1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co nam siła? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Po co nam siła? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasze babcie musiały być silne. Wiadomo: wojna, potem PRL, było ciężko. A czy my też musimy takie być w czasach korporacji, konsumpcji, rywalizacji? Czym dziś jest siła kobiet? A mężczyzn? Bezwzględnością, asertywnością, elastycznością? A może spokojem – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Czy siła jest kobietom potrzebna? Skąd mają ją brać?
Kobiety mają daną im od natury, wrodzoną, biologiczną siłę i zdolność przetrwania, niezbędną, by rodzić i troszczyć się o nowe życie. Mają większe jej rezerwy niż mężczyźni, co widać także w tym, że żyją prawie dziesięć lat dłużej i sześć razy rzadziej popełniają samobójstwa. Może także dlatego, że poczucie sensu istnienia i życiowej misji dostają w pakiecie z rolą matki rodzicielki.

Bezdzietne kobiety mogą być słabsze?
Biologiczna siła dawczyni życia jest dostępna kobietom niezależnie od tego, czy stają się matkami, czy nie. Ale to prawda, że większości kobiet, które zostają mamami, włącza się dodatkowe zasilanie wpływające pozytywnie także na samoocenę i poczucie sensu. Kobiety z wyboru lub konieczności bezdzietne muszą tego sensu i misji życiowej szukać świadomie. Upodobniają się w tym do mężczyzn, dla których ojcostwo rzadko bywa ukojeniem egzystencjalnych niepokojów. Na szczęście coraz więcej kobiet matek szuka pozamacierzyńskiego sensu życia, co sprzyja ich poczuciu autonomii w relacjach z mężczyznami i uniknięciu niebezpiecznego uzależnienia od roli matki.

Reshma Saujani, autorka książki „Odwagi! Nie musisz być doskonała!”, twierdzi, że poczuła siłę i zaczęła żyć tak, jak tego pragnęła, dopiero kiedy odważyła się wyjść ze strefy komfortu. Przestać realizować życie, jakie uznawało się w jej rodzinie za wartościowe i dające prestiż. Czy kobiety potrzebują odwagi, aby poczuć siłę? Czy to nie siła dodaje odwagi?

Kobiety potrzebują często wielkiej odwagi – a w ich subiektywnym odczuwaniu wręcz odwagi straceńczej – by po swoją wewnętrzną, przyrodzoną siłę sięgnąć, budować poczucie godności i autonomii. Są bowiem nadal konsekwentnie ograniczane przez stereotypy płci, uporczywie obecne w wychowaniu, edukacji i religii. Większość dziewczynek ciągle podlega ogromnej kulturowej i wychowawczej presji stereotypu kobiety miłej, uległej, poświęcającej się i spragnionej męskiej aprobaty. Wykonawczyniami tej patriarchalnej obróbki dziewczęcych charakterów są zazwyczaj – wychowane w tym samym kulturowym klimacie – ich matki, babcie i nauczycielki. Kiedy więc dziewczynki stają się kobietami, nie potrafią korzystać ze swojej siły, bo są od niej odcięte. Aby więc powiedzieć sobie i światu: „Wykorzystam swój potencjał i będę żyć po swojemu!”, muszą skonfrontować się z zapisanym w ich podświadomości odwiecznym lękiem przed wykluczeniem ze społeczności. Dlatego tak niewiele z nich zajmuje się nowatorskimi, ryzykownymi czy wymagającymi uporu i siły woli przedsięwzięciami. Kobiety rzadko domagają się wprost tego, na czym im zależy. Większość ciągle nie żyje w zgodzie z prawdziwymi potrzebami. Dzieje się tak nie dlatego, że brak im siły czy innych zalet, ale odwagi i determinacji do bezpośredniej walki. Od pokoleń przywykły bowiem do zabiegania o przychylność i akceptację mężczyzn.

W książce „Jak kobiety podejmują decyzje” Therese Huston przeczytałam, że w latach 40. XX wieku to kobiety były programistkami, a mężczyźni konstruktorami komputerów. A to dlatego, że to zajęcie nie było jeszcze prestiżowe. To Grace Hopper, matematyczka i oficer marynarki, pracująca na Harvardzie, stworzyła pierwszy program komputerowy używający słów zamiast cyfr. Takie informacje dodają siły. Ale rzadko mamy okazje je dostawać, bo zazwyczaj jesteśmy bombardowane wizerunkami „nagiej kobiecej mocy”. Jeśli masz na myśli kobiece ciała reklamujące wszystko, co się da, włącznie z blachą falistą, to jest to zdecydowanie szkodliwe z punktu widzenia odzyskiwania przez kobiety siły i godności. To uprzedmiotowienie i zredukowanie do roli seksualnego obiektu. A męskiego erotycznego zainteresowania, podniecenia, a nawet zachwytu lepiej nie mylić z wyrazami szacunku i miłości. Ważnym i koniecznym początkiem procesu odzyskiwania przez kobiety ich ukrytej siły jest odzyskanie prawdziwie kobiecej seksualności, którą patriarchat represjonował, a potem ukształtował w umysłach kobiet na modłę męskich fantazji. Batalia kobiet o odzyskanie samostanowienia w sprawie ciała, seksualności i rozrodczości trwa od początków feministycznej rewolucji, napotykając coraz większy opór męskiej konserwy. Widać to na przykładzie batalii o edukację seksualną w szkołach.
Konserwatywne organizacje dobrze wiedzą, że edukacja seksualna najbardziej potrzebna jest dorastającym kobietom, bo wzmacnia ich samostanowienie, bezpieczeństwo i wolność w sprawach ciała, rozrodczości i seksu, a tego patriarchat boi się najbardziej.

Dlaczego autentyczna kobieca seksualność budzi taki lęk?
Bo energia seksualna, zwana libido, jest sama w sobie energią życia, jego siłą napędową. Libido nie zasila wyłącznie zachowań seksualnych, zasila wszelkie przejawy naszego istnienia. Tę właściwość ludzkiego libido nazywa się zdolnością do sublimacji i to właśnie wysublimowane libido generuje zdolność do walki i obrony. Odwagę i nieustraszoność. Sprawność fizyczną i zdolność przetrwania. Niezależność. Głębokie odczuwanie ciała i życia. Równowagę emocjonalną. Zdolność do miłości. Sprawne i kreatywne myślenie. Tworzenie, a także wyzwalającą i nieegzaltowaną duchowość. Skoro tak wiele od libido zależy, to łatwo sobie wyobrazić, jakie zagrożenie dla męskich rządów nad światem i kobiecymi duszami stanowić mogą kobiety z uwolnionym wysublimowanym libido. Jest się czego bać!

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

A męska siła – czy różni się czymś od kobiecej?
Męskie libido jest bardzo oględnie represjonowane przez patriarchalną obyczajowość. Męskie roznegliżowane ciało jest pod ochroną i nie pokazuje się go w przestrzeni publicznej. Najwyraźniej mężczyźni nie chcą być upokarzani rolą obiektów seksualnych. Te i inne przejawy systemowej troski o męskie poczucie godności (i niemalże sakralizowanie męskiej potencji seksualnej) sprawiają, że mężczyźni mają łatwiejszy dostęp do swojej siły, odwagi i determinacji. Od natury dane są im także większa siła mięśni i wydolność organizmu. Łatwiej im walczyć, ratować, zdobywać i, niestety, wykorzystywać fizyczną przewagę w aktach przemocy wobec kobiet. Siła i sprawność kochanka, rozpłodowca, wojownika, budowniczego czy rolnika stanowią dla wielu mężczyzn ratunek przed utratą poczucia sensu i przydatności.

Czy męska siła nie bywa często bezwzględnością?
Nie ma odwrotnej zależności między siłą a zdolnością do czułości, empatii czy troski. Zazwyczaj idą one nawet w parze. Mężczyźni obdarzeni z natury siłą i wzrostem są na ogół spokojni, wspierający i troskliwi. Natomiast ci, którzy zbudowali mięśnie na siłowniach i sterydach, bywają bezwzględni i okrutni. A wynika to stąd, że masą ciała usiłowali ukoić poczucie upokorzenia, zagrożenia i umożliwić sobie wynikającą z nich chęć odwetu. W niektórych rodzinach przez pokolenia reprodukuje się w wychowaniu dzieci, a zwłaszcza chłopców, brak ciepła, troski, bliskości, dotyku, wsparcia. A więc nie daje się im nawet elementarnego poczucia bezpieczeństwa, nie mówiąc już o miłości. Siła i bezwzględność stają się najlepszym sposobem na przeżycie w świecie, który oceniany jest jako wrogi, zimny i niebezpieczny.

