emocje przesłaniają wszystko – z rzeczywistością na czele. A osoby współuzależnione nie chcą się z nią konfrontować. Szukają celu w drugim człowieku, łudzą się, że wypełni pustkę w ich życiu i rozwiąże problemy. Taka wizja miłości prowadzi tylko do cierpienia.

Współuzależnienie z boku może wyglądać jak zabawa w kotka i myszkę. Tymczasem tak naprawdę związek, w którym uruchamia się tego rodzaju dynamika, przypomina pole bitwy. Owszem, bywają momenty zawieszenia broni – czasem nawet długie i przyjemne. A potem znów: zwarcie, starcie, pogoń, ucieczka... przyciąganie i odpychanie, gonienie króliczka, toksyczne tango. Niektórzy nazywają to miłością. To właśnie o takich doświadczeniach opowiadają ckliwe powieści, rozdzierające serce piosenki, melodramaty, które śledzimy z zapartym tchem. Blisko i daleko. Szczęście i rozpacz. „Kocham cię” i „odejdź”. Niezwykłe porozumienie. Nieoczekiwane przeszkody. Jedno jest pewne: intensywność uczuć jest ogromna.

Osoby, które podejmują tę grę, sprawiają wrażenie, jakby odnalazły się w korcu maku. I rzeczywiście, przyciągają się według określonego klucza-wzorca. Zdaniem amerykańskiej terapeutki Pii Mellody, autorki książek „Toksyczna miłość” i „Toksyczne związki”, dochodzi do polaryzacji ról. Jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji (często zaniedbując inne sprawy), podczas gdy druga stara się unikać bliskości, często oddając się jakiemuś uzależnieniu (choćby pracy). Pierwszą osobę Pia Mellody nazywa Nałogowcem Kochania, drugą – Nałogowcem Unikania Bliskości.

Dwoje nałogowców

Co sprawia, że ludzie wpadają w nałóg miłości? Nieuleczone rany. Nałogowcom Kochania zabrakło w dzieciństwie miłości i troski rodziców. Czuli się nieważni, porzuceni, zrozpaczeni. W dorosłym życiu żywią przekonanie, że nie można być bezpiecznym w świecie bez opieki drugiej osoby. Więc szukają jej rozpaczliwie, chcą do kogoś należeć. Ten wymarzony partner powinien spełniać określone warunki: ma być silny, ma ich wspierać i dopełniać. Bo Nałogowiec Kochania czuje pustkę, nienasycenie. Tęskni za zbawcą. Często nie jest świadomy tych dziecięcych fantazji. Tego, że nikt nie ma takiej mocy, by zbawić drugiego człowieka.

Nałogowcy Unikania Bliskości zwykle mają za sobą podobne doświadczenia. Też wychowali się w rodzinie, w której panowały dysfunkcjonalne układy, też noszą w sobie smutek i żal. Często byli nadużywani przez niedojrzałych rodziców, którzy wciągali ich do swojego związku. Traktowali jak powierników. Obciążali nadmierną odpowiedzialnością. Wykorzystywali na różne sposoby – jako pośrednika, monetę przetargową. To też forma porzucenia... Taka osoba czuła się przygnieciona intensywnością więzów, wyssana z energii. W dorosłym życiu bliskie relacje kojarzą się jej z usidleniem (albo omotaniem, wydrenowaniem, jak pisze Mellody). Tak, spragniona jest czułości, miłości. A jednocześnie przed nią ucieka...

Dwa cykle

Jak wygląda tango między Nałogowcem Kochania a Nałogowcem Unikania Bliskości? Wydają się dla siebie stworzeni! I w pewnym sensie są... Doskonale się uzupełniają – cykle emocjonalne, przez które przechodzą w związku, napędzają się wzajemnie. Spójrzmy najpierw na Nałogowca Kochania. Zaczyna się od fascynacji – zwykle pociąga go osoba silna (przynajmniej na pozór), zaangażowana w wiele spraw, świetnie sobie radząca. Więc euforia. Jest, jest wybawca! Jest szansa na miłość, bezpieczeństwo, na spełnienie dziecięcej fantazji – o rycerzu w złotej zbroi, o królowej. „Teraz już wszystko będzie dobrze” – ból, osamotnienie, pustka zostają złagodzone. Nałogowiec Kochania chce więcej – ujawnia kolejne potrzeby, próbuje je zaspokoić. Nie dostrzega, że osaczony partner tworzy dystans. Wreszcie dociera do niego bolesna prawda, jego fantazja blednie. Ale wciąż próbuje przekonać do siebie drugą osobę, zatrzymać ją. Wreszcie – gdy staje się to zbyt upokarzające – wycofuje się. I cierpi, jak po odstawieniu narkotyku. Ból, lęk, gniew... Emocje są potężne. Odzywają się pierwotne uczucia (towarzyszące porzuceniu w dzieciństwie), które w połączeniu ze świeżym rozczarowaniem, odtrąceniem, sprawiają, że Nałogowiec Kochania jest zdruzgotany. Bo bieżące emocje – twierdzi Mellody – nie są dla dorosłego człowieka tak trudne w obsłudze. Ale kiedy otwierają dawne rany... „Ten połączony ból jest naprawdę niezwykle intensywny i może wyzwolić przeżycia wahające się od depresji do chęci samobójstwa. Lęk może się wahać od niepokoju do paniki. Oburzenie – od poczucia zawodu do prawdziwej wściekłości. W tej fazie Nałogowiec Kochania myśli obsesyjnie o tym, jak zmusić partnera do powrotu albo jak się na nim zemścić. Cóż, zdarza się, że realizuje swoje plany. W pierwszym przypadku – jak łatwo się domyślić – cykl uruchamia się na nowo.

A ten drugi, unikający? Na początku pociągają go niedostatki i bezbronność Nałogowca Kochania, jego lęk przed porzuceniem. To daje mu przewagę, nadzieję na to, że będzie mógł kontrolować relację. Czuje się ważny, pożądany – jak wtedy, gdy po raz pierwszy okazało się, że może wspierać rodziców. Więc roztacza czar, uwodzi... I też wpada w euforię – w końcu stał się dla kogoś najwyższym autorytetem. Potem pojawia się dawny lęk przed omotaniem – emocje partnera są takie intensywne, potrzeby nienasycone... Nałogowiec Unikania Bliskości zaczyna go oceniać, bardzo krytycznie, spoglądać na niego z góry: jak można być takim nieporadnym, takim... zależnym! Żeby nie angażować się w związek, oddaje się jakiejś aktywności. Nie chce otworzyć się za bardzo, trzyma dystans. Jednocześnie czuje, że – z powodu narastających oczekiwań partnera – traci panowanie nad sytuacją. Dusi się. Do głosu dochodzą dawne rozdrażnienie i uraza, spowodowane obowiązkami wobec rodziców. To za dużo! Trzeba się ratować ucieczką... Więc wymyka się, wykręca, oddala – jest w tym naprawdę dobry. Tyle że po zaczerpnięciu oddechu zaczyna odczuwać tęsknotę, brak. Bo to jednak takie miłe być potrzebnym, adorowanym! Do tego to poczucie winy... Więc czasem wraca. A czasem nie. Jeśli wróci, można się spodziewać, że wcześniej czy później znów zacznie unikać, uciekać. Zdarza się też, że uczestnicy tej perwersyjnej gry na jakiś czas zamieniają się rolami... Tak czy inaczej ta dynamika jest fascynująca, porywająca. Również dla postronnego obserwatora...

