1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie chce mi się

Nie chce mi się

fot.123rf
fot.123rf
Co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze – będziesz mieć dwa dni wolnego. Niby wiemy, że to żart, ale są osoby, które całkiem serio próbują wcielać tę zasadę w życie. Z tym, że zamiast wolności mają wyrzuty sumienia.

Monika zjawia się u mnie raz na jakiś czas tylko po to, by opowiedzieć mi o kolejnych porażkach. A ma ich na swoim koncie sporo. Zdolna, inteligentna, świetnie wykształcona, robi wszystko, żeby utrudnić sobie życie. Właśnie została zdegradowana – przestała być szefową zespołu, choć ma najwyższe kwalifikacje. Szef jeszcze trochę w nią wierzy, więc nie wyrzucił jej z pracy, choć miał ku temu powody. Monika wszystko robi na ostatnią chwilę. Niedawną prezentację też chciała przygotować w noc przed konferencją. Niestety, padł jej komputer. – Gdyby nie to, na pewno bym zdążyła. Siła wyższa – stwierdza spokojnie.

Tu naprawdę musi działać siła wyższa. Bo jak inaczej zrozumieć fakt, że Monika nigdy na czas nie wysyła PIT-ów, choć wie, że i tak w końcu będzie musiała to zrobić, a w dodatku zapłaci odsetki. Studiuje drugi kierunek, z którym wiąże swoje plany życiowe. Te studia bardzo ją interesują, w odróżnieniu od pracy. Ale do egzaminów uczy się na ostatnią chwilę – ma świadomość, że robi to po łebkach, że po zdanym egzaminie już do tego nie zajrzy... Szkoda, bo naprawdę to lubi, jak już zacznie się uczyć, to nauka bardzo ją wciąga.

Ale jak zacząć bez bata nad głową? Monika nawet nie próbuje. Zna siebie i doskonale wie, że nie robi nic, czego nie musi. Może ma czas zajęty innymi sprawami, trudno wcisnąć coś w napięty grafik...? Nic z tych rzeczy.

– Jestem wdzięczna szefowi, że mnie nie wyrzucił, ale chyba zmienię tę pracę – mówi.

– Dlaczego? – pytam.

– Strasznie się tam nudzę. Muszę siedzieć osiem godzin i udawać, że coś robię.

– A tam nie ma nic do roboty?

– Niby jest, ale nie na tyle godzin. No to czekam, aż coś będzie naprawdę konieczne. Póki nie jest, trudno mi się zabrać.

Monika do perfekcji opanowała sztukę zwlekania. W jej przypadku można wręcz mówić o prokrastynacji, czyli chorobliwej tendencji do przekładania na jutro tego, co warto, albo nawet trzeba, zrobić dziś. Z czego to wynika?

W dzieciństwie nikt nie pytał Moniki, czego chce. Rodzice kierowali jej życiem, nie zostawiając miejsca na wybory córki. Słowo „chcę” właściwie nie istnieje w jej słowniku. Za to obowiązuje „muszę” i „powinnam”. Ale tych słów Monika nie znosi. Na każde „muszę” dostaje gęsiej skórki i stosuje bierny opór. Nigdy nie zbuntowała się przeciwko rodzicom, a dziś bunt kieruje przeciwko sobie. Sama ponosi jego konsekwencje, czasem naprawdę duże. Jak w przypadku kupowania mieszkania: umowa przedwstępna została zawarta, Monika miała postarać się o kredyt, termin umowy ostatecznej dość odległy. Do załatwiania kredytu zabrała się jednak za późno. Gdyby nie to, że sprzedający zdecydowali się na nią poczekać, straciłaby niemały zadatek i szansę na fajne mieszkanie.

Na warsztatach motywacji szukaliśmy ostatnio czasowników, które popychają nas do działania. Okazało się, że najmniej zachęcająco i energetyzująco brzmią dla większości zdania ze słowami „muszę” i „powinnam/powinienem”. A właśnie tych słów wielu z nas używa nawykowo, żeby się nakłonić do pracy.

Powinnam dziś napisać felieton. Brrr! Natychmiast czuję opór. Z wysiłkiem  uruchamiam pokłady silnej woli, żeby to zrobić. A może lepiej odłożyć go do jutra? Pokusa jest silna. Ratuje mnie tylko świadomość, że jutro tak samo nie będzie mi się chciało. „Muszę” też jest kiepskie i aż zaprasza do dyskusji z samym sobą. Bo tak naprawdę nic nie musimy. Większość spraw podejmujemy z własnego wyboru. Oczywiście, niepodjęcie ich grozi zwykle konsekwencjami. Ale to też nasz wybór, że wolimy ich uniknąć. Znacznie bardziej chce nam się działać, gdy słowa „muszę” lub „powinnam” zastąpimy słowami: „chcę”, „zrobię to”, „wolę to zrobić dzisiaj”, „potrafię to zrobić”. Wolę dziś napisać felieton i jutro mieć wolne. Jasne, że tak!

Monika dobrze wie, że szkodzi samej sobie. Szef, jak będzie miał dosyć, to po prostu ją zwolni. Co wtedy zrobi, obciążona sporym kredytem? Będzie „musiała” znaleźć nową pracę. Pewnie trudno będzie jej się zabrać do szukania. A gdyby „chciała” znaleźć nową pracę? Wtedy pewnie szybko ją znajdzie. Bo Monika jest naprawdę zdolna.