Istnieje uniwersalna, ponadpłciowa siła? Jaką rolę ogrywa?
Tak, to prawdziwa siła, zwana siłą ducha. Bierze się z odkrywania przyrodzonego wszystkim poczucia wartości i godności. Ze świadomości, że świat, życie i ludzie o otwartych sercach nas wspierają. Przejawia się w zrównoważeniu, w pewności siebie. W spokoju. W optymistycznym usposobieniu. Taka siła umożliwia działanie w zgodzie z okolicznościami, a nie z wyobrażeniami o tym, co zgodne z rolą kobiety czy mężczyzny. W robieniu tego, co jest do zrobienia, z uwagą, z zaangażowaniem. Siła nie wyraża się w przemocy, w manipulacji, we władzy czy kontroli nad drugim człowiekiem. Wyraża się w obdarzaniu innych wolnością, szacunkiem, uznaniem i troską. Nie boi się uczuć. Pozwala im się wyrażać, w miarę jak przychodzą i odchodzą. Gdy trzeba, nie boi się płakać, gdy czas na to, nie powstrzymuje radości.

Uczucia nas nie osłabiają? „Nie czuć” to dla wielu „być silnym”.
To pozorna siła. Wyrzekanie się uczuć jest raczej symptomem lęku, wyrazem strategii obronnej. Ci, którzy tej strategii nie zweryfikują, prędzej czy później odkryją, że sami siebie zamknęli w pancernej skorupie oddzielającej ich od życia i od ludzi. A taka izolacja stopniowo zabiera siłę i wolność. Poza tym świadomość uczuć – pod warunkiem że nie są one nawykowe i neurotyczne – pomaga lepiej kierować życiem, czyli dążyć do tego, czego naprawdę potrzebujemy, i unikać tego, co nam szkodzi.

A co z bezsilnością? Jesteśmy bezsilni wobec zdarzeń losowych. Kiedy ktoś bliski umiera, trudno nie czuć bezsilności…
To nie jest bezsilność, to pokora uznać, że nie wszystko jest w naszej mocy, a każde życie kiedyś się kończy. Prawdziwa siła nie robi dramatu ze śmierci, jednocześnie pozwalając sobie na wyrażanie związanych z nią żalu i straty. Nie ma za to nic dobrego w bezsilności, która nie jest dowodem pokory, ale cechą charakteru. Tej trzeba się jak najprędzej pozbyć, by odzyskać przyrodzoną siłę, która zapewne została stłumiona przez wychowanie, toksyczne relacje z ludźmi.

Słychać opinie, że bezradność emocjonalna staje się przyczyną chorób somatycznych. Czy to możliwe?
Tak, bo kiedy nie stajemy w swojej obronie, gdy czujemy się bezsilni, nasz układ immunologiczny zachowuje się analogicznie. Nie broni nas. Bezradność psychiczna pociąga za sobą bezradność immunologiczną. Chorujemy, bo nasz układ odporności nie broni nas, kiedy sami siebie nie bronimy w relacjach społecznych czy politycznych. Człowiek jest całością. Psychika i ciało działają jednocześnie i spójnie. Dlatego pracując nad poczuciem wewnętrznej siły, pracujemy jednocześnie nad wzmocnieniem odporności fizycznej. Nasza uwolniona wrodzona siła jest nie tylko lekarstwem dla psychiki, ale także dla ciała.

Przyznam się na koniec: boję się tego, co nazywamy siłą kobiet. Zapewne to wynik doświadczeń jeszcze z dzieciństwa, które każą mi kojarzyć ją z ukrytą, ale okrutną rywalizacją z innymi kobietami oraz lekceważeniem mężczyzn…
Myślę, że większość polskich kobiet wykształciła szczególną siłę, wywodzącą się z pokoleniowych doświadczeń ich babć, prababć i praprababć, które nauczyły się tego, że nie można liczyć na mężczyzn. Bo ci ginęli w wojnach, w powstaniach, w pojedynkach albo topili żal i upokorzenia w alkoholu. Kobiety musiały obudzić w sobie męski aspekt, który pozwalał im radzić sobie z tym, co było obowiązkiem mężczyzn. Musiały same zarządzać domem i zarabiać, zdobywać jedzenie dla dzieci. Tworzyły więc kobiece grupy i dawały sobie wsparcie. Lecz gdy w zasięgu wzroku pojawiał się jakiś wolny, zdolny do pracy i miłości mężczyzna, stawały do bezwzględnej walki o jego względy. W Polsce gros kobiet ma w systemie rodzinnym takie doświadczenie, a więc czuje to, co ich praprababki. Ale w czasach pokoju owocuje to m.in. brakiem wsparcia dla innych kobiet, nawet własnych córek. I lekceważeniem mężczyzn. Takie nastawienie często doprowadza do rozpadu związków. Zwłaszcza że polscy mężczyźni są szczególnie wrażliwi na punkcie swojej godności.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mamy moc! Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta

Ilustracja Ada Dziewulska
Ilustracja Ada Dziewulska
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Większość z nas biega, ćwiczy na siłowni. Mało kto myśli o ćwiczeniu „mięśni psychicznych”. Zwłaszcza nie myślimy o tym my, kobiety, uwikłane w stereotyp „słabej płci”. Na szczęście coraz więcej z nas wie, że siłę i odporność psychiczną trzeba kształtować już u dziewczynek.

Kamala Harris, przyszła wiceprezydentka Stanów Zjednoczonych i pierwsza w historii kobieta na tym stanowisku, zdaje się doskonale to rozumieć. W powyborczy dzień zwróciła się do dziewczynek: „Miejcie marzenia i uwierzcie, że można je spełniać”. Ona sama jako dziecko imigrantów, w dodatku ciemnoskóre, żeby wspiąć się na szczyt, musiała pokonać wiele zewnętrznych barier. Wykazała się przy tym niesamowitą siłą i odpornością psychiczną, cechami – jak się okazuje – niezbędnymi do realizowania marzeń, zwłaszcza tych burzących uprzedzenia i stereotypy.

Cóż to takiego owa siła i odporność psychiczna? Małgorzata Henke, trenerka biznesu, licencjonowana konsultantka mental toughness, wyjaśnia: – To coś, co określa, jak radzimy sobie ze stresem, z presją, z trudnymi sytuacjami, z kryzysem. I na ile potrafimy być efektywni pomimo różnych wyzwań. To zarówno umiejętność znoszenia trudnych warunków, czyli nasza twardość, jak i umiejętność szybkiego powrotu do równowagi, czyli elastyczność, prężność, zwana również rezyliencją. Można porównać tę siłę do mechanizmu wańki-wstańki, który sprawia, że przewrócona lalka natychmiast wraca do pionu.

Nie musimy się tłumaczyć

Nie oznacza to jednak, że ludzie silni psychicznie nigdy się nie przewrócą. Przewracają się, i to nieraz, ale potrafią skupić się na tym, co zrobić, żeby się podnieść i iść do przodu. Kobiety już wiedzą, jak ta siła jest ważna. Potwierdzają to amerykańskie badania przeprowadzone w 2016 roku, w których zapytano 6 tysięcy kobiet z całego świata o znaczenie siły psychicznej w pracy i życiu: 92 proc. z nich odpowiedziało, że ta cecha to warunek sukcesu, 71 proc. – że zaszłyby dalej, gdyby były silniejsze. I – co znamienne – 82 proc. chciałoby dysponować większymi zasobami siły i odporności psychicznej. Wniosek z tych badań płynie dość oczywisty – kobiety chcą być silniejsze, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Amy Morin, psychoterapeutka, w książce „13 rzeczy, których nie robią silne psychicznie kobiety”(wydawnictwo Galaktyka) pisze, że absolutnie każda z nas dysponuje siłą psychiczną. Szkopuł w tym, że jej nie wzmacniamy. No a wtedy ta siła zaczyna zanikać. Podobnie dzieje się z tężyzną fizyczną – gdy nie ćwiczymy mięśni, wiotczeją. Według Morin na siłę psychiczną składają się trzy wzajemnie na siebie wpływające czynniki: nasze myśli, uczucia i zachowania. Jeśli na przykład pomyślimy: „Tak naprawdę to nie mam nic mądrego do powiedzenia”, poczujemy się niezręcznie, głupio, a to z kolei spowoduje, że będziemy siedzieć cicho. Wszystko zaczyna się więc w naszej głowie. Zatem zdaniem autorki pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić, to zmienić nasze myśli! I na przykład nie porównywać się z innymi. Nie wątpić w siebie. Nie powstrzymywać się od zabierania głosu. Nie obwiniać się, gdy coś się nie uda. Nie wałkować wszystkiego w nieskończoność. Nie bać się łamania niepisanych zasad. Ten ostatni postulat jest szczególnie trudny. Od dziecka jesteśmy bowiem trenowane w byciu grzecznymi. Morin zauważa, że podporządkowywanie się oczekiwaniom innych bierze się z lęku przed złą opinią, utratą pracy, pozycji; z przekonania, że w ten sposób zasłużymy na szacunek, uznanie. Ważne, żebyśmy sobie to uświadomiły i nie ulegały niepisanym i destrukcyjnym zasadom. Zdaniem Morin świetnym na to sposobem jest… posiadanie własnego zdania. Zanim więc podejmiemy jakąś decyzję, powinnyśmy zastanowić się, dlaczego to robimy. Wystarczy krótki namysł, dwie, trzy minuty. Żeby było jasne – nikomu nie musimy nic tłumaczyć. Powinnyśmy jednak same zrozumieć, dlaczego to robimy. „Proszenie o zgodę i czekanie na zielone światło wcale nie musi być dobrym rozwiązaniem. Czasami lepiej rzucić się w coś z pełną świadomością, że za takie działanie trzeba będzie ponieść konsekwencje” – pisze Amy Morin.

Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska) Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Same decydujemy o sobie

Dzisiaj w Polsce młode kobiety właśnie to robią – nie boją się łamać niepisanych zasad, między innymi takich: siedź cicho, bądź grzeczna, nie przeklinaj. To ogromny krok naprzód w nabywaniu siły. Małgorzata Henke przypomina jednak, że budowanie siły i odporności psychicznej nie jest jednorazowym aktem, ale procesem. I że wymaga pewnego programu i systematyczności. Chodzi o to, żeby wyrobić sobie nawyki działania w obszarach, które tę siłę budują. Jakie to obszary?
  •  Po pierwsze, pozytywne myślenie oparte nie na hurraoptymizmie, ale na faktach.
  •  Po drugie, umiejętność postawienia sobie pytania: czego ja właściwie chcę? I dążenie do tego celu.
  • Trzeci to kontrola uwagi, czyli skupianie się na tym, co istotne.
– Jednym ze sposobów kontrolowania uwagi, a zarazem jedną z najsilniejszych interwencji psychologicznych, która pomaga budować naszą siłę, jest trening wdzięczności. Także samym sobie. Ta technika może się wydawać śmieszna czy banalna, ale w istocie jest bardzo pomocna. Polega na tym, żeby każdego dnia zapisywać co najmniej trzy rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. Na przykład to, że nie spanikowałam, że zachowałam się racjonalnie, że potrafiłam powiedzieć „nie”.
  • Czwarty obszar budujący siłę i odporność psychiczną według Małgorzaty Henke to wizualizacja, czyli wyobrażanie sobie tego, co chcemy osiągnąć, bo dla neuroplastycznego mózgu wyobrażanie sobie czegoś jest tak samo ważne jak sama czynność.
  • Piąty obszar to kontrola lęku, czyli zadbanie o siebie poprzez relaksację, medytację, odpoczynek. I kolejny obszar – samoświadomość, czyli kierowanie uwagi na swoje myśli, emocje, zasoby, po prostu na siebie.
Po czym można poznać silne kobiety? Według Amy Morin po tym, że nie pozwalają innym decydować o sobie. Że nie starają się zadowolić wszystkich. Że mają odwagę mówić, co czują, myślą i czego chcą. Że nie użalają się nad sobą, nie traktują siebie jako ofiary, tylko biorą sprawy w swoje ręce. – Jako terapeutka zawsze interesowałam się tym, co sprawia, że niektórzy ludzie potrafią adaptować się do sytuacji, są odporni na stres i zdolni do odbudowania sił – mówi Amy w jednym z wywiadów. – Ale kiedy przeszłam przez doświadczenia kilku strat we własnym życiu – w dość krótkim czasie zmarli mój mąż, moja matka, teść – rozwinęłam także osobiste zainteresowanie siłą psychiczną. Chciałam się dowiedzieć, jak mogę uleczyć moje złamane serce, skąd wziąć siłę do życia. Teraz wiem, że najważniejsze to zarządzać tym, jak myślimy, odczuwamy emocje, jak się zachowujemy. Gdy będziemy zdolni do realistycznego myślenia, radzenia sobie z emocjami w zdrowy sposób i jeśli podejmiemy konstruktywne działania – wtedy nasza siła psychiczna będzie rosła.

Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska) Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Pewna siebie dziewczyna…

…to pewna siebie kobieta. Ta pierwsza buduje tę drugą i odwrotnie. To zarazem tytuły dwóch książek Katty Kay, dziennikarki BBC, oraz Claire Shipman, dziennikarki ABC News i CNN, pisarki. „Pewna siebie kobieta” w Polsce ukaże się wiosną nakładem Wydawnictwa Literackiego. „Pewna siebie dziewczyna” już zdobyła uznanie polskich psychologów i czytelniczek. Obydwie powinny być lekturami obowiązkowymi dla wszystkich kobiet. W książce dla nastolatek autorki dają dziewczynom gotowe klucze potrzebne do otwierania pewności siebie. Jest tych kluczy cały pęk, a na pierwszym miejscu – wiara w siebie (czyli „to, co zmienia nasze myśli w działania”). Autorki poprosiły dziewczyny o pomoc w odpowiedzi na pytanie, do czego ich zdaniem służy wiara w siebie. I co usłyszały? „Żeby zapytać koleżankę, dlaczego usunęła mnie ze zdjęcia na Instagramie”. „Żeby powiedzieć innym, że jestem lesbijką, i nie ukrywać żadnej strony swojej osobowości”. „Mówić otwarcie o dręczeniu przez kolegów, chociaż się na mnie wkurzają”.

Tak rodzi się dziewczyńska siła, która potem, jak piszą autorki, „rozlewa się niczym masło na grzance”. Autorki tłumaczą to tak: Jeśli masz w swoim otoczeniu osoby pewne siebie i pozytywnie nastawione, uaktywnia się twoja kora przedczołowa, główny ośrodek racjonalnego myślenia. Przez co również twoja wiara w siebie wzrasta. Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. Te badania znajdują potwierdzenie w tłumach kobiet na ulicach polskich miast. Oto rośnie świadome siebie pokolenie dziewczyn. Część z nich to wychowanki Fundacji „Kosmos dla Dziewczynek”, która prowadzi liczne warsztaty wzmacniające dziewczyńską siłę, uczy usuwania barier w głowach, które przeszkadzają rozwijać skrzydła. Fundacja wydaje świetne czasopismo „Kosmos dla Dziewczynek”, w którym przedstawia wspaniałe kobiety liderki. I promuje feminatywy w języku polskim, w myśl zasady, że język kształtuje percepcję świata. Największe zadania w budowaniu siły dziewczynek stoją jednak przed nami, rodzicami. Co możemy zrobić dla swoich córek? – Na pierwszym miejscu wymieniłabym to, żeby nie chronić dziewczynek, i w ogóle dzieci, przed porażkami – odpowiada psycholożka Aleksandra Piotrowska. – Dzisiejsi rodzice popełniają ten błąd nagminnie. Tymczasem bez porażki nie ma rozwoju. Dobrze jest więc powiedzieć: „Tak to już jest, córeczko, że człowiek ma porażki zagwarantowane”. W ten sposób pomagamy córce popatrzeć na nie z dystansem. Ale z drugiej strony trzeba też przeanalizować z nią to, co ewentualnie można zrobić, żeby zminimalizować ich ryzyko. Przy czym nie wolno przekazać młodej osobie, dojrzałemu człowiekowi zresztą też, że na wszytko mamy wpływ, bo to nieprawda. Aleksandra Piotrowska podkreśla, że w rozmowach z córkami trzeba akcentować brak biologicznych ograniczeń związanych z płcią. Dobrze jest pięć razy się zastanowić, zanim powiemy: „To nie dla ciebie, to dla chłopców”. Psycholożka szukała ostatnio prezentu dla wnuczki, która kończy sześć lat. I w każdym sklepie słyszała od ekspedientki pytanie: „Ten prezent to dla dziewczynki czy dla chłopca?”. Na hasło „kreatywna zabawka dla dziewczynki” wyszukiwarki pokazują przede wszystkim zestawy do makijażu. Zabawki dla chłopców wielokrotnie przewyższają różnorodnością i wartością edukacyjną te dla dziewczynek. – W najczarniejszych myślach nie sądziłam, że u schyłku mojej aktywności zawodowej będę mierzyła się z taką rzeczywistością, w której są w sklepach oddzielne półki dla dziewczynek i oddzielne dla chłopców. Tak nie było, kiedy wychowywałam moje dzieci. Nastąpiło tu niebywałe uwstecznienie. Unikajmy chociaż jako rodzice powielania stereotypów płciowych, bo uczą dziewczynki rezygnacji ze stawiania sobie wartościowych celów. Zamiast tego wspierajmy je w zyskiwaniu poczucia sprawczości, czyli w nabywaniu przekonania, że mogą mieć wystarczające kompetencje i zasoby, żeby sobie poradzić w życiu, że nie muszą uwieszać się na ramieniu mężczyzny. Traktujmy jako oczywistość to, że dziewczynka sama podejmuje decyzje w sprawach jej dotyczących i nikomu nic do tego, co wybierze. Jeśli zamarzy sobie jako prezent album z piłkarzami, a nie z królewnami, to bez mrugnięcia okiem spełnijmy to marzenie. I nie podkreślajmy na każdym kroku, że największą zaletą dziewczynek są niebieskie oczka i blond loki. Jeśli już chwalimy, to wtedy, gdy jest ku temu powód, a najlepiej za wysiłek, konsekwentne działanie. Bo właśnie tak buduje się siłę ich jako dziewczynek, a potem kobiet – radzi Piotrowska.

