1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Destrukcyjne związki – kiedy stajemy się zależni od partnera?

Destrukcyjne związki – kiedy stajemy się zależni od partnera?

Uzależnienie w związku wiąże się zwykle z dominacją jednej ze stron. (fot. iStock)
Uzależnienie w związku wiąże się zwykle z dominacją jednej ze stron. (fot. iStock)
Czasem mylimy zależność z miłością. W dojrzałym związku ludzie dają sobie wybór, nikt nikogo nie dominuje ani się nie podporządkowuje. Nie ma wymagań, żeby ktoś robił to, czego się od niego oczekuje. Uzależnienie jest jak wąż w raju, którym jest szczęśliwa relacja. Ostatecznie niszczy to, co może być dobre między ludźmi.

Dobrze mieć świadomość, że uzależnienie jest, jak wszystkie zachowania autodestrukcyjne, sprawą wyboru. Uczysz ludzi dominacji nad sobą i traktowania cię tak, jak zawsze byłeś traktowany. Istnieje wiele schematów utrzymujących proces dominacji, ale powtarzają się one tylko wtedy, gdy widać, że działają. Dr Wayne W. Dyer, który był jednym z czołowych amerykańskich psychologów, podał kilka sposobów utrzymywania dominacji i kontroli w związku:

1. Krzyki, wrzaski, używanie podniesionego głosu. To pozwala na kontrolowanie ciebie, jeśli jesteś osobą łagodną i chcesz, żeby układało się między wami przyjemnie i spokojnie.

2. Odgrażanie się w rodzaju: „Rzucę cię, rozwiodę się z tobą...”.

3. Wzbudzanie winy: „Jak mogłaś mi to zrobić”, „Nie miałeś prawa”. Jeśli masz skłonności do czucia się winnym, łatwo cię trzymać w posłuszeństwie za pomocą tego typu stwierdzeń.

4. Uzewnętrznianie złości i gwałtowne zachowania, jak na przykład rzucanie przedmiotami czy przeklinanie.

5. Gra w dolegliwości (ataki serca, bóle głowy, kręgosłupa), gdy partner nie postępuje tak, jakby drugi tego sobie życzył. Ulegasz takiej manipulacji, jeśli nauczyłeś partnera, że zachowujesz się grzecznie, kiedy on zachoruje.

6. Ciche dni. Nieodzywanie się i rozmyślne dąsanie w celu wywołania określonego zachowania.

7. Taktyka łez. Płacz skutecznie wywołuje poczucie winy.

8. Scena z wychodzeniem i czasem z trzaskaniem drzwiami.

9. Zarzuty: „Ty mnie nie kochasz, ty mnie nie rozumiesz” - częste zdanie, gdy komuś zależy na utrzymaniu zależności w związku.

10. Grożenie samobójstwem to naprawdę mocny oręż.

Powyższe metody pozwalają utrzymywać drugą osobę w żądanej roli. Stosuje się je, kiedy działają. Jeśli jeden partner nie pozwala na manipulowanie sobą, drugi przestaje tak postępować. Jedynie wtedy, gdy reagujemy w oczekiwany sposób na podstępy, druga strona przyzwyczaja się do używania ich. Jeśli zachowujesz się jak osoba uległa, uczysz drugą stronę jak ma z tobą postępować, by osiągnąć zamierzone cele. Widocznie przesyłasz sygnały: „Jestem uległa”. Możesz opanować jednak sztukę uczenia innych, aby traktowali ciebie tak, jak sobie tego życzysz. Zacznij od zadania sobie pytania: „Co robię, że uczę innych, żeby odnosili się do mnie w ten sposób?” Skoncentruj się na tym, żeby to sobie uświadamiać i zmieniać własne reakcje.

Warto też znać przykłady typowych uzależnień i związanych z nimi zachowań:

