1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Akceptacja rzeczy takimi jakie są daje ukojenie i siłę. Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło-Osiatyńską

Akceptacja rzeczy takimi jakie są daje ukojenie i siłę. Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło-Osiatyńską

Ewa Woydyłło-Osiatyńska - doktor psychologii i terapeutka uzależnień. (Fot. Maciej Zienkiewicz/Forum)
Ewa Woydyłło-Osiatyńska - doktor psychologii i terapeutka uzależnień. (Fot. Maciej Zienkiewicz/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Są sprawy, z którymi się nie zgadzamy, ale i tak musimy z nimi żyć. Tylko od nas zależy, czy w nowej i niekorzystnej sytuacji ujrzymy coś pozytywnego.

Akceptacja zwykle kojarzy nam się z poddaniem się, rezygnacją, z – jak pisze pani w jednym z rozdziałów swojej najnowszej książki – kapitulacją. Dopóki się z czymś nie godzimy, dopóty chce nam się walczyć, starać się, buntować. Wydaje się to o wiele bardziej aktywna postawa niż pasywna akceptacja. Dlatego właśnie chciałam, by powstał ten rozdział. Chciałam się w nim frontalnie spotkać z tym niedojrzałym rozumieniem i rozbroić je. Kto tak myśli, po prostu nie ma racji. Akceptacja jest czynna, to bunt jest bierny i bezwładny. Weźmy to na ludzki rozum: bunt wymaga zużycia energii, a akceptacja pozwala tę energię zachować, daje nam więc większą sprawność życiową, elastyczność i gotowość do podejmowania nowych wyzwań. Przecież jeżeli zaprotestuję przeciwko czemuś i uda mi się osiągnąć cel, to już się nie buntuję. Bo dalsza walka nie ma sensu. Natomiast jeśli sprawa jest przegrana i niezależnie od tego, jak bym się starała, to tego nie zmienię – wtedy zużycie energii jest jałowym biegiem. W gruncie rzeczy zatrzymuje człowieka w miejscu, a nawet cofa, bo życie płynie do przodu, a ja nadal się zmagam z tym, że mam tyle a tyle lat; że ktoś, kogo kocham, mnie porzucił; że zmienił mi się kolor włosów i teraz mam matowy, siwy i brzydki; że mam dziecko, które odmawia postępowania zgodnie z moim systemem wartości… 

Jak widać różne sprawy – nie tylko śmierć – powodują żałobę, z którą mnóstwo ludzi nie chce się pogodzić. W książce przywołuję bardzo ciekawy przykład kogoś, kto popełnia samobójstwo z miłości, bo został kiedyś porzucony. Co to znaczy? To znaczy, że został porzucony, ale się z tym nie pogodził. I zużył całą życiową energię na rozpacz i brak akceptacji. To, co teraz mówię, może brzmieć dla niektórych bardzo skrótowo, trzeba by wziąć jakiś przykład prosto z życia… 

Może obawa o utratę zarobków czy pracy wskutek pandemii? To jest wielce prawdopodobne, ale co pomoże, jeżeli zacznę się przeciwko temu buntować? Czy swoim buntem to zmienię? Gdybym mogła, odzyskałabym za chwilę z powrotem swoją pracę. Albo okazałoby się, że się obudziłam ze snu i to wszystko jest nieprawdą. Ale to nie uda. Dlatego lepiej zaakceptować, że stało się to, co się stało. A zaoszczędzoną w ten sposób energię skupić na rzeczach, na które mam jakiś wpływ. 

Niektórym ludziom się wydaje, że kiedy coś zaakceptujemy, to przestaniemy mieć swoje zdanie. Oczywiście można powiedzieć: „Nie akceptuję tego, że ktoś umarł”. Albo: „Nie akceptuję tego, że wybuchła pandemia”, tylko to nie zmieni faktów. Bo to, czego nie akceptujesz, już się stało.

Zacytuję fragment z pani książki: „Akceptacja jest zaprzestaniem nieracjonalnej walki i obróceniem odzyskanej energii oraz wszystkich oszczędzonych dzięki temu zasobów fizycznych, psychicznych i społecznych na nasz własny pożytek”. Pisze pani o nieracjonalnej walce, czyli nie o zaniechaniu jakichkolwiek działań. Jedynie tych bezsensownych. Pamiętajmy, że kiedy coś akceptujemy, to znaczy, że się musimy dostosować. Bo akceptujemy coś, czego jeszcze przed chwilą nie było. Czasami „akceptuję” oznacza, że muszę teraz stać się inną osobą. Znów przełóżmy to na prosty język: zmiana to jest rozwój, zmiana to jest życie. Jeśli nie zmieniam swojego poglądu, postawy czy stosunku do jakiejś sprawy, to znaczy, że stoję w miejscu. 

Wyobraźmy sobie, że wsiadłam do pociągu, który już rusza z peronu, a ja wprawdzie wskoczyłam na stopień, ale jednocześnie ręką złapałam się za słupek ogłoszeniowy na peronie. Czyli pociąg już ruszył, a ja go chcę powstrzymać, zahamować. Oczywiście nie mam takiej siły, co najwyżej mogę razem z ręką wyrwać się z pociągu i zawisnąć na tym słupku, nadal go nie puszczając. Bo kiedy nie chcemy zaakceptować nowego, to kurczowo trzymamy się starego. Pociąg sobie pojechał, ja zostałam. Tak właśnie mają ludzie, którzy nie akceptują pewnych rzeczy: zmiany swojej sytuacji życiowej czy upływu lat. Często to kosztuje ich nawet duże pieniądze, no i pochłania mnóstwo energii, także tej psychicznej, która idzie na zakłamywanie rzeczywistości. Oczywiście to nie znaczy, że akceptacja jest prosta i bezwysiłkowa, ale kiedy nam się już uda, samoistnie następuje w nas zmiana. 

Jeśli ktoś myśli, że nigdy nie spotka go żadna dotkliwa strata: ukochanego, zdrowia, urody czy pieniędzy – zwyczajnie się łudzi. Dlatego powinniśmy się nauczyć akceptacji.