Warto zmienić słowa, których używamy, by poczuć większą ochotę do działania. Zająć się choć przez chwilę tym, co nas od tego działania oddala. „Nie chce mi się”, „to bez sensu”, „niby dlaczego mam to robić”... – to częste argumenty przeciw. Jeśli nie traktujemy ich poważnie, nadal w nas są i utrudniają wzięcie się do pracy. Być może mam powody, żeby nie robić tego teraz? Dlatego powinno się serio o nich ze sobą porozmawiać. Przyjrzeć im się, podjąć decyzję dopiero po rozpatrzeniu przyczyn oporu. I wziąć odpowiedzialność za to, że „mi się nie chce” – bo tak naprawdę to nie mi, tylko ja nie mam ochoty czegoś robić.

Wśród przyczyn prokrastynacji wymienia się lęk przed porażką, lęk przed sukcesem, perfekcjonizm, potrzebę ryzyka. Każdy z nas ma jakieś swoje powody, żeby z czymś zwlekać. Najprostsze wyjaśnienie tkwi w tym, że nasz mózg woli przyjemność teraz niż nagrodę w dalekiej przyszłości. Zamiast więc pisać felieton, błądzę po internecie, bo to pozornie przyjemniejsze. Ale co to za przyjemność, gdy dręczą mnie wyrzuty sumienia i złość na siebie? W końcu zmuszę się, by to zrobić – co prawda w przyszłej, ale jednak teraźniejszości.

Właśnie to złe samopoczucie, wyrzuty sumienia, złość na siebie i niepokój odróżniają prokrastynatora od zwykłego lenia. Leń siedzi na tapczanie i nie zamierza robić nic. Z kolei prokrastynator chce się wziąć do pracy, zamierza zaraz to zrobić, ale pokusa zwłoki jest zbyt silna.

Problem prokrastynacji jest stary jak świat. „Co masz zrobić dziś, nie odkładaj na jutro” – radził Hezjod kilka wieków przed naszą erą. Skorzystałam z tej rady i dziś napisałam felieton. A jutro? Jutro mam wolne, w dodatku z czystym sumieniem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Prokrastynacja, czyli „zrobię to jutro”

Prokrastynacja często współwystępuje z tzw. osobowością unikającą, czyli reagującą lękiem na różne wydarzenia, projekty i zadania. (fot. iStock)
Prokrastynacja często współwystępuje z tzw. osobowością unikającą, czyli reagującą lękiem na różne wydarzenia, projekty i zadania. (fot. iStock)
Prokrastynację, czyli nałogowe odkładanie, coraz częściej wymienia się wśród chorób cywilizacyjnych. Bywa rodzajem buntu przeciw zbyt szybkiemu tempu życia, ale też wyrazem lęku przed porażką czy odpowiedzialnością związaną z sukcesem.

Jak z nią walczyć, podpowiada psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Kasia zadzwoniła rano i powiedziała, że chce zapisać się na sesję, ale koniecznie jeszcze tego samego dnia. Gdy spytałam, czy coś się szczególnego wydarzyło, usłyszałam: – Nie, ale znając siebie, jeśli zapiszę się na późniejszy termin, to będę przekładała spotkanie w nieskończoność, aż w końcu odwołam. Albo nie odwołam, ale nie przyjdę.

Po tak szczerym wyznaniu zgodziłam się przyjąć ją wieczorem.

Prokrastynacja - jak ją pokonać?

KROK 1. Przyglądamy się temperamentowi Kasi

– Chyba domyślasz się, na czym polega mój problem… – zaczęła, stając w drzwiach mojego gabinetu. – Myślę, że masz problem z czekaniem – odpowiedziałam. – To też, ale bardziej daje mi w kość… poczekaj, zapisałam to sobie: prokrastynacja – niemal wykrzyknęła.

„Kompulsywna, impulsywna i konsultująca się u doktora Google'a” – pomyślałam. Poza tym prokrastynacja to modny temat. Lepiej być prokrastynatorem niż zwykłym leniuchem, który wszystko odkłada na ostatnią chwilę. Neuropsycholodzy twierdzą, że u prokrastynatorów, czyli osób z tendencją do zwlekania ze wszystkim, występuje konflikt pomiędzy korą przedczołową, odpowiadającą za najwyższe funkcje poznawcze (jak odraczanie gratyfikacji czy realizowanie celów), a układem limbicznym, związanym z emocjami.

Pacjenci, którzy sami się diagnozują, nie należą do najłatwiejszych. Czasami przychodzą tylko po to, żeby ,,przyłapać” terapeutę na niewiedzy albo udowodnić, że sami wiedzą lepiej. Jednak patrząc na Kasię, uznałam, że nie ma takich intencji. Sprawiała wrażenie osoby energicznej, radosnej. Byłam ciekawa, co takiego się stało, że postanowiła do mnie przyjść właśnie teraz. – Nic szczególnego – odpowiedziała. – Dziś rano zdobyłam twój numer telefonu i poszłam za ciosem. Obiecałam sobie, że zadzwonię tylko raz i że w grę wchodzi jedynie dzisiejszy termin. No i udało się.

Mogłoby się wydawać, że chodziło o jakiś magiczny znak. Ale jeśli pacjentka rzeczywiście jest nałogową odkładaczką, prawdopodobnie w życiu kieruje się zasadą: „Teraz albo nigdy, wszystko albo nic”. Bo choć osoba, która zostawia wszystko na później, zawala terminy, wymyślając mniej lub bardziej absurdalne usprawiedliwienia, wydaje się nam rozlazła, wiecznie zmęczona, niezaradna, niezorganizowana czy nieasertywna – to w praktyce okazuje się, że kłopot leży zupełnie gdzie indziej.