1. Uczucie konieczności odwiedzenia kogoś, zabawienia go, zatelefonowania.

2. Pytanie partnera o pozwolenie na cokolwiek, na przykład wydawanie pieniędzy, skorzystanie z samochodu.

3. Naruszanie prywatności: przeglądanie szuflad, e-maili, kieszeni.

4. Wypowiedzi rodzaju: „Nigdy mu tego nie powiem, bo byłby niezadowolony”.

5. Wpadanie w depresję i uczucie niemocy spowodowane czyimś zachowaniem.

6. Uczucie przywiązania do miejsca pracy czy mieszkania i brak odwagi na szukanie nowego.

7. Posiadanie gotowych wzorców zachowania dla małżonka, rodzica, dziecka.

8. Wstyd z powodu zachowania kogoś bliskiego związany z uczuciem, jakby ta osoba była częścią ciebie.

9. Ciągły brak zaufania do swoich umiejętności.

10. Uczucie, że jesteś dotknięty tym, co inni mówią, czują, myślą i robią.

11. Odczuwanie szczęścia czy radości wyłącznie wtedy, gdy twój partner je odczuwa.

12. Słuchanie czyichś rozkazów.

13. Pozwalanie komuś na podejmowanie za ciebie decyzji albo pytanie o radę zawsze przed jej podjęciem.

14. Wyrażenia w rodzaju: „Spójrz co dla ciebie zrobiłem”, których celem jest zobowiązanie kogoś do zależności.

15. Powstrzymywanie się od różnych zachowań czy słów z powodu podległej pozycji.

16. Konieczność zniekształcania prawdy, by ktoś nie rozzłościł się.

Dlaczego tkwimy w takich autodestrukcyjnych zachowaniach? To proste, wyjaśnia Dyer, dla „korzyści”. Chociaż z pozoru wyglądają na nieszkodliwe, są jednak zgubne, bo skutecznie przeszkadzają żyć pełnią swoich możliwości.

Oto najpowszechniejsze „korzyści” pozostawania w stanie zależności:

1. Żyjesz pod opieką innych, korzystając z przywilejów małego dziecka, nie podejmujesz życiowej odpowiedzialności.

2. Możesz za swoje braki obwiniać innych.

3. Nie musisz podejmować pracy i ryzyka, jakie pociąga za sobą zmiana. Stwarzasz poczucie bezpieczeństwa, polegając na innych.

4. Możesz czuć się zadowolony z siebie, bo zadowalasz innych.

5. Łatwiej zachowywać się grzecznie, niż poradzić sobie z poczuciem winy.

6. Nie musisz dokonywać wyborów ani podejmować decyzji za siebie. Wzorujesz się na kimś, od kogo jesteś uzależniony. Nie podejmujesz wysiłku w celu określenia własnych myśli i uczuć.

7. Łatwiej jest być naśladowcą niż przewodnikiem. Możesz robić to, co każą inni, by uniknąć kłopotów. Zawsze jest to łatwiejsze niż pełna kontrola nad sobą.

Pamiętaj: zależność jest przykra, ponieważ okalecza twoją osobowość. Z całą jednak pewnością jest wygodniejsza. Wybór należy do ciebie.

Na podstawie książki Wayne W. Dyera, „Pokochaj siebie”, wydawnictwo Czarna Owca

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny partner – jak żyć z manipulantem?

Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Spotkałam księcia z bajki. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć.

Spotkałam księcia z bajki. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące.

„To moja druga połówka” – opowiadałam przyjaciółkom, gdy w wieku 37 lat ja, samotna mama ośmiolatki, w końcu z nim zamieszkałam. „Chagall mógłby się od niej uczyć” – pąsowiałam, gdy przechwalał się na Facebooku moimi ilustracjami do książek. Zapłacił czynsz za pół roku, szalał z moją córką na rowerach. Oswajał każdy mój lęk. „Ze wszystkim sobie poradzimy, KMŻ [kobieto mojego życia]” – pisał dziesiątki czułych SMS-ów dziennie. Mam je do dziś.

Piekło i raj

Zanim pojawił się on, przez pięć lat byłam samotną mamą. Zaradną, niezależną optymistką. Samotność? Nie dramatyzowałam. Weekendy i wakacje z przyjaciółkami i ich dzieciakami. Rytuały domowe z córką. Z nim brakowało na nie czasu. „Nic beze mnie” – domagał się. Moja niezależność najpierw go fascynowała, potem doprowadzała do szału. Czułam się winna, gdy nie dość szybko odpowiadałam na SMS-y, za długo rozmawiałam przez telefon albo nie zachwyciłam się jego pomysłem na biznes. „Nie masz pojęcia, co to partnerstwo” – znowu albo awantura, albo milczenie. Jak mantrę powtarzał: „Obchodzą cię tylko twoje bazgroły. Traktujesz mnie jak zabawkę” – i wychodził. Biegłam za nim przekonana, że za mało daję. Był zazdrośnikiem. Deprecjonował moich znajomych, krytykował siostrę. „Chce cię od nas odciąć” – ostrzegały przyjaciółki. A ja myślałam: „Dostaję od niego tyle miłości, że postaram się jeszcze bardziej”. Im bardziej był ze mnie niezadowolony, tym bardziej bałam się go stracić. Powstał między nami dziwny rytuał. Jego foch – moje wycofanie – jego „wybaczenie”. I gorący seks albo rodzinna wyprawa do Kazimierza na zgodę. Jednak wystarczała iskra, by znowu powstał pożar. Krytykował wszystkich wokoło. Przypomniałam sobie, że zauważyłam to już podczas pierwszych randek. Nawet przeszło mi przez myśl, że ma niskie poczucie własnej wartości. Ale zakochana kobieta widzi to, co chce zobaczyć.

Kiedy powiedzieć „dość”?

Lista zarzutów się wydłużała. Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie. Czasem miałam wrażenie, że stanę na rzęsach, a on i tak będzie niezadowolony. Migrenę, rozdrażnienie na córkę zrzucałam na przemęczenie pracą. Pierwszy raz w życiu musiałam poprawiać ilustracje. „Musisz zacząć w siebie wierzyć” – pocieszała redaktorka. Faktycznie, z samooceną było u mnie kiepsko. Marna kucharka – on nie tykał moich dań. Zła matka. Brzydula – za grube uda, odstające uszy.