Uważa pani, że nie potrafimy radzić sobie ze stratą? Jedni potrafią, inni nie. Przeważnie umiemy się pogodzić z większością strat, ale mamy jakąś słabość do czegoś ulokowaną w naszym systemie wartości – i właśnie strat dotyczących tej słabości nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Ja w swojej pracy mam bardzo często do czynienia z takimi osobami. One mówią to otwarcie już podczas pierwszej rozmowy. Na przykład, że największą ich tragedią jest to, że syn okazał się gejem. Niedawno właśnie miałam taką parę rodziców w terapii. No ale co można z tym zrobić? Już się okazało, że jest gejem, już wyjechał do Anglii i zamieszkał ze swoim chłopakiem. Jak widać, jedyne wyjście, jakie znalazł, to zerwać z rodziną, która go nie akceptowała, ale też z krajem, który nie akceptował jego tożsamości seksualnej i wyborów, bo spotykały go tu szykany. I on postanowił to zmienić. Rodzina zaś jest w szoku i zaprzeczeniu. Tłumaczą znajomym, że syn wyjechał do narzeczonej. Kompletnie nie chcą uznać faktu, jaki nastąpił, ale jednocześnie szukają pomocy, skoro przyszli do psychologa. 

Co może zrobić terapeuta w takiej sytuacji? Przede wszystkim powinien powiedzieć: „Wiem, że to jest dla państwa trudne, bo żyjemy w kulturze, która nie pomaga w takich sytuacjach, nie uczy mądrych rzeczy, a rzeczy archaicznych, niezdrowych, szkodliwych, a nawet patologicznych”. Moja rozmowa, zwłaszcza z matką, bo ojciec siedział milczący, polegała na tym, że poświęciłam chwilę na historię jej życia. Okazało się, że kiedy miała kilkanaście lat, jej rodzice się rozwiedli. I ona długo nie mogła wybaczyć ojcu, że odszedł z jakąś młodą kobietą. Jednocześnie kiedy ojciec chciał sfinansować jej wyjazd na kurs językowy za granicą, przyjęła to. Z czasem, gdy jej samej się urodził syn, pozwalała, by zabierał wnuczka na żaglówkę czy na wakacje. Czyli kiedy zobaczyła, że ojciec nie robi jej krzywdy, a nawet szuka z nią kontaktu, zaczęła uspokajać swoje młodzieńcze pretensje o jego odejście.

 „No dobrze, czyli jak pani by nazwała to, co się wydarzyło?” – spytałam. I ona sama powiedziała: „Ja po prostu to zaakceptowałam. Zwłaszcza że moja mama też znalazła sobie partnera”. „No dobrze, a co trzeba było zrobić, żeby pani to zaakceptowała?”. Otóż doszła do wniosku, że ponieważ nie da się zmienić tego, co się stało, nie ma sensu ograniczać swoich możliwości i szans, tym bardziej że tata był gotów być dobrym ojcem i dziadkiem. Więc mówię: „I dokładnie to samo trzeba zrobić z pani synem. Jeżeli pani mogłaby zmienić to, że jest gejem, gdyby on mógł to zmienić, bo pewnie już dawno widział pani łzy – toby się już stało. Bo to było dobre dziecko: kochające, wrażliwe. Ale ani on ani pani nie możecie tego zmienić. Dlaczego? Możemy o tym porozmawiać, mogę pani powiedzieć, co wiem na ten temat, mogę dać pani do przeczytania artykuł, podesłać link w Internecie”. 

Wreszcie przestała widzieć tę sprawę jako niewybaczalny cios od losu. Powiedziałam jej też: „Pani nie musi się cieszyć, chodzić i mówić: ach, jaka jestem szczęśliwa – to nie o to chodzi. Ale między zaakceptować a nie zaakceptować jest ocean”. Dostałam potem od niej SMS. Jeździ teraz do syna, który razem z chłopakiem prowadzi restaurację i dobrze im się powodzi, i jest szczęśliwa, może gdzieś tam łzę uroni, ale to wtedy syn da jej chusteczkę i powie: „Rozumiem, mamo, rozumiem”. 

Czyli w przejściu na tryb akceptacji pomaga, kiedy zobaczymy w owej sytuacji jakąś szansę? Zobaczenie szansy na pewno ułatwia akceptację. Czasem jednak nie widzimy żadnej jasnej strony. Są sprawy, z którymi się nie zgadzamy i których możemy nigdy nie zaakceptować. Ale i tak musimy z tym żyć. Na przykład ja mam psa, chodzę z nim na spacery i codziennie widzę, jak bardzo wielu ludzi nie sprząta po swoich zwierzętach – jest to dla mnie potworne. Uważam, że świadczy to o nas bardzo źle. Czy ja to mogę zmienić? Nie. Mogę jedynie, sprzątając po moim psie, usunąć dwa inne ekskrementy, które widzę w pobliżu. I robię to, ale nadal tego nie akceptuję. Jeśli czegoś nie mogę zmienić, a się z tym nie zgadzam, to ja tego nie akceptuję, ja to toleruję. A to jest wielka różnica. Często mówi się o tym, jak ważna jest tolerancja na przykład wobec osób LGBT. Nie podoba mi się to – bo czy chciałaby być pani tolerowana? Przecież to jest okropne. 

Mnie „toleruję” kojarzy się z taką postawą: nie uznaję tego, ale wiem, że to jest, więc przechodzę obok, odwracam od tego wzrok. Odwracam wzrok, nie chcę mieć z tym do czynienia, nie podaję ręki… 

Ale taka tolerancja osobie, która ją odczuwa, nie daje spokoju i ukojenia, prawda? No tak, ale czy tylko o ukojenie chodzi w życiu? Dla niektórych spokój to tortura. Teraz dziennikarze mnie często pytają o pandemię: jak to będzie, kiedy będziemy tak siedzieć w domu tygodniami i nie będziemy już tego wytrzymywać? Bo dla człowieka aktywnego przebywanie w otoczeniu, które jest niezmienne, jak jego własny dom, i słuchanie newsów, które każdego dnia są takie same – jest nudą, zastojem, brakiem bodźców. Miałam wielu pacjentów, którzy wyłącznie z nudy się rozpili czy biorą narkotyki. Jeśli ktoś ma taki system nerwowy, że niespecjalnie sam wyłapuje bodźce i w dodatku nie umie sobie najbliższego środowiska aktywizować, bo nie podąża za celami, tylko czeka, aż się same pojawią, a do tego przyzwyczai się, że bodźce mają być wyłącznie przyjemne – to nie uruchamia swoich sił witalnych. 

