1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak opanować emocje i uratować związek przed rozpadem?

Jak opanować emocje i uratować związek przed rozpadem?

Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Jesteś może w związku, który na początku był doskonały, ale z czasem na jego powierzchni zaczęły pojawiać się rysy? Jeśli tak, to czytaj dalej – ten tekst przeznaczony jest właśnie dla osób, które nie kochają się już tak bardzo, jak wcześniej – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Wielu moich klientów znajduję obecnie w świecie korporacji, ale wcześniej sporo czasu poświęcałem pracy z parami. W tamtym właśnie okresie opracowałem podejście, które nazywam terapią ponownego połączenia, aby pomóc ludziom odzyskać wzajemną miłość i szacunek. Muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony jej skutecznością.

Terapię ponownego połączenia opracowałem głównie dla rozwodników, którzy chcieli dać sobie drugą szansę, co wymaga od terapeuty dużego nakładu pracy. Jeżeli twój związek jest jednak dość silny, ale jest w nim znacznie więcej irracjonalności, niż uważasz za wskazane, przedstawiam także wersję do samodzielnej realizacji, która pomoże ci naprostować sytuację.

Skuteczność tej metody wynika stąd, że nie tylko zachęca was do traktowania się nawzajem lepiej, ale także motywuje, żebyście stali się lepszymi ludźmi.

Przede wszystkim zademonstruję, jak wykorzystywałem to podejście zawodowo, a następnie nauczę cię stosować wersję „amatorską”.

– Dzień dobry – powiedziałem do słuchawki. – Mówi doktor Goulston, dzwonił pan do mnie. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Jack. Moja żona Suzie i ja już od dłuższego czasu mamy trudności w naszym związku – zaczął Jack. – Byliśmy u kilku terapeutów, a w końcu zdecydowaliśmy się na separację. Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że wcale nie chcę rozwodu, chciałbym spróbować jeszcze raz. Wiele osób mi mówiło, że może być pan w stanie nam pomóc. Suzie także zgodziła się wziąć udział w terapii.

Wyjaśniłem Jackowi, że moje podejście ma ściśle określoną strukturę, której przestrzegania wymagam bez żadnych odstępstw.

– Zanim zgodzę się z wami spotkać, muszę wiedzieć, że razem z Suzie zgadzacie się w stu procentach na to, jak będzie wyglądać pierwsze czterdzieści minut sesji – dodałem.

Jack i Suzie zgodzili się na moje warunki, zaplanowaliśmy więc sesję, podczas której dałem obojgu możliwość przedstawienia swoich zastrzeżeń wobec drugiej połówki. Z uznaniem przyznaję, że udało im się nie wpadać sobie w słowo – była to jedna z zasad, które ustaliłem. Zastosowali się także do mojej reguły, by wylewać z siebie frustrację przez część czasu, a przez resztę sugerować rozwiązania problemów.

Kiedy skończyli, spojrzeli na mnie pełni oczekiwania. W widoczny sposób zakładali, że nie mogę się doczekać omówienia ze szczegółami ich wzajemnych żalów.

I tu ich zaskoczyłem.

– Wszystko, co powiedzieliście do tej pory, od początku do końca, jest… nieistotne – oświadczyłem.

Od razu mogłem powiedzieć, że Jack i Suzie w końcu w jakiejś kwestii się zgodzili – oboje uważali, że mi odbiło.

Być może ty także tak uważasz. W końcu zacząłem od polecenia Jackowi i Suzie, by wymienili wszystkie problemy, które ich zdaniem ich rozdzielały – a potem skomentowałem, że obchodzą mnie one tyle, co zeszłoroczny śnieg. Mało kto oczekuje takiej odpowiedzi od psychiatry.

Ja jednak wiedziałem, co mówię. To nie ich czyny sprawiły, że związek stał się toksyczny, tylko ich osobowości.

– Powiem coś teraz i chciałbym, żebyście zdecydowali, czy się z tym zgadzacie, czy nie. Mogę zacząć? – popatrzyłem na nich uważnie.

– Yyyy, tak – odpowiedział Jack.

– Okej – dodała Suzie, która wydawała się jeszcze mniej przekonana do całego pomysłu.

Najpierw pokazałem im rysunek:

Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie

 

– Negatywne cechy osobowości w związku dzielą się na trzy kategorie, które przedstawiam jako trzy koncentryczne okręgi. Wewnętrzny okrąg to pamiętliwość. Uruchamia się ona, kiedy ktoś nas zdenerwuje lub sfrustruje. Każdy z nas ma tę cechę, miała ją nawet Matka Teresa. Jeżeli nie będziemy jej kontrolować, możemy stać się pamiętliwi w stu procentach. Właśnie tacy są ludzie zgorzkniali – są w stu procentach pamiętliwi. Znacie kogoś takiego?

Oboje skinęli głowami.

– Nie jest miło przebywać w ich towarzystwie, co?

Ponownie pokiwali głowami.

– Jeżeli pamiętliwość weźmie nad wami górę, przepływa do środkowego okręgu, który reprezentuje mściwość – kontynuowałem. – Kiedy tak się dzieje, koncentrujecie się na zemście na osobie, która, waszym zdaniem, was obraziła. Można to zrobić albo krzywdząc bezpośrednio tę osobę, albo siebie – na przykład pijąc na umór albo w niekontrolowany sposób wydając pieniądze. Jeżeli zaś żadne z was nie opanuje mściwości, wylewa się ona do zewnętrznego okręgu, czyli oziębienia. Na tym etapie patrzycie na siebie z wyrazem twarzy, który komunikuje: „Nie znam cię. Nie lubię cię. To koniec”. Czy rozumiecie, jakie ma to przełożenie na was związek? – zapytałem.

Potwierdzili z zamyślonym wyrazem twarzy. Przeszedłem więc do kolejnego etapu.

– Czy zgodzilibyście się ze mną, że w zasadzie każdy codziennie przeżywa różne denerwujące, rozczarowujące albo frustrujące doświadczenia?

Ponownie skinęli głowami.

– A czy zgodzilibyście się ze stwierdzeniem, że reakcje ludzi w  takich sytuacjach plasują się na skali? Na pozytywnym końcu są osoby, które nie lubią być w takiej sytuacji, ale przyjmą porażkę na klatę i nie dostaną z tego powodu szału, nie wyładowują się ani na innych, ani na sobie. Wykazują opanowanie pod presją. Podziwiamy je za to i chcemy być jak one. Prawda?

– Tak.

– Z kolei na negatywnym końcu skali są ludzie, którzy najmniejszą trudność czy przeszkodę traktują jak najgorszą katastrofę, wrzeszczą na innych lub bezlitośnie wyładowują się sami na sobie. To ludzie, których lubimy najmniej, nie chcemy przebywać w ich towarzystwie i nie chcemy być tacy jak oni. Dlaczego? Bo są dziecinni, a ich zachowanie wydaje się nam odpychające.

Pokiwali głowami.

– A oto, jak to się przekłada na wasz związek – zacząłem podsumowywać. – W kontekście waszej relacji zachowujecie się jak narkomani. Jesteście uzależnieni od reagowania na frustracje w sposób dziecinny i odpychający. Jesteście pamiętliwi. Mściwi. I właśnie dlatego doszło między wami do oziębienia, bo nie jesteście w stanie wytrzymać nawzajem swojego towarzystwa, więc się rozstaliście. Czy to w miarę jasne?

– Tak – odpowiedzieli.

Zrozumieli, na czym polega problem. Teraz musieli już tylko go rozwiązać – a ja wiedziałem, jak to zrobić.

– Od dziś chciałbym, żebyście byli dla siebie nawzajem sponsorami – powiedziałem.