„On tobą manipuluje, szantażuje odrzuceniem, a sam pewnie drży, że go zostawisz. Postaw mu się, ma cię szanować!” – mówiły przyjaciółki.

Często opowiadał o jakiejś koleżance z pracy. Któregoś wieczoru na jego komórce wyświetliła się od niej wiadomość. Zerknęłam: „Dziękuję za cudowną delegację [serduszko]. Wybacz, jeśli zbyt otwarcie odpowiedziałam na twoją serdeczność [serduszko]”. Wrzeszczałam, płakałam. „Inwigilujesz mnie, zabraniasz rozmawiać nawet z sąsiadem. A ty?!” Śmiał się. „Coś sobie uroiłaś. Musisz się leczyć, ile razy mam ci to powtarzać, ty nie wiesz, jak być z kimś w związku”. On miał prawo na mnie wrzeszczeć. Moja furia została uznana za niepoczytalność. Przez kolejne dni byłam jak zahibernowana. „Umówiłem cię ze świetną terapeutką, pójdziemy razem, chcę ci pomóc”. Chciałam zasłużyć na jego miłość. Nawet za cenę zaburzeń, które mi wmawiał.

Droga na dno

Terapeutka, o dziwo, nie podpisała się pod „diagnozą” , że nie umiem być z kimś blisko, że może mam borderline – jak sugerował, opowiadając o mojej furii. Zaproponowała terapię par.

Podpisaliśmy kontrakt na kilkanaście spotkań. W aucie on obśmiał terapeutkę, powiedział, że poszuka innej, i podarł kontrakt. On nie musi się leczyć, on nie ma problemów, jest zarąbistym facetem – słyszałam. Poszłam sama. Bladłam, odpowiadając na jej pytania. Jak się przy nim czuję? Jak śmieć. Zero szacunku z jego strony. Lęk. Smutek. We wszystkim jestem beznadziejna. Nie umiem się skupić na pracy. No i najgorsze – moja córka też boi się jego reakcji. „Niech pani poczyta o toksycznych mężczyznach” – wręczyła mi książkę. Na kolejną wizytę nie poszłam. Nie miałam siły mierzyć się z prawdą.

Nasz zjazd na dno trwał jeszcze kilka­naście tygodni. Próby ratunku? Był seks – zwierzęcy, bez czułości. Trzymałam się ostatnich iluzji. I sama ze sobą nie wytrzymywałam. Łykałam xanax albo piłam. Finał był tak absurdalny, że aż śmieszny. To on spakował walizki. „Zniszczyłaś mnie jako faceta, oddałem ci się cały, a ty nie umiałaś tego docenić” – powiedział.

Po rozstaniu wróciłam do terapeutki. Lizałam rany przez dwa lata. Dziś jasno widzę, jak mną manipulował, żal mi go, bo zrozumiałam, że sam miał kłopoty ze sobą. Toksyczni ludzie nie wiedzą, że krzywdzą. To mi daje siłę, żeby nie czuć się winną naszej porażki.

  1. Psychologia

Związek po zdradzie - jakie manipulacje stosują partnerzy?

Wielu partnerów nie jest w stanie powstrzymać się od zachowań, które tylko poglębiają kryzys w związku (fot. iStock)
Wielu partnerów nie jest w stanie powstrzymać się od zachowań, które tylko poglębiają kryzys w związku (fot. iStock)
Ratowanie związku po zdradzie to wyjątkowo trudne zadanie. Wiele osób – i zdradzający, i zdradzani – popełnia wtedy szereg błędów, które tylko pogłębiają kryzys. Czego nie robić, jeśli nadal wam na sobie zależy?

Kryzys wywołany przez zdradę jest jednym z najczęstszych powodów, dla których pary trafiają do gabinetu psychoterapeutycznego. To wyjątkowo trudny moment pod wieloma względami: poziom zaufania jest niewielki, a poziom emocji może być odurzający. Jeżeli w takim momencie para decyduje się na pracę nad swoją relacją, to musi naprawdę zaangażować wszelkie swoje zasoby i odkrywać te, które dotąd były nieuświadomione. Wysiłek może doprowadzić do ponownego zbudowania relacji, ale - co warto raz jeszcze podkreślić! - wymaga to dużej motywacji i przytomności, by nie wpaść w powszechne pułapki jakie pojawiają się w takich sytuacjach.

Poniżej przedstawiamy najczęstsze zagrożenia –  manipulacyjne zachowania, które uniemożliwiają pomyślne wyjście z kryzysu i rozwój związku.