Prokrastynacja może dotknąć każdego, w każdym momencie życia i w każdej sprawie. Bywa, że w pracy jesteśmy zawsze ze wszystkim do przodu, za to w relacjach prywatnych rzadko udaje nam się dotrzymywać terminów. Doświadczenie zawodowe podpowiada mi, że najbardziej charakterystycznymi cechami prokrastynatorów są impulsywność, kompulsywność, perfekcjonizm i podwyższony poziom lęku. Do tego dochodzi jeszcze niewielki dostęp do tego, co w duszy gra, czyli kiepska znajomość siebie.

KROK 2. Odkrywamy siłę napędową Kasi w relacjach

– Co w tym momencie pozwoliłoby ci się odprężyć? – zapytałam. – O matko! Sama nie wiem… albo wiem… Kubek zielonej herbaty.

Akurat miałam taką, jak lubi, z opuncją figową. – Proszę, zrobiłam ci herbatę w moim kubku z dzieciństwa – powiedziałam. – Ale fajnie, super, dziękuję, aż się wzruszyłam – ucieszyła się. Naprawdę była zadowolona i jakby zwolniła tempo. Rozsiadła się wygodnie w fotelu, zamyśliła i zaczęła opowiadać: – Hm, dzieciństwo... Nie wspominam go dobrze. Ojciec był bardzo surowy, rozliczał mnie ze wszystkiego. Matka się go bała, więc gnębiła mnie czasami jeszcze bardziej, żeby jej się nie dostało. Gdy chodziłam już do szkoły średniej, opracowałam pewną metodę. Na biurku rozkładałam zeszyty i podręczniki, a w otwartej szufladzie biurka – książkę, którą akurat czytałam. Kiedy któreś z rodziców wchodziło do pokoju, pochylałam się, zamykając tym samym szufladę. Matka i tak ciągle sprawdzała, czy nie marnuję czasu na dumanie o niebieskich migdałach. „Możesz być bezmózgowiem, dla mnie liczą się efekty” – to była z kolei złota myśl ojca.

Prokrastynacja to często nieświadomy bunt wobec zewnętrznych prób kontroli. Córki surowych ojców i uległych matek od dzieciństwa opracowują strategie przetrwania. Udają, że są ciągle zajęte, zapracowane, w biegu. Gdy ktoś dokłada im kolejne obowiązki, mają usprawiedliwienie, że im nie sprostały, bo przecież każdy widział, ile miały na głowie.

– Dziś nie jesteś już małą dziewczynką zależną od rodziców – powiedziałam. – Możesz robić, co chcesz, odkładać wszystko na później, czytać książki zamiast zajmować się czymś bardziej pożytecznym i przede wszystkim pilnować, żeby nie brać na siebie zbyt dużo obowiązków. – To prawda, ale ja lubię dużo robić i szybko widzieć efekty – westchnęła.

Ano właśnie. Cały kłopot tkwi w ilości spraw, szybkim tempie i chęci natychmiastowych efektów. Jeśli chudnąć, to 20 kg w ciągu miesiąca; jeśli realizować projekt, to najlepiej siedzieć nad nim ciurkiem dwa dni i dwie noce. Liczy się szybki sukces, szybka nagroda, bo nigdy nie wiadomo, czy za tydzień zainteresowanie zrzuceniem wagi czy danym projektem nie minie.

Wiedziałam, że nie ma sensu prosić Kasię, by wyobraziła sobie siebie za pięć lat. Nałogowi odkładacze rzadko myślą o przyszłości czy snują plany. Nie czują związku z „przyszłym sobą”, dla nich liczy się tu i teraz, dlatego łatwo biorą na siebie kolejne zobowiązania do zrealizowania „za jakiś czas”. Kasia tak bardzo chciała spełniać oczekiwania ludzi, zwłaszcza bliskich, że nie potrafiła odmawiać i kiedy, bijąc się w piersi, obiecywała: „Na jutro będziesz to miała, na bank”, naprawdę w to wierzyła. A potem zawsze pojawiało się coś, co nie pozwalało jej się wywiązać z obietnicy. I to było jej kłopotem.

KROK 3. Dochodzimy do wniosku, że to powszechny styl życia

Gdy Kasia opowiada, jak wygląda jej przeciętny dzień, robi mi się smutno. – Moja pierwsza myśl po obudzeniu to, że i tak ze wszystkim się nie wyrobię, że nie ogarnę całości – mówi. – A gdybyś mniej planowała i codziennie rano robiła korektę planów? – pytam. – Ale rano ja nawet dokładnie nie pamiętam, co mam do zrobienia. Wiem, że jest tego dużo i że ze wszystkim nie zdążę. Mogę jedynie robić dobrą minę do złej gry, uśmiechać się do tych, którzy mnie ścigają, bo znowu coś zawaliłam. Mogę doskonalić się w wymyślaniu usprawiedliwień i składaniu obietnic na wyrost. – To musi być straszne – rzucam, choć wiem, że moje słowa brzmią mało terapeutycznie. – Przecież dziś wszyscy tak żyją – wzrusza ramionami.

Szybkie tempo życia i nadmiar obowiązków jest nam narzucany często już na poziomie przedszkola czy szkoły podstawowej. Przestymulowanie mózgu i w konsekwencji utrwalenie stylu działania pod wpływem presji i stresu, plus perfekcjonizm połączony z nieustannym napięciem (w ciele i w umyśle) w dorosłym życiu równa się jak nic prokrastynacja.

Kasi trudno jest utrzymać rozluźnienie i odprężenie w czasie naszego spotkania. Momentami przez jej ciało przebiega dreszcz i wiem, że to nie z zimna. Mięśnie nieprzyzwyczajone do rozluźnienia od czasu do czasu reagują drżeniem. – Patrzysz na moje drżące uda? – mówi, jakby czytała w moich myślach. – To objaw tężyczki – tłumaczy i znowu popisuje się wiedzą zaczerpniętą z Internetu.