Sytuacją, w której czegoś nie akceptuję, tylko toleruję, jest w końcu to nasze zamknięcie w domu, czyli kwarantanna. Może przez chwilę uznam: „No dobrze, zostanę w domu – mniej ludzi się zakazi, mniej umrze, będzie służba zdrowia wydolniejsza”, ale im dłużej to trwa, to tym bardziej wiem, że coś takiego jest strasznie męczące. Czyli: nie podoba mi się to, ale uznaję, że tak musi być. Akceptacja to jest pozytywne przyjęcie stanu rzeczy. Tolerancja to przyjęcie negatywne. No chyba że będę tak długo myślała, aż wymyślę, w jaki sposób mogę to obrócić na coś dobrego. Niektórym się udaje, na przykład mnie. 

Najpierw sobie pomyślałam: „Jaka ta kwarantanna jest okropna! Ja tak bardzo lubię biegać, chodzić do kina i tak lubię spotykać się z ludźmi; jaki ten wirus jest straszny, tyle osób się zaraża i tak dużo umiera”, a potem przyszło olśnienie. Przecież jestem szczęściarą! Jedyną rzeczą, jakiej się boję, jest niedołęstwo, demencja, alzheimer. Więc mając koronawirusa pod ręką, raczej chyba nie doczekam się demencji. 

Rozumiem, że obróciła to pani w żart… Chodzi o to, że nie lubię się bać. Oczywiście przestrzegam zasad, jestem ostrożna, z nikim się nie witam, ale już nie omijam ludzi takim szerokim łukiem, bo co najgorszego może się stać? Uniknę demencji! Moje dzieci też się z tego śmieją i mówią, że świetnie do tego podchodzę. To jest mój sposób na zaakceptowanie tej okropnej sytuacji. Dostrzegłam dla siebie pewną korzyść, tę szansę, o której pani mówiła. 

Poczucie humoru przyspiesza akceptację? Bardzo cenię poczucie humoru i uważam, że to jest fenomenalny pancerz na wszystko. Nie szyderstwo, nie kpina, nie ironia złośliwa, a patrzenie na życie w sposób daleki od tragedii. Bo w życiu człowieka zdarzają się góra dwie albo trzy tragedie. Tymczasem są ludzie, którzy bez przerwy mówią: „Ja tego nie wytrzymam”. Jak to nie wytrzymasz? Pękniesz? „Ja tego nie zniosę” – jajka tylko nie zniesiesz. Ludzie Oświęcim przeżyli, co ty wygadujesz?!

Może to „nie zniosę” czy „nie wytrzymam” mówimy trochę odruchowo, bezmyślnie. Ale przecież, jeśli coś ubieramy w słowa, to się staje częścią naszego światopoglądu, naszych przekonań. Posługując się konkretnym słowem na określenie jakiejś sytuacji, zaczynamy tę sytuację tak widzieć. 

Za wzór społeczeństwa pełnego akceptacji uważa pani Japonię. W książce podaje pani przykład: kiedy Japończyk prosi o coś w świątyni i jego prośba zostanie spełniona, kłania się w podzięce. Jeśli jednak prośba nie zostanie spełniona, też się kłania…. …bo to znaczy, że prośba była dla niego niedobra. Piękne! Tu jest właśnie to ziarenko, to jądro postawy akceptującej. Japończycy – choć zajęło im to dziesiątki lat – byli ostatecznie w stanie przyjąć bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki jako dar, lekcję. Nauczyło ich to, że przemoc się nie opłaca. Niech mi pani pokaże inny kraj, który by tak odrobił lekcję oduczającą przemocy. No może dzisiejsze Niemcy, wprawdzie nie podeszli do tego tak filozoficznie jak Japończycy, ale dydaktycznie – zaczęli prowadzić wychowanie młodych pokoleń w tym kierunku. W Japonii dzieci uczą się o świecie, w którym mapy to tylko kontury kontynentów, ponieważ świat, o jakim marzą, nie ma granic. W takim świecie nie byłoby wojen. 

Może te korzyści, te szanse już są, tylko my tego jeszcze nie widzimy? Pewna kobieta powiedziała mi kiedyś: „Nie mogę sobie darować, że nie skończyłam studiów, tylko całe życie przeżyłam jako sprzątaczka”. Poleciłam jej: „Proszę sobie wyobrazić, że poszła pani na studia, a że pięknie pani śpiewała, skończyła pani konserwatorium i lecąc samolotem na tournée po świecie, zginęła pani w wieku 24 lat. Skąd pani wie, co by było gdyby…?”

Moja najstarsza córka już jako małe dziecko miała głęboko filozoficzne przemyślenia. Kiedy dawno temu pisałam felieton o akceptacji, spytałam Magdę: „A co ty robisz, kiedy dzieje się nie tak, jak chcesz?”. Miała wtedy 14 lat i odpowiedziała mi: „Mamo, jest jak jest, jakby miało być inaczej, toby było”. Większej mądrości nie słyszałam.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska - doktor psychologii i terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek i przekładów. Najnowsza to „Żal po stracie. Lekcje akceptacji” (Wydawnictwo Literackie)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Psychologia

Jak być w pełni sobą? 12 praktyk, które pomogą uwolnić się od ograniczeń

Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Każdy pragnie żyć pełnią życia w zgodzie ze sobą. Blokują nas ograniczenia, które często tkwią w nas samych. Oto 12 kroków, dzięki którym droga ku wewnętrznej wolności stanie się prostsza.

1. Praktykuj akceptację

Pogódź się z tym, jak jest. Całościowo. Nie staraj się niczego zmienić, zrozumieć, uniknąć. Przyjmij każdą swoją myśl, emocję i okoliczności, w których się znajdujesz. Stań przed lustrem i powiedz do siebie: „Akceptuję siebie dokładnie taką, jaką jestem”. Powtarzaj kilka razy dziennie.