Osoba zdradzająca

Najczęstsze manipulacje, jakie stosują osoby, które zdradziły:
  • Ukrywanie zdrady i negowanie obserwacji drugiej strony: „wydaje ci się, że coś się zmieniło”.
  • Mówienie, że zdrada wydarzyła się bez przyczyny: „to było tylko fizyczne, więc nie ma się nad czym zastanawiać”.
  • Przenoszenie odpowiedzialności na drugą stronę: „byłaś nieczuła”, „nie doceniałeś mnie” itp. Utrzymywanie, że tylko przy tamtej osobie mogę się czuć jakiś/jakaś (spontaniczny, atrakcyjny, mądra, wyzwolona itp.).
  • Umniejszanie uczuć i cierpienia drugiej strony: „przecież ci powiedziałam, więc chyba mi zależy na tobie, nie?!”, „ja już o tym zapomniałem - ty też powinnaś” itd.
  • Koncentrowanie się na sobie: „taka jestem straszna, nie zasługuję na ciebie”; „mam problemy z bliskością, przestraszyłem się tego, jak mi na tobie zależy (przekonaj mnie, że warto o to walczyć i że damy radę)”.
  • Twierdzenie, że zostaje się z drugą osobą tylko ze względu na wspólne dzieci.

Osoba zdradzona

Wiadomość, że zostało się zdradzoną/zdradzonym zwykle stanowi szok i wywołuje ból, smutek i złość. Bardzo ważne jest, aby dać sobie prawo do tych uczuć, wyrażać je, znaleźć wsparcie. Jeśli po pewnym czasie nadal zależy ci na ratowaniu związku, to warto zapoznać się z poniższą listą.

Manipulacje stosowane przez osoby zdradzone:

  • Niechęć do ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co przyczyniło się do kryzysu (odpowiedzialność za samą zdradę leży oczywiście po stronie, która zdradziła), np. „nasze małżeństwo było przecież idealne, zanim mnie zdradziłaś/eś”.
  • Używanie argumentu zdrady przy wszystkich sporach (także całkowicie niezwiązanych z tematem zdrady) jako pozycji negocjacyjnej: „teraz masz robić to, co ja chcę”; to daje osobie zdradzonej złudne poczucie siły („racja i wyższość moralna są po mojej stronie”).
  • Tłumaczenie swoich własnych trudności przez zdradę: „przez to, co zrobiłeś/aś, nie mam poczucia własnej wartości, sensu życia, nie odniosę sukcesu zawodowego” itd.
  • Używanie zdrady jako pretekstu, żeby odejść (osoba już wcześniej planowała odejść, ale nie chciała brać odpowiedzialności za zostawienie partnera).
  • Przeniesienie całej winy na partnera: „skoro nie ja zdradziłem, to nie ja powinienem pracować nad relacją”.
  • Twierdzenie, że zostaje się z drugą osobą tylko ze względu na wspólne dzieci (stosują to obie strony).

Co nie jest manipulacją?

Warto unikać postaw i zachowań opisanych powyżej, a skupić się na podjęciu decyzji, czy na pewno chce się ratować związek. Wymaga to odważnego adresowania uczuć i potrzeb obu stron, szczerego przyjrzenia się związkowi sprzed zdrady i wprowadzania koniecznych zmian. Trwałość związku nie jest czymś danym na zawsze, a bez zaangażowania i prawdziwości trudno o szansę na stworzenie bliskiej relacji. Po zdradzie lub bez niej.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.

  1. Psychologia

Czy rodzina jest najważniejsza w życiu człowieka? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
Mówimy: Rodzina. A zaraz potem: zdrowie. Ale w pracy spędzamy całe dnie, liczba rozwodów wzrasta, a ślubów nie. Co jest więc dla nas priorytetem? Na te i inne pytania odpowiada Wojciech Eichelberger.

Wzrosła akceptacja dla związków bez ślubu, seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji i rozwodów. A jednocześnie nadal większość z nas mówi, że to rodzina jest najważniejsza. Czy to znaczy, że żyjemy wbrew temu, co cenimy? Bo skoro pieniądze i status są „naj” tylko dla kilku procent, to dlaczego tak pochłania nas praca, tyle energii i czasu oddajemy naszym pasjom albo i nałogom?
Deklaracje to jedno, a praktyka to drugie. Ta deklaracja ma swoją bezwładność, bo skądinąd rodzina to rzecz ważna. My też lubimy deklarować, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy. Bardziej moralni, bardziej wzniośli nawet, niż tradycyjny system wartości przewiduje, ale jak się nam przyjrzeć, to okazuje się, że to tylko słowa. Nasze zachowania często nie pokrywają się z tymi deklaracjami. W trakcie psychoterapii takie deklaracje się weryfikuje. Kiedy ktoś mówi: „Kocham swoje dzieci, tylko nie mam dla nich czasu”, odpowiadam: „Jeśli chcesz wiedzieć, kogo kochasz, przyjrzyj się, czemu poświęcasz najwięcej czasu i uwagi”. No i wtedy następuje rewizja tej iluzji. Z reguły bolesna.