Wyjaśniłem, że ich zadaniem na każdy dzień jest praca nad rozwojem odporności emocjonalnej i umiejętności radzenia sobie z irytacją, frustracją i rozczarowaniem bez wybuchania jak granat ręczny. Mieli ćwiczyć przyjmowanie przeciwności ze spokojem i dojrzalsze radzenie sobie z nimi. Przedstawiłem im strategie opanowania w obliczu trudności.

Potem przeszedłem do istoty tej metody.

– Chciałbym, żebyście zapisywali każdą sytuację, kiedy zatriumfujecie nad negatywnymi emocjami. Kiedy uda się wam nie wrzasnąć na jęczące podczas jazdy samochodem dzieciaki. Kiedy zachowacie spokój, gdy ktoś w pracy popełni głupi błąd, zamiast zmyć mu głowę. Albo kiedy będziecie bardzo cierpliwi w rozmowie z trudnym rodzicem. Na koniec każdego dnia podzielicie się tymi zwycięstwami ze sobą nawzajem. Dzielić się macie także porażkami – nie jesteście już dla siebie wrogami, tylko sponsorami.

Jack i Suzie zrobili, jak kazałem. Łatwo nie było, mieli lepsze i gorsze dni, ale w ciągu kolejnych paru miesięcy stało się coś niesamowitego – zamiast skarżyć się wzajemnie na swoje niedociągnięcia, zaczęli mi opowiadać, jak bardzo się nawzajem szanują. Zaczęli patrzeć na siebie z uśmiechem i dotykać się tak, jak dotykają się ludzie, którzy się kochają.

Rok później odnowili przysięgę małżeńską.

W początkowym okresie mojej pracy psychiatry wykorzystywałem to podejście w pracy z wieloma parami po rozwodzie lub w separacji, które chciały spróbować jeszcze raz. Oto, co stwierdziłem:

► Po 6 tygodniach wiele z nich stwierdziło, że ich związek jest lepszy niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 12 tygodniach wiele zauważyło, że są lepszymi ludźmi niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 18 tygodniach wiele z nich mówiło mi, że inni pytają, co takiego się zmieniło. W jednym przypadku moi podopieczni zachichotali i odpowiedzieli: „Postanowiliśmy dorosnąć”.

Dlaczego to podejście sprawdza się czasem tak dobrze? Ponieważ daje każdemu z partnerów cel, do którego można aspirować. Jeżeli ludzie podchodzą do związku jak do transakcji, skupiają się albo na tym, żeby ich było na wierzchu, albo na osiągnięciu kompromisu. W mojej metodzie jednak porzucają aspekt transakcyjny i stają się lepsi, niż którekolwiek z nich uważało za możliwe – stają się ludźmi, z których są dumni.

Co więcej, oboje pomagają sobie osiągnąć ten wyjątkowy cel. Dopingują się nawzajem. Klepią się po plecach i motywują, a w tym czasie, niezauważenie, zaczynają się na nowo kochać i szanować.

W związku, w którym dzieje się bardzo źle, cały proces może stanowić duże wyzwanie. Jeżeli więc twój związek przechodzi poważne problemy albo już jesteście rozwiedzeni bądź w separacji, powinniście zwrócić się o pomoc do profesjonalnego terapeuty. Jeżeli jednak darzycie się głęboką miłością, a wasza relacja jest zasadniczo silna, ale czujesz, że oboje osuwacie się w odmęty szaleństwa (albo już w nich tkwicie), możecie wykorzystać tę metodę samodzielnie. To uproszczone podejście nazywam zwykle żyli długo i szczęśliwie, bo to cel zupełnie możliwy do osiągnięcia, jeżeli tylko jesteś gotowy popracować, by go osiągnąć.

Kluczem do tej metody jest przyjęcie do wiadomości, że za problemy w związku odpowiedzialni jesteście oboje. Aby odnieść sukces, oboje musicie czuć skruchę za popełnione błędy, a nie tylko frustrację wobec siebie nawzajem. Jeżeli macie dzieci, musicie też przyjąć do wiadomości, że wasze złe zachowanie i egoizm szkodzą także im.

Jeżeli potrafisz się do tego przed sobą przyznać, a twój partner czy partnerka także jest w stanie przyjąć osobistą odpowiedzialność, to wypróbujcie moje podejście:

  1. Usiądź z partnerem i powiedz: „Chcę spróbować czegoś, co pozwoli jeszcze bardziej wzmocnić nasz związek. Myślę, że pomoże nam to wręcz stać się lepszymi ludźmi”.
  2. Opowiedz, w jaki sposób chcesz lepiej radzić sobie ze zdenerwowaniem, frustracją i rozczarowaniem tak, abyś nie stał się pamiętliwy lub mściwy i żeby wasza relacja nie oziębła.
  3. Zapytaj, czy twój partner jest skłonny być twoim sponsorem w tym procesie. Zapytaj także, czy możesz zostać jego sponsorem. Jeżeli się zgodzi, zobowiążcie się wobec siebie nawzajem, że będziecie starać się być lepszymi ludźmi.
Każdego dnia poświęćcie nieco czasu, by opowiedzieć sobie nawzajem o swoich triumfach i porażkach. W roli sponsora dawajcie sobie wsparcie moralne i chwalcie się za postępy.

Myślę, że zaskoczy cię, jak bardzo dojrzejesz na skutek tej metody, zarówno jako partner w związku, jak i jako człowiek. Założę się, że twoja druga połówka także dojrzeje. W głębi serca większość ludzi, którzy zachowują się niedojrzale, pragnie wznieść się ponad takie zachowanie i stać się lepszą wersją siebie. Dla chcącego nic trudnego.

A moja metoda na pewno nie jest trudna.

Przydatna wskazówka

Kiedy wraz z partnerem czy partnerką pomagacie sobie nawzajem stać się lepszą wersją siebie, przestajecie jednocześnie być gorszą wersją siebie.

Plan działania

  1. Wspólnie z partnerem przeanalizujcie swój związek. Czy wspieracie się nawzajem? Czy się szanujecie? Czy więcej czasu się razem śmiejecie, czy kłócicie? Czy cieszysz się na spotkanie z partnerem na koniec dnia, czy może coraz bardziej boisz się powrotu do domu? Jeżeli macie dzieci, jakich dobrych lub złych rzeczy uczą się z waszego związku?
  2. Jeżeli nie podobają ci się twoje odpowiedzi na te pytania, przyjmij odpowiedzialność za własne błędy w związku. Przyjmij też odpowiedzialność za ból, jaki sprawiły twojemu partnerowi i innym członkom rodziny.
  3. Zapytaj partnera, czy chciałby podjąć wspólnie z tobą wysiłek, abyście stali się bardziej racjonalnymi i lepszymi partnerami – a także ludźmi.

Jak rozmawiać z furiatami Mark Goulston Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się popełniać błędów, bo to one uczą cię najwięcej

A co by się stało, gdybyś zaryzykował, gdybyś zawalczył o swoje życie, pomimo swojego wewnętrznego, negatywnego głosu i niesprzyjających ci opinii innych ludzi? (Fot. iStock)
A co by się stało, gdybyś zaryzykował, gdybyś zawalczył o swoje życie, pomimo swojego wewnętrznego, negatywnego głosu i niesprzyjających ci opinii innych ludzi? (Fot. iStock)
Z natury jestem perfekcjonistą, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, a ja sam muszę czuć, że w danej sytuacji wszystko kontroluję i nie popełnię najmniejszego błędu. Jednak życie wielokrotnie już pokazało, że toczy się swoim, a nie naszym rytmem. Pamiętaj, że nigdy nie będziesz gotów w 100 proc., aby być najlepszym mężem, najlepszą żoną, szefową, dzieckiem, pracownikiem czy trenerem. Ale zacznij z tym co masz, bądź po prostu „good enough” – poczuj, że jesteś wystarczająco dobry, z wiedzą i umiejętnościami, które dzisiaj posiadasz.