Dwa lęki

Wiemy już, że „unikający” boją się bliskości – kojarzy im się ona z wykorzystaniem, wchłonięciem. Omotaniem. Uwieszeni na nich rodzice, ze swoimi potrzebami i frustracjami, odebrali im dzieciństwo. Czy można się dziwić, że dla takich osób bliski związek oznacza cierpienie? Że nie chcą brać odpowiedzialności za życie innych, za ich szczęście? Przecież nikt tego nie udźwignie... Ale sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, bo Nałogowiec Unikania Bliskości (którego potrzeby były lekceważone w dzieciństwie) boi się też porzucenia. I to ten (zwykle nieuświadomiony) strach sprawia, że szuka uwagi innych, że mimo oporów wchodzi w relacje... Tak naprawdę obie strony boją się tego samego – bliskości i porzucenia – tyle że odczuwają te lęki na innych poziomach. Świadomy lęk jednego partnera w przypadku drugiego pozostaje głęboko ukryty. Czego więc boi się podświadomie Nałogowiec Kochania? Bliskości! W przeciwnym razie po co miałby uparcie wybierać osoby, które nie chcą dopuścić do zbyt poufałych kontaktów? To się nazywa idealne zgranie intencji! „Ta sytuacja pozwala pozostawać obu na krawędzi związku, gdzie – przynajmniej przez pewien czas – mogą czuć się bezpiecznie, zaspokajając potrzeby partnera i unikając opanowania i wchłonięcia przez niego” – podsumowuje Mellody.

Chociaż na pozór różnią się bardzo – jeden namiętny, oddany, drugi zimny i zdystansowany – cierpią na tę samą chorobę. Współuzależnienie. Mają trudność w trafnym odczuwaniu własnej wartości (zwykle przejawia się to zaniżoną samooceną, ale może też przyjmować formy arogancji i megalomanii). Nie umieją zadbać o swoje granice (albo tworzą wokół siebie zasieki). Z trudem rozpoznają i wyrażają własną rzeczywistość, prawdę o sobie (nie wiedzą, kim naprawdę są, albo nie chcą się sobą dzielić). Nie potrafią więc też rozpoznać i zaspokoić swoich potrzeb i pragnień (mogą być zbyt zależni albo zbyt niezależni). I wreszcie: cechuje ich brak powściągliwości, umiaru – są tacy dramatyczni... Kiedy wchodzą w relację, bywają tak oszołomieni, że nie widzą naprawdę drugiej osoby. Podświadomie przypisują sobie nawzajem cechy rodziców. Przyciąga ich do siebie magnetyzm tego, co znajome, nadzieja na uleczenie dziecięcych ran. Inni ludzie (wolni od syndromu współuzależnienia) są dla nich po prostu nudni... Nie mają „tego czegoś”. Nie mają skłonności do autodestrukcji.

Destrukcja? Być może w tym momencie się zbuntujesz – przecież wiele par żyje w ten sposób. Może nawet większość. Czy to nie normalne? Nie – twierdzi Mellody. Nie daj się zwieść stereotypom – to nie miłość, to tylko intensywność emocji, powracających w pozytywnych i negatywnych cyklach. Są odmęty namiętności, chwile bliskości. A potem wymowna cisza. Albo zażarta walka. Obrazy, urazy, ośmieszanie, poniżanie. Uruchamiają się podstawowe lęki każdej ze stron. Zachowania jednego wywołują w drugim rozczarowanie i złość. Oboje pogrążają się w chaosie. I oboje – podkreśla terapeutka – są jednakowo odpowiedzialni za tę sytuację. Oboje się krzywdzą.

Dwie bomby

Wychodzenie ze współuzależnienia przypomina, zdaniem Mellody, proces dojrzewania. Uczysz się tego, czego nie nauczyli cię rodzice: jak właściwie odczuwać swoją wartość, jak wytyczać funkcjonalne granice, jak dbać o zaspokajanie potrzeb i pragnień, jak akceptować swoją rzeczywistość i przeżywać ją w sposób umiarkowany. Nie da się ukryć, nie są to łatwe procesy. Czasem trudno je przejść bez wsparcia terapeuty. Czasem wskazana jest tymczasowa separacja. A przynajmniej odstąpienie od pewnych zachowań – unikanie wszelkich kontaktów prowadzących do walki, krytyki, silnych emocji. Dobrze jest na jakiś czas poluzować więzi. Zejść partnerowi z drogi i zająć się swoim życiem.

Łatwo powiedzieć – zwłaszcza dla Nałogowca Kochania jest to wyzwanie na miarę rekordu olimpijskiego. W poszukiwaniu bliższego kontaktu z partnerem może próbować bombardować go intensywnymi emocjami czy zachowaniami. Pia Mellody wyróżnia dwa rodzaje bomb: „bomba gniewu” i „bomba uwodzicielskiego czaru”. Pierwsza polega na sprowokowaniu do walki, druga to prowokacja seksualna, ewentualnie manifestowanie bezradności. Oczywiście, w pewnych sytuacjach również Nałogowiec Unikania Bliskości sięga po tę broń. Jak powstrzymać się od takich zachowań? Jak nie dać się sprowokować? Tak samo jak unika się skutków wybuchu prawdziwej bomby – podpowiada autorka „Toksycznej miłości”. Po prostu zamknij usta i oddychaj głęboko przez nos!