2. Ćwicz zaufanie

Nawiąż kontakt ze sobą -  jeśli masz poczucie swojej jaźni, duszy, jestestwa, jesteś bezpieczna.

3. Wzmacniaj poczucie bezpieczeństwa

Znajdź sobie miejsce, które jest dla ciebie schronieniem. Może to być twój pokój, sypialnia a tam półka z ulubionymi przedmiotami. Albo wizualizacja, która przenosi się w bezpieczne miejsce. Chodzi o azyl, w którym możesz się w każdej chwili schronić.

4. Rób rachunek sumienia

Zamiast kłócić się bezproduktywnie z krytykiem wewnętrznym, naucz się obiektywnie określać swoje mocne i słabe strony. Zrób listę trzech swoich cech, nad którymi chcesz popracować. Bądź jednak dla siebie łagodna, postępuj ze sobą życzliwie.

5. Słuchaj mądrych ludzi

Wybierz sobie kogoś w rodzaju mistrza. Osobę, która poprowadzi cię przez zwątpienia i zakręty mądrą wskazówką. Może to być ktoś znany ci z kart książki albo osoba z całkiem bliskiego otoczenia.

6. Bądź gotowa przejść własne ograniczenia Sporządź listę tego, co chcesz osiągnąć w życiu. Zastanów się, co cię ogranicza i co możesz zrobić, żeby przestało cię blokować.

7. Pielęgnuj poczucie pokory

Poznanie prawdy o sobie to ciężka praca. Poproś siłę wyższą, żeby pomogła ci na tej drodze samowiedzy. Licz się z tym, że zaliczysz upadki w poznawaniu siebie. Ale za każdym razem się podnoś.

8. Ucz się przebaczać

Trzeba mieć odwagę, żeby umieć przebaczyć. Jeśli tego nie zrobimy, głęboka uraza wnika w głąb naszej istoty. W naszym ciele powstają napięcia, które powodują zmęczenie i choroby. Wówczas nie ma możliwości, żeby żyć pełnią siebie.

9. Pomagaj, rób coś dla innych

Zastanów się, co możesz zrobić dla świata. Pomagaj, zajmij się wolontariatem lub rób to na własną rękę w najbliższym otoczeniu.

10. Myśl o sobie dobrze

Możesz powtarzać mantrę: „Jestem w porządku. Jestem w porządku. Jestem w porządku.” Te słowa uwalniają od strachu, który pochodzi z ego i otwierają na nowe możliwości. Jeśli jesteś w porządku, należy ci się wszystko, co do ciebie pasuje.

11. Dbaj o życie duchowe

Medytuj, uczęszczaj na warsztaty rozwojowe, czytaj lektury o tematyce duchowej, ćwicz jogę. Dbaj o swego ducha tak, jak pamiętasz o swoim ciele – które karmisz, myjesz, robisz mu badania. Sfera duchowa również wymaga starania.

12. Praktykuj bezwarunkową miłość

Do najbliższych, do przyjaciół, do świata. W słowach i myślach posyłaj im współczucie. Myśl również o tych osobach podczas medytacji, wysyłając w ich kierunku światło.

  1. Psychologia

Dbać o siebie to trzymać ster swojego życia

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
My, kobiety, bardzo lubimy uszczęśliwiać innych własnym kosztem. Dlaczego tak uporczywie trwamy przy tym bezsensownym nawyku?

Wiele razy na koniec jakiejś kobiecej opowieści słyszę pytanie: „I co mam zrobić?”. Odpowiedź często wydaje mi się oczywista. Ale co z tego, skoro jest to moja odpowiedź? Nawet nie zamierzam się nią dzielić. „A co chcesz zrobić?” – pytam w takiej sytuacji. I zaczyna się żmudne poszukiwanie odpowiedzi, długie brodzenie przez niepewność i lęki, więc czasem idę na skróty i dopytuję: „A co powiedziałabyś swojej przyjaciółce, gdyby była w takiej sytuacji?”. Teraz odpowiedź zwykle przychodzi z łatwością. Wiemy, co warto zrobić w jakiejś sytuacji, ale same nie potrafimy podjąć decyzji. Lęki, wątpliwości, wyobrażenia, co pomyślą inni, trzymają nas w miejscu i nie pozwalają zrobić tego, co chcemy. Potrzebujemy, by ktoś z zewnątrz nas popchnął, dał nam pozwolenie, zapewnił, że mamy prawo zadbać o siebie, że nasze potrzeby i uczucia wcale nie są mniej ważne niż potrzeby i uczucia innych.

Coś się kończy, coś zaczyna

„Każdy dzień zachęca cię ku temu, byś zaakceptował rolę lidera w swoim życiu. Często żyjemy przyzwyczajeni do roli obserwatora i pozwalamy innym, by mówili nam, co mamy robić – co jeść, jak się ubierać, jakie produkty kupować, w jakiego Boga wierzyć, a nawet jak być szczęśliwym. Głęboko zakorzenione poczucie zależności od czegoś na zewnątrz, pozwalanie na to, by ktoś inny trzymał ster naszego życia, wydaje się być czymś naturalnym, choć mędrcy za wszelką cenę starają się nam powiedzieć, że nie tędy droga. Nie wierz ślepo w to, co słyszysz, co ci radzą, zawsze sprawdzaj to sam na sobie, stosując w swoim życiu. Eksperymentuj. Niech życie będzie twoim laboratorium”. Ten fragment książki „Uszanuj siebie. Wewnętrzna sztuka dawania i przyjmowania” Patrycii Spadaro wydał mi się bliski. Tak, też tak myślę. Życie to zadanie, za które warto wziąć odpowiedzialność.

Wiem, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Czasem nie potrafimy zrobić ruchu, bo w pułapce trzyma nas przekonanie, że nie mamy wyjścia. Albo gdzieś w głębi duszy wierzymy, że musimy trwać w toksycznej relacji, bo nic lepszego nam się już nie zdarzy. Jeśli zrezygnujemy z pracy lub ze związku, to może w innej pracy będzie gorzej albo już zawsze będziemy same? Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre. Czasem latami trwamy w tym, co jest, choć buntujemy się przeciwko temu, ale nie chcemy kończyć sytuacji. Bywa, że z obawy przed końcem nie chcemy jej nawet zaczynać.