Leo Messi, uznawany za jednego z najlepszych piłkarzy na tym globie, powiedział kiedyś: 17 lat zajęło mi, aby odnieść sukces z dnia na dzień. Nadal uważasz, że aby stanąć na swoim życiowym podium wystarczy ci tylko talent? Kluczem jest cierpliwość, podsycana wytrwałością i niezłomną determinacją, której fundamentem są twoje marzenia, napędzane pasją. Natomiast my zbyt często odpuszczamy, rezygnując ze swoich marzeń, bo ktoś nam powiedział, że się nie da. Z obawy przed porażką nie podejmujemy działań, tkwiąc od lat w tym samym miejscu, w tym samym środowisku, z tymi samymi ludźmi i z tymi samymi przekonaniami w głowie, że życiu nie ma innych alternatyw. A co by się stało, gdybyś zaryzykował, gdybyś zawalczył o swoje życie, pomimo swojego wewnętrznego, negatywnego głosu i niesprzyjających ci opinii innych ludzi? Wiem, że nie będzie to łatwe. Jestem wręcz pewien, że twój mózg znajdzie tysiące wymówek, aby nie robić tego, mimo, że w sercu czujesz, że sprawiłoby ci to mega frajdę. Gorąco zachęcam cię, a nawet poczuj, że popycham cię, abyś zrobił ten pierwszy krok. Jeżeli przyjdzie moment, że się zawahasz, że poczujesz lęk przed porażką, to spróbuj użyć 3 poniższych narzędzi wprost z treningu mentalnego, które pozwolą ci poradzić sobie z porażką.

1. Jeżeli jesteś przed ważnym dla ciebie wydarzeniem - może jest to rozmowa o pracę, może podejście do dziewczyny i zaproszenie jej na randkę, a może za chwilę masz wejść na scenę i opowiedzieć swoją historię? Zadaj sobie wtedy pytanie, co najgorszego mogłoby się stać, jakby ci się nie udało? Jaki wtedy najczarniejszy scenariusz mógłby się wydarzyć? Spisz je wszystkie.

2. Następnie wypisz listę osób, które pomimo porażki nadal będą Cię wspierać?

Czy pomimo ewentualnej porażki, coś strasznego się stało? Czy wśród twoich znajomych, bądź bliskich ktoś przestał cię kochać? Nie wydaje mi się. Zapewne nic się nie zmieni. Dlatego może warto „spuścić trochę powietrza” i dać sobie więcej luzu.

3. A jeśli poniosłeś według ciebie porażkę, to spójrz na nią z dalszej perspektywy. Jeśli twoje życie to gruba księga, to ile w niej miejsca zajmuje wydarzenie, które traktujesz jako porażkę? Jedno zdanie? Jeden akapit? Dlatego jakie znaczenie ma ta porażka w skali całego Twojego życia? Mogę się z tobą założyć, że po tygodniu, a nawet i wcześniej zapomnisz o niej. W związku z tym, po co się martwić czymś, co za chwilę nie będzie miało dla ciebie żadnego znaczenia?

Dlatego daj sobie prawo do porażki, prawo do tego, że na swojej życiowej drodze napotkasz problemy, popełnisz mnóstwo błędów. Im większe i bardziej ambitne cele sobie stawiasz, tym więcej rozczarowań i trudności doświadczasz. To niepowodzenia i chwilowe trudności, których przecież starasz się uniknąć, przynoszą ci paradoksalnie najwięcej życiowych lekcji. Przeszkody, mimo ze ich nie chcesz, z pewnością nadejdą. Ale to one pozwolą ci stać się osobą, która sięga w życiu po więcej, która pomimo przeciwności realizuje swoje marzenia. I w końcu przyjdzie taki moment, że powiesz: te liczne porażki, które były moimi życiowymi doświadczeniami, ukształtowały mnie i sprawiły, że dzisiaj jestem dumny z tego co osiągnąłem. Z perspektywy czasu spojrzysz na porażki, jak na lekcje, które musiały się wydarzyć, które były cenne dla ciebie, za które dzisiaj jesteś wdzięczny.

Zacznij z tym co masz, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, bądź sobą w 100 proc. w tym co robisz, podążając za swoją pasją i marzeniami, wykorzystując powyższe narzędzia treningu mentalnego. I jak mówi Les Brown, jeden z najbardziej znanych mówców motywacyjnych na świecie: Nie musisz być wielki, aby zacząć, ale musisz zacząć, aby być wielkim.

Karol Ciborowski trener mentalny oraz trener fitness z kilkunastoletnim doświadczeniem. Motywujący i inspirujący, ale przede wszystkim podążający za swoją pasją i realizujący swoją misję, jaką jest odkrywanie potencjału drugiego człowieka. Wierzy, że marzenia i jasno określone cele są w stanie odmienić życie. W swojej pracy koncentruje się przede wszystkim na rozwoju dzieci i młodzieży, ponieważ jest przekonany, że siła treningu mentalnego może zmienić ich całe przyszłe życie.

  1. Psychologia

Myl się, poprawiaj i idź dalej

Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Błąd to dobra wiadomość. Przyjmując błędy z otwartym sercem, porzucamy sztywne ramy i poddajemy się zmiennemu strumieniowi życia: wystawiamy się na niepewność, podejmujemy ryzyko, uczymy się, wzrastamy wewnętrznie. A przez to stajemy się ożywieni i twórczy. Świętować błędy, nie tylko sukcesy? Właśnie tak.

Artykuł archiwalny. 

Było to wiele lat temu. Umówiłam się na wywiad ze znaną śpiewaczką Olgą Szwajgier. Spotkałyśmy się, rozmawiamy, w końcu pytam, jak to mam w zwyczaju: „jakie odkrycie, jaki wgląd sprawił, że pani życie odmieniło się na lepsze?”. A artystka na to bez zastanowienia: „Cieszę się z błędów. Gdy coś zepsuję, mówię sobie natychmiast: jaki piękny błąd”.

Kilka lat temu przyjechał do Polski Joseph Standing Eagle, nauczyciel mądrości plemienia Anasazi, jeden z bohaterów świetnej książki „Dawna mądrość na nowe czasy” Geseko von Lüpkego. Opowiadał o naukach, które jako pięcioletni chłopiec odbierał od swojej babci Indianki: – Siedzieliśmy pod wieczornym niebem, patrzyliśmy w gwiazdy, a babcia mówiła, że sztuka życia polega na witaniu wszystkiego, co się wydarza, z otwartym sercem. Wszystkiego. Oto cała filozofia.

Stojący Orzeł jeździł po świecie i dzielił się tą babciną mądrością z nami, ludźmi Zachodu. I miał problem. Z niemałymi oporami przenikała do naszej świadomości ta prosta idea, ponieważ zostaliśmy wychowani zgoła inaczej: jak ognia unikaj błędów, dąż do perfekcji!

Wielu autorów zajmujących się psychologicznymi i duchowymi konsekwencjami unikania błędów zwraca uwagę na to, że cierpimy przez własne ambicje. Od dziecka jesteśmy poddawani ocenom: zdolna, niezdolna, dobry, zły, zaliczone, niezaliczone, w porządku, nie w porządku. Uwewnętrzniamy te przekazy. Jako dorośli oceniamy w ten sposób samych siebie. Chcemy być najlepsi, doskonali pod każdym względem. Jeśli nie jesteśmy doskonali, bo popełniamy błędy, to znaczy, że jesteśmy do niczego. Bycie doskonałym, w paradygmacie naszej kultury, niesie same korzyści: jest się ambitnym, atrakcyjnym, dostaje się dobre oceny, dobrą pracę, osiąga się sukcesy, jest się docenianym. Ale czy na pewno? Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. W końcu orientujemy się, że pilnie potrzebujemy pomocy.