  1. Psychologia

Odzyskana solidarność - prawa kobiet to prawa człowieka

Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To ważne, że wyszły razem, ale też wielopokoleniowo, i że się podczas tych protestów wspierały – mówi psycholog Zofia Milska-Wrzosińska.

Jest pani jedną z sygnatariuszek petycji polskich psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów w sprawie niedawnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przestrzegają państwo przed konsekwencjami, jakie może ono mieć dla życia „indywidualnego, rodzinnego i społecznego”. Porozmawiajmy zatem o tych konsekwencjach i o tym, co wydarzyło się pod koniec października.
Oczywiście, konsekwencje będą się różnić w zależności od tego, o jakiej grupie mówimy, a mam tu na myśli różnice pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania czy życiowego doświadczenia. Ale jeśli miałabym uogólniać, powiedziałabym, że to orzeczenie było dla wielu bardzo głęboką, wręcz wstrząsającą ingerencją w prywatność. Okazało się, że tu właśnie przebiega granica, której przekroczenie wywołuje u nich natychmiastowy i silny sprzeciw. Przecież w ciągu ostatnich kilku lat demonstracje w Polsce były na porządku dziennym – w obronie wolnych sądów, gimnazjów czy instytucji kulturalnych – a jednak nie było widać, żeby tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, gromadnie uznało to za swoją sprawę. A tę uznali. Nie sądzę, by ktokolwiek wcześniej to przewidział, również rządzący.

W powszechnym przekonaniu, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, młodych przecież niewiele obchodzi.
Złośliwie mówiono, że oni wyszliby na ulice tylko wtedy, gdyby im zabrano dostęp do Internetu. Tymczasem wyszli w obronie swojej prywatności. Okazało się, że mamy aktywną, twórczą młodzież, która jak już się zaangażuje, gdy uzna jakąś sprawę za swoją – jest gotowa mocno i wyraźnie wyrażać swoje stanowisko. A przy okazji oni są inteligentni, dowcipni, odważni, z dystansem do siebie i świata.

Zgadzam się, październikowe protesty po raz pierwszy to, co prywatne, uczyniły publicznym. Widać to było w treści transparentów, ale też w internetowych postach znanych kobiet. Wiele z nich właśnie teraz publicznie opowiedziało o historii swoich poronień czy traumatycznych porodów.
Skoro strefa publiczna wkroczyła tak bezceremonialnie w najintymniejsze sprawy obywateli, to prywatność przestała być prywatnością. Gdy ktoś mówi kobiecie, że na przykład nie powinna stosować antykoncepcji, która na razie nie jest zakazana, albo że jak jest w ciąży, to musi urodzić, z wyjątkiem dwóch przypadków, które realnie rzadko kiedy były przesłankami do terminacji ciąży, czyli gwałtu i bezpośredniego zagrożenia życia matki – to w jakimś sensie ją obnaża, wdziera się w istotę jej kobiecości. I niektóre kobiety odpowiedziały: „Skoro chcecie zaglądać nam do brzuchów, to dobrze, my wam opowiemy, co tam jeszcze może się zdarzać”. Nie jestem szczególną zwolenniczką odsłaniania prywatności, przeciwnie, uważam, że warunkiem równowagi psychicznej jest zachowanie dla siebie i najbliższych strefy intymności. Ale kiedy ta intymność jest atakowana, to nasza prywatność staje się publiczna. Można mieć tylko nadzieję, że w pewnym momencie nastąpi proces korekcji, czyli życie seksualne i kwestie prokreacyjne przestaną być argumentem politycznym, będą prywatnym doświadczeniem pary.

No właśnie, mówi pani „pary”. Czy to był tylko bunt kobiet? Na początku jak najbardziej tak, ale potem?
Oczywiście na początku dotyczyło to kobiet, które uznały, że władza im chce odebrać coś podstawowego. One mocniej zareagowały, bo poczuły obmierzłe totalitarne łapy w swoim wnętrzu. Ale trzeba pamiętać, że prokreacja, rodzicielstwo to obszar, w którym role genderowe bardzo się w ciągu ostatnich 50 lat zmieniły. Kiedyś, jak to bardzo ciekawie opisuje profesor Bogusław Pawłowski, mężczyzna był zaprogramowany psycho­biologicznie, żeby spłodzić jak najwięcej dzieci – bo wtedy są większe szanse, że któreś przeżyje, a on przekaże dalej swój materiał genetyczny. Z punktu widzenia kobiety było na odwrót, bo koszt biologiczny ciąży i urodzenia dziecka, a potem zajmowania się nim jest wysoki, więc biologicznie korzystniej było rodzić tych dzieci mniej, móc się nimi jak najlepiej i najdłużej opiekować w bezpiecznym gnieździe. Wtedy matka mogła dbać o potomstwo tak, by jej materiał genetyczny przetrwał. Historia zna wiele przykładów wybitnych mężczyzn, którzy nie byli zainteresowani swoimi legalnymi dziećmi, o nieślubnych już nie mówiąc. Z emocjonalnym przywiązaniem mężczyzny do potomstwa bywało różnie, niektóre przypadki z dzisiejszej perspektywy mogą szokować.

W ciągu ostatnich 50 lat dziecko również dla mężczyzny stało się czymś cennym. Ta rewolucja wydarzała się stopniowo, i to w dużej mierze dzięki kobietom, które dokonały procesu reedukacji mężczyzn. Kluczowe znaczenie miała antykoncepcja. Przestało być tak, że mężczyzna zapładnia, a kobieta, chcąc nie chcąc, zachodzi w ciążę. Od czasu kiedy kobiety zyskały kontrolę nad swoją płodnością, to również one decydują, z kim i kiedy mają dzieci. A decydują wtedy, kiedy uznają, że ich inwestycja w ten związek i tego mężczyznę jest sensowna. Dlatego też partner, który chce przekazywać swoje geny dalej, musi brać w tej kwestii pod uwagę także wolę i decyzję partnerki. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będzie chciała mieć tych dzieci piętnaścioro i wybierze kogoś, kto wesprze ją w urodzeniu i bezpiecznym wychowaniu dwójki lub trójki potomstwa. Wracając do strajków, kiedy mężczyźni dowiedzieli się, że ich kobieta, z którą są teraz lub będą w przyszłości, może być zmuszona do donoszenia ciąży z bardzo uszkodzonym płodem, kalekim czy niemającym szansy na godne życie, od razu zrozumieli, że ich to też dotyczy – nie tylko w akcie współczucia, ale że to jest też w ich interesie, by kobiety chciały uprawiać z nimi seks, zachodzić w ciążę i mieć kolejne dzieci. Dostrzegli, że ta zmiana ustawowa jest też przeciwko nim, nie tylko przeciwko kobietom. Dlatego tak dużo młodych chłopaków pojawiło się na demonstracjach w całej Polsce.

Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl

Na ulice wyszła nowa kobieta, ucieleśniona – z macicą, biodrami i waginą. Ale też kobieta wkurzona, niemówiąca językiem salonów. Zastanowiło mnie, jak wielkie oburzenie wzbudziła zwłaszcza kobieca agresja i wulgaryzmy. Czy można powiedzieć, że obudziła się dzika kobieta?
Nie wiem, czy się obudziła, czy tylko się ukazała. I nie sądzę, by tu chodziło o dzikość, bardziej pewnie o siłę. Oczywiście dzikość może być czasem wprzęgnięta w siłę – wtedy kiedy chce się coś pokazać w sposób ostry, bezkompromisowy. Na pewno okazało się jedno – że wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. A co do wulgarności, to aby ją lepiej zrozumieć, trzeba przywołać drugi aspekt orzeczenia Przyłębskiej. Pierwszy dotyczył głębokiego naruszenia prywatności, bo jednak życie intymne to jest sprawa najbardziej osobista, jaka może być. Drugi można opisać w kategoriach przemocy. Bo sam sposób wprowadzenia zmiany w system legislacyjny był zrobiony w sposób przemocowy, zresztą nie pierwszy raz. Od kilku lat władza wręcz demonstracyjnie nie liczy się z wolą sporej części społeczeństwa. A jeżeli lekceważy się ludzi w taki sposób, i to jeszcze z intencją upokorzenia i pokazania, kto może więcej – jest to przemocowe. Nie było debaty społecznej ani dyskusji parlamentarnej, tylko po prostu w jakimś momencie odmrożono zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego, które tam leżało i pewnie mogło sobie jeszcze leżeć, jak wiele innych wniosków.

W moim odczuciu wulgarność i to, co się działo w trakcie demonstracji, to była reakcja na przemoc. Schowaną pod płaszczykiem hipokryzji i podawaną jako coś, co się robi, bo ma się do tego prawo, albo rzekomo dla czyjegoś dobra.
Reakcją na przemoc były furia, złość i bunt. Bo jeśli jedna strona odmawia rozmowy, to drugiej pozostaje jedynie krzyknąć: „wypierdalać” – bo na to ludzie reagują, słyszą to i się temu dziwują. Przecież były tysiące grzecznych, racjonalnych petycji przeciwko rozmaitym zmianom, jakie wprowadzał rząd, i co? One były pomijane, nawet niebrane pod uwagę. Nie było żadnej rozmowy z protestującymi.

Stąd pojawiające się hasła: „Grzeczne już byłyśmy”.
Połowa społeczeństwa mogłaby powiedzieć: „Grzeczni już byliśmy – robiliśmy demostracje, żeby wspomnieć protest czarnych parasolek, pisaliśmy petycje, próbowaliśmy, pokazywaliśmy”. Ile było opracowań na temat tego, jak złe jest to, co dzieje się w Polsce z sądami! I nic. Przeciwnie, parę skompromitowanych posłów wpakowano do trybunału. U kobiet doszedł jeszcze czynnik sprawstwa: „Zaskoczę was. Pokażę wam, że nie da się mną rządzić tak, jak wam się podoba”. A skoro nas nie szanujecie, to jesteśmy gotowe do wojny. Stąd mocno rezonujące hasło z demonstracji: „To jest wojna”. Czyli: „Wy wypowiedzieliście nam wojnę, a my przyjmujemy wyzwanie”.

„Bo my też mamy siłę”.
Oczywiście! Bardzo dużo mówiło się niedawno, i to z niepokojem, o tym, że dziewczynki z gimnazjów czy liceów są coraz bardziej agresywne i „używają słów”. Sama czasem podsłuchiwałam na ulicy dyskusje między dziewczynkami w wieku 12–13 lat wracającymi ze szkoły: „I, kurwa, ten chuj mi powiedział, żebym wypierdalała”. Mowa była skądinąd o nauczycielu, który wyprosił dziewczynkę z lekcji. One się nie obrażały, nie kłóciły, one miały po prostu taki styl narracyjny. Już wtedy myślałam, że coś się zmienia, że to naprawdę jest inne pokolenie. Bo tak, jak prawie zawsze przy zmianie, wahadło odchyla się daleko, a potem stopniowo wraca bliżej środka. Młode dziewczyny patrzą na to, co się dzieje, i myślą: „Jak to jest, że im wolno, a nam nie? Jak to jest, że pijany ojciec może wyzywać matkę od kurew, a ona ani ja nie możemy odpowiedzieć, nazwać go chujem złamanym?”. Mam wrażenie, jakby to nowe pokolenie dziewczyn ćwiczyło, jak to się robi.

Czyli w tym buncie chodziło o pewne wyrównanie w prawach?
Proszę zauważyć, że przekaz rządzących był zbudowany w klimacie napominania małych dzieci przez mądrych rodziców: „To jest dla waszego dobra, tylko wy tego na razie nie rozumiecie”. I na przykład wykorzystywał do tego powstałą w kręgach kościelnych ideę „syndromu poaborcyjnego”, czyli arbitralne twierdzenie, że każda kobieta po dokonaniu aborcji przeżywa zespół chorobowy. Nie, że jest smutna czy żałuje, ale że ma zaburzenie psychiczne i trzeba ją z tego wyleczyć. To tak, jakby powiedzieć kobiecie: „Dziecko drogie, ty nie widzisz tej boskiej woli w swojej macicy, bo niewiele ogarniasz swoim malutkim rozumkiem, ale zapewniam cię, że to, o czym myślisz, to morderstwo, potem bardzo byś cierpiała, dlatego dla twojego dobra zakazuję ci tego robić, jeżeli nie chcesz być ukarana”. Poza tym stanowisko władz zakłada, że kobieta podejmuje decyzję o aborcji w emocjach, w panice, bo zobaczyła na USG uszkodzony płód, a dorosły mężczyzna o mentalności, powiedzmy sobie otwarcie, dziadersa, ma wiedzę, zrozumienie i mądrość, dlatego on będzie decydował. Jak ten dobry ojciec podejmie za nią decyzję. I to właśnie doprowadziło kobiety do furii.

Może dlatego, że od wieków mężczyźni za nas podejmują decyzje. Ojcowie, bracia, mężowie...
No więc teraz jest nad nami taki ojciec zbiorowy, który mówi, że to nie jest przeciwko nam, tylko dla nas, z troską o naszą psychikę i ciało. Myślę, że ten wyższościowy paternalistyczny ton, nieznośnie rodzicielski, to jest coś, czego kobiety biorące udział w protestach najbardziej nie akceptują w tym wszystkim. Można czasem założyć, że rodzic wie lepiej, ale to musi być rodzic, który ma autorytet. A dzisiejsza władza w Polsce dla wielu osób nie spełnia kryteriów mądrego rodzica czy ojca – autorytetu.

W moim odczuciu to był też bunt przeciwko patriarchatowi.
Ja bym powiedziała, że to był bunt dorosłych dzieci przeciwko ojcom, którzy są niezbyt mądrzy, niezbyt dobrzy, których trudno uznać za autorytet, bo się wielokrotnie skompromitowali, i trudno kochać, bo są okropnie niesympatyczni. Przy tym trzeba pamiętać, że niektórzy z tych ojców to niestety matki. I tacy rodzice traktują swoje dorosłe dzieci jak głupie i nieumiejące podejmować własnych decyzji. Próbują im narzucić wizję świata, nie mając do tego podstaw, bo nie są z nimi w dobrej relacji i nie mogą się powołać na mądrość inną niż taka: bo ja tak chcę i uważam. Czyli nie sam patriarchat jako przewaga mężczyzn był tu wrogiem – od tego odchodzimy już coraz bardziej. Byli nim fałszywi ojcowie, dziadersi (i dziaderki), którzy nie widzą, że dzieci wiedzą więcej i myślą inaczej. Nie słuchają ich, a wtedy one zaczynają mówić tak, by je usłyszano.

Myślę, że te protesty pokazały też, że siła kobiet jest w grupie. Nawet jeśli w tej grupie nie do końca mamy to samo zdanie.
Zgadzam się i uważam, że to bardzo ważne, że kobiety nie tylko wyszły razem, ale też wyszły wielo­pokoleniowo i że się podczas tych protestów wspierały – było tam wiele podnoszących na duchu obrazków, ukazujących kobiecą solidarność. Kiedy zobaczyłam, jak ogromne liczebnie były te demonstracje, pomyślałam o czymś jeszcze. Przypomniały mi się zdjęcia z pierwszej pielgrzymki do Polski postaci przez lata bardzo idealizowanej, czyli papieża Jana Pawła II tuż po jego wyborze. Aby go powitać, na ulice wyszły tłumy Polaków, a władza komunistyczna patrzyła na to z pewnym wahaniem, wstrzymując się jednak od reakcji. Wtedy użyto określenia, że Polacy się policzyli. Czyli zobaczyli, ilu ich naprawdę jest, ilu z nich wyszło na ulice w tej samej sprawie. Teraz można powiedzieć, że protestujące kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To było ważne zwłaszcza w małych miasteczkach, gdzie nie można być anonimowym w tłumie, bo wszyscy się znają. Obyśmy tej odnalezionej solidarności nie straciły. 