Tężyczka objawia się niekontrolowanymi skurczami mięśniowymi, a wywołują je niedobory magnezu i wapnia. Podobnie jak prokrastynacja, tężyczka dotyka ludzi młodych, ambitnych i zapracowanych. Coraz częściej myślę, że to sposób, w jaki ciało radzi sobie z permanentnym napięciem. – Najgorzej jest w nocy. Kilkakrotnie się wybudzam, bo czuję, jakby moje ciało gdzieś się zapadało, a potem cała się wzdragam – opowiada Kasia.

Prokrastynacja, czyli notoryczne odkładanie czynności na później może być wywołane strachem przed porażką, wysokim stopniem trudności zadania lub brakiem natychmiastowego rezultatu. (Fot. iStock) Prokrastynacja, czyli notoryczne odkładanie czynności na później może być wywołane strachem przed porażką, wysokim stopniem trudności zadania lub brakiem natychmiastowego rezultatu. (Fot. iStock)

KROK 4. Umawiamy się na pracę domową

Zbyt szybkie tempo życia to jedno. O wiele groźniejsze jest życie niezgodne z własnym rytmem. Zazwyczaj trzy czwarte każdej sesji przeznaczam na wspólne odkrycie z pacjentem jego indywidualnego rytmu. Kiedy poznasz swój rytm i postarasz się żyć zgodnie z nim, łatwiej będzie ci znaleźć przyczynę twojego kłopotu i rozwiązać go. Albo uznać, że wcale tak bardzo ci nie przeszkadza.

Często prokrastynacja jest wołaniem mózgu o odrobinę przyjemności. Odkładanie nieprzyjemnego zadania po to, by posurfować w necie, obejrzeć odcinek ulubionego serialu czy napić się kawy – to doskonały sposób na chwilę relaksu. Każdy bodziec, który pozwoli mózgowi na wyrównanie poziomu hormonów stresu, jest jak najbardziej pożądany. Inna sprawa: jak poradzić sobie z faktem, że co się odwlecze to nie ucieczce. Pracując z Kasią nad jej nałogowym odkładaniem, dochodzę do wniosku, że potrzebuje tygodnia urlopu, by spróbować żyć bez zegarka. Ma chodzić spać, gdy jest zmęczona; wstawać, gdy się wyśpi; jeść, gdy jest głodna. Obserwować, o jakich porach dnia czuje przypływ energii, a kiedy jej spadek. Kasia w pierwszej reakcji jest przerażona. Twierdzi, że nie może wziąć urlopu. Poza tym umrze z nudów, tak nic nie robiąc. Ostatecznie umawiamy się na przedłużony weekend. Potem postanowi, co dalej.

Prokrastynacja na co dzień: autoterapia dla nałogowych odkładaczy

  • Jeśli zniechęca cię, że zadanie, które masz do wykonania, jest pracochłonne i za trudne, podejdź do niego powoli. Zrób pierwszy krok. To sprawi, że wyda ci się bardziej realne. Pierwszy krok zmieni status zadania do wykonania w rozpoczęty proces. Każdy kolejny – coraz bardziej cię zaangażuje.
  • Nie obwiniaj się za to, że ciągle coś odkładasz, bo to nasili twoje emocje i zwiększy napięcie w ciele, co jest jedną z głównych przyczyn prokrastynacji. Jeśli znowu poczujesz ochotę odłożyć coś na później, wyobraź sobie wagę. Na jednej szali połóż ulgę i przyjemność związaną z odłożeniem zadania, na drugiej poczucie winy. Wybierz to, co ci się bardziej opłaca.
  • Kiedy czujesz, że wciąga cię wir prokrastynacji, nie szukaj w głowie powodów i tłumaczeń. Zamiast tego powiedz sobie: „Tak, nie mam ochoty teraz tego robić i pozwalam sobie na zwlekanie ze wszystkimi tego konsekwencjami”.
  • Pamiętaj, że jednym z ważniejszych powodów prokrastynacji mogą być konflikty wewnętrzne, np. zadanie, jakie masz do wykonania, może mieć symboliczne znaczenie – napisanie pracy magisterskiej oznacza koniec studiów i początek dorosłego życia. Albo twój szef przypomina ci ojca i zawalając służbowe obowiązki, podświadomie mu się przeciwstawiasz.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Styl Życia

Stan flow: czy potrafisz odpoczywać od pracy?

Chcąc osiągnąć stan flow musisz doświadczyć pełnego zaangażowania w to, co robisz i czerpać z tego radość. Symptomy, które blokują stan flow to apatia, ciągłe zmęczenie i senność.  (fot. iStock)
Chcąc osiągnąć stan flow musisz doświadczyć pełnego zaangażowania w to, co robisz i czerpać z tego radość. Symptomy, które blokują stan flow to apatia, ciągłe zmęczenie i senność. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Choć może to wyglądać na paradoks, to bez zaangażowanego podejścia nie mamy co liczyć na pełen relaks. A że angażują nas różne rzeczy, tak i nie ma jednego idealnego sposobu na odpoczynek... Jedno jest jednak pewne: każdy z nas go potrzebuje, więc warto wyćwiczyć własny sposób na łapanie dystansu.

Amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia Mihály Csíkszentmihályi prowadził wieloletnie badania nad źródłem szczęścia i zaobserwował, w jaki sposób ludzie kreatywni doświadczają stanu pełnego zaangażowania, który nazwał przepływem – flow. Ponieważ w tym stanie mózg nie ma wystarczających mocy przerobowych na utrzymanie uwagi na innych czynnościach niż te, które nas pochłaniają, stan flow nie pozostawia miejsca na zajmowanie się takimi rzeczami, jak problemy w relacjach, niezapłacone rachunki, przedłużający się remont torowiska albo kłopoty z szefem. Przestajemy niemal zauważać nasze ciało, nie czujemy głodu ani zmęczenia, to wszystko niejako znika z naszej świadomości.

Jakie wnioski płyną z tej wiedzy dla zmęczonego człowieka? Ano takie, że aby mózg mógł się skupić na odpoczynku, także potrzebne jest całkowite zaangażowanie w zajęcie, które sprawia przyjemność. A że każdy lubi co innego, to nie jest prawdą, że istnieje jeden idealny model odpoczynku. Ktoś zrelaksuje się podczas rozmowy z przyjacielem, ktoś inny przy gotowaniu, a jeszcze ktoś przy zwiedzaniu pięknych miejsc.

Apatia blokuje stan flow

Aby dana aktywność mogła dostarczyć pełnego zaangażowania, musi sprawiać frajdę – to już wiemy. Drugi warunek zaistnienia stanu flow – aktywność powinna być rozwojowa, czyli wymagać odrobiny wysiłku i choć w niewielkim stopniu wyrywać ze strefy komfortu. Kiedy dłużej pozostajemy w stanie, który w pełni kontrolujemy, pojawia się wprawdzie rozluźnienie, ale zaraz potem znudzenie – a to uruchamia potok myśli i uniemożliwia wejście w stan przepływu. Znudzenie wywołuje więc w efekcie awersyjne odczucia: niechęć, niepokój, stres. Może pojawić się też apatia – jedna z najbardziej oddalających od odpoczynku emocji. Mamy poczucie, że nie wykorzystujemy swoich umiejętności, a jednocześnie blokujemy naszą motywację i energię do działania.

Skoro nie zawsze odpoczywamy, nic nie robiąc albo robiąc niewiele, to ślicznie wyglądające na obrazku wakacje z katalogu mogą zamiast odpoczynku przynieść nam wyczerpanie. Dlatego wszelkie urlopy, weekendy, a nawet popołudnia warto wykorzystać na to, żeby nauczyć się odpoczywać w nowy sposób: poprzez zaangażowanie się w pełni w aktywności inne niż te codzienne, np. poznawanie nowych ludzi, miejsc i smaków.

Czy wiesz, że prokrastynacja może wynikać z przemęczenia i znużenia? Stres, który się wówczas pojawia blokuje nasze działanie. Dlatego najlepszymi lekarstwami na zmęczenie i apatię będą nowe wyzwania i aktywności. (fot. iStock) Czy wiesz, że prokrastynacja może wynikać z przemęczenia i znużenia? Stres, który się wówczas pojawia blokuje nasze działanie. Dlatego najlepszymi lekarstwami na zmęczenie i apatię będą nowe wyzwania i aktywności. (fot. iStock)

Prokrastynacja może być skutkiem zmęczenia i apatii

Mało kto wie, że tak potępiana prokrastynacja, czyli ciągłe odkładanie na później, może brać się właśnie z apatii i zmęczenia. Ciekawy pogląd na ten temat przedstawiła Mel Robbins, autorka znakomitej książki „Reguła 5 sekund. Masz wszystko, czego potrzebujesz, aby odmienić swoje życie” (wyd. Galaktyka 2018). W jednym z wykładów opisała następujący mechanizm: pochłonięty myślami o zadaniach i zbliżających się terminach z ciężarem na ramionach przychodzisz do pracy, gdzie czeka cię 15 rozmów telefonicznych do przeprowadzenia. Twój mózg buntuje się na samo wyobrażenie tej pracy i podsuwa rozwiązanie: „Potrzebuję przerwy! Może pooglądam przez chwilę filmiki z kotami?”. Chwila niepostrzeżenie staje się dwiema godzinami, a ty jesteś coraz bardziej przerażony, patrząc na listę numerów telefonicznych, z których żadnego jeszcze nie wykręciłeś.

Wszyscy znamy ten stan, bo badania pokazują, że każdy w jakimś stopniu prokrastynuje. Na czym więc polega nowatorstwo spojrzenia Robbins? Chodzi o to, że według niej problemem jest nie prokrastynacja, tylko stres. Odkładasz pracę, bo umysł wyraźne sygnalizuje, że jest bardzo zmęczony i potrzebuje odpoczynku. I najgorsze, co możesz wtedy zrobić, to zacząć obwiniać się z tego powodu. Zamiast tego powiedz sobie: „Wiem, że nawalam, ale zrobię wszystko, co będę w stanie zrobić”. Postaraj się uchwycić ten moment, w którym stres blokuje cię przed jakimkolwiek działaniem i zrób sobie wtedy świadomą przerwę. Przez pół godziny zajmij się czymś, co zaangażuje cię w pełni, zatrzyma potok czarnych myśli i wprawi w stan flow. Na przykład idź na spacer wokół budynku i rób zdjęcia tych elementów krajobrazu, których dotychczas nie zauważyłeś. A jeśli nie możesz odejść od biurka, wykorzystaj technologię: posłuchaj muzyki na komputerze albo fragmentu ciekawej audycji, napisz zaległy mail do przyjaciela albo zrób selekcję zdjęć z wakacji.

Zdaniem Mel Robbins schemat stres–prokrastynacja jest nawykiem, a każdy nawyk można zmienić. Najważniejsze to uspokoić umysł, bo w odpoczywaniu najważniejsza jest nie pozycja ciała, wygodne łóżko ani nawet atmosfera wokół, lecz uciszenie kotłujących się w głowie myśli.