A nie zaprzeczenie: „Nie mogę mniej pracować! Haruję tak dla nich, żeby miały najlepsze szkoły, wakacje i kursy chińskiego, skrzypiec” itd.?
Tak, oczywiście. Zaprzeczamy faktom i racjonalizujemy zachowania, które przeczą naszym deklaracjom i fałszywym przekonaniom. Ale w końcu docieramy do prawdy: „Wyszło na to, że najbardziej kocham mój samochód”. Albo: „Najważniejsza jest dla mnie moja praca, a nie dzieci. Jej najwięcej czasu poświęcam. Więc także moja miłość do żony jest deklaracją bez pokrycia”. Takie konstatacje bolą, jednak płynie z nich wielka korzyść, bo tylko trafna diagnoza pozwala na podjęcie skutecznej naprawy.

Na psychoterapii odkrywamy więc, że czasem kłamiemy, mówiąc o naszej wielkiej miłości do bliskich?
Iluzja nie jest kłamstwem, tylko wiarą, a nawet pewnością, że nasze wybory i zachowania są zgodne z wyznawanymi przez nas wartościami. Nie uświadamiamy sobie hipokryzji, w jakiej żyjemy. Zazwyczaj tworzymy iluzje na własny temat, by być w zgodzie z systemem norm i zasad deklarowanych przez religijne i polityczne autorytety.

Jeśli ktoś przyzna, że najważniejsze są dla niego osiągnięcia w bieganiu i sukcesy w pracy, to co wtedy?
Kiedy już to wie i nie udaje przed sobą, że jest inaczej, to jego problem się kończy. Powraca poczucie spójności. Wydawać by się mogło, że wtedy to jego najbliżsi mają problem, bo muszą zdecydować, czy chcą żyć pod jednym dachem z człowiekiem, który najbardziej kocha np. swój samochód. Tak, ale też dzięki poznaniu prawdy i oni doświadczą ulgi, bo do tej pory mogli się obarczać winą za to, że nie czuli się kochani. Mogli myśleć, że to z nimi jest coś nie tak, skoro nie potrafili poczuć i docenić ojcowskiej czy mężowskiej miłości. Bywa jednak i tak, że po nazwaniu sytuacji ludzie uspójniają się w drugą stronę – starają się dorosnąć do tego, co deklarują. Skoro ktoś już zdobywa się na to, by przyjść do terapeuty, to bierze pod uwagę możliwość zmiany na głębszym poziomie niż porzucenie złudzeń na własny temat.

Albo przyszedł, bo żona kazała: „Wciąż mi powtarza, że dla mnie rower jest ważniejszy nawet niż praca, czyli bezpieczeństwo materialne rodziny”.
Warto wtedy, by psychoterapeuta pomógł mu zastanowić się, czy żona ma rację. Jeśli tak, powinien zapytać: „Skoro już wiesz, że rower jest dla ciebie najważniejszy, to czy chcesz dać sobie spokój z tą żoną? Nie zawracać jej dłużej głowy, przeprosić, że się pomyliłeś? Czy może chcesz sprawdzić, dlaczego lekceważysz adresowane do ciebie, uzasadnione potrzeby i oczekiwania, i odkryć kiedyś, że to jednak ona jest dla ciebie najważniejsza?”. W wielu wypadkach, gdy ktoś zrozumie, że deklarował nieprawdę, by dopasować się do tego, co jest społecznie akceptowane, ale chce być osobą spójną, dorosłą i odpowiedzialną (czyli myśleć, mówić i robić to samo, żyć w zgodzie ze swoją prawdą, nie oszukiwać), to po odkryciu prawdy rusza w swoją drogę z ulgą.

Nie zawsze. Znajomy wie, że nie kocha dziecka, ale mimo to daje się szantażować eksżonie i zostaje w kraju, choć za granicą mógłby się rozwijać zawodowo, a tego właśnie pragnie.
To, że mamy świadomość, czego chcemy, i wiemy, co nas rozwija, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy dojrzałymi ludźmi. Dojrzałość polega na tym, że wybieramy to, co jest dla nas najważniejsze, i czynimy to coś najważniejszą sprawą również w praktyce. Twój znajomy ma wybór: rodzina albo satysfakcjonująca i pożyteczna praca za granicą. Jeśli zostaje z rodziną nie dlatego, że dokonał takiego świadomego wyboru, bo uznał to za wartość dla niego prawdziwie nadrzędną, lecz na skutek presji byłej żony i otoczenia, to zachowuje się w sposób niedojrzały. Podkłada też bombę z opóźnionym zapłonem pod całe swoje życie. Wszyscy z powodu jego fałszywego poświęcenia będą cierpieć dłużej i bardziej, niż cierpieliby, gdyby wyjechał. Prawdopodobnie zgadza się zostać, żeby ukoić poczucie winy spowodowane tym, że nie kocha dziecka. Gdyby rozwiązał ten problem, właściwa decyzja byłaby łatwiejsza do podjęcia.