Trudność w wychodzeniu ze współuzależnienia bierze się również stąd, że nie zawsze rozumiemy, na czym polega zdrowy, dojrzały związek. Że nie chodzi w nim o intensywność emocji i zachowań, raczej o poczucie bezpieczeństwa, spokój, pogodę. Zdaniem Mellody w zdrowym związku każdy widzi partnera realistycznie (nie stara się dopasować go do swoich marzeń). Każdy bierze odpowiedzialność za swój rozwój i emocje (starając się utrzymać je na poziomie dorosłego, nie dziecka). Każdy potrafi skupić się na rozwiązywaniu problemów. Negocjować i akceptować kompromisy. Komunikować się w prosty i bezpośredni sposób. Dużo? Tak. Dlatego osoby współuzależnione powinny też pamiętać o swojej skłonności do ekstremizmu. Być może, porzucając stare wzorce, będą oczekiwały więcej, niż to na dany moment możliwe. Więc znów – realizm. Wobec partnera, siebie, wobec życia...

Jak bliźniaki?

Przyglądając się dwóm nałogowcom, scharakteryzowanym przez autorkę „Toksycznej miłości”, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że znam tę historię z innych opracowań. Tak, bliźniacze dusze, o których tyle rozprawia się w różnych kręgach rozwojowych i ezoterycznych. Ich spotkanie wygląda podobnie jak nałogowców. Lgną do siebie od pierwszego momentu, czują, że „to jest to”, zachłystują się sobą. Cierpią. Jeden „bliźniak” zwykle kocha bardziej – jest ciepły, czuły, szybko się przywiązuje. To goniący (Chaser). Drugi sprawia wrażenie bardziej wyważonego – żeby nie powiedzieć chłodnego. To uciekający (Runner). Reszta też wygląda podobnie. Jest pogoń i ucieczka. I nierzadko zamiana ról. Ale być może jest coś więcej. Podobno cała zabawa służy znalezieniu równowagi między dawaniem i przyjmowaniem miłości... Ale czy warta jest zachodu?

Kiedy nad tym rozmyślałam, wyświetlił mi się na portalu społecznościowym pewien post. Niech posłuży za puentę: „Buddyzm mówi, że jeśli kogoś poznasz i twoje serce zaczyna mocno bić, a kolana miękną, spotkana osoba nie jest tą jedyną. Kiedy poznasz swoją bratnią duszę, nie będziesz czuła żadnego podniecenia, żadnego zdenerwowania. Tylko spokój”.

  1. Psychologia

Frajda z cudzego nieszczęścia. Jak działają toksyczni ludzie?

Frajda z cudzego nieszczęścia. Jak działają toksyczni ludzie?
Frajda z cudzego nieszczęścia. Jak działają toksyczni ludzie?
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Toksyczni ludzie nas otaczają. Trują, bo dzięki temu czują się lepiej. Uważają, że są idealni. Cieszą się z cudzej krzywdy i niepowodzeń – mówi psycholożka Katarzyna Miller. Ale na każdą truciznę jest odtrutka. Warto jej poszukać.

Mąż, chłopak, rodzeństwo, szef, rodzice, przyjaciółka, własne dziecko, sąsiad… W twoim otoczeniu są toksyczni ludzie. A być może i ty zachowujesz się toksycznie. Kim są ci „truciciele”. – Mówimy o nich czasem umniejszacze, wredoty – tłumaczy psycholożka Katarzyna Miller. Pisze o nich w swojej najnowszej książce „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”. – Ich kluczem do pozornego dobrostanu wewnętrznego jest zestaw zachowań. Taki człowiek może być nieżyczliwy, antypatyczny, zgryźliwy, złośliwy, manipulujący. Kłamie, oszukuje, lekceważy, poniża i ośmiesza innych. Całkowicie brakuje mu empatii, nie chce i nie umie słuchać drugiego człowieka. Jest skrajnie obojętny na ból, potrzeby ludzi, nie wie, co to bliskość. Cieszy się z cudzej krzywdy i niepowodzeń. Jeśli uda mu się komuś dopiec, coś zabrać, zepsuć, zetrzeć uśmiech z twarzy – jest mu dobrze – dodaje.

Truję, więc jestem… świetny!

Uwaga! Nie chodzi o jednorazowe zachowanie – mamy prawo się spierać, kłócić, obrażać, złościć. Takie sporadyczne zachowania to składowa relacji międzyludzkich. Są potrzebne, oczyszczające. O ile – szczere. Jednak toksyczny człowiek powtarza szkodzące drugiemu postępowanie, karmi się nim,  ono go napędza, daje złudne poczucie, że jest fantastyczny. Ze strachu bliskiej osoby czy współpracownika czerpie dla siebie moc. – Niektórzy (domena mężczyzn) są toksyczni w nieoczywisty sposób – mówi Katarzyna Miller. – Myślę o błyskotliwym, „zabawnym” złośliwcu. Spotyka na przykład ekstradziewczynę, którą tak naprawdę chciałby poderwać. Ale nieświadomie zakłada porażkę, bo nie wierzy w swoją męskość. Docenia jej wygląd, sącząc: „Jaka ładna sukienka z second-handu!”. Poklask wokół , a kobieta czuje się dotknięta. On uważa: „Zabawny jestem po prostu”. Tymczasem ironia, sarkazm to forma przemocy, gwałtu, sprowadzania rozmówcy do słabszej pozycji dziecka albo ofiary. Niestety, dla toksyna – to paliwo.

– Toksyczność często nosi białe rękawiczki. Na forach internetowych kobiety kojarzą ją z chorobliwą zazdrością partnera. Najpierw to łechcące – oznacza, że jestem dla kogoś ważna. Jeśli jednak ofiara oddaje się, uważając, że partner jest jej właścicielem, i nie wyobraża sobie życia bez związku z nim („drugiego takiego nie znajdę”), toksyczny zazdrośnik poczuje się władcą, który steruje kobietą. Uzna, że musi ją wychować, bo ona taka głupia (leniwa, rozrzutna, lękliwa) – mówi Katarzyna Miller. Ofiara traci wiarę w siebie, czuje się zerem. To oznaka toksycznej relacji, która miała dać spełnienie i bezpieczeństwo, a jest niszcząca.

– Co ciekawe, toksyczny człowiek myśli o sobie: „Przecież robię kawał dobrej roboty”. Uważa, że ma rację, że kogoś zbluzgał, zastraszył, ukarał, zabrał coś albo odmówił czegoś, bo druga osoba wedle niego jest niefajna i zasługuje na takie traktowanie – dodaje psycholożka. – Musi wykonać gigantyczny wysiłek, żeby zauważyć, jak ludzie się go boją, zmykają przed nim albo słuchają i poddają się z lęku, a jego krzywdzące zachowania tak naprawdę są projekcją jego własnych słabości, lęku i niefajności.