Zofia Milska-Wrzosińska, psycholog, psychoterapeutka, współzałożycielka Laboratorium Psychoedukacji, w którym pracuje od jego powstania. Prowadzi psychoterapię w nurcie psychodynamicznym.

 

 

  1. Psychologia

Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał

- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ryzyko czy rutyna? Stawiając wyłącznie na to, co łatwe i znane, drepczesz w miejscu. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Serial na ulubionym portalu, wygodny fotel i trochę czasu. Po co mam kupować bilet i jechać do Afryki? Jeśli nawet nuda mnie zżera, może wystarczy popatrzeć, jak inni ryzykują? Nie wdawać się w to, co nazywamy przygodą?
Pragnienie prawdziwej przygody jest powszechne. Dlatego mimo mediów społecznościowych, gier, interaktywnej telewizji i okularów VR (rozszerzonej rzeczywistości) większość ludzi nadal chce przeżyć coś niezwykłego, nadzwyczajnego, fantastycznego w prawdziwym życiu. Co prawda nasz mózg, a za nim również ciało mogą w pewnych sytuacjach uznać za realne sny, a nawet fantazje. Jednak ani sprawności fizycznej, ani tym bardziej odwagi, doświadczenia czy mądrości życiowej nam od pozbawionych realnego ryzyka pseudoprzygód nie przybędzie. Nie nauczymy się z nich tego, co z prawdziwych spotkań z ciekawymi, czującymi całym sercem ludźmi. W głębi duszy o tym wiemy i dlatego to, czego pragniemy, daleko wykracza poza wirtualną grę czy pasjonujący serial. Nie zaznamy pełni radości z kąpieli w najwierniejszym nawet obrazie wody. A bliskie spotkanie z doskonałym pikselowym złudzeniem mężczyzny czy kobiety pozostawi nas tylko z poczuciem zawodu i frustracji.

To jakie są zalety prawdziwej przygody? Czy tylko ćwiczenie mięśni i charakteru?
To już dużo. Prawdziwa przygoda ma to do siebie, że w niewielkim stopniu poddaje się naszej kontroli. Niesie więc realne ryzyko niepowodzenia lub straty. Jest wyzwaniem dla naszego charakteru, zaangażowania, umiejętności i odwagi. A także doskonałą okazją do poznawania siebie, naszych silnych i słabych stron. Dając nam impuls do przekraczania ograniczeń, przyczynia się do rozwoju i wykorzystania naszego ukrytego potencjału.

Mówisz o powszechnym pragnieniu przygody, ale w realu niewielu z nas jej szuka. Czy brak nam odwagi, by świadomie kupić bilet w nieznane? Wolimy, by to los za nas zdecydował?
Większość z nas odczuwa w sprawie przygody silną ambiwalencję. Z jednej strony półświadomie o niej marzymy, chcemy, by coś się w nas i wokół nas zmieniało. Coś nas korci do podejmowania ryzyka. Z drugiej strony – chcielibyśmy jednak żyć w bezpiecznej strefie komfortu, w spokojnej i przewidywalnej rutynie – po to, by wkładać jak najmniej wysiłku w codzienne życie i wybory z nim związane. Najczęściej więc kończy się na tym, że pozostawiamy pragnienie przygody boleśnie niespełnionym. Dlatego gdyby zapytać ludzi zmierzających do kresu życia, czego najbardziej żałują, większość odpowiedziałaby: „Tego, że za mało ryzykowałam, ryzykowałem”.

Czy nawet pracująca od 30 lat na tym samym stanowisku zachowawcza w ocenach i stylu życia 50-latka marzy o wyjściu z rutyny?
Tak, choć znaczna część ludzi ze swoimi własnymi pragnieniami niezwykłych wydarzeń czy zmian wcale się nie identyfikuje. To dla nich niezrozumiałe i groźne, więc je zagłuszają i wypierają. Ale w końcu nawet w schematycznym, bezpiecznie ułożonym życiu pragnienie przygody potrafi niespodziewanie dojść do głosu. Jeśli nie w realu, to w marzeniach i snach. A także wtedy, gdy zachłysną się miłością albo wiosną, albo alkoholem, albo czymkolwiek innym, co doda im odwagi. Uwolniona w ten sposób skumulowana przez lata potrzeba przygody może wówczas wybuchnąć z nadmierną siłą i narobić zamieszania. Lepiej więc potrzebę przygody sobie uświadomić i dzięki temu odpowiedzialnie, acz kreatywnie nią zarządzać.

Wejść na portal randkowy, bo dziś przygoda to często tyle co romans? Albo włączyć grę komputerową?
Przeżywanie przygód w świecie wirtualnym nic nie kosztuje. Można w każdej chwili przerwać, mamy kilka żyć, nic nam się nie może stać, nic nas nie zaboli, ale i nie zachwyci. Wszystko jest odwoływalne. Siedząc w fotelu, popijając piwo albo cappuccino, możemy zostać superbohaterami, superwojowniczkami, zdobyć skarby i atrakcyjnych partnerów, partnerki. Głód prawdziwej przygody usiłujemy wtedy oszukać erzacem i, niestety, wiecznie nienasyceni uzależniamy się od fikcji. Szaleństwo wieczorów kawalerskich i panieńskich dobrze obrazuje w realnym świecie powszechną ambiwalencję – pomiędzy pragnieniem stałości i przewidywalności a marzeniem o szalonej przygodzie.

Skąd się w nas bierze to rozdarcie?
Zapewne ze zmagania się dwóch wielkich sił – pierwotnego popędu nawykłych do zmiany i wędrówki nomadów oraz zassanego z kultury i obyczaju superego. Popęd szuka ryzyka, zmiany i nowości, a utkane z kultury i obyczaju superego apeluje do rozsądku, namawia do umiaru i przewidywalności. Wygląda na to, że osadnictwo, własność ziemi, rolnictwo i hodowla przykrywają naszą pierwotną cygańską duszę warstwą pozoru.

Po co nam dziś ten apetyt na ruch i przygodę?
Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie. Twórca szkoły terapii Gestalt Fritz Perls, mój pierwszy mistrz, mówił, że najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest bezruch, to, że nic się nie będzie zmieniać. Badania nad kreatywnością i mechanizmem tworzenia nowych połączeń neuronalnych potwierdzają pozytywną rolę zmiany i przygody. Bo im więcej połączeń neuronalnych, tym lepsze są parametry mózgu i tym większy zakres danych jesteśmy w stanie odbierać i przetwarzać. Przygoda rozumiana jako wyjście ze strefy komfortu – czyli tego, co już wiem i potrafię – najlepiej stymuluje rozwój mózgu. Dlatego to osoby przekraczające rutynę, poszukujące tworzą nowe wartości i cele dla wszystkich. Gdy ktoś taki utknie w strefie komfortu, czuje się jak uwięziony w dziecięcym pokoju i ucieka czym prędzej w nową przygodę.

Chyba nie wszyscy tak dramatycznie doświadczają życia w komforcie?
To prawda. Ale nawet ludzie bardzo niechętni zmianie od czasu do czasu czują, że muszą choćby poprzestawiać meble w pokoju, inaczej się uczesać czy ubrać w nowym stylu.

Czy nie byłyby dobrym rozwiązaniem stabilny dom i praca, a w weekendy surwiwal?
To zawsze coś, ale ważne, by znalazło się miejsce na ryzyko, zaskoczenie, nowość i trudność. W przeciwnym razie surwiwal ułoży się w nową rutynę. Potrafimy, jeśli zechcemy, zamienić w nią każdą przygodę. Są nawet firmy, które się w tym specjalizują, organizując bezpieczne wyprawy w nieznane. Do wewnętrznej prawdy, która nas wyzwoli, prowadzi prawdziwa droga, która wymaga trudu.

Jak wybrać tę drogę?
Mój nauczyciel zen miał dla uczniów prostą receptę na to, by nie utknęli w strefie komfortu i nie popadli w życiową rutynę: „Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał”. Wybierając to, co łatwe i znane, drepczemy w miejscu, chodzimy w nieskończoność po własnych śladach. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować.

„Zawsze pod górkę” jako motto na życie? Oj...
Nawet w Nowym Testamencie jest przypowieść o panu, który zostawił sługom przed wyjazdem talenty po to, by je pomnożyli. I kiedy po jakimś czasie wrócił, był zły na tego, który nie zaryzykował i ukrył je, bojąc się, że zostanie z niczym. Pochwalił zaś tych, którzy inwestowali odważnie, starając się zrobić z tego, co dostali, jak najlepszy użytek. Oni też pomnożyli swoje talenty. Wniosek: w ostatecznym, czyli duchowym, rozrachunku, ryzykując, zyskujemy.