Jak powiedział Lama Ole Nydahl, nauczyciel buddyzmu tybetańskiego: „Kiedy umysł gna bezustannie, będziemy ciągle zmęczeni nawet wtedy, gdy ciało pozostaje w spoczynku”.

Czy wiesz jak odpoczywać?

Możesz się tego nauczyć. Długotrwały stres bardzo wyczerpuje. Warto więc czasami trochę odpuścić. Oto dwa sposoby, które pomogą ci złapać dystans:

Powiedz sobie: „Znów czuję stres, ale to normalne, każdy tak ma. Dlatego zrobię tylko troszeczkę z tego, co mam do zrobienia, np. będę dzwonić tylko przez pięć minut”. Wypracowujesz w ten sposób rytuał początku, który delikatnie rozrusza cię do działania.

Zmień taktykę i zajmij się czymś zupełnie innym, niż to, co masz zrobić. Na jakiś czas (zacznij od kilku minut i stopniowo przedłużaj to ćwiczenie) wyłącz telefon albo komputer, wstań z fotela i zrób cokolwiek, co mieści się poza twoją strefą komfortu, czyli jest trochę ponad twoje obecne umiejętności – rozwija nowe kompetencje, wyrywa cię z rutyny. Zajmij się tym z zaangażowaniem.

Aneta Pietrzak: coach, trenerka, doradza firmom w zakresie zarządzania talentami.

  1. Psychologia

Nie czekaj na odpowiedni moment. Po prostu zacznij działać

Bezruch niszczy, aktywność nas tworzy. Trzeba to sobie ciągle przypominać. (Fot. Getty Images/Gallo Images)
Bezruch niszczy, aktywność nas tworzy. Trzeba to sobie ciągle przypominać. (Fot. Getty Images/Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Są ludzie, którzy całe życie na coś czekają. I wciąż stawiają sobie warunki konieczne do rozpoczęcia działania: będę zwiedzać świat, jak będę miała z kim, założę te buty, jak będę miała gdzie w nich wyjść… „W ten sposób wiele rzeczy odkładamy na później, na specjalną okazję, która może nigdy nie nastąpić. A tymczasem każdy dzień naszego życia jest specjalną okazją”, mówi psycholożka profesor Katarzyna Popiołek.

 

Co jest do tego stopnia pociągającego w czynności czekania, że wielu z nas przyjmuje taką postawę życiową?
To, że nie musimy nic robić. Wystarczy karmić się nadzieją, że nastąpi coś, co zmieni na korzyść nasz los. To może mieć swój urok. Może nieść jakąś tajemnicę. Ale to tylko pierwsze skojarzenie. Naszą rozmowę o „czekaniu” musimy uporządkować, bo ono może pełnić różne funkcje, na różne sposoby możemy je realizować. I bywa, że jest to sposób, który nas dewastuje. Przede wszystkim ważny jest fakt, jak szeroki obszar naszego życia jest objęty owym czekaniem. Jeśli dotyczy jednej sfery, wybranego elementu, a w innych obszarach umiemy satysfakcjonująco działać i chwile bieżące dostarczają nam radości, to nic złego się nie dzieje. Ale jeśli jest inaczej i czekanie to ratunek, pomaga wytrzymać to, co dzieje się w naszym codziennym, niedobrym życiu, stanowi ucieczkę ze stanu, który nas dusi, jest urojeniem, jakiemu się oddajemy, żeby przetrwać, a poza nim w naszym życiu nie ma nic, to wtedy jest czynnikiem niszczącym. Proszę spojrzeć na „Trzy siostry” Czechowa, one cały czas czekają na wyjazd do Moskwy. Nie robią nic, by tam pojechać. Ale cały czas wzdychają: „Do Moskwy, do Moskwy, do Moskwy…”. Rzeczywistość, której nie mogą udźwignąć, osładzają tym mirażem; my zdajemy sobie sprawę, że on nigdy się nie zrealizuje, ale one o tym wiedzieć nie chcą. Gdyby siebie zapytały: „Co możemy zrobić, co zmienić?”.

Ale one nie pytają – żyją mrzonką…
A ta pozwala im egzystować dalej bez żadnych korekt. I to bywa fatalne w skutkach. Powiedziałabym, że czekanie, tak generalnie, może mieć dwa zabarwienia: zielony kolor radosnej nadziei – oparty na wcześniejszych dobrych doświadczeniach, że już nam się kilka razy w życiu coś fajnego przydarzyło – albo też szary kolor zwątpienia. Jest taka piosenka Jerzego Jurandota, którą śpiewała Kalina Jędrusik: „Wciąż się na coś czeka,/na coś, co nie chce przyjść./I znów nie przyszło dziś./Może jutro…/I wciąż się na coś czeka,/i wszystko jest nie tak./I wszystko nie ten ma smak./Smutno”.

I co z nami robi ten rodzaj czekania?
Stajemy się takim Kłapouchym, który już wszystko wie: „Raczej mi się nie uda”; „Po prostu jestem pechowcem”; „Nic z tego nie będzie” itd. Czekam, ale nie mam w sobie żadnej wiary. To demobilizuje, skłania do poddawania się, rezygnacji z aktywnej postawy kształtowania własnego życia.