Toksyczni ludzie: władcy podszyci strachem

35 przykładów toksycznych zachowań plus instrukcja, jak sobie z nimi radzić, to najbardziej typowe przypadki, które w swojej książce opisuje Katarzyna Miller. Wygląda na to, że trzeba byłoby zamknąć się w pustelni, żeby nie zetknąć się z toksycznością. Na czele listy są, oczywiście, praca, związki i toksyczni rodzice.

Mało kto ma szczęście pracować całe życie z mądrym, empatycznym szefem. Zarządzanie zespołem to, niestety, często zarządzanie strachem i karą. Psycholożka tak odpowiada na list kobiety, która od dziesięciu lat tkwi pod rządami toksycznego pracodawcy.

„Szef to Ktoś – ważna postać. Jest tym ważniejszy dla nas, im mniej jesteśmy dojrzali. Tak jak kiedyś rodzice byli najważniejsi i najmądrzejsi… Wydaje się, że wszystko zależy od szefa, tak jak zależało od rodziców”.

U przełożonego szukamy aprobaty, czujemy, że nasze sukcesy są niewystarczające, jego niezadowolenie wpędza nas w poczucie winy, tak jak było to kiedyś (bądź nadal jest) z matką czy ojcem. Toksyczny zwierzchnik natychmiast zauważy nasz lęk, niewiarę w siebie i je wykorzysta. Nie obchodzi go, że kogoś zrani.

– Krzywdzi, bo dzięki temu osiąga sukces, czuje się wartościowy. U podstaw tego zachowania leży zawsze niska samoocena – wyjaśnia Katarzyna Miller. – Toksyczny szef nie umie skorzystać z dobrych pracowników, bo budziłby się rano przerażony, że go wygryzą. Umniejsza ich więc, podstawia im nogę, żeby wszyscy zobaczyli, że on jest lepszy. Obserwowałam kiedyś w pewnym ministerstwie fantastycznie zgrany z przełożoną zespół. Po zmianie rządu dyrektorkę zastąpiła niekompetentna siksa. Załatwiła w trzy miesiące swój dział. Słabsze jednostki zaczęły donosić na kolegów, uważając, że jako powiernicy szefowej przetrwają. Inni pochorowali się przez stres. Zgrana ekipa zamieniła się w toksyczne ludzkie bagno.

Rany od najbliższych, czyli toksyczny ludzie w domu

– Kto z was miał bądź ma szczęśliwą matkę? – pyta na spotkaniach z kobietami Katarzyna Miller. Podnosi się niewiele rąk. Sama psycholożka opowiada otwarcie o bólu, odrzuceniu  i osamotnieniu w kontakcie z własną matką. Dla dziecka, także dorosłego, dezaprobata rodzica jest sankcją i trucizną.

– Mówi się dziś, żeby przestać opluwać i winić rodziców za niskie poczucie własnej wartości, deficyty, nieumiejętność budowania relacji – mówi psycholożka. – Nie chodzi o to, że mamusia była „be”, ona wcześniej sama dostała w tyłek, w ego, a potem przekazała to dzieciom. Pozornie nietrujące komunikaty jak: „Piątka z polskiego? Zajmij się tym, czego nie potrafisz”; „Po moim trupie to założysz!”; „Tak się poświęcam, a ty jesteś niewdzięczna”, są często kalką informacji, jakie nasi rodzice dostali od swoich. Powtarzają je, bo niedoskonałość, nakazy i zakazy wpajały im rodzina, szkoła, klasa społeczna – tłumaczy Katarzyna Miller. – Nie przekazują tego, co naprawdę czują i myślą, gdyż zwyczajnie nie są tego świadomi. Stereotypy są prostsze od pracy nad sobą, nauki odczytywania i nazywania emocji, bycia w zgodzie ze sobą wbrew narzucanym przez kulturę, krzywdzącym receptom na życie.

Nie każde dziecko z toksycznej rodziny niesie truciznę w dorosłym życiu. Ale, niestety, większość powtarza krzywdzące zachowania. Każdy z nas wchodzi w intymne relacje z nadzieją, że będą mądre i uszczęśliwiające. Test, czy tak faktycznie się dzieje, jest prosty. Jeśli dwoje ludzi szczerze czuje się ze sobą swobodnie, dobrze, ma wzajemnie ochotę dawać i brać, nie musi udowadniać swojej „lepszości” – mamy udany związek. Można odnieść wrażenie, że to kobiety są częściej ofiarami trujących partnerów. Nic bardziej mylnego.

– Toksyczni mężczyźni wybierają toksyczne kobiety i na odwrót – mówi Katarzyna Miller. Jeśli ktoś ze zdrowym poczuciem własnej wartości zwiąże się z toksynem, po krótkim czasie odejdzie. Nie da sobie wmówić, że jest zerem, skoro dobrze się ze sobą czuje.

Jeśli natomiast człowiek jest wcześ­niej „nadgryziony” toksyną, to prawdopodobnie wejdzie w grę w „moje lepsze”. Współtoksyczność ma dla niej czy dla niego zalety. Kłócą się, zatruwają, ale żyć bez siebie nie mogą. Paradoksalnie świetnie się dobrali.

– Tańczą swojego walca – tłumaczy psycholożka. – Obie strony zyskują, bo ona uważa, że to on jest winien, a on – że ona zawodzi. Każde z nich czuje się lepsze. Ten taniec daje im spełnienie, bo wpływają na siebie, kopiąc się prądem. Przy czym jedno z nich jest bardziej ofiarą, a drugie katem. Ofiara ma swoje  zyski. Największy – to niebranie odpowiedzialności za bycie prawdziwą sobą, podążanie za własnymi szczerymi pragnieniami i przekonaniami. Na przykład żony alkoholików karmią się faktem, że partner pije, a ona jest porządnym człowiekiem, matką, robi wszystko, żeby dom przetrwał, a dzieci wyszły na ludzi. Zatem jest wspaniała. I jeszcze trwa w przekonaniu: „Nikt nie ma prawa ode mnie niczego wymagać, bo przecież dostaję już w kość od męża”.

– Oboje mają w sobie elementy toksyczności. Rzecz w tym, że nie potrafią żyć spokojnie – zaznacza psycholożka. Dlaczego? Psychologia mówi o tzw. warunkowaniu nieregularnym. Jeśli partner niszczy partnerkę, a potem zapewnia, że kocha, ona myśli: „Już teraz będzie dobrze”. A kiedy dobrze nie jest, tłumaczy sobie, że przecież jest kobietą jego życia. On przez chwilę utwierdza ją w tej wierze, po czym atakuje. Niepokój staje się naturalnym stanem organizmu. Walc trwa.