Może kiedy uporządkuje swoje życie wewnętrzne i dojrzeje, to pokocha dziecko i zostanie w kraju z radością?
Na dwoje babka wróżyła. Dojrzały emocjonalnie człowiek też może nie kochać dziecka. To nie świadczy o patologii. Miłość (także do dzieci) to dar. Spotkałem wielu ludzi, którzy z różnych powodów nie kochali swoich dzieci i czuli się z tego powodu tak podejrzani i winni, że nie potrafili się nawet przed sobą do tego przyznać. Udawali więc miłość i oddanie tak zażarcie, że bardziej i dłużej krzywdzili tym dziecko, niż gdyby żyli w zgodzie ze swoją trudną wewnętrzną prawdą. Wypieranie ze świadomości braku miłości do własnych dzieci często sprawia, że stajemy się wobec nich chorobliwie opiekuńczy albo zamieniamy naszą relację w perfekcyjny projekt wychowawczy. Zalewamy dziecko nadmiernymi wymaganiami albo nieustającymi prezentami. Czasami też odwracamy relację i to my siadamy dziecku na kolanach, domagając się od niego współczucia i wsparcia. Zaznaczam, że życie w zgodzie z wewnętrzną prawdą nie zawsze musi się przejawiać komunikowaniem tej prawdy otoczeniu – zwłaszcza dzieciom. Samo to, że niekochający rodzic zrozumie siebie i sobie wybaczy, sprawi, że to jego otoczenie, włącznie z dziećmi, odczuje wielką ulgę. Bo wtedy przestaje nadrabiać brak miłości nadmierną uwagą, napięciem i manipulacją, a także przestaje się dziecka czepiać, umieszczając w nim odpowiedzialność za swój problem: „Gdybyś ty było inne, to pokochałbym cię. To twoja wina, że cię nie kocham”.

Dlaczego kłamiemy nawet przed sobą, że kochamy dzieci, kiedy tak nie jest?
Bo istnieje bezwzględna społeczna i religijna norma, że własne dzieci się kocha z automatu. Nikomu nie wolno nie kochać swojego dziecka. W przeciwnym razie skazujemy się na moralną banicję, wykluczenie ze społeczności. A z drugiej strony – niestety, brak miłości do dzieci zdarza się coraz częściej, bo nie chcieliśmy ich mieć, nie jesteśmy pewni, czy są nasze, bo nie przepadamy za współrodzicem itd. A w świecie ludzkim miłość nie jest stanem hormonalno-gruczołowym. Tylko w pierwszej fazie życia dziecka, tej związanej z karmieniem piersią, matka czuje oksytocynową więź z dzieckiem. Gdy efekt oksytocyny mija, a w dodatku relacja z dzieckiem staje się coraz bardziej wymagająca, matka z przerażeniem może stwierdzić, że nie ma dla niego pozytywnych uczuć. Ojcowie miewają jeszcze trudniej, bo ich organizmy nie wydzielają oksytocyny, czyli hormonu więzi. Dlatego lepiej, jeśli podejmujemy decyzję o rodzicielstwie wtedy, gdy tego naprawdę pragniemy. Gdy dziecko przytrafia się „nie w porę”, wbrew poważnym planom, to tacy przypadkowi rodzice ryzykują kłopoty z jakością więzi między nimi a dzieckiem.

Co zrobić, kiedy odkryję, że nie rodzina, nie dziecko są dla mnie najważniejsze?
To, że nie kocham dziecka, nie zwalnia mnie z obowiązku zapewnienia mu warunków do życia i rozwoju, z obowiązku dbania o nie. Ale jest trudniej, bo jak się kocha dziecko, to starania i wybory same się porządkują. Uwalnia nas to także od nadmiernych – czasami wręcz panicznych – starań, od gorączkowości i histerii, które często biorą się z poczucia winy, że nie kochamy. Powtarzam więc: rodzicielskie niekochanie nie jest samo w sobie krzywdą dla dziecka, a jeśli jest uświadomione, to staje się lepsze od poczucia winy i nadrabiania. Nadmiar rodzicielskich emocji – czy to pozytywnych, czy negatywnych – w wychowywaniu szkodzi i obciąża dzieci.

Gdyby rodzina była dla nas najważniejsza, to jak byśmy postępowali?
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. I jeśli nawet nosimy w sobie zranionego dzieciaka, to powinniśmy wiedzieć, że partner nie będzie naszym wymarzonym rodzicem i nie możemy nieustannie siedzieć na jego kolanach. Rodzina jest najważniejsza, gdy umiemy przetrwać kryzysy pierwszego okresu małżeństwa, a potem przekroczyć trudny próg czwartego i siódmego roku. Trzeba być dojrzałym i wiedzieć, że rozczarowanie w związku jest nieuniknione. Aby być w rodzinie, trzeba zaakceptować wady innych i poznać swoje. Rodzina staje się najważniejsza dopiero wtedy, kiedy przestajemy ją idealizować.