Ewa, lat 32, uczestniczyła w warsztacie, gdzie kilka kobiet było po rozwodzie, o czym mówiły, przedstawiając się w pierwszej rundce. – Ja to chyba nigdy nie wyjdę za mąż – powiedziała, gdy przyszła jej kolej. – Chyba nie zniosłabym takiej porażki jak rozwód. – Porażki? Ja uważam rozwód za swój największy sukces – zaoponowała jedna z uczestniczek, wywołując dyskusję. Sukces to czy porażka? A może jedno i drugie? A może to zależy od okoliczności?

Wiele osób traktuje koniec jak coś złego, do czego za wszelką cenę nie należy dopuścić. Patricia Spadaro proponuje inne spojrzenie: „Kiedy doświadczysz zakończenia czegoś w życiu, potraktuj to jak uroczystość rozdania dyplomów i rozpoczęcie czegoś nowego. Życie przypomina salę szkolną i pod wieloma względami to, co dobiega końca, jest jak ukończenie pewnego etapu i promocja, mimo że na pierwszy rzut oka może się wydawać całkiem inaczej. W większości przypadków zakończenia przychodzą, ponieważ nauczyłeś się jednej lekcji i jesteś gotów na następną albo też wyczerpałeś wszystkie możliwości, które dotychczasowa sytuacja miała ci do zaoferowania i potrzebujesz zmiany scenerii, by na scenę weszły nowe możliwości. Zakończenia nie tylko są czymś naturalnym, ale i koniecznym”. Jasne, że nie wszystko można i warto kończyć, nawet jeśli jest źródłem cierpienia. Czasem zamiast kończyć, warto zaakceptować to, co jest. Dzięki temu zyskujemy wolność, choćbyśmy nadal były w trudnej sytuacji.

Wybór zamiast złości

Małgorzata, lat 42, matka niepełnosprawnego dwunastolatka, jest zła na cały świat, co widać od progu. Spóźniła się na warsztat, ale nie zamierza za to przepraszać. To i tak cud, że tu jest, bo zwykle nie ma szansy wyrwać się z domu. Syn wymaga stałej opieki, a nikt nie chce jej w tym pomagać. Wiele lat temu musiała zrezygnować z pracy, żeby się nim zająć, ledwie wiąże koniec z końcem, a właściwie nie wiąże, bo mąż odszedł, założył nową rodzinę i płaci bardzo małe alimenty, a ona nie ma jak pracować.

– I to ma być moje życie?! – wykrzykuje ze złością swój sprzeciw. Złość ją przepełnia. Wylewa się z niej w każdym kontakcie, w każdej mini sytuacji, inne osoby odruchowo trzymają się od niej z daleka. – I co mam zrobić? Powiedz mi, jak jesteś taka mądra! – A co byś chciała zrobić? – pytam, choć wiem, że to pytanie może jej się nie spodobać. – A kogo to obchodzi, czego ja chcę? W moim życiu nie ma miejsca na żadne chcenie! Jest tylko „muszę” i „powinnam”! – słyszę żal w jej głosie. – Mnie obchodzi. Co chciałabyś zrobić, Małgosiu? – pytam. Wybucha płaczem. Płacze długo, inne kobiety też mają łzy w oczach, w końcu się uspokaja.

– Więc co byś chciała zrobić, Małgosiu? – zaczynam od początku. – Przecież wiesz, że nic nie mogę zrobić – mówi z rozpaczą. – A gdybyś mogła? – Rzuciłabym to wszystko i zaczęła swoje życie od nowa. – To co cię powstrzymuje? – Ja go kocham, nie chcę go zostawić, to mój syn! – wyrzuca z siebie. – No to chcesz się nim opiekować czy wolałabyś rzucić to wszystko? – zależy mi, żeby sama sobie odpowiedziała na to pytanie. Małgosia znów płacze, a grupa razem z nią. – Chcę, ale już nie mam siły. Nikt mi nie pomaga, od lat nie mam czasu dla siebie, rodzina się ode mnie odwróciła, jest obrażona, że nie jestem miła, a jak mam być miła w tej sytuacji, która mnie wykańcza? – przyznaje wreszcie.

Małgosia złości się na innych, że mają lepiej. Zniechęca ich do siebie ciągłymi pretensjami. Skłania do tego, by bronili się przed nią, a nie pomagali jej, choć ich pomoc jest jej bardzo potrzebna. A gdyby tę sytuację udało się Małgosi zaakceptować? „Jakkolwiek paradoksalnie by to zabrzmiało, otwierając się na jakieś trudne doświadczenie, akceptując to, co jest, możesz łatwiej z niego wybrnąć. Dzieje się tak dlatego, że nie zużywasz już takiej ilości energii, jakiej potrzeba do stawiania oporu, przeprowadzania ataku, ukrywania czegoś lub zaprzeczania czemuś, co się wydarzyło. Teraz możesz przeznaczyć tę samą energię na poszukanie optymalnego rozwiązania” – pisze Patricia Spadaro.

Kiedy uda nam się zaakceptować trudną sytuację, w której jesteśmy, możemy zacząć szukać sposobu zadbania o siebie i swoje potrzeby. Co sprawi, że poczujesz się lepiej? Pytamy o to swoje przyjaciółki albo dzieci, kiedy jest im trudno. A siebie? Siebie też warto o to pytać. Gdybyśmy traktowały siebie tak, jak traktujemy innych, rzadziej tkwiłybyśmy w pułapce.

W gruncie rzeczy życie nieczęsto stawia nas przed wyborami albo-albo. To albo tamto. Znacznie częściej zadanie polega na tym, byśmy zmienili sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Byśmy przestali reagować nawykowo, a zaczęli szukać własnych odpowiedzi.