Źródło trucizny

„Jeśli nie kochasz siebie, nie umiesz pokochać drugiego człowieka” – to zdanie powtarza się nam dziś do znudzenia. Zła samoocena to podstawowe źródło epidemii toksycznych zachowań. Przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dopóki mamy niskie poczucie własnej wartości,  nie ma szans na zdrowe relacje.

– Pomijamy w codzienności „ja i ja” – podkreśla Katarzyna Miller. – Płacimy wewnętrznym dobrostanem za to, że sami źle się oceniamy i traktujemy. Obwiniamy się, karzemy, poganiamy, nie podobamy się sobie, nie zwracamy uwagi na swoje potrzeby, nie umiemy ich nazwać, nie wiemy, co w ogóle czujemy. Bardzo nam zależy, żeby być dobrze ocenianym przez ludzi wokół, a sami nie mamy poczucia własnej wartości. Zatem gramy w toksyczną grę „moje lepsze”, żeby – kosztem innych – poczuć się silnym i coś znaczyć.

Jak uświadomić sobie, że sami (choćby w niewielkim stopniu) jesteśmy toksyczni? Autodiagnoza nie jest skomplikowana.

Katarzyna Miller namawia do eksperymentu:

Zapisujmy myśli do siebie. Jeśli brzmią na przykład tak: „Znowu, kretynko, nie skończyłaś tej roboty, popatrz w lustro, widzisz, jak strasznie wyglądasz? Po co kupiłaś siódmą bluzkę? I tak jesteś gruba!”. I dalej: „Zapomniałaś, głupio zrobiłaś, nawrzeszczałaś na dzieci, męża…”. To pozwoli dostrzec, że wewnętrzny krytyk nas wykańcza. Sabotuje poczucie wartości. Stąd już blisko do bycia toksycznym i szukania relacji, w których krzywdzimy i jesteśmy krzywdzeni. Świadomość tego to początek drogi do oczyszczenia z trucizny.

Więcej na ten temat przeczytacie w książce "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi", Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Psychologia

Toksyczne rodzeństwo - jak naprawić relacje w dorosłym życiu?

Dorosłe kłótnie pomiędzy rodzeństwem często przypominają awantury z dziecięcego pokoiku. (fot. iStock)
Dorosłe kłótnie pomiędzy rodzeństwem często przypominają awantury z dziecięcego pokoiku. (fot. iStock)
Podobnie jak zdarzają się szczęśliwe i udane małżeństwa, tak też istnieją zgodne i zgrane rodzeństwa. Tyle tylko, że dla większości z nas to raczej wirtualna rzeczywistość. Nieumiejętność lub niemożność dogadania się zwykle oznacza jakiś nierozwiązany problem z przeszłości. Ale można przyjrzeć się mu dzisiaj.

Podobnie jak zdarzają się szczęśliwe i udane małżeństwa, tak też istnieją zgodne i zgrane rodzeństwa. Tyle tylko, że dla większości z nas to raczej wirtualna rzeczywistość. Nieumiejętność lub niemożność dogadania się zwykle oznacza jakiś nierozwiązany problem z przeszłości, który wiązał się z toksycznym bratem lub toksyczną siostrą. Ale można przyjrzeć się mu dzisiaj.

Mój brat… właściwie słabo go znam. Pamiętam, że kiedy mama była w ciąży, powiedziałam, że chcę mieć brata albo psa. Urodził się ktoś zupełnie niespełniający moich wyobrażeń, za to w pełni zawłaszczający uwagę rodziców i ich miłość. Dziś kocham go, bo jest moim bratem, ale w sercu nadal wybrzmiewają mi słowa mamy: „Ustąp mu, jest młodszy”.

„Gdyby nie była moją siostrą, pewnie w ogóle byśmy się do siebie nie odzywali”; „Jest dla mnie ważny, ale jego żona nie pozwala nam się przyjaźnić. Broni do niego dostępu zupełnie jak kiedyś nasza matka” – słyszę od moich pacjentów. Jak widać, w innych relacjach siostrzano-braterskich wcale nie wygląda to różowo. Toksyczne rodzeństwo to powszechny problem.

Lądowanie na planecie rodzina

„To twoja siostra, musicie się kochać”, „Kiedy nas zabraknie, będziecie dla siebie najbliższą rodziną” – jak często od dzieciństwa słyszałaś podobne zdania? To prawda, z rodzeństwem łączy nas najsilniejsza więź – geny. Relacja z bratem czy siostrą jest prymarna (pierwotna, podstawowa, najważniejsza) w stosunku do innych związków, jest też całkiem odmienna od więzi z rodzicami. To jak burza z piorunami – miłość, bliskość, poczucie totalnego zrozumienia przeplatają się z antypatią, złością i rywalizacją. Psychologowie twierdzą, że tak właśnie ma być. Arena siostrzano-braterskich porachunków to cenne źródło nauki dla przyszłych dorosłych. Bezcenne doświadczenie w procesie socjalizacji: możliwość wspólnej zabawy, posiadania świata odmiennego od świata dorosłych, dzielenia tajemnic, trosk i radości, wsparcia i uczenia się od siebie nawzajem.

Jednak to również układ, który dostarcza silnych uczuć: zazdrości, bezradności, żądzy krwi i walki o swoje. Tak czy siak twarda szkoła życia, jaką dostajemy w dziecięcym pokoiku za sprawą mniej lub bardziej toksycznego rodzeństwa, w dużym stopniu decyduje o tym, kim jesteśmy w dorosłym życiu: o naszym samopoczuciu, zdrowiu i rozwoju, spełnianiu się w relacjach zawodowych, przyjaźni i miłości. Gdyby nie twój brat czy siostra, dziś byłabyś zupełnie innym człowiekiem. Nić historycznej ciągłości, jaką tworzy związek z rodzeństwem, może być ważnym źródłem wsparcia. Jednak czasami trudno w to uwierzyć.

Czy na pewno myślisz samodzielnie?

Magda dziś jest dorosła, ma męża i dzieci, ale jej zazdrość o brata wcale nie zmniejszyła się od czasów dzieciństwa, jedynie wściekłość na rodziców, głównie na matkę, zmieniła obiekt. – Mój brat to idiota, ciągle uczepiony maminej spódnicy. Z byle drobiazgiem dzwoni do niej, a ona świata nie widzi poza ukochanym syneczkiem. Nawet jego syn jest dla niej ważniejszy od moich córeczek, i to mnie najbardziej boli – opowiada.