Mamy przestać idealizować rodzinę, jeśli chcemy, żeby naprawdę stała się dla nas najważniejsza?
Myślę, że nasze prorodzinne deklaracje biorą się w dużej mierze z tęsknoty. Na ogół bowiem potrzeby związane z rodziną są bardzo frustrujące. Przeciętny polski dom jest dla dziecka środowiskiem trudnym. Często wychowuje się nas poprzez krytykę, porównania z innymi, podnoszenie poprzeczki i wymuszanie. Nie uczy się nas podążania za naszymi talentami i predyspozycjami. Stąd taka tęsknota za rodziną idealną, wspierającą, dającą bezpieczeństwo, siłę i poczucie własnej wartości. Nie potrafimy jednak takiej rodziny zbudować, w czym nie ma nic zawstydzającego, bo przekroczenie rodzinnego dziedzictwa to zadanie na co najmniej dwa pokolenia.

W dodatku miłość to emocja, a ta jest zmienna. Jak więc na niej budować?
Prawdziwa miłość to trwały stan umysłu, a nie emocja. A po drodze do niej mamy do pomocy dojrzałość, potrzebę spójności i odwagę zaglądania do swego cienia. Więc przedwcześnie nie zawracajmy innym ludziom głowy, że ich kochamy nad życie albo że nie możemy ich kochać, bo z nimi jest coś nie tak. Lepiej dać sobie czas na samopoznanie, zanim zdecydujemy się na rodzinę i dzieci.

Istnieją ludzie stworzeni do życia solo?
Każdy powinien indywidualnie rozstrzygnąć, czy naprawdę został do tego stworzony, czy to raczej jakiś problem w byciu z ludźmi i nawiązywaniu z nimi miłosnej więzi. To trzeba umieć rozstrzygnąć. Bo jeśli mamy bardzo złe doświadczenia w rodzinie pierwotnej, to albo wychodzimy z niej tak pokiereszowani, że mówimy: „Nigdy więcej rodziny!”, albo stwierdzamy: „Ach! Założę idealną rodzinę, taką, o jakiej zawsze marzyłem i na którą nie było stać emocjonalnie moich rodziców”.

Obie decyzje są neurotyczne, bo wynikają z dziecięcej traumy. Ale lepsza jest pierwsza, bo ogranicza możliwość krzywdzenia innych, a szczególnie dzieci. Proponowałbym jednak traktować ją nie jako życiową decyzję, lecz rodzaj poczekalni czy dojrzewalni. Bo życie będzie nas konfrontować z różnymi pouczającymi sytuacjami, sprzyjającymi dojrzewaniu i przekraczaniu naszych dziecięcych uwarunkowań. Kto wie, może za parę lat poczujemy, że już jesteśmy gotowi na rodzinę.

Czy wspomniany wzrost akceptacji dla antykoncepcji, rozwodów to nie dowód, że rodzina nie jest wartością?
Wręcz przeciwnie. Antykoncepcja może scalać rodzinę, czyniąc ją bardziej bezpiecznym środowiskiem dzięki możliwości kontroli nad rozrodczością. Poza tym sprzyja świadomemu rodzicielstwu. Mentorzy i moralizatorzy winni pamiętać, że ani nakazami, ani zakazami nie zbuduje się w człowieku dojrzałości i autonomii. Żeby dojrzeć, trzeba samodzielnie podejmować decyzje i doświadczać ich skutków. Z kolei seks przed ślubem ratuje przed ryzykiem popełnienia zasadniczego błędu w wyborze partnera, partnerki. Wzajemna atrakcyjność i harmonia seksualna w ogromnej mierze decydują o trwałości związków.

Od czego zacząć, jeśli chcemy, by rodzina była też miejscem, gdzie nam po prostu dobrze?
Od starań na rzecz głębokiego zrozumienia siebie. Trzeba poznać swoje uwarunkowania, ograniczenia i wewnętrzne przeszkody, które mogą stanąć na drodze zbudowania trwałych relacji partnerskich i rodzinnych. Na przykład wiedzieć, że w naszym rodzinnym systemie mężczyźni nie brali udziału w wychowaniu dzieci i starać się to dziedzictwo przekroczyć.

  1. Seks

Związek w wibracji 7 - para dusz

Związek w wibracji 7 - przeznaczenie, za którym kryje się trudna lekcja. (fot. iStock)
Związek w wibracji 7 - przeznaczenie, za którym kryje się trudna lekcja. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Gdy się spotkają, on i ona, a liczba ich związku wynosi 7, może im się wydawać, że są bratnimi duszami. Relacja ta bowiem nacechowana jest atmosferą niezwykłości, ale często niesie ze sobą poważną życiową lekcję do przeżycia.

Z siódemką kojarzony jest Neptun, najbardziej tajemnicza i mistyczna z planet. Jej przekaz jest romantyczny, osnuty mgłą, duchowy. Ale może także być oszukańczy, zwodniczy, oparty na iluzjach. Para, której związkiem rządzi wibracja numer 7, ma przed sobą wyzwanie.