Prosić i brać

Niedawno znów spotkałam Małgosię. Nadal jest matką niepełnosprawnego dziecka, ale ma trochę czasu dla siebie i na pracę. – Nie wiem, jak to się stało, ale mój były mąż zaczął mi trochę pomagać. Mama też nie jest już obrażona. Ani siostra. Trzy popołudnia w tygodniu mam wolne, w końcu czuję, że żyję. – To nie stało się samo, Małgosiu. Ty to zrobiłaś – nie mam wątpliwości. – Chyba tak. Przestałam się czuć taka pokrzywdzona, odkąd wiem, że chcę się opiekować swoim synem, a nie tylko muszę. Zaczęłam szanować siebie za swój wybór, już się nie czuję w pułapce. To po prostu jest moje życie.

Małgosia przestała się złościć i nauczyła się prosić o pomoc. Teraz nie tylko daje, ale również bierze. To ważna zmiana.

Patricia Spadaro proponuje w swojej książce, byśmy stawiali siebie na szczycie swojej listy priorytetów. „Nie czekaj do momentu, aż odhaczysz wszystkie inne zadania, które robisz dla innych, zanim zaoferujesz sobie to, czego potrzebujesz. Wyznacz dla siebie czas, aby troska o siebie nie była punktem, który zawsze spychasz na sam koniec listy”.

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie.
Na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre.

  1. Styl Życia

Tak jak jest… Buddyjska mniszka Pema Chödrön uczy, jak kochać życie, takim jakie jest

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Idea doceniania rzeczy takich, jakie są, jest prosta i możliwa do zrealizowania, ale również bardzo głęboka. To klucz do tego, by czuć życzliwość i miłość do innych i do siebie samych. Ta zdolność do otwierania się, do świeżego doświadczania rzeczy jest zawsze obecna w naszym umyśle. Jak odkryć tę umiejętność?

Wszyscy przeżywamy chwile, kiedy doceniamy widoki, smaki, zapachy takie, jakie są. Rozluźniamy się i nagle, nie wiadomo dlaczego, akceptujemy nasze doświadczenie, nie chcąc, aby czegoś było mniej czy więcej, lub żeby było inaczej. Czujemy, że wszystko, przynajmniej w tej chwili, jest kompletne.

Kiedy nasz umysł jest otwarty i świeży, widzimy piękno wszędzie, także w nas samych. To poczucie delektowania się wyjątkowością każdej chwili. Nigdy nie było tak, jak teraz. I nigdy więcej nie będzie tak, jak teraz. Żyjemy w zgodzie z przemijalnością świata, z siłą jego oddziaływania i głębią jego bogactwa.

Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, jak ważne jest nasze nastawienie. Może się okazać, że nawykowo skupiamy się na braku kompletności. Mamy takie myśli jak: „Jestem niegodny, ciągle mi czegoś brakuje, świat to same problemy”. Z takim nastawieniem zobaczymy niedoskonałość, gdziekolwiek spojrzymy, i zawsze będziemy czuć niezadowolenie.

Sposobem na zmianę negatywnego nastawienia jest zapisywanie wszystkiego, za co jesteśmy wdzięczni. Możemy zapisywać najzwyklejsze rzeczy, takie jak sposób, w jaki światło rozjaśnia czyjąś twarz lub odbija się od ściany budynku. Może to być smak zwykłego lunchu, z różnymi odcieniami słodyczy, słoności, kwaśności lub goryczy. Może to być jakiś utwór muzyczny lub obraz albo sposób, w jaki ktoś się porusza. Może to być głos, który usłyszysz. Może obca osoba właśnie coś powiedziała i ku twojemu zaskoczeniu odkrywasz, że ma piękny akcent. Docenianie ludzi i rzeczy w ten sposób nie wymaga wielkiego wysiłku, ale rozgrzewa nasze serca i sprawia, że czujemy się połączeni ze światem. To o wiele przyjemniejsze niż kolekcjonowanie pretensji od rana do nocy, co może się łatwo zdarzyć, jeśli tylko ulegniemy sile napędowej naszych przyzwyczajeń.

Możemy również pamiętać o odczuwaniu wdzięczności za wszystko, co mamy. W moim przypadku teraz, gdy skończyłam osiemdziesiąt lat, mogłabym mówić o fizycznym bólu, zmarszczkach, problemach z zębami – różne rzeczy przychodzą mi do głowy. Oczywiście, zdarza mi się narzekać! Ale praktykując wdzięczność, mogę myśleć o tym, że nadal jestem w stanie chodzić na długie spacery. Moja starsza siostra, która kiedyś była wielką miłośniczką wędrówek, cierpi na artretyzm i nie może już chodzić daleko, jednak nie traci ducha i nie narzeka. Ale jej artretyzm uświadamia mi za każdym razem, gdy idę na spacer, jak bardzo jestem wdzięczna za moje nogi, stopy i biodra. Jak cudowne jest to, że są sprawne a ja mogę zażywać spacerów, które mnie orzeźwiają i dodają wigoru, zamiast kończyć się takim bólem, że więcej nie chciałbym już tego robić.

Możemy stracić te możliwości w każdej chwili. Ale ja wciąż widzę i nawet jeśli nie tak dobrze jak kiedyś i potrzebuję okularów do czytania, nadal mogę zobaczyć wszystkie kolory tęczy. Obserwuję zmiany pór roku, wilgoć na liściach, wiatr poruszający drzewami. I nadal całkiem dobrze słyszę. Jeden z moich przyjaciół stracił słuch w takim stopniu, że aparaty słuchowe nie pomagają. Pewnego dnia położył rękę na mojej i powiedział: „Oddałbym wszystko, aby móc po prostu siedzieć i słuchać ptaków”. Pomyślałam wtedy, że ja nadal mogę słuchać ptaków. Naprawdę muszę skupić się na tym, że jest to wciąż możliwe i być za to wdzięczna.