Są ludzie, którzy żyją w takiej poczekalni. To znaczy, uważają, że ich „prawdziwe”, „właściwe” życie dopiero się zacznie. A to, co teraz, to tylko przedsionek, przygrywka.
I to jest niedocenianie upływu czasu . Bardzo długo mamy w życiu poczucie, że wszystko dopiero się zdarzy. Zresztą wszyscy wzajemnie siebie w tym utwierdzamy. Jesteśmy młodzi – słyszymy od rodziców, dziadków, świata: „Wszystko jeszcze przed tobą”. Jesteśmy w wieku dojrzałym – czytamy w gazetach, słyszymy w reklamach: „Życie zaczyna się po pięćdziesiątce!”. Aż przychodzi moment, kiedy się orientujemy, że guzik prawda – tyle już za nami, że przed nami zdecydowanie mniej… A my ciągle czekamy, że życie dopiero się zacznie. Po pierwsze, wtedy często okazuje się, że już na wiele rzeczy jest zwyczajnie za późno. Po drugie, czasem to siedzenie przez lata w poczekalni sprawiło, że trudno nam się już ruszyć. Po trzecie, „poczekalniany” stan umysłu, bo to jest stan umysłu, spowodował, że wiele wartościowych rzeczy, które nam się w trakcie czekania przydarzały, umknęło, bo nie potrafiliśmy ich uchwycić, marnotrawiąc całą energię na owo czekanie. W poczekalni odtwarzamy film zbudowany z samych mrzonek: fajnie byłoby zajmować się reżyserią, napisać książkę, zbudować dom, założyć rodzinę itd. Ale nie dzieje się nic, bo poczekalnia skłania do bezruchu. Siedząc w niej, zastygamy na przystanku, z którego nic nie odjeżdża. Tak żyjąc, jesteśmy uwięzieni w czasie wahadłowym: dzień – noc, dzień – noc. Widzimy siebie tylko w skali jednego dnia – jak się wyrobić. I kiedyś z pewnością nadejdzie dzień, w którym obudzimy się z ręką w nocniku.

Znam kobiety, które są wykształcone, mają dobrą pracę, więc i dobrze zarabiają, uwielbiają podróżować, ale… nie podróżują, bo są same. „Co to za przyjemność podziwiać świat w pojedynkę, więc poczekam na niego, wtedy wyruszymy w drogę wspólnie”, słyszę.
Są też tacy, którzy mówią: „Pojadę, jak będę miał pieniądze”. A czasem nie trzeba mieć ich dużo, by zaplanować coś taniego i skorzystać z życia. Ale my wciąż stawiamy sobie samym warunki, często na wszelki wypadek rozmyte: „Gdy się jakoś w życiu poukładam”; „Gdy będę miał środki”; „Gdy spotkam właściwego mężczyznę”… I te warunki prawie nigdy nie zostają spełnione.

Obrona?
Obrona przed wysiłkiem, ale też przed ryzykiem, przed porażką. A jak śpiewali Starsi Panowie: „Nie ma nic bez ryzyka./Tylko widz, tylko widz go unika/A kto chce być wewnątrz zdarzeń/– musi żyć wciąż z bagażem/Musi mieć walizeczkę i koc/i latarenkę na noc”. Trzeba ruszyć w podróż. A nie wciąż odsuwać zadania życiowe na później. Bo to jest trwanie w takim międzyczasie, w ciągłym zawieszeniu. Życie jest nam dane, ale trzeba je umieć realizować. Taka tendencja do ociągania się, odraczania, zwlekania jest określana przez psychologów mianem prokrastynacji i stanowi w miarę stałą charakterystykę osobową, traktowaną jako wada. Ostatnimi czasy jednak niektórzy badacze zwracają uwagę, że może mieć ona właśnie charakter obrony przed światem, w którym żyje się w biegu, w ogromnym natłoku wydarzeń i rosnących wymagań.

Czy jest tak, że my tego „czekania” uczymy się z biegiem lat? Myślę teraz o dzieciach – one nie lubią czekać. Potrafią za to doskonale i prawdziwie zanurzać się w tym, co dzieje się w danej chwili.
Można powiedzieć, że im jesteśmy starsi, tym bardziej z czekaniem jest nam „po drodze”. Dzieci żyją jeszcze krótko, dla nich każdy odcinek czasu jest ogromny, dla nas, dorosłych, godzina w perspektywie tego, co przeżyliśmy, to coś niewielkiego. Bagatelizujemy ją. Poza tym dzieci najczęściej czekają na coś fajnego – więc chcą, by było już. A my uczymy je od małego odraczania gratyfikacji – poczekaj dłużej, dostaniesz więcej. Ta umiejętność jest nam potrzebna w życiu, ale to się różni od tego czekania, o którym dotychczas rozmawiałyśmy. Na przykład: poczekać na obiad, a dopiero potem zjeść coś słodkiego, odrobić lekcje, a dopiero potem się bawić itd. Tego trzeba uczyć, bo to jest w życiu konieczne, ale byłabym ostrożna z uczeniem dzieci umiejętności czekania w ogóle, bo taka przesadna cierpliwość często w życiu obraca się przeciwko nam – może prowadzić do bierności, stagnacji, a w konsekwencji do poczucia bycia wciąż niespełnionym, nieszczęśliwym.