Kilka tygodni temu Magda miała ze swoim toksycznym bratem kolejną kłótnię. Wygarnęła mu, że przez niego matka nie ma czasu zajmować się jej córkami. Tym razem brat zareagował inaczej niż zwykle. Nie obraził się, nie rzucił słuchawką, tylko spokojnie powiedział: – Pomyśl czasem o tym, że ja mam już dość ingerencji matki w moje życie. Chętnie bym się z tobą zamienił. Do opieki nad synem zatrudniłbym opiekunkę i dzięki temu przestałbym wreszcie słuchać tych wszystkich „mądrych” rad naszej mamusi.

Po tej rozmowie Magda pomyślała, że może ten jej „głupkowaty” brat nie jest taki całkiem do niczego.

Iwona jest wściekła na Izę, swoją toksyczną siostrę, o to, że ta ciągle absorbuje uwagę schorowanych rodziców. – To absurd, żeby dorosła kobieta dzwoniła do rodziców z najmniejszym katarem. Ojciec wozi ją do lekarzy, mama gotuje jej obiadki. Na dodatek obydwoje oczekują, że ja również będę skakać koło Izuni. Czy ty wiesz, że parę lat temu ojciec kazał mi obiecać, że po ich śmierci zajmę się siostrą? Ja, młodsza od niej o 8 lat – skarży się Iwona. Kiedy w terapii pracowałyśmy nad tym problemem, okazało się, że Iza zaczęła chorować, kiedy urodziła się Iwona. Myślę, że w ten sposób chciała zwrócić na siebie uwagę matki i ojca. Z czyjej winy ten sposób zabiegania o rodziców utrwalił się w jej dorosłym życiu?

Kamila była najmłodszym dzieckiem i na dodatek jedyną dziewczynką spośród trzech braci. W dzieciństwie rozpieszczana przez całą rodzinę jednocześnie została obsadzona w roli opiekunów rodziców. Wiele razy słyszała z ust matki: „Bóg mi cię zesłał na stare lata”. Kamila tuż po skończeniu studiów dostała rodzinny dom. Bracia nie mieli nic przeciwko temu, byli już dorośli, mieli swoje domy, rodziny. Rzadko odwiedzali rodziców, a kiedy któreś z nich chorowało, oczywiste było, że to Kamila się nimi zajmie: załatwi lekarza, wykupi lekarstwa. – Dlaczego i dla kogo jest to takie oczywiste? – pytałam podczas jej pierwszej wizyty. – No wiesz, to z dzieci, które przejmuje rodzinny majątek, ma obowiązek zająć się rodzicami, a poza tym na tych idiotów nie można liczyć – odpowiedziała zdenerwowana. – Czy to twoje zdanie, sprawdziłaś to? A może to opinia twoich rodziców? – spytałam wtedy. Kiedy Kamila przeżyła bolesne rozstanie z mężem, który na dodatek chciał ograbić ją z całego majątku, to właśnie jej najstarszy brat – prawnik – stanął w jej obronie.

Nierozwiązany problem między rodzeństwem

Jeśli twierdzisz, że twój brat czy siostra nie są dla ciebie ważni, wcale ich nie lubisz, nie rozumiesz sposobu, w jaki żyją, nie dogadujesz się z ich partnerami, spotykacie się tylko wtedy, kiedy musicie (najczęściej w obecności rodziców), to często dowodzi właśnie siły waszego związku. Co jest w nim tak ważnego, że musicie trzymać się daleko od siebie? Co dzieje się z twoim „ja”, kiedy jesteś z rodzeństwem? Chęć zerwania siostrzano-braterskich relacji oznacza, że istnieje pomiędzy wami jakiś ważny nierozwiązany problem, który prawdopodobnie ciągnie się od dzieciństwa. Rodzice nie są w stanie pomóc go wam rozwiązać, bo mniej lub bardziej świadomie utrzymują was w rolach, w których obsadzili was przed laty  – i przez które toksyczne rodzeństwo nadal pozostaje takie jak w przeszłości.

Dorosłe kłótnie pomiędzy rodzeństwem często przypominają awantury z dziecięcego pokoiku. Choć jesteście już dorośli i macie swoje rodziny, w waszych sercach drzemią dawne urazy. Najgorsze jest to, że pamiętacie je tak, jak widzieliście je w przeszłości.

Relacje dorosłych

Kiedy przyglądasz się swojemu rodzeństwu, jedyną prawdą o waszych relacjach jest to, co pamiętasz. Brat czy siostra nie mogą się z tobą zgodzić, bo mają własną wersję wydarzeń. Oni także trzymają się osobistej prawdy, by chronić samych siebie. Jednak dziś jesteście już dorośli i w każdym momencie życia możecie nawiązać kontakt na nowo, na dorosłych zasadach. Nie musicie powielać relacyjnych scenariuszy z dziecięcego pokoju. Możecie w pełni świadomie popatrzeć na to, co dziś jest między wami. Jak? Na przykład spróbujcie stworzyć bank miłych wspomnień. Jeśli odłożycie na bok pretensje i urazy, okaże się, że przeżyliście razem sporo fajnych chwil – toksyczna siostra i toksyczny brat mogą stać się kimś całkiem innym, kimś, kto wniósł też pozytywny akcent do twojego życia.

To całkiem niezła baza do rozpoczęcia nowej relacji, tym razem na dorosłych zasadach. Z kolei raniące doświadczenia możecie opisać osobno, każdy ze swojego punktu widzenia. To pokaże wam, jak zapamiętało je każde z was. Może się okazać, że obydwoje czuliście się pokrzywdzeni. Może dziś jest właśnie ten moment, żeby sobie wybaczyć? Pamiętaj, że wiele bolesnych sytuacji mogło być źle rozwiązanych bądź zlekceważonych przez waszych rodziców.

Dziś nie ma już sensu obwiniać mamy i taty za wszystkie błędy z przeszłości, ale można postawić im granicę.  Zacznij od tego, by delikatnie, ale stanowczo powiedzieć im, że nie masz zamiaru dłużej wysłuchiwać ich skarg na brata czy siostrę. A do brata lub siostry możesz napisać list wdzięczności, w którym podziękujesz za wszystko, co było ważne w waszej relacji. W końcu fajnie jest, jeśli kochacie się nie tylko z obowiązku, ale także lubicie i wiecie, że zawsze możecie liczyć na siebie nawzajem. Toksyczne rodzeństwo nie musi takie pozostać przez całe życie – tę relację można odmienić.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Czy mężczyzna ma szansę w związku z "córeczką mamusi"?