Ale czy szczęśliwy dom nie wymaga stabilności, a nawet rutyny?
Zawsze gdzieś jakieś ryzyko można i warto podjąć. Jeśli na przykład uważamy, że nasze dzieci chodzą do kiepskiej szkoły, która deformuje ich mentalność i obraz świata, to trzeba poszukać mądrzejszej szkoły, a nawet nowych edukacyjnych rozwiązań. Jeśli mieszkamy w toksycznej okolicy, która truje nas i nasze dzieci wyziewami z kominów, to trzeba stamtąd uciekać. Jeśli partner lub partnerka są nieodpowiedzialni, agresywni i nielojalni, to dla dobra dzieci i ich przyszłych rodzin lepiej wybrać ryzyko rozstania.

A przygoda serca, czyli romans? Stawiać na niego czy na wierność?
Jeśli mamy poczucie, że w naszym związku źle się dzieje, że nie ma w nim wymiany intelektualnej, emocjonalnej i energetycznej – włącznie z tą, która dokonuje się w seksie – to wbrew naturalnemu odruchowi ucieczki warto podjąć trud naprawy tej sytuacji. Wymaga to dobrej woli obu stron. Jeśli jednak jedna ze stron nie chce wziąć swojej części odpowiedzialności za kryzys, to pojednanie jest niewykonalne. Wtedy trzeba sprostać ogromnemu wyzwaniu, jakim jest rozstanie się z klasą. Gdy braknie nam świadomości i samodyscypliny, to w sytuacji kryzysowej wdajemy się w romans, który na ogół jest wyborem łatwiejszej drogi, bo nie konfrontuje nas z naszym wkładem w to, że związek się nie udał.

Zmiana jest więc wszędzie i zawsze potrzebna?
Zawsze – jeśli chcemy być wewnętrznie żywi, zmieniać się i rozwijać, w pełni doświadczać bolesnych i radosnych aspektów życia, ciągle się uczyć, twórczo pracować i mieć wdzięczne, tkliwe serce. Nie ma więc co marudzić i narzekać na to, że coś się w naszym życiu zmienia, tylko iść za tym. Na tym polega wyższa forma sztuki życia. Potraktujmy poważnie ostrzeżenie przed tym, by nie być kostką lodu w płynącej rzece. Rzeka życia – jak to rzeka – raz przyspiesza, raz zwalnia, meandruje, ale wciąż płynie. Nie zapominajmy, że w istocie jesteśmy tą rzeką. Nie próbujmy jej zatrzymać, nie próbujmy jej zamrozić. Bo wtedy zamrażamy i zatrzymujemy siebie samych.

Czyli rutyna zamraża nasze serca?
Często, a ostatnio chyba coraz częściej. Boimy się ryzykować i inwestować w miłość. Bo miłość to jazda bez trzymanki, potężna energia, nad którą nie do końca panujemy. Oczywiście, można wyprzeć się miłości i zamrozić swoje życie, ale koszty tej operacji są tak wielkie i zasmucające, że ponad wszelką wątpliwość lepiej poddać się tej nieobliczalnej – ale jakże ożywczej – chorobie niż leczyć się z niej lekarstwem, które nas zabija.

Znam ludzi, którzy powiedzieliby, że liczy się lokata w banku, a nie szaleństwo serca.
Dlatego wielu z nas w nocy śni, że nie żyje, a w dzień śni, że żyje. Sami sobie to robimy. Świetny film „Dzień świstaka” opowiada właśnie o tym, jak zabrnąć w życie, w którym nic się nie zmienia, a każdy dzień staje kopią poprzedniego. Dzieje się tak, gdy przekonamy sami siebie, że życie polega na rozbudowywaniu strefy komfortu i że już wszystko o sobie i o życiu wiemy. Wtedy podobnie jak bohatera tego filmu tylko miłość może nas wyzwolić z tragicznej pułapki. Więc niech żyje miłość – nawet gdy czasami boli.

  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Psychologia

Mężczyzn mogą uratować kobiety. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej.
Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. "Mężczyzn mogą uratować kobiety" - twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. (Fot. iStock)
Związki przyszłości? Ale z kim? Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. Co zrobić, żeby na świecie nie zostały tylko same one? I dlaczego mężczyzn mogą uratować kobiety – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Warren Farrell, amerykański publicysta, twierdzi, że wizerunek medialny mężczyzny się zmienił. Z odpowiedzialnego i poważnego przywódcy, mądrego ojca i dobrego męża mężczyzna zamienił się w okrutnika, złego szefa, bezwzględnego mordercę, pedofila, gwałciciela. Mężczyzna – samo zło! No i jak z kimś takim planować ślub?
Do niedawna patriarchat – tak jak każdy totalitarny system – mógł bez trudu ukrywać swoje słabości i zbrodnie, manipulując językiem, wartościami i umysłami. Ale teraz, gdy okazało się, że jego rządy doprowadziły do kryzysu cywilizacji, mężczyznom musi się oberwać. To też wyrównywanie rachunku krzywd. Potęguje się proces wyzwalania emocji, potrzeb i możliwości kobiet, które przez wieki nie mogły dojść do głosu. To nowa, bezkrwawa rewolucja. Ale jak każda rewolucja i ta nieuchronnie popada w nieznośną przesadę, arogancję i egzaltację.

Ale to nie tylko feministki są autorkami czarnego PR. Scenariusze powieści o złych mężczyznach piszą też mężczyźni.
Może kieruje nimi – nie do końca uświadamiana – potrzeba męskiej pokuty. Samooczyszczenia, którego chcą dokonać, uświadamiając zbiorowe i indywidualne winy, wydobywając z szafy męskiej zbiorowej podświadomości kościotrupa szowinizmu i arogancji. A poza tym taki temat jak upadek idola zawsze dobrze się sprzedawał. Więc teraz dobrze się sprzedaje upadek mężczyzny. Ludzie chcą to oglądać, bo antymęska nagonka opiera się na podobnym mechanizmie jak popularność tabloidów, które tworzą iluzję, że są głosem sumienia porządnych ludzi. Ten spektakl jest wspierany i podkręcany także przez mężczyzn, którzy uważają się za skrzywdzonych przez ojców, nauczycieli, szefów, premierów – a więc mających swoje powody, by także czuć się ofiarami patriarchatu. Oni patrzą na ten upadek i myślą: „no, nareszcie im się dostaje!”.

Znaczenie może mieć też to, że coraz więcej mężczyzn to synowie samotnych matek.
Ciągle jeszcze bardziej „samotne” niż „samodzielne” matki zazwyczaj, niestety, wychowują synów w duchu potępienia, lekceważenia, a nawet pogardy dla ich ojców. Nie zdają sobie sprawy, że dewaluowanie ojca niszczy poczucie wartości syna jako mężczyzny. W rezultacie ci chłopcy, szukając wzorca na bycie sobą, który zaakceptowałaby ich matka, nadmiernie czerpią z jej sposobu przeżywania i nazywania świata, z jej ocen, przekonań i emocji. Nie wyrastają więc na dzielnych mężczyzn, lecz na rozgoryczone, depresyjne i rozemocjonowane kobiety, tyle że przyobleczone w męskie ciała. Samotne matki wychowują też córki, którym również przekazują jednostronny, negatywny obraz mężczyzn: słabych, niedojrzałych, nielojalnych i leniwych. Tragikomiczny paradoks tej sytuacji polega na tym, że mężczyźni o takich psychologicznych parametrach to z reguły ci wychowani przez samotne matki. I tak powstaje błędne koło, które produkuje coraz więcej słabych, niedojrzałych mężczyzn i coraz więcej samodzielnych, rozgoryczonych, nieufnych i wyrachowanych kobiet.

Szczęśliwej pary taki mężczyzna i taka kobieta nie stworzą?
A jakim cudem kobieta obciążona negatywnym stereotypem mężczyzny i psychicznie wykastrowany przez swoją matkę, odcięty od ojca mężczyzna mogliby stworzyć szczęśliwy związek? Oboje nauczyli się przecież, że zaangażowanie emocjonalne w relacje z osobnikiem płci przeciwnej kończy się cierpieniem i upokorzeniem. Facet w takim związku jest z góry skazany na potwierdzanie negatywnego stereotypu mężczyzny zainstalowanego w umyśle partnerki, a kobieta – na przeżycie gorzkiej satysfakcji wynikającej z potwierdzenia jej najgorszych przewidywań.