Kolejną praktyką, z której często korzystam, jest zwracanie szczególnej uwagi na obcych ludzi, których spotykam na co dzień. Po raz pierwszy wypróbowałam to z kasjerką w banku. Podczas gdy ona dokonywała obliczeń, ja starałam się patrzeć na nią jak na żywą istotę ludzką. Jakimś cudem ta anonimowa kasjerka, której jedynym zadaniem, wydawać by się mogło, jest liczenie moich pieniędzy, zaczęła stawać się kobietą, która ma swoje życie, pracę, przyjaciół, zajęcia, rzeczy, które lubi i których nie lubi. Zauważyłam jej ubranie, włosy, sposób, w jaki poruszała rękami. Wyobrażałam sobie, co robiła przed przyjściem do pracy tego dnia: jak wybrała swój strój, nałożyła makijaż i – tuż przed wyjściem z domu – podjęła spontaniczną decyzję, aby założyć kolczyki, które niedawno dostała od swojego przyjaciela. To ćwiczenie wywołało uczucie naturalnego zainteresowania tą anonimową kobietą. Poczułam ciepło w stosunku do niej po prostu dlatego, że była człowiekiem, który ma swoje życie.

Kiedy staramy się dostrzec ludzi i w ten sposób wykorzystać naszą wyobraźnię, zaczynamy odczuwać naszą jedność z innymi. Każdy jest centrum własnego wszechświata, a jednocześnie jesteśmy anonimowymi ludźmi, których inni nawet nie zauważają. Wszyscy mamy pełne życie z naszymi własnymi wersjami radości i smutku, nadziei i strachu. Jeśli poświęcimy czas, aby docenić innych w ten sposób, obcy ludzie, których spotykamy, stają się lustrami pokazującymi nam nasze własne człowieczeństwo i naszą wrażliwość. Wtedy możemy zamienić naturalną życzliwość, która pojawia się w stosunku do innych, w naturalną życzliwość w stosunku do nas samych.

Możemy odczuwać życzliwość nie tylko w odniesieniu do rzeczy, które łatwo w sobie polubić, ale także w odniesieniu do tego, co nas denerwuje lub rozczarowuje. Nasze złe nawyki, nasze lęki, powracające myśli, że coś jest z nami zasadniczo nie tak – niezależnie od tego, czy musimy poradzić sobie z przejściową czy przewlekłą nerwicą – to tylko część tego, kim jesteśmy, przynajmniej chwilowo. Możemy zostawić miejsce dla tych niełatwych myśli i emocji, nie odrzucając ich, ale też nie ulegając im. Dzięki takiej nieosądzającej postawie, możemy odczuwać wdzięczność za to, jacy jesteśmy. Pomoże nam to poznać i zaufać naszej podstawowej dobroci, która jest kompletna, bez żadnych braków.

Mówienie o docenianiu świata „takiego, jaki jest” i nas samych „takich, jacy jesteśmy” jest kolejnym sposobem mówienia o ścieżcen nieodrzucania. Idąc tą drogą, możemy stosować aktywne praktyki, takie jak dawanie i branie. Innym razem jednak możemy eksperymentować z prostszym podejściem. Możemy spróbować po prostu siedzieć z tym wszystkim – z naszymi myślami, uczuciami, odczuciami – i pozwolić, aby wszystko było takie, jakie jest.

Anam Thubten w nauczaniu o lotosie i błocie mówi: „Wszystkie wady, jakie istnieją, są częścią nas samych. Proces samouzdrowienia zaczyna się wtedy, gdy przyjmujemy je takie, jakie są. Mogą być pożywką dla naszego wewnętrznego wzrostu. Uznanie ich, bez zaprzeczania i manipulowania, jest punktem zwrotnym”. W pewnym sensie praktyka akceptowania i pozwalania jest jeszcze bardziej radykalnym podejściem niż tonglen. Czy to rzeczywiście możliwe, że nasze neurotyczne nawyki i dysfunkcjonalne wzorce zaczną same się leczyć, jeśli tylko pozostaniemy z nimi, zamiast im ulegać lub uciekać przed nimi? Jest to coś, nad czym warto się głęboko zastanowić i wypróbować najlepiej, jak w danej chwili potrafimy.

Anam Thubten podkreśla, że odwaga w przyznaniu się do naszych „wad” nie polega na pogrążeniu się w poczuciu wstydu lub winy. Chodzi o to, żeby „nie ukrywać niczego przed świadomością”. Zamiast reagować w ten czy inny sposób, możemy po prostu nie ukrywać niczego przed własnym umysłem. Wszystko, co obserwujemy, możemy po prostu uznać za dojrzewanie nasion karmicznych. To, co pojawia się w naszym umyśle i sercu, jest ni mniej, ni więcej tylko naszym obecnym doświadczeniem. Nawet nasze dobre i złe cechy są tymczasowe i nieistotne, nie są ostatecznym dowodem naszej wartości lub jej braku. Nie są one nieodłącznie związane z zasadniczym charakterem naszej podstawowej dobroci; są po prostu tym, czym są. Jeśli nauczymy się pracować w ten sposób z naszymi doświadczeniami, to zamiast ulegać pokusie starych nawyków, możemy pozostać z nimi, dopóki samoistnie nie znikną.

Kiedy czujesz, że zamykasz się w sobie, spinasz się i nastawiasz przeciwko temu cennemu światu lub swojemu drogiemu staremu „ja”, możesz użyć „tak, jak jest” jako antidotum. Jest to mantra, którą możesz zastosować od razu, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Proste powiedzenie: „To doświadczenie jest kompletne takie, jakie jest” lub „Jestem kompletny taki, jaki jestem” jest sposobem na złapanie siebie w momencie, gdy zaczynasz dzielić swoje doświadczenie na pół, na to przeciwko temu, lub ja przeciwko tobie. Jest to sposób na złapanie siebie, gdy zaczynasz utrwalać dualistyczny sposób postrzegania, który zawsze przynosi walkę i niezadowolenie.

Trungpa Rinpocze opisał podstawową dobroć jako „blask nie do powstrzymania”. Oznacza to, że prędzej czy później – bez względu na to, jak bardzo jesteśmy uparci, leniwi czy wątpiący – dotrze do nas zaufanie do naszej podstawowej dobroci i podstawowej dobroci świata. Będziemy rozwijać pełne zaufanie do naszego doświadczenia „takiego, jakie jest”. Jest to nieuniknione.

Cudowna ironia tej duchowej podróży polega na tym, że odkrywamy, iż prowadzi nas ona do tego, abyśmy stali się tym, kim jesteśmy. Podniosły stan oświecenia to nic innego jak pełne poznanie naszego świata i nas samych takich, jacy jesteśmy.