Ta liczba nie sprzyja związkom, bo jest raczej samotnicza i izolująca się. Siódemki są wrażliwe, ale skryte i nieśmiałe, lękają się wyrażania uczuć. Dlatego siódemkowa relacja niesie ze sobą doświadczenie pewnego oddalenia. Czy to dosłownego, fizycznego, kiedy ludzie mieszkają osobno, czy też braku bliskości emocjonalnej. Partnerzy mogą mieć przed sobą tajemnice lub być na siebie zamknięci w sferze uczuć. Jednak ze sobą są. Przyciągają ich do siebie siły nieświadomości po to, by głębokie rany zostały uzdrowione.

Na początku znajomości ludziom wydaje się, że są sobie przeznaczeni, że są bratnimi duszami, które wreszcie się odnalazły. Mają ze sobą duchowe porozumienie, łączy ich jakby niewidzialna nić. Sprawy ducha prawie zawsze objawią się między ludźmi, których połączyła ta mistyczna wibracja. Mogą ich łączyć takie właśnie zainteresowania, wspólna pasja, praca dla ważnej idei. Znaczących korzyści materialnych nie można się jednak po tym spodziewać, bo siódemka niewiele z materią ma wspólnego. Problemy finansowe są często źródłem ich nieporozumień.

To, co ludzie mogą wynieść z lekcji związku 7, to głęboki wgląd w psychikę, do którego uzyskują dostęp w relacji z drugą osobą. Jeśli potraktują ją jak lustro, ich świadomość się poszerzy. Wibracja 7 obdarza również nauką niezależności podczas życia razem, nauką tego, że każdy potrzebuje własnej przestrzeni. Niebezpieczeństwem jest emocjonalne uzależnienie bez autentycznej bliskości, kiedy najważniejsze są uczucia, które odważnie wyrażamy.

  1. Seks

Związek w wibracji 8 – walka o dominację

Siła, rywalizacja, konkretne działania, pasja, seks - tych elementów z pewnością nie zabraknie w związku o wibracji 8. (fot. iStock)
Siła, rywalizacja, konkretne działania, pasja, seks - tych elementów z pewnością nie zabraknie w związku o wibracji 8. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy spotykają się ludzie, których wspólna numerologiczna wibracja to 8, zmierzą się z biegunowością dominacji i uległości, z siłą materii oraz namiętności.

To silna wibracja partnerska. Stawia ona mężczyznę i kobietę wobec wyzwań dotyczących pracy, pieniędzy i władzy.

Często ósemkowe pary (odwrotnie niż wibracja związku "siedem") razem pracują, prowadzą biznes, budują dom, inwestują, piszą razem książkę, działają wspólnie. I podczas tej działalności nie ma mowy o altruizmie, raczej o zyskach, twardym wymiarze rzeczywistości. O karierze. To zetknięcie z materią i światowym poklaskiem, a dokładniej lekcja, by zachować równowagę między nimi a wartościami duchowymi oraz uczuciami. W ogóle dążenie do równości dość mocno wynika z wibracji "osiem". Dlatego między partnerami pojawia się walka i temat dominacji. Ludzie walczą między sobą o władzę, prestiż, o to kto więcej znaczy, kto jest bardziej inteligentny i wpływowy. Chcą zasady - oko za oko, ząb za ząb. Tam gdzie dominacja, jest też uległość i poddaństwo. Takich jakości też można doświadczyć w tej relacji. Znalezienie dobrego środka między tymi biegunami to prawdziwe wyzwanie dla związku "osiem".

Ludzie go tworzący razem mają mnóstwo energii do działania. I naprawdę wiele mogą osiągnąć, jeśli swoją moc wykorzystają konstruktywnie, koncentrując się na dobrych celach. Oddziałują na siebie inspirująco, motywująco, twórczo. Razem są niezmordowani. Porażka może być tylko trampoliną prowadzącą do zwycięstwa. Dużo jest tu wysublimowanego intelektu i pasji oraz nietuzinkowej kreatywności. Może połączyć ich hobby, z którego uczynią pomysł na życie i źródło utrzymania. Razem zawsze będą dążyć do stabilizacji finansowej i do widocznego sukcesu. Pojawi się temat ambicji przy realizacji marzeń. Staną przed tematem praw i obowiązków oraz powinności wobec siebie. Będą mieli odwagę, by walczyć o swoje ze sobą i ze światem. Rodzinę będą tworzyć odpowiedzialnie, podobnie jak związek wibracji "cztery", zapewniając dobry byt dzieciom, od których wiele będą wymagać.

Nic między partnerami tworzącymi związek wibracji "osiem" nie jest letnie i nijakie. Oni albo kochają się, albo nienawidzą. Tworzą albo niszczą. Są bardzo blisko, albo bardzo daleko. Kłócą się ogniście i podobnie godzą. Najlepiej w łóżku. W sypialni jest u nich namiętnie, lubią mocny seks i mocne wrażenia. Oraz kreatywność, jak w każdej innej dziedzinie życia. Razem stawiają czoła życiu, żeby osiągać więcej i więcej.