1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Terapia trudnej przyjaźni. Dlaczego przyjaciele coraz częściej nas zawodzą?

Terapia trudnej przyjaźni. Dlaczego przyjaciele coraz częściej nas zawodzą?

Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. (Fot. iStock)
Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. (Fot. iStock)
Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. Dlaczego tak się dzieje - próbuje ustalić psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz, komentując kłopot swojej pacjentki, Marzeny.

Przede mną siedzi młoda, elegancka kobieta i szlocha jak nastolatka. Rozczula mnie, kiedy wyciera łzy rękawem jedwabnej bluzki. Marzena poprosiła o sesję, ponieważ rozstała się z przyjaciółką. Kiedy spytałam, czego potrzebuje, odpowiedziała, że chce zrozumieć, co tak naprawdę się stało. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak to bardzo boli – wymawia na jednym wydechu. – Wyobrażam sobie – mówię. – Sama przeżyłam dwa rozstania z ważnymi dla mnie przyjaciółkami, a właściwie trzy, bo była jeszcze przyjaźń z mężczyzną. To strata wcale nie mniejsza od straty partnera miłosnego.

Marzena opowiada, że od miesiąca nie może spać, jeść, pracować. Bezustannie rozmyśla, dlaczego tak się stało i czy dałoby się cofnąć czas. Słucham jej uważnie i w pewnej chwili uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie wiem, co się stało. Strata przyjaciółki może oznaczać śmierć, wyjazd gdzieś daleko albo po prostu rozstanie, zerwanie przyjaźni. – Czy twoja przyjaciółka zmarła? – pytam, choć intuicja mi podpowiada, że nie o śmierć chodzi. – Skąd, nie – Marzenę przeraża sama myśl o tym. – Czy wasza przyjaźń umarła? – nie wiem dlaczego, ale czuję, że wątek nieodwracalności ma tu znaczenie. Marzena przez chwilę się zastanawia: – Nie, mam nadzieję, że nie. – Czyli jest jeszcze jakaś nadzieja?

Kobieta spuszcza głowę, a potem obejmuje ją dłońmi. – To ja zrezygnowałam z tej przyjaźni – szepcze. – Już dłużej nie mogłam.

Czyli to głowa Marzeny powiedziała: dość. Ciekawe, jakich jej oczekiwań nie spełniała przyjaciółka.

Krok 1. Ustalamy, dlaczego Marzena płacze

Bardzo lubię i cenię sobie te pierwsze momenty sesji, kiedy pracujemy na symbolach; pacjent coś mówi, dużo pokazuje gestem, milczy w znaczących momentach, zastyga, a potem nagle gwałtownie się ożywia…, a ja chwytam te wszystkie znaki i jeśli tylko głowa mi w tym nie przeszkadza – nie włącza się potrzeba zbyt pochopnej interpretacji, nazywania – nanizuję je na sznureczek intuicji i przyglądam się, co z tego powstaje.

– Za czym płaczesz? – pytam. Marzena w lot łapie, o co mi chodzi, podnosi głowę, uśmiecha się i zaczyna snuć swoją opowieść o tym, jak się poznały, jak szybko doszły do wniosku, że są duchowymi siostrami, jak zgadzały się we wszystkim, tylko na szczęście faceci inni im się podobali. – Choć to ostatnie do czasu – Marzena poważnieje. – Anka wspierała mnie w decyzji o rozstaniu z Kubą, właściwie sama mnie do tego zachęcała, a potem została jego najwierniejszą przyjaciółką. Wtedy powiedziałam: dość.

Zatrzymuję ją gestem dłoni: – Zanim przejdziemy dalej, zróbmy krótką przerwę. Oprzyj się wygodnie, zamknij oczy, poobserwuj przez chwilę swój oddech.