Innymi słowy, ostatecznym rezultatem tej drogi jest bycie w pełni człowiekiem. A ostateczną korzyścią, jaką możemy przynieść innym, jest uświadomienie im, że oni również osiągają pełne człowieczeństwo, gdy są tym, kim są.

Fragment książki „Twoje wspaniałe życie. Jak przyjąć to, czego nie chcemy otrzymać." 

Pema Chödrön - buddyjska mniszka amerykańskiego pochodzenia, którą pokochały gwiazdy Holllywood. Po rozstaniu z mężem znalazła ukojenie w buddyzmie. Autorka wielu popularnych poradników, w tym bestsellerowej książki "Nigdy nie jest za późno" polecanej przez wiele gwiazd, m.in.: Oprah Winfrey, Gwyneth Paltrow oraz Jeffa Bridgesa.
 

  1. Psychologia

Zostań swoim najlepszym przyjacielem

Dla naszego bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do niczego. (Fot. iStock)
Dla naszego bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do niczego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kto nie zna tych stanów, kiedy nic nam się nie chce, czujemy się jak opona bez powietrza, ciało i umysł śpią, ba, nawet nie jest to sen, tylko letarg. Kiedy świat jawi się jako breja bez koloru, a własna osoba wydaje się pomyłką natury. Kiedy nawet jak na zewnątrz słońce, to w nas pada mżawka, a parasol zepsuty.

Proszę was usilnie o uwagę i czułość dla naszej ludzkiej rozlazłości. Najbardziej dla własnej, ale i dla cudzej… Tym bardziej że McŚwiat mamy teraz neonowy, glamour, wymagane jest stanie na straży własnej wyjątkowej błyszczącości (nie mylić z błyskotliwością), zadaniowości, skuteczności w zarządzaniu własnymi interesami i powalanie na kolana innych z powodu bycia nie do zdarcia niezależnie od tego, co nas spotka i od kogo. Inni, powaleni na kolana, podziwiają, zazdroszczą i… czekają na wsypę. Może i z nieżyczliwości, ale nie tylko. Czują w tej postawie coś sztucznego, nadmiarowego, przeczącego ludzkiej zwykłości.

Miałyśmy na studiach koleżankę blondynkę, zawsze wymyślnie ubraną, umalowaną, uczesaną. Szczególnie fascynowała nas jej tzw. tapeta. Staranna, wypracowana, codzienna maska. Zastanawiałyśmy się, ile jej to co rano zabiera czasu. I po co. Na pierwszej wspólnej wycieczce ustawiłyśmy straże, żeby przydybać ją rano jeszcze bez tej tapety. Udało się. Wyglądała, wstyd się przyznać ku naszej wielkiej uciesze, okropnie. Najpewniej gdyby się tak mocno codziennie nie malowała, wyglądałaby dla nas normalnie także i rano. A tak zostało poczucie jakiejś okropnej zgrozy, że taka bezbarwna, smutna, brzydka. Objawiło się UKRYWANE. Wydało się.

W tej niefajności nie chodzi oczywiście tylko o wygląd jak w tym przykładzie. Ale jakże on jest symboliczny. Jak gruby makijaż nakładamy na nasze JA, żeby je pokazać innym albo bez obrzydzenia patrzeć na siebie w lustrze. Ciągle to samo. Niedokochanie. Nie wystarczam taka, jaka jestem. Muszę się starać, o czymś siebie i innych przekonywać. Jak łatwo nawet rozwój pomylić z tym wiecznym poprawianiem siebie. W wydaniu szczególnie ambitnych – z udoskonalaniem siebie.

Wtedy takie dni, kiedy jestem żadna, do niczego nie mam woli ani siły, jawią się jako porażka, pomyłka w najlepszym razie. Jak to, tyle zrobiłam i to wszystko na marne? Znów się nie stawiam na wezwanie?! A czyje to właściwie wezwanie? Ludzkości, kultury, społeczeństwa, absolutu, Pana Boga, mamusi, tatusia, męża, mojego ego? Wszystkiego tego razem do kupy. To strasznie dużo na jednego człowieka. Który jest z tym stanem najczęściej sam, bo się go okropnie wstydzi, przeważnie nie rozumie, a już na pewno sobie nie życzy.

A ja was proszę, pokochajcie siebie szczególnie wtedy. Nie zostawiajcie siebie, nie oceniajcie. Doceńcie. Właśnie wtedy jesteśmy sobie sami najbardziej potrzebni. Nie sztuka lubić się w celofanie, w dobrym stanie, pogodzie ducha. Nie sztuka ucieszyć się, jak nas inni zauważą, docenią lub kiedy coś wygramy.

Wiem, są tacy, co to nawet wtedy się nie cieszą. Ciągle im mało przekonywania, że są do rzeczy. Takim jeszcze trudniej przyjąć siebie w stanie degrengolady, bo wydaje im się, że to stan stały, który się jeszcze umie pogorszyć. Tu uwaga! Niech ci, którzy tylko czasem wpadają we własną „nicość”, wiedzą, że są inni, którzy w tym stanie giną co dnia. Pamiętajmy, że nie nasze nieszczęście największe, choćby nie wiem, jakie ono było. Ta prawda może służyć i dla pociechy, i dla pokory, i dla przytomności.

Dla naszego zaś bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do dupy. Według mnie takie okresy są nie tylko zrozumiałe. One są konieczne. Jako przeciwwaga naszego pędu, perfekcjonizmu, bezlitosnych wobec siebie wymagań, naszego wewnętrznego Rodzica, za często nieczułego i bezwzględnego. Jako przeciwwaga doskonałości, starania się, budowania siebie lepszym. Jako wielkie wołanie naszego nadużywanego organizmu, który wymusza w ten sposób nicnierobienie, na jakie świadomie sobie nie pozwalamy.

Podziękujmy naszemu ciału, naszej nieświadomej mądrości, że zamiast zachorować i zmusić nas do poddania się, przysyła nam wiadomość znacznie zdrowszą: zatrzymaj się, zajmij sobą, a nie osiągnięciami, bądź człowieku dla siebie dobry!