Jeśli symbiotyczny związek matki z córką nie domknął się w odpowiednim czasie, mężczyzna będzie traktowany jak rywal. (fot. iStock)
Jeśli symbiotyczny związek matki z córką nie domknął się w odpowiednim czasie, mężczyzna będzie traktowany jak rywal. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Gdy dochodzi do nieporozumień, kobieta kontaktuje się ze swoją mamą, skarży się, naradza, ustala strategię postępowania z mężem. Mężczyźni, którzy są w związku z córeczką mamusi, twierdzą, że nie mają szans. Czują się tak, jakby zaspokajali potrzeby matki partnerki, a nie własnej rodziny – mówi Benedykt Peczko.

Mężczyźni, którzy są w związku z córeczką mamusi, twierdzą, że nie mają szans. Czują się tak, jakby zaspokajali potrzeby matki partnerki, a nie własnej rodziny – mówi Benedykt Peczko.

Dużo mówi się o uwikłaniach mężczyzn w nadopiekuńcze mamy, a przecież wielu kobietom także trudno „odejść od mamy”. Czego doświadcza mężczyzna będący w relacji z córeczką mamusi?
Mężczyźni mówią wtedy: żeniłem się z jedną, a mam dwie. Do partnerskiego związku wnosimy własne zasoby, ale też ograniczenia, deficyty, traumy, i mimo że borykamy się z nimi, to czujemy, że w relacji jest równowaga. Gdy dochodzi trzecia osoba – mama, wtedy związek oparty na szczerej, bezpośredniej i otwartej komunikacji zaczyna się chwiać. Mama pośrednio, bo przez symbiotyczny kontakt z córką, wnosi do relacji córki z partnerem swoją przeszłość, przekonania, wartości. To naraża związek na poważne ryzyko.

„Nie miałem szans” – mówili mi mężczyźni ze Stowarzyszenia Praw Ojców. „Mama była numerem jeden dla żony, to z nią odbywały się wszelkie uzgodnienia na temat naszego życia. A ja? Mogłem się dostosować albo odejść”.
Mężczyźni mówią też: „Jestem na marginesie”. „Czuję się tak, jakbym zaspokajał potrzeby matki, a nie nasze i naszej rodziny”. Gdy dochodzi do rozbieżności zdań, córeczka mamusi kontaktuje się z mamą, naradza się. Mężczyzna to czuje. W jaki sposób? „Nie jest szczera, nie reaguje spontanicznie. Wprowadza w życie zalecenia matki, trzyma mnie na dystans, ma pretensje, oddala się, separuje. Używa nie swoich sformułowań. Wydawało mi się, że coś ustaliliśmy, ale po rozmowie z mamą sytuacja wygląda zupełnie inaczej; jakby nie było żadnych ustaleń”.

Co zaleca mama?
„On musi wiedzieć, że nie może sobie za dużo pozwalać. Postaw na swoim! On musi to odczuć. Nie wpuść go do łóżka, to zaraz zmięknie”. To daleko posunięta ingerencja w sferę intymną. Mama na przykład konsultuje, czy już czas na dziecko, czy wystarczy jedno dziecko, czy lepiej dwoje, i kiedy najlepiej się na nie zdecydować. Współuzależnienie partnerki od matki mężczyzna rozpoznaje natychmiast, nie da się tego ukryć, zamaskować, choćby nie wiem jak obie kobiety się starały. Jedna z matek pouczała córkę: „On nie może być ciebie taki pewny. Niech wie, że może cię stracić. Ty mu powiedz, że wielu mężczyzn się tobą interesuje. Poczuje zazdrość, to będzie wiedział, że musi się starać. Dobrze ci radzę, bo wiem, jacy są mężczyźni”. I córeczka mamusi uwierzyła. Mówiła mężowi: „Wybieram ciebie, ale musisz się postarać, bo jeśli okaże się, że nie będę zadowolona, to inni już czekają”. Matka radzi z życiowego doświadczenia, ograniczonego głównie do własnej historii. Mężczyzna traktowany w ten sposób czuje się manipulowany, narasta w nim złość. Taki szantaż może zadziałać przez chwilę; kobieta być może osiągnie jakieś doraźne cele, jednak radykalnie podkopuje zaufanie. W podświadomości mężczyzny gromadzą się pokłady sprzeciwu i niechęci, poczucia żalu i krzywdy. To może wzmacniać jego lęk, poczucie winy i niepewności i sprawiać, że zacznie w siebie wątpić.

Obie kobiety z pewnością są przekonane o słuszności swoich przekonań i działań.
Tak, działają w najlepszej wierze. Córeczka mamusi myśli: „Mama swoje przeszła, jest starsza, bardziej doświadczona, więc wie, co mówi”. Matka chce chronić córkę. Ufa, że dba o nią wtedy, gdy ma pod kontrolą jej męża, dyscyplinuje go i wymusza, co trzeba. To się najczęściej fatalnie kończy. Kiedyś miałem klienta, który skarżył się, że koalicja matki z córką przybrała już takie rozmiary, iż pewnego dnia pobiły go parasolką, pięściami i wyrzuciły z domu.

Mama nie jest świadoma swojej destrukcyjnej roli? Przecież widzi, co dzieje się w rodzinie córki.
Za wszelką cenę pragnie ją zatrzymać dla siebie. Potrzebuje córki, żeby budować poczucie własnej wartości albo uzyskać od córki zainteresowanie, miłość i opiekę, albo jedno i drugie. Związek symbiotyczny z córką nie domknął się w odpowiednim czasie, dlatego mężczyzna jest teraz traktowany jak rywal. Puścić córkę oznaczałoby zgodzić się, aby odeszła do świata, którego matka nie zna. No i co z poczuciem sensu życia? Wiele kobiet wpada w tę pułapkę: dziecko ma nadać sens życiu, pozwolić mi być szczęśliwą. Dziecko nie po to przychodzi na świat, żeby nadać sens naszemu życiu; to nie jest jego rola. To unikalna istota, która od nas całkowicie nie zależy ani do nas nie należy. Kiedy zostaje „wchłonięta” przez rodziców, dzieje jej się krzywda, ponieważ jest ograniczana jej indywidualność.

Mama potrzebuje córki, by żyć, istnieć.
Tak, chodzi tu o lęk przed utratą i nieistnieniem. Córeczka mamusi ma rodzinę, no trudno, stało się, skoro tak musi być, niech będzie, ale ja też tutaj jestem, mam coś do powiedzenia. Córka, która jest w symbiotycznej relacji z matką, może mieć podobne uczucia: „Gdy jestem z mężem, tracę mamę, czyli jakąś część siebie”. Może mieć poczucie winy, że powinna być dla matki, a przecież zostawia ją, odchodząc do swojej rodziny. To silne uwikłanie. Kobiety mówią wtedy: „Przecież tyle jej zawdzięczam. Nie byłabym taka, gdyby nie ona. Wychowała mnie, poświęciła się”. Pojawia się silny lęk: „Co stanie się ze mną, z mamą, kiedy nie będziemy tak blisko ze sobą?”. Córka nie zna życia bez mamy. Odseparowanie to jak kolejne narodziny w sensie psychologicznym. Najczęściej obawiamy się tego, co nowe, nieznane.