Niektóre osoby zamiast działać, zachowują się jak w poczekalni, w której trzeba biernie siedzieć aż do chwili, kiedy nas zawołają. (Fot. iStock) Niektóre osoby zamiast działać, zachowują się jak w poczekalni, w której trzeba biernie siedzieć aż do chwili, kiedy nas zawołają. (Fot. iStock)

To czekanie niektórzy z nas mają tak głęboko we krwi, że ujawnia się nawet w drobiazgach. Kobiety kupują sobie sukienkę, która bardzo im się podoba, i ona potem ląduje w szafie – będzie na zaś. Poczeka na ten ich lepszy czas, na to lepsze życie.
O tak, na specjalną okazję! Posiadanie i niekorzystanie – często popełniamy ten błąd. Czekamy na wyjątkowy moment. A ten moment może być raz w życiu albo nie będzie go w ogóle – bo to my go określamy, a poprzeczka dla tej wyjątkowości jest pod chmurami. Uczę tego moją wnuczkę, która mówi: „Babciu, ta sukienka jest na wyjątkowy dzień”. Mówię: „Ona jest taka ładna, noś ją częściej, bo jest możliwe, że specjalna okazja zdarzy się tylko raz w roku i nie zdążysz się obejrzeć, jak sukienka już nie będzie na ciebie pasowała”. Trzeba wyrzucić ze swojego słownika określenie „specjalna okazja”, używane w tym kontekście. Każdy dzień jest specjalną okazją! Przestańmy sobie i życiu wciąż stawiać warunki: jak schudnę, poszukam partnera, jak znajdę partnera, pojadę z nim do Lizbony itd. Nie zdajemy sobie sprawy, że przez te wszystkie „jeśli” tracimy chwilę bieżącą.

No właśnie, czy to ludzie, którzy nie potrafią żyć tu i teraz, zapełniają te liczne poczekalnie?
Tak, to ludzie, których trzymają wciąż jakieś obawy, oni czują się ciągle niegotowi. Z taką niegotowością trzeba się zmierzyć, bo ona paraliżuje życie.

Tylko jak to zrobić?
Trzeba przypominać sobie bez przerwy, że bezruch i bezczynność na pewno nas zniszczą, a aktywność i wychodzenie ku życiu nas tworzą.

Łatwo powiedzieć…
Ale próbować trzeba, od tego nie ma zwolnienia lekarskiego. Czasem gubi nas po prostu brak uważności. Nie patrzymy na to, co teraz nas otacza, co teraz, w tej chwili, może dać nam radość, co akurat teraz jest obok nas, w zasięgu naszego wzroku, coś naprawdę ważnego, lecz niedocenianego. Ciągle sądzimy, że te ważne rzeczy są za górami, za lasami. Teraźniejszość mamy za nic, wszystko lokujemy w przyszłości. A przyszłość się ciągle od nas odsuwa… I ta „zabawa” nie ma końca.

Pomyślałam teraz o takim natręctwie, które mają niektórzy z nas, to chyba wpisuje się w tę postawę wobec życia. Kiedy jesteśmy w podróży, obsesyjnie pstrykamy zdjęcia, żeby wszystko „zapisać”. Na przyszłość. Czy da się dostrzec, że coś jest piękne, jeśli myśli się tylko o tym, że trzeba koniecznie to uwiecznić?
To dobry przykład. Pstrykamy, bo przyszłą radość z oglądania przedkładamy nad pełne przeżywanie chwili obecnej, to pstrykanie może temu przeszkodzić. Zachwyt chwilą może zostawić zapis silniejszy niż ten w aparacie – zapis w głowie, sercu. Martin Seligman, przedstawiciel psychologii pozytywnej, mówi, że wtedy mamy udane życie, kiedy potrafimy uświadamiać sobie dobre chwile, których doznajemy, zatrzymać na nich uwagę, powiedzieć sobie: „To piękne, trwaj, chwilo, zapamiętam cię”. Dzięki temu, zatrzymując ulotne momenty, czujemy się spełnieni, szczęśliwi. Ludzie, którzy potrafią tak funkcjonować, nie trafiają do wspomnianej smutnej, szarej, nudnej poczekalni. To my meblujemy nasze życie. A jeśli ciągle mamy te meble dopiero zamówione i czekamy, aż ktoś je nam przywiezie, a może nawet podaruje… to nie ma ani na czym odpocząć, ani na czym śnić, ani przy czym zjeść.

Trzeba żyć świadomie. Jeśli uciekamy od tego, co się z nami teraz dzieje, nie wiemy, czego chcemy, a czego nie chcemy, co nas boli, a co cieszy, to wtedy nie my aktywnie popychamy nasze życie do przodu, lecz jesteśmy popychani przez nieubłaganie upływający czas. Taki stan trzeba przerwać i to wymaga odwagi. Odwagi życia. Warto też łapać się na takich myślach i wypowiadanych zdaniach: „Zdzwonimy się, jak będziemy mieć czas”. Często to mówimy. Nie, czasu nigdy nie będziemy mieć w nadmiarze. Tu i teraz trzeba postanowić, że spotkamy się w następny czwartek. Zbyt często też czekamy na ten mityczny święty spokój. „Nie mam teraz do tego głowy, jestem taki zagubiony(-a)”. I w tym zagubieniu może nam minąć całe życie!

Są też ludzie, którzy uważają, że nie ma na co czekać, bo mają poczucie, że wszystko w ich życiu już było…
Tak, dzieci są, małżeństwo jest, praca jest, podróże były – wszystkie rozdania dokonane. Filozof Viktor Frankl ludziom, którzy przyjmują właśnie taką postawę, powiedział kiedyś: „Zamiast pytać, czego jeszcze możesz oczekiwać od życia, zapytaj, czego życie oczekuje od ciebie”. I wtedy pojawia się nowe pole możliwości. I jeśli człowiek dokona w głowie takiego przewrotu kopernikańskiego, to zmienia się kompletnie perspektywa. A dla tych wszystkich, którzy nadal siedzą w poczekalni, mam jeszcze jeden cytat. To wiersz Andrzeja Poniedzielskiego: „To już tyle, tyle lat/jak do życia się przymierzam/nie wiem nic nie umiem nic/a zamierzam a zamierzam/Kreślę znów południk Greenwich/ i od nowa włączam czas/i jak dziecko na huśtawce wołam/ Panie – jeszcze raz”.

 

 

 

 

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.