Ja robię to samo, w wyobraźni próbując przywołać obraz mojego sznureczka intuicji. Czuję, że na ten moment jest już gotowy: przyjaźnią się od czterech lat, to czas pierwszego kryzysu i spadnięcia różowych okularów, czyli pierwszych rozczarowań przyjaciółką – relacja przyjacielska ma identyczną dynamikę jak relacja miłosna. Idziemy dalej: płacze po rozstaniu, co oznacza, że przyjaciółka jest nadal dla niej ważna, choć to ona zerwała przyjaźń. Zrobiła to, kierując się głosem rozsądku, co oznacza, że Anka nie spełniła jej oczekiwań, zaprzyjaźnienie się z jej byłym chłopakiem było kroplą, która przelała czarę…, ale jest jeszcze jakaś szansa na reaktywację.

Krok 2. Przyglądamy się przekonaniom na temat przyjaźni

Wiem, że Marzena bardzo potrzebuje opowiedzieć, a właściwie wyrzucić z siebie wszystkie przewinienia przyjaciółki. To jest ta potrzeba pacjentów, której nie lubię, bo wiem, że to strata czasu i nie ma żadnego wpływu na efekt terapii, za to pacjenci głównie z jej powodu przychodzą na sesje. Sama nieraz zalewałam potokiem żali swoich terapeutów, choć od dawna wiedziałam, że to jedynie kompulsja i odwlekanie chwili, gdy wreszcie pozwolę sobie czuć. Kiedy nadchodzi ten moment, zawsze zastanawiam się, jak go poprowadzić, żebym ja była w stanie wytrzymać, a pacjent miał poczucie, że opowiedział całą historię z detalami.

Podaję Marzenie kartkę i proszę, żeby wypisała wszystkie cechy dobrej przyjaźni.

– Napisz kilka, kilkanaście zdań zaczynających się od: „Moja prawdziwa przyjaciółka powinna…” – myślę, że to pozwoli Marzenie odreagować napięcie wynikające z rozczarowania przyjaźnią.

Następnie proszę, żeby zaznaczyła te oczekiwania, które spełniała Anka. Nietrudno się domyślić, że na początku – wszystkie, a pod koniec przyjaźni – żadnej. Pytam, czy chce zagłębiać się w wady przyjaciółki, czy bardziej skoncentrować się na swoich uczuciach.

– Tych dziś czy wtedy? – pyta, a ja cieszę się, że zadała to pytanie, i proszę, żeby zaczęła od „wtedy”.

Marzena wylicza wszystkie… no właśnie, chyba bardziej przewinienia niż to, co w naprawdę czuła, bo wygląda to mniej więcej tak: „Myślę, że było mi smutno, kiedy ona kolejny raz obiecała, że gdzieś się razem wybierzemy, a potem odwoływała”, „Pamiętam, że czułam się zawiedziona, gdy zapomniała o moich urodzinach”. Wyliczanka poparta jest gestem odliczania na palcach, a każde zdanie zaczyna się od: „myślę…”, „wydaje mi się…”. Znów wygląda na to, że Marzena kontaktuje się z głową, a nie z sercem.

Przyjaciół, podobnie jak partnerów miłosnych, wybieramy na podstawie tzw. deficytów, czyli emocjonalnego głodu, którego nie zaspokoili nasi rodzice. Stąd oczekiwania, że przyjaciel nigdy nie zawiedzie, będzie rozumiał bez słów itd. Problem w tym, że przyjaciółka również jest głodna i to bardzo często tego samego co my i wtedy pojawiają się pierwsze rozczarowania.

– Co teraz czujesz, kiedy myślisz o przyjaciółce? – pytam. Widzę, że oczy Marzeny znowu się zaszkliły. – Ryczę jak po stracie kochanka, wstyd mi. – To nic wstydliwego, że kochasz przyjaciółkę – mówię. – To piękne i ważne.

Marzena kładzie skrzyżowane dłonie na sercu. – Za bardzo mnie zraniła – szepcze. – Musiałam bronić siebie. Długo dawałam jej szansę.

Krok 3. Obalamy najbardziej szkodliwy mit na temat przyjaźni

Marzena nie tyle chce zrozumieć, co się stało