Jak to się dzieje, że córeczki mamusi w ogóle wychodzą za mąż?
To przejaw buntu, sprzeciwu i próby odejścia od mamy. Zewnętrzne odejście daje poczucie, że wszystko jest w porządku, mam swoją rodzinę, swoje życie. Jednak gdy bliżej się przyjrzeć, oddzielenie od mamy się nie dokonało. Podobnie dzieje się, gdy córka ucieka od mamy, na przykład wyprowadzając się gdzieś daleko, nawet za granicę. Mama codziennie dzwoni, domaga się sprawozdań z tego, co dzieje się w życiu córki, narzeka na oddalenie itd.

Pojawienie się w rodzinie dziecka to newralgiczny moment w związku z 'córką mamusi'. (Fot. iStock) Pojawienie się w rodzinie dziecka to newralgiczny moment w związku z "córką mamusi". (Fot. iStock)

Tu oczywiście pojawia się pytanie, na ile w ogóle matki mają prawo głosu w kwestii życia partnerskiego córki.
Jeśli córce dzieje się krzywda, oczywiście mają prawo interweniować. Jednak reakcja na przemoc to coś innego niż ingerencja w to, jak ma wyglądać związek córki, krytykowanie, manipulowanie.

W jaki sposób radzą sobie mężczyźni w takiej sytuacji? Czy rzeczywiście „nie mają szans”?
Mierzą się ze smutkiem, bezsilnością, poczuciem zranienia, porzucenia, zdrady w sensie emocjonalnym. Mężczyznom zależy na życiu rodzinnym, dlatego gdy nie doświadczają wspólnoty, wzajemnego wspierania się z partnerką, tracą nadzieję. Szczególnie wtedy, gdy przez lata nic się nie zmienia; matka umacnia się w pozycji kogoś najważniejszego w rodzinie, a mężczyzna ma wrażenie, że komunikując się z żoną, tak naprawdę toczy grę z jej matką. Mężczyźni wtedy odchodzą albo wycofują się; budują swój świat, rozwijają zainteresowania, coraz więcej pracują. Rezygnują przekonani, że już nic nie da się zrobić. Gdy mężczyzna odchodzi, kobieta może zdecydować się na zamieszkanie z mamą. Wtedy zaczyna intensywnie pracować, robi karierę. Znam takie kobiety: olbrzymi dom, olbrzymi sukces i mnóstwo frustracji, że nie wybrała własnej drogi, stany depresyjne, często alkohol. Są też tacy mężczyźni, którzy walczą o związek. Otwarcie komunikują, jak się czują, w jakim są stanie, czego pragną; mówią, jak bardzo zależy im na relacji, na partnerstwie. Doceniają to, co dobrego dotąd wydarzyło się we wspólnym życiu, i wyrażają to. Dojrzali, świadomi mężczyźni nie atakują partnerki, nie ranią jej, zdarza się jednak, że decydują się postawić sprawę jasno i jednoznacznie: „Tak dłużej nie może być, albo angażujesz się w naszą relację i uznajesz, że to my decydujemy o naszym życiu, albo zostajesz z mamą”. Dla niektórych córeczek mamusi to trudne, jednak też mocno otrzeźwiające i mobilizujące, bo stawia je niejako pod ścianą. Muszą zająć stanowisko, pomyśleć, odpowiedzieć partnerowi, ale także sobie, na czym im zależy. Świadomi mężczyźni dają wsparcie kobiecie w procesie separacji od mamy. Rozumieją też, że nie chodzi o to, by matkę zostawić. To nie musi wyglądać tak dramatycznie. Dojrzały mężczyzna rozumie, że nie trzeba odrzucać matki, a raczej wesprzeć kobietę w tym, aby mogła wyjść z roli zależnej córeczki. Postawić mamie granice, zaznaczyć własne zdanie. Samo uświadomienie sobie mechanizmu symbiozy może wiele zmienić i ułatwić. Oczywiście zalecałbym takiej parze terapię małżeńską albo przynajmniej mediacje rodzinne.

Mocne zagrożenie dla relacji symbiotycznej.
Tak, mamie nie będzie się podobać. Może podsycać wątpliwości: „W czym ci to pomoże? Słuchaj mnie, ja ci pomogę”. Mama najprawdopodobniej użyje wszelkich sposobów, żeby charakter więzi z córką się nie zmienił, ponieważ to grozi rozpadem jej świata. W desperacji może dzwonić do męża córki i mówić: „Choćbyś nie wiem jak się starał, nie odbierzesz mi córki!”. Potrzebna jest tu stanowcza decyzja córki, aby ratować związek z mężczyzną. Mężczyzna może dużo zrobić, zawalczyć, jednak najważniejsza walka musi dokonać się w kobiecie. Gdy uświadamia sobie, co się dzieje, jaką rolę odgrywa – posłańca między dwojgiem, zależnego dziecka, a nie dojrzałej kobiety, partnerki dla mężczyzny – to już duży postęp. Uznaje, że dotychczasowa więź z mamą stanowi zagrożenie, ponieważ niszczy jej życie rodzinne. Pyta siebie: „Co mnie trzyma przy mamie?”. Konfrontuje się z lękiem przed separacją z nią. I wreszcie odnajduje w sobie siły, aby zmienić tę relację; zadbać o siebie, o swój związek, a także o mamę.

W  jaki sposób?
Dobrze byłoby porozmawiać z mamą na temat innych źródeł – poza córką – wsparcia. Gdzie mogłaby znaleźć swoje grono znajomych? Są kluby seniora, uniwersytety drugiego i trzeciego Wieku, dalsza rodzina. Ważne też, by pomóc mamie znaleźć inne sposoby wyrażania troski o córkę. Są obszary, gdzie może być mile widziana, na przykład w opiece nad wnukami. Może córce pomagać: coś ugotować, posprzątać, zrobić zakupy. W ten sposób może poczuć, że uczestniczy w jej życiu, jest blisko, jest potrzebna. Dużo łatwiej wychodzić z symbiotycznej relacji z mamą, gdy ta ma męża lub partnera. Gdy jest sama, a w dodatku samotnie wychowywała córkę, może być to znacznie trudniejsze i wymagać od córki sporej determinacji. W tej sytuacji wsparcie mężczyzny będzie nieocenione.

Benedykt Peczko
jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

 

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu SENS.