 

Nie można zatrzymać życia

Na oko 50-latka Eva-Maria Zurhorst, autorka bestsellera „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz”, energiczna, z ogniem w oczach, niemal tańczy, opowiadając o błędach, trudnościach i kryzysach w swoim małżeństwie. Mąż Wolfram wodzi za nią namiętnym wzrokiem, dowcipnie puentując jej opowieści. Cóż za młoda para! – myślimy my, uczestnicy konferencji „Life coaching – relacje w równowadze”. Eva-Maria i Wolfram są w Polsce po raz pierwszy. Następnego dnia po konferencji prowadzą warsztat dla par. Są razem od ponad 20 lat. Przeżyli wszystko, czego w związku najbardziej się boimy i czego sobie nie życzymy: wybuchy gniewu, niechęci, nienawiści, trzaskanie drzwiami, wojny z powodu niezakręconej tubki pasty do zębów i okruchów na stole, rozstania, życie w trójkącie, z tą trzecią, i z tym trzecim. A teraz mówią jednym głosem: – Kochaj swoje błędy. Kochaj niepowodzenia, wewnętrzne rozterki i załamania. Kochaj ten czas, gdy mówisz sobie: „nie wiem, co dalej”. Ten moment, kiedy kapitulujemy, przyznajemy się, że błądzimy, może być punktem zwrotnym w relacji, początkiem nowej jakości w związku.

– Wszyscy nam radzili, żebyśmy się rozstali – mówili Zurhorstowie na konferencji. – Rodzice, przyjaciele: „jesteście tacy różni, inne zainteresowania, przyjaciele, środowisko”.

Eva-Maria poszła do wróżki, ta postawiła horoskop i machnęła ręką: „niech pani to zostawi!”.

Eva-Maria: – Nikt nas nie uczy, jak przyjmować trudności. Bajki i filmy o miłości kończą się w głupim miejscu: „i żyli długo i szczęśliwie”. Gdy kończy się sen, a zaczyna codzienność, kto sprzątnie dom, kto zatroszczy się o ubezpieczenie na życie, dochodzimy do wniosku, że „to był błąd”. Myślimy: „jestem przecież taki namiętny”, „jestem atrakcyjna”, przydałby się kochanek, mam ochotę na romans. Błędy popełniane w relacji wynikają z lęku przed bliskością. Kobiety, żeby nie czuć lęku, dużo mówią, mężczyźni z tego samego powodu wycofują się.

Wolfram: – Najważniejsze pytanie brzmi: Co JA mam wspólnego z tym kryzysem, rozczarowaniem, poczuciem, że błądzę, straciłem kierunek?

Ratunkiem dla ich związku okazał się romans, trzecia osoba w relacji.

Eva-Maria: – Kochanka męża żyje w sposób, w jaki ty chciałabyś żyć -  usłyszałam od osoby, której ufam. Aż mnie zatkało. Ja? Niemożliwe. Ale zaczęłam zadawać sobie pytania. Czy ona pozwala sobie na coś, na co ja sobie nie pozwalam? Czy jest wolna od czegoś, co krępuje mnie? Ta kobieta była żywa, seksowna, wibrowała energią. W jaki sposób ja mogę stać się żywa? Mogłam odejść. Ale wtedy nie poznałabym siebie. „Ta trzecia” pokazała mi moje pragnienia i tęsknoty.

Napisała swoją książkę dla tych z nas, którzy w związkach miłosnych popełniają mnóstwo błędów. „Nie potrzebujesz »tego jedynego« właściwego partnera, lecz całkowitej otwartości na to, co jest”. „To obojętne, kogo poślubisz. I tak spotkasz w nim samego siebie” – tak pisze w „Kochaj siebie...”. I dlatego,  zgodnie z jej doświadczeniem, możemy spokojnie zostać z tym mężczyzną, z tą kobietą, z którymi jesteśmy. Rozstanie rzadko polepsza sytuację; najczęściej prowadzi jedynie do odsunięcia własnego problemu.

Potrzeba odwagi, siły woli, zrozumienia, cierpliwości, praktyki każdego dnia, gdy w związku pojawia się „znowu ten piękny błąd”; wycofanie, pretensje, roszczenia, dąsy, obwinianie siebie nawzajem, kurczowe przywiązanie („bez ciebie umrę!”), oczekiwanie, że partner wypełni swoimi zaletami moje deficyty. Dobra wiadomość jest taka: aby w związku pojawiła się prawdziwa bliskość, nie musimy nic robić. Potrzebujemy tylko płynącej z serca życzliwości, gotowości do współczującej i uczciwej samoobserwacji, do bycia w kontakcie ze wszystkimi uczuciami bez oceniania siebie.

Eva-Maria, patrząc na siebie sprzed lat, mówi, że z nadludzką siłą starała się zatrzymać życie albo łaskawie domagała się czegoś innego niż to, czym życie właśnie ją obdarowało. Żyła w przeróżnych zakątkach ziemi, przeprowadzała się 20 razy, wielokrotnie zmieniała zawód i partnerów tylko po to, żeby z pokorą opanować tę ważną lekcję: obojętnie, gdzie jestem, z kim tam jestem i co robię – doświadczenia, które zdobywam, zawsze zależą od mojego spojrzenia na życie. Przeżywamy własny film. Możemy zmieniać scenerię i aktorów, ale emocjonalny klimat i sposób konfrontowania się z życiem pozostają takie same.

Nie zatrzymywać życia? Ale jak to zrobić?

 

Informacja z wewnątrz nas

Ucz się na błędach. Łatwo powiedzieć. Magdalena Mazurkiewicz, psychoterapeutka, trenerka uważności, mówi, że wyjście z pułapki błędów to proces, który wymaga treningu. Na początku nie jest łatwo, ponieważ możemy nie być świadomi, że popełniliśmy błąd, więc o skutki obwiniamy świat i ludzi. Możemy utknąć w tym miejscu, w kółko powtarzać te same błędy, nie przeczuwając nawet, w jaki sposób wpływają na nasze życie.

Magda: – To jest powszechne, wszyscy to znamy. Na przykład za błędy naszych piłkarzy odpowiedzialna jest zła pogoda, zły trener, niesprzyjający sędzia, niechętna publiczność.

Pierwszy krok to zobaczyć, że sami sobie to robimy – na tym właśnie polega uważność, bycie świadomym. Kłopot w tym, że w momencie, gdy uświadamiamy sobie błąd, co prawda przestajemy obwiniać innych, ale teraz obwiniamy siebie; skoro się potknęłam, to znaczy, że jestem głupia i beznadziejna. Tak zaczyna się depresja. Myśli pełne pretensji wzmagają złość na siebie, rośnie napięcie, które wylewa się na innych.

Magda: – Kolejny krok to popatrzeć na siebie z łagodnością i współczuciem, ale nie w sensie użalania się nad sobą. Potrzebujemy dla siebie takiej czułości, wyrozumiałości, ciepła i troski, jakie mamy dla dziecka, które się przewróciło. Z punktu widzenia uważności jesteśmy dobrzy z natury, mamy w sobie głęboką inteligencję i kreatywność. To, że popełniliśmy błąd, ma dla nas sens, to jest informacja z wewnątrz nas. Taka samoświadomość sprawia, że możemy docenić to, co mamy, co już osiągnęliśmy, i docenić błędy.

Przechodziła ten proces wiele razy. Przez osiem lat żyła w związku z mężczyzną, zanim uznała, że to błąd. Żyli w osobnych światach, skupieni na własnych potrzebach. Wspólna przestrzeń to były podróże, wypady do znajomych. Nie było bliskości, intymności, rozmów o sobie, co się z nami dzieje, wzajemnego zrozumienia, wsparcia. Zaczęły się kłótnie i nieporozumienia. Zna poczucie winy, biczowanie siebie: „zmarnowałam osiem lat, prawdziwy dramat”. Wiedziała już jednak, że to, czego doświadczyła w tym związku, ma sens, służy czemuś dobremu. Zatrzymała się: Czego chcę? Czego potrzebuję? O co mi chodzi?

Magda: – Uważność przygotowała mnie na nowy związek, świadomy i bliski. Jestem wciąż zadziwiona, jak to działa.

Dziesięć lat pracowała w reklamie. Marzyła, by awansować, być dyrektorem zarządzającym, ale przez dwa lata to się nie udawało. Gdy wreszcie dostała propozycję awansu z innej firmy, czuła się wymęczona i wypalona. Mimo to przyjęła tę propozycję.

Magda: – To był błąd, wiele mnie kosztował. Zabrakło autorefleksji: „Czy w dalszym ciągu chcę tego awansu? Czy to dla mnie dobre?”.

Żyła w stresie i w lęku. Ostatkiem sił wstawała rano z łóżka, z niechęcią szła do pracy. W końcu dotarło do niej, że reklama, biznes to nie jest jej świat. Zamknęła ten etap życia. Doceniła wiedzę, którą zdobyła. Zaczęła studia psychologiczne. Wspólnie z przyjaciółką Julią Wahl założyły The Mind Institute, firmę, która organizuje treningi uważności.

 

Każda chwila jest nowym początkiem

– Popełniałam błąd za błędem, wychowując syna – mówi Katarzyna Ramirez-Cyzio, wykładowczyni w szkole biznesu, prezeska Pracowni Satysfakcji. – Gdy odeszłam od męża, Marco miał trzy latka. Musieliśmy przetrwać, więc pracowałam po 16–18 godzin na dobę. W tym czasie mój synek radził dobie sam, klucze na szyi, obowiązki, które – myślę dzisiaj – przerastały dziecko. Pamiętam, wracałam późno, on starał się nie zasnąć, żeby mnie zobaczyć, rano wybiegałam z domu. Zabierałam go ze sobą do biura, odrabiał lekcje, siedząc pod stołem, gdy ja pracowałam. Nie odprowadzałam go do szkoły, nie chodziłam na wywiadówki. Miałam poczucie winy: zaniedbuję dziecko, jak tak można? Myślałam o sobie, że jestem złą matką.

Pracowała jako asystentka stomatologa, w domu pomocy społecznej, w urzędzie pracy, potem w fundacjach, była dyrektorem personalnym w firmach konsultingowych, ubezpieczeniowych, w bankach, pisała pracę magisterską, potem doktorską, dokształcała się: „całe życie pod napięciem, w pośpiechu, na pięć etatów, żeby się utrzymać”.

Pytała siebie, jak pogodzić pasje zawodowe, zarabianie pieniędzy z byciem dobrą mamą. Usłyszała takie zdanie od kobiety, która odeszła z pracy, żeby być dla dzieci: „dzieci mają matkę albo bogatą, albo szczęśliwą”.

Katarzyna: – Albo albo? Chciałam, żeby Marco widział mamę, która sobie radzi, jest wykształcona, aktywna, osiąga sukcesy. Ale co zrobić z poczuciem winy? Wymyśliłam coś, co okazało się dla nas bardzo dobre. „Synku – mówiłam – ja teraz pracuję. Ale gdy skończę, będę tylko dla ciebie”. Mieliśmy dla siebie niewiele czasu, za to najwyższej jakości. Wspólny obiad, czekolada w kawiarni, kino, spacer to były nasze święta. Pamiętam, pojechaliśmy na przedłużony majowy weekend do Włoch. Z dnia na dzień mówię: „jedziemy na pizzę do Wenecji”. Szukaliśmy tanich noclegów, włóczyliśmy się po renesansowych miastach. Takie chwile to moje perły w życiu. Często przywołuję je w pamięci. Dziś Marco jest 24-letnim mężczyzną, skończył psychologię. Gdy rozmawiamy o jego dzieciństwie, mówi, że dało mu siłę, nauczyło samodzielności, zaufania do swoich możliwości. Mamy dobrą, mocną więź.

A teraz w swojej pracy coacha często słyszy od zapracowanych mężczyzn: „Coś jest nie tak, coś nie gra. Robię jakiś błąd”. Okazuje się, że poczucie winy, ciągłe starania to nie tylko domena kobiet.

Mężczyźni menedżerowie pracują, żeby zapewnić rodzinie najlepsze życie; wybudować dom, kupić samochód, wysłać dzieci na wakacje, wykształcić je. Pyta, po co to robią. „żeby pokazać, że ich kocham, że są najważniejsi”. Pyta, kiedy ostatnio spędzali czas z bliskimi, kiedy mieli wolny weekend, urlop, czy znają imiona przyjaciół dzieci.

Rozmawiam o błędach ze znanym z łamów naszego pisma psychoterapeutą Benedyktem Peczko. Śmieje się: – O tak, na terapii bardzo często zajmujemy się „niewybaczalnymi błędami”. Na przykład mężczyzna wraca myślą do okresu młodzieńczej miłości. Fantazjuje, co by było, gdyby związał się z tamtą dziewczyną. Jak to byłoby wspaniale! Żyje fantasmagoriami, łudzi się, że niewiele brakowało, a jego życie wyglądałoby inaczej. Wybrał nie tę kobietę, którą należało wybrać, popełnił taki błąd! Potem fatalne studia, zmarnowane lata: „wszystko popsułem, pogrążyłem się”. Mamy tendencję do przypisywania sobie winy za każdą decyzję, którą podjęliśmy. Nie doceniamy zebranych doświadczeń, poznanych ludzi, spotkań, wiedzy, którą zdobyliśmy. Przetrwaliśmy, żyjemy. To jest nasze wyposażenie, na którym możemy się oprzeć. I iść dalej. Fantazje na temat tego, co by było gdyby, są tworami wirtualnymi, które w żaden sposób nas nie budują, tracimy czas.

Także Magda Mazurkiewicz zwraca uwagę na to, że za każdym razem, gdy rozpamiętujemy „totalne błędy”: „gdybym 20 lat temu nie wróciła ze Stanów, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej!”, wzmacniamy depresję. Błędy objęte uważnością zwracają nas ku przyszłości, poszerzają świadomość, uczą radzenia sobie z trudnymi sytuacjami i z trudnymi emocjami. Każda chwila jest nowym początkiem, zawsze – do końca życia – możemy zaczynać od nowa.

  1. Psychologia

Czy miłość wszystko wybaczy?

To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
Ktoś bliski zawiódł, zdradził… Czy miłość wszystko wybaczy? – pyta Agata Domańska. Tak, jeśli zaczniemy od miłości do siebie – mówi psychoterapeutka Teresa Raczkowska.

Co to właściwie jest zranienie?
To jest rodzaj wyjątkowej sytuacji, której doświadczamy nagle – choć bywa, że często – i która odbiera nam poczucie tożsamości, bezpieczeństwa, gruntu pod nogami. Zranienie jest poczuciem utraty łączności i jedności z drugą osobą, zachwianiem takiego podstawowego „mostu”, który nas łączy.

Czyli cierpimy podwójnie: z powodu zranienia, jak i oddzielenia.
Tak, przy czym poczucie oddzielenia dotyczy relacji, ale także oddzielenia od nas samych, co jest mniej uświadamianym, głębszym aspektem. Zazwyczaj reakcją na zranienie jest nawykowe obwinianie: ktoś mnie zranił, to jego wina. Tymczasem druga osoba jest wprawdzie nadawcą bodźca, ale żeby raniła, musi trafić w nasze dawne zranienie. Każdy ma w sobie takie obszary – im ich więcej, tym łatwiej i częściej będzie się czuł raniony.

I dlatego reakcja bywa nieadekwatna do bodźca?
Właśnie! Oczywiście z punktu widzenia osoby doświadczającej zranienia, reakcja jest adekwatna. Więc odpowiada złością, smutkiem, izolacją, wściekłością, obniżeniem nastroju, lękiem przed bliskością. Kiedy poczucie zranienia jest bardzo głębokie i zupełnie nieprzepracowane, często wycofuje się z relacji.

Trzeba mieć świadomość, że to moja reakcja i przyglądać się jej?
Tak, zobaczyć, co się we mnie obudziło. Za pierwszym razem to się raczej nie udaje, ale kiedy napięcie opada, może pojawić się ślad w pamięci, myśli: „Już kiedyś to przeżyłem, tylko bardzo skrzętnie wyparłem. Teraz ktoś utorował temu bolesnemu wydarzeniu drogę na powierzchnię. I właściwie powinienem być mu wdzięczny, bo pokazuje mi mnie samego”.

Ale złość, obraza czy opór są chyba normalne?
Jasne! Problem polega na tym, że my najczęściej od razu wpadamy w mechanizm obrony i ataku, który jest automatyczny, nieświadomy i niczego nie wnosi. Kolejność powinna być taka, że najpierw załatwiam sprawę ze sobą – i można to zrobić względnie szybko – a dopiero potem się konfrontuję z sytuacją. Nie ma nic gorszego, niż zamknięcie się w bólu – „jestem zraniona i teraz sobie cierpię”.

Powinniśmy drugiej osobie pokazać, co nam robi?
Raczej pokazać, co czujemy. Powiedzieć z pozycji „ja”, co „mnie” dotyka. Nie przerzucać poczucia winy, nie oskarżać, nie osądzać, nie ferować wyroków. Ograniczyć się do własnego wnętrza.

Ale są przecież niepotrzebne zranienia, takie ewidentne krzywdy?
Tak, są takie sytuacje. Z reguły mamy poczucie krzywdy, kiedy inni nami manipulują, bo chcą mieć rację, przeforsować swoje zdanie. Ale i wtedy – w pełni świadomi – możemy zobaczyć, że gdybyśmy naprawdę siebie zaakceptowali, nie doszłoby do zranienia. Manipulator nieświadomie zahacza o tę część, której w sobie nie lubimy, a to powoduje, że nie odpowiadamy mu z właściwej pozycji.

Wszystko można wybaczyć? Zdradę również?
Zdrada to ogromne nadszarpnięcie zaufania. Oczywiście, że można wybaczyć, ale takiego obowiązku nie mamy, nawet gdy partner bardzo prosi o wybaczenie.

Czasem się wybacza, ale się nie zapomina, tylko np. wypiera coś ze świadomości. To nie jest zdrowe. W ogóle to, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie.

Ja nie namawiam nikogo do wybaczania, bo żeby wybaczyć, trzeba najpierw ranę zabliźnić w sobie, ponownie przeżyć tę sytuację. O wybaczeniu można myśleć, kiedy poczujemy, że uraza, zranienie i ból zostały rozpuszczone – troską o siebie albo zabiegami tego, który skrzywdził.

A jeśli pozostajemy w relacji, w której ktoś nas krzywdzi i wcale nie wybaczamy…
To znaczy, że jest to relacja oparta na uzależnieniu, a my nie akceptujemy samych siebie. Jeśli nie odnajdziemy się w swoich uczuciach i będziemy nosić urazę, nie będzie zgodności z tym, co czujemy i robimy – wtedy będziemy postępować wbrew sobie.

Czy to równoznaczne z przyjęciem postawy ofiary?
Ofiara to ktoś, kto się godzi na to, co go w życiu spotyka i nic z tym nie robi. Pogrąża się w poczuciu bezradności. Może mieć też korzyści z tego, że jest ofiarą: jak jestem biedny i raniony, to ktoś się wreszcie nade mną zlituje i pocieszy.

Klasyczny przykład żony alkoholika: on wprawdzie pił i bił, ale ona poświęcała się „dla dzieci” i ciągnęła ten niewdzięczny wózek. To zwalnia od poczucia odpowiedzialności za swoje życie.

A przemoc fizyczna?
To jest przestępstwo. Z tym się nie dyskutuje i nie wybacza, tylko składa doniesienie do prokuratury i broni swego bezpieczeństwa. Tu nie potrzeba żadnej psychologii.

Teresa Raczkowska psycholog, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczną metodą Gestlat. 

  1. Psychologia

Kolejny związek, te same błędy - czego oczekujemy od relacji?

Dlaczego w kolejnych związkach popełniamy ciągle te same błędy? Czego nie chcemy dostrzec w komunikacji z partnerem? (fot. iStock)
Dlaczego w kolejnych związkach popełniamy ciągle te same błędy? Czego nie chcemy dostrzec w komunikacji z partnerem? (fot. iStock)
Czy zdarzyło Ci się wpadać kolejny raz w tę samą rolę, mimo, że byłaś w związku z innym mężczyzną? Czy odważyłaś się zadać sobie pytanie z kim chcesz być i kim chcesz być w tej relacji? Brak czasu, tempo życia i chaos są „doskonałymi” wymówkami, które powodują popełnianie ciągle tych samych błędów.

Postaraj się zatrzymać i poświęcić sobie chwilę uwagi na to, by móc znaleźć w sobie odpowiedzi. Zapytaj siebie przede wszystkim, jaka relacja mogłaby Cię satysfakcjonować? Czy taka, w której to Ty jesteś dominatorem, czy w tej roli wolałabyś obsadzić partnera? Może właśnie taką relację przerabiałaś i masz dość ciągłego odświeżania atmosfery po kolejnym konfliktowym starciu? Może jesteś jedną z tych osób, która pragnie partnerstwa w związku? Tęsknisz za równomiernym podziałem obowiązków i przywilejów?

Doświadczenie pokazuje, że dostosowujemy swoje zachowanie do drugiej osoby wówczas, gdy uważamy to za korzystne dla nas. Jeśli uległością, spolegliwością wobec dominatora „kupimy” tak zwany święty spokój, wówczas kalkulujemy, że jest on dla nas korzystny i w taki sposób się zachowujemy. Ale czy “święty spokój” to jedyny produkt na jaki nas stać?

Zdolność zrozumienia innych osób i samego siebie ma ogromne znaczenie dla każdego człowieka. Zrozumienie swojego stylu komunikowania się z innymi, własnego stylu zachowań, reakcji na różnorakie wydarzenia – to klucz do satysfakcjonujących relacji z innymi. Wówczas nie popełniamy ciągle tych samych błędów lub popełniamy je w coraz mniejszym stopniu. Opierając się przykładowo na teorii czterech stylów społecznych (dominujący, ekspresywny, współpracujący, analityczny), można by sprecyzować kierunek swojej postawy w komunikowaniu się z otoczeniem. Warto zwrócić na nie uwagę w kontekście związków. Co cechuje osoby należące do poszczególnych typów? Jak wpływa to na komunikację?

Typ dominujący charakteryzuje się dość autorytarnym podejściem do relacji z drugim człowiekiem, zdecydowany i nie znoszący niekorzystnych dla niego kompromisów.

Typ ekspresywny to taki, który w sposób pełen ekspresji, czasem też chaotyczny, przedstawia swój punkt widzenia. Może w partnerze budzić odczucie zachwianego poczucia bezpieczeństwa.

Typ współpracujący to typ idealny dla osób, które pragną partnerskich relacji w związku. Ten styl społeczny charakteryzuje się ugodowością, równowagą emocjonalną i cierpliwością w realizacji obranego celu.

Typ analityczny to taki, który ujarzmi ekstrawertyka, pokaże mu inne aspekty danej sprawy i rzeczowo podejdzie do problemu, zazwyczaj bez emocji.

Prawda jest taka, że każdy z nas ma w swoim sposobie bycia elementy każdego z tych stylów. Ważne jest jednak poznanie nurtu przeważającego.

Nierozumienie różnic między ludźmi i założenie, że każdy powinien przyznać nam rację, zachowywać się i myśleć podobnie jak my jest przyczyną konfliktów na każdym polu, na którym ludzie wchodzą w jakiekolwiek interakcje. Stąd wiedza o sobie samym ma tak kluczowe znaczenie w relacjach i pomaga zdobywać wiedzę o innych.