Gdzie mamy szukać ratunku?
Aby dać szansę trwałym, partnerskim związkom, obie strony muszą zakwestionować jednostronny, negatywny stereotyp ojca. Odtworzyć w swoich sercach jego pozytywny aspekt i jednocześnie – co bardzo ważne – przestać idealizować matkę. Wtedy dopiero kobieta i mężczyzna będą mogli odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę – a nie w imię rodzinnej tradycji czy politycznej poprawności – od siebie nawzajem oczekują? Czarno jednak widzę przywrócenie szacunku dla postaci ojca i odidealizowanie matki w czasach feministycznej rewolucji. Tym bardziej że zawalczyć o nie, i to na przestrzeni dwóch pokoleń, musiałyby kobiety. No ale: pierwszy krok to znalezienie przez kobiety prawdziwej odpowiedzi na pytanie, czego potrzebują od mężczyzn. Gdy ją poznają, wtedy będą wiedziały, jak wychowywać synów i córki. Bo chyba nie chodzi o to, by wyrugować ze świata takie tradycyjne atrybuty męskości jak: odwaga, odpowiedzialność, lojalność, niezależność, umiejętność walki i zdolność do solidarnej gry w zespole?

No nie. Te cnoty znikają, bo coś nie wyszło. Mężczyźni mieli być męscy, ale też wrażliwi. A są niemęscy i narcystyczni.
Uogólniona krytyka i dewaluacja mężczyzn przez matki demoluje wewnętrznie synów. Nie pozwalają młodym mężczyznom identyfikować się z własną płcią. I co wtedy mają robić? Priorytetem ich życiowej strategii staje się unikanie niezależnych, wymagających, często gardzących mężczyznami kobiet – czyli kobiet podobnych do ich matek. Ale testosteron działa, więc ich wyparta, niedojrzała seksualność realizuje się w kontakcie z internetową pornografią, w autoerotyzmie, w skłonnościach do pedofilii, a także w eksperymentach homoseksualnych. Dzieje się tak, bo kobiety nie dają im nadziei na bycie kochanymi. Z tego samego powodu mężczyźni coraz częściej nie chcą dorastać i mieszkają z mamą aż do jej śmierci, czyli do 40., a nawet 50. roku swego życia. Albo wybierają strategię casanowy, który swoją potrzebę miłości i uznania próbuje na próżno zaspokoić wykradanym, wyłudzanym seksem. Jeśli więc nadal krytyka patriarchatu będzie się przeradzać w krytykę męskości, wylejemy dziecko z kąpielą.

Chyba już wylaliśmy: w książce „Żelazny Jan” Roberta Bly znalazłam przejmującą scenę. Terapeuta każe mężczyznom skupionym w kręgu podnieść symbolicznie miecze w górę. A oni nie mogą, bo dla nich demonstracja siły i męskości jest równoznaczna z agresją. Tymczasem mężczyźni nie chcą nikogo skrzywdzić.
Podniesienie miecza w górę to także symbol męskiej erekcji, męskiej wydolności i siły – nie tylko seksualnej. To także symbol zdolności do walki, obrony siebie i wszystkiego, co mężczyźnie drogie. Siła ta drzemie w każdym i decyduje o jego dorosłym poczuciu męskości. Staje się groźna tylko wtedy, gdy mężczyzna nie nauczył się nią mądrze zarządzać. Pozostając pod opieką nastawionej niechętnie do mężczyzn mamy, ma na taką naukę marne szanse. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu młodzi mężczyźni mieli okazję nauczyć się tego przez sport, a także dzięki wojsku. Dziś sporty walki albo wojsko to dla większości wykształconych mężczyzn skrajny obciach. Ale testosteron i agresja nie wyparują z męskich ciał tylko dlatego, że nie są trendy. I nic tu nie pomoże wegetarianizm ani unikanie lekcji WF-u, kolczyki w uszach, malowanie paznokci. Męska agresja zamiatana pod dywan może zamienić się w bombę zegarową groźną dla świata.

Ale mężczyźni sami nie chcą być sobą. To widać choćby w modzie. Jeszcze wiek temu emancypantki przebierały się w męskie stroje, dziś odwrotnie – mężczyźni noszą kolorowe rzeczy, używają kosmetyków.
Wyraźnie się feminizują. Mają też coraz więcej problemów z ciałem. Chorują na anoreksję, bulimię, stawy, kręgosłup, przedwczesny wytrysk, impotencję. Zaczynają golić nogi, depilować torsy, farbują włosy. Wygląda na to, że robią coraz więcej, by upodobnić się do kobiet, a dzięki temu zejść z linii ognia. Jeśli tak dalej pójdzie, to przypuszczam, że kobiety na zawsze pozostaną w dzielnie wywalczonych spodniach, a mężczyźni niebawem zaczną chodzić w spódnicach. Nie znam statystyk dotyczących transseksualizmu, ale w kontekście naszej rozmowy zaryzykowałbym hipotezę, że więcej mężczyzn chce zostać kobietami niż kobiet mężczyznami, bo dziś bycie mężczyzną nie jest ani trendy ani sexy.

A 20-latki skarżą się, że nie ma mężczyzn. W książce „Męskie pół świata” piszesz, że wkrótce będziemy miały do wyboru albo Piotrusia Pana albo skamielinę przeszłości, czyli tyrana.
No tak. Piotruś Pan to mężczyzna, który nie chce dorosnąć, bo niby kim miałby wtedy zostać: przeklętym samcem alfa i szowinistycznym wieprzem, a może uległym podnóżkiem swojej kobiety albo... Właśnie, wyboru prawie nie ma. Dlatego mężczyźni muszą się sami za siebie wziąć i stworzyć nowy wzorzec męskości, który nie będzie się opierał na demonstrowaniu przewagi nad kobietami. Z drugiej jednak strony kobiety muszą stworzyć taki wzorzec kobiecości, który nie będzie się opierał na pogardzie dla mężczyzn. W przeciwnym razie ofiary przeistoczą się w prześladowców. Marzenia o tym, żeby w pełni zanegować męskość i wejść w nowy matriarchat, to strata czasu. Doniesienia z czasów matriarchatu mówią, że rolę prześladowców odgrywały wówczas kobiety. Mężczyźni byli w pogardzie i by sprostać oczekiwaniom władczyń, zademonstrować negatywny stosunek do własnego podgatunku i chęć znalezienia się w kaście sprawującej władzę, dokonywali masowych, rytualnych kastracji. W warstwie symboliczno-psychicznej podobne zjawisko pojawia się obecnie wśród chłopców i młodych mężczyzn.

Za kryzys męskości ma też odpowiadać antykoncepcja. Powoduje ona, że kobiety wybierają niemęskich mężczyzn, to znaczy bez zewnętrznych oznak wysokiego testosteronu. Dlaczego? Pigułka blokuje jajeczkowanie na podobnej zasadzie jak ciąża. A więc kobiety po jej zażyciu czują się tak, jakby spodziewały się dziecka. Spada im libidio (tracą ochotę na seks) i szukają miłych opiekunów, a nie supersamców.
To całkiem prawdopodobne, że kobiety stosujące hormonalną antykoncepcję mogą mieć chemicznie podkręcony instynkt opiekuńczy. Więc przytulają różnych chłopaczków, a potem się dziwią, że ci przy pierwszej scysji czy problemie lecą do mamusi albo przeprowadzają się do następnej opiekunki. Co więc mają począć ci faceci? Nie mieszczą się w mainstreamie, więc na społecznych peryferiach tworzą patriarchalne enklawy: harleyowcy, kibice, a szczególnie nacjonaliści, którzy na sztandarach głoszą szczególną wartość swojej krwi i spermy.

Może popularność cyklu „Millennium” wynika z tego, że tam możemy odnaleźć to, czego tak szukamy – pozytywny wzór mężczyzny. Bohaterem jest nowoczesny wojownik, feminista, który walczy o prawdę i staje w obronie kobiet – a jego polem bitwy są media.
Trzeba tworzyć nowe wzorce – to pewne. Próbują tego mężczyźni skupieni w męskich kręgach rozwojowych, sięgając do pierwotnych indiańskich i szamańskich tradycji. To interesujący kierunek, bo oni poszukują w kulturach opartych na wzajemnym szacunku płci. Do roli wzorców męskości urastają także popularne postaci z kręgu literatury fantasy, takie jak Wiedźmin czy Harry Potter. Są to mężczyźni, którzy rozwinęli w sobie nadprzyrodzone moce, a także dzielność i odwagę. Dla nich kobiety nie są osią życia. Ci i inni męscy bohaterowie zamieszkujący wyobraźnię współczesnych mężczyzn wyrażają ich ogromną tęsknotę za szlachetną mocą, intencją i misją, za autonomią, wolnością i godnością. Jednym słowem – za współczesną wersją wspólnoty Rycerzy Okrągłego Stołu. To ważne i budzące nadzieję.