Jeśli jesteś w kolejnym związku, w którym pełnisz rolę dominującą, a Twoje relacje z partnerem się pogarszają, może warto dostrzec oraz skomunikować wzajemne różnice. Warto z odwagą zadać sobie nawzajem pytania weryfikujące wasze odczucia związane z waszym związkiem, tj. „Co mogł(a)bym zmienić, abyś czuł(a) się ze mną dobrze?”; „Co Ty chciał(a)byś zmienić, abyśmy się lepiej rozumieli?”; „Kiedy przy mnie czujesz się sobą?”; „Kiedy czujesz, że musisz kupować tzw. “święty spokój” i w jakich sytuacjach ci to odpowiada, a w jakich nie?”

Nie ma jednej recepty na związek. Z pewnością mamy jednak podobne problemy, które można rozwiązać uniwersalnymi radami, ale z nałożeniem indywidualnego filtra. Z każdej lekcji, z której nie wyciągnęliśmy wniosków i nie odrobiliśmy zadania domowego, będziemy musieli odrobić lekcją wyrównawczą.

Zatem, aby nie popełniać ciągle tych samych błędów, odróbmy zadanie domowe z poprzedniej życiowej lekcji, a potem włóżmy je do bagażu doświadczeń, by nie zasłaniał tego, co przed nami.

Ewelina Jasik: propagatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety, częściej niż mężczyźni, zadręczają się rozpamiętywaniem zdarzeń? – badania psychologów

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Kobiety mają więcej tematów do rozpamiętywania

Status kobiet w społeczeństwie uległ w ciągu ostatnich 50 lat diametralnej zmianie. W pracy zarobkowej kobiety nie muszą się już ograniczać do wąskiej grupy dostępnych zawodów i zaczynają przebijać się na sam szczyt w różnych branżach – a także żądają równych z mężczyznami wynagrodzeń. W relacjach z płcią przeciwną wiele kobiet oczekuje szacunku i równego dzielenia się domowymi obowiązkami.

Nadal jednak długa droga przed nami. Kobiety w dalszym ciągu za tę samą pracę dostają 74 centy za każdego zarabianego przez mężczyzn dolara, a luka płacowa widoczna jest szczególnie wśród pracowników o niskich dochodach. Kobiety wprawdzie proszą mężczyzn o więcej „pomocy” w domu i przy dzieciach, ale często jej nie dostają. Nasze badania wskazują, że większość zamężnych pracujących matek nadal wykonuje lwią część domowych obowiązków. A chociaż wykonują bardziej prestiżowe i lukratywne zawody niż kiedykolwiek wcześniej, wiele z nich twierdzi, że ich partnerzy nie cenią i nie szanują ich pracy w wystarczającym stopniu.

Ten chroniczny stres – nieustające frustracje i ciężary towarzyszące kobietom na skutek ich niższej pozycji społecznej – wydaje się sprzyjać ich podatności na rozpamiętywanie. Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdziliśmy, że osoby doświadczające chronicznego stresu – a to częściej kobiety niż mężczyźni – znacznie częściej oddają się rozpamiętywaniu.

Chroniczny stres może także wpędzać kobiety w przekonanie, że niewiele w swoim życiu są w stanie kontrolować, a to dodatkowo zachęca je do rozpamiętywania. Podejrzewam jednak, że większość kobiet w sytuacji chronicznego stresu ma nadzieję, że da się jakoś poprawić ich sytuację, a w efekcie nie stają się całkowicie bezradne i pozbawione nadziei. Przeciwnie, szukają wytłumaczenia, dlaczego życie nie idzie po ich myśli, dlaczego czują się tak często sfrustrowane i zdenerwowane, jak mogą przekonać partnerów do pomocy w domu i przy dzieciach (bez narzekania!) i co mogą zrobić, by ich partnerzy i rodziny bardziej je doceniali.

Odpowiedzi na te pytania nie są niestety zawsze oczywiste. Psycholog Faye Crosby z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz stwierdziła, że wiele kobiet, które według obiektywnych standardów żyje w nierównych i pozbawionych wsparcia związkach lub doświadcza nieskrywanej dyskryminacji w pracy, nie przyjmuje – albo nie jest w stanie przyjąć – do wiadomości, że są ofiarami. Co więcej, nawet jeżeli przyjmą ten fakt do wiadomości, nie zawsze dysponują środkami, by wydostać się z takiej sytuacji. (…)

Doskonałym paliwem dla rozpamiętywania są bolesne, a często traumatyczne doświadczenia kobiet, które wynikają z braku równej z mężczyznami sprawczości i statusu. Do traum, których kobiety doświadczają częściej niż mężczyźni, należy przemoc seksualna. Możemy się kłócić o prawdziwy odsetek przypadków przemocy seksualnej w społeczeństwie, ale takie badania jak to przeprowadzone przez Mary Koss (M.P. Koss i D.G. Kilpatrick, „Gwałt i napaść na tle seksualnym”, Nowy Jork 2001) jednoznacznie wskazują, że kobiety przynajmniej dwukrotnie częściej niż mężczyźni padają ofiarą poważnych przypadków przemocy seksualnej, takich jak gwałt czy kazirodztwo. Na podstawie własnych badań stwierdziłam, że kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, są znacznie podatniejsze na ataki rozpamiętywania (to samo dotyczy mężczyzn). Trauma tego rodzaju niszczy podstawowe wyobrażenia o świecie, w którym złe rzeczy przydarzają się innym. Jeżeli sprawcą traumy jest członek rodziny lub przyjaciel, takie doświadczenie niszczy zaufanie i poczucie bezpieczeństwa ofiary. W efekcie często pozostawiona jest ona sama sobie i rozpamiętuje, czemu coś takiego przydarzyło się właśnie jej. (…)

Z powodu braku sprawczości społecznej kobiety mają wiele innych problemów poza traumą na tle seksualnym. Psycholog Deborah Belle z Uniwersytetu Bostońskiego wykazała, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni żyją w ubóstwie. Ono z kolei prowadzi do podwyższonego ryzyka szeregu czynników stresogennych, w tym narażenia na przestępczość i przemoc, choroby i śmierć dzieci oraz przemoc fizyczną i seksualną. Ponadto ubóstwo skutkuje także chronicznymi i pozostającymi poza naszym wpływem negatywnymi warunkami życiowymi, w tym mieszkaniem w złych warunkach i w niebezpiecznych dzielnicach oraz niepewnością finansową. To dostarcza ubogim kobietom paliwo do rozpamiętywania – moje badania wskazują, że ubóstwo wśród kobiet wiąże się z tendencją do rozpamiętywania.

Samookreślenie sprzyja rozpamiętywaniu u kobiet

Jedną z największych i najpowszechniejszych różnic osobowościowych między kobietami a mężczyznami jest ich odniesienie do innych. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni określają się w relacji do innych – jestem córką Catherine i Johna, żoną Richarda i matką Michaela. Kobiety budują także szersze i głębsze sieci społeczne niż mężczyźni. Jako kobiety znamy więcej osób na głębokim, emocjonalnym poziomie i bardziej niż mężczyźni wsłuchujemy się w emocje innych.

Rozległe i głębokie sieci społeczne wspaniale wzbogacają życie kobiet i są ważnym źródłem wsparcia w razie potrzeby. Niestety zwiększają także liczbę źródeł zmartwień. Socjolog Ron Kessler z Uniwersytetu Harvarda stwierdził, że traumatyczne wydarzenia w życiu innych ludzi mają znacznie większy wpływ na kobiety niż na mężczyzn. W przypadku choroby, wypadku czy innej stresogennej sytuacji przyjaciela czy członka rodziny kobiety znacznie częściej niż mężczyźni są smutne, martwią się i niepokoją.

Co więcej, jak odkryła psycholog Vicki Helgeson z Uniwersytetu Carnegie Mellon, kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. W efekcie nieustannie się martwią i niepokoją o implikacje najdrobniejszych nawet zmian w tych relacjach. Co więcej, prowadzi je to do podejmowania złych decyzji we własnym życiu, ponieważ starają się wszystkich zadowolić. Moje badania wykazały, że tendencja do nadmiernego zaangażowania emocjonalnego prowadzi u kobiet do chronicznego rozpamiętywania.

Za dobry przykład może tu posłużyć historia 29-letniej fizjoterapeutki Denise. Już sam fakt, że jej mąż Mark wstaje z łóżka lewą nogą, jest dla Denise dobrym powodem do rozpamiętywania. Mark nie lubi poranków i po przebudzeniu ma zły humor – szczególnie, jeżeli kiepsko spał. Snuje się w szlafroku i w milczeniu popija kawę. Przy śniadaniu bez potrzeby warczy na dzieci, że nie potrafią się zachować. Z kolei Denise uwielbia poranki i czuje się wtedy najlepiej. Budzi się o 5.30 rano, biegnie sześć kilometrów na mechanicznej bieżni i po szybkim prysznicu w doskonałym humorze schodzi na śniadanie. Gdy po wejściu do kuchni zauważa, że Mark jest w złym nastroju, jej mózg natychmiast zaczyna szaleć:

Czy zrobiłam wczoraj wieczorem coś, co go zdenerwowało? Nic nie pamiętam. Ale byłam tak śpiąca, że może i zrobiłam. Czy dzieciaki zrobiły coś strasznego? Może martwi się o pracę? O nie, nie będę nic mówić o pracy – jeżeli jest mu tam źle, nie zniosę tego.

Ostatecznie kobieta pokornie pyta męża, co się dzieje. Jeżeli ma naprawdę zły nastrój, odwarknie „Nic!”, ale zwykle zdaje sobie sprawę, że wstał z łóżka lewą nogą i jej to mówi. Partnerka jednak nie wierzy, że to prawda, i zastanawia się, co go tak naprawdę gryzie. (…)

Naturalnie nie chodzi o to, żeby kobiety stały się wobec innych chłodne i obojętne. Te z nas jednak, które za bardzo identyfikują się przez pryzmat swoich relacji, powinny znaleźć lepszą podstawę do samookreślenia, aby nie były zawsze rzucone na pastwę nieuniknionych wzlotów i upadków związków międzyludzkich. To jednak możliwe jest wyłącznie wtedy, kiedy uznamy, że mamy skłonność do rozpamiętywania, i wypracujemy strategie, by się z niego wyzwolić.

Czy rozpamiętywanie to dla kobiet norma?

Być może kobiety są bardziej niż mężczyźni podatne na rozpamiętywanie dlatego, że są bardziej emocjonalnie nastawione. Nawet przedszkolaki wiedzą, że dziewczynki doświadczają emocji i okazują je bardziej niż chłopcy, a przekonanie to króluje także wśród dorosłych, we wszystkich grupach wiekowych. Jest to jeden z mitów kulturowych, w którym może być ziarno prawdy – przynajmniej jeśli chodzi o niektóre emocje. Psycholog Lisa Feldman Barrett z Boston College stwierdziła, że kobiety nie tylko mówią, że doświadczają więcej emocji niż mężczyźni, ale bezpośrednie obserwacje kobiet i mężczyzn z różnych grup wiekowych i obszarów geograficznych potwierdziły, że także w większym niż mężczyźni stopniu je artykułują i okazują. Feldman Barrett i jej współpracownicy poprosili respondentów z siedmiu różnych lokalizacji i grup zawodowych w USA i Niemczech o opisanie, jak czuliby się oni sami i inni ludzie w dwudziestu różnych scenariuszach. Jeden z nich brzmiał następująco: „Ty i twój najlepszy przyjaciel macie to samo stanowisko. Co roku przyznawana jest nagroda dla najlepszego pracownika. Oboje ciężko pracujecie, by ją zdobyć. W końcu ogłoszony zostaje zwycięzca – to twój przyjaciel. Jak się czujesz? Jak czuje się twój przyjaciel?” Uczestnicy mieli za zadanie zapisać odpowiedzi na pytania, a badacze analizowali je pod kątem ilości wyrażonych emocji. We wszystkich siedmiu grupach kobiety wykazały większą niż mężczyźni świadomość emocji tak własnych, jak i innych ludzi w podanych scenariuszach.

Czy świadomość emocjonalna to cecha, z którą kobiety się rodzą? Być może, ale są też podstawy, by przypuszczać, że kobiety od wczesnego wieku są „szkolone” do zwracania większej uwagi na uczucia niż mężczyźni. Badania prowadzone przez psychologów rozwojowych, jak np. Eleanor Maccoby z Uniwersytetu Stanforda i Judith Dunn z Instytutu Psychologii w Londynie, wykazały, że ogromną różnicą w sposobie traktowania córki i synów przez rodziców jest zwracanie uwagi na smutek i lęk oraz wspieranie wyrażania ich u dziewczynek oraz zniechęcanie do tego chłopców. Wielu teoretyków argumentuje, że zniechęcanie do wyrażania negatywnych emocji jest dla chłopców niezdrowe, ponieważ przez to uczą się zaprzeczać własnemu smutkowi i strachowi i je wypierać. Bez wątpienia jest to do pewnego stopnia prawda.

Są jednak coraz większe podstawy, by sądzić, że rodzice wcale nie działają na korzyść swoich córek, pielęgnując ich złe nastroje. Niektórzy nadmiernie wzmacniają ekspresję smutku i niepokoju u dziewczynek, zachęcając je na przykład do rozmowy o tych uczuciach i pomagając wymieniać wszystkie możliwe przyczyny smutku i lęku zamiast pomóc im wymyśleć sposoby na zmianę trudnej sytuacji czy lepsze radzenie sobie w takich okolicznościach. Dodatkowo niektórzy rodzice dużo mówią o własnym niepokoju czy smutku i wyrażają przy tym własną bezradność i brak nadziei. Co więcej, częściej pozwalają sobie na to przy córkach niż przy synach. Dziewczynki odbierają bardzo wyraźny sygnał – nieszczęście czyha wszędzie wokół i nic nie można z nim zrobić, trzeba się na nim po prostu skupić.

W naszych badaniach zapytaliśmy kobiety i mężczyzn, na ile są w stanie kontrolować negatywne emocje, jak na przykład smutek i lęk. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni mówiły, że uczucia te nie poddają się kontroli – nic nie można z nimi zrobić. Jeżeli da się negatywnym uczuciom i powiązanym z nimi myślom wolną rękę, szybko prowadzi to do napadu rozpamiętywania. W naszym badaniu stwierdziliśmy, że im bardziej zdaniem danego respondenta negatywne emocje nie poddają się kontroli, tym większe prawdopodobieństwo, że jest rozpamiętywaczem.

Wiele kobiet angażuje się dodatkowo w rozpamiętywanie zbiorowe. Siedzą razem i poddają różne kwestie szczegółowej analizie zamiast zachęcać się do aktywnego zarządzania uczuciami czy rozwiązywania problemów. Kiedy podsycamy wzajemnie ogień negatywnych rozmyślań, czujemy się zrozumiani i usprawiedliwieni w naszych uczuciach, ale nadal jesteśmy przytłoczeni naszymi problemami i nic z nimi nie robimy.

Fragmenty z książki „Kobiety, które myślą za dużo”. Jej autorka, Susan Nolen-Hoeksema, była amerykańską profesor psychologii na Uniwersytecie Yale.

Jeśli mierzysz się z problemem rozpamiętywania, zadręczasz się minionymi zdarzeniami, rozmowami i nie potrafisz wyrwać się z myślowego kołowrotka i gonitwy myśli – ta książka może okazać się bardzo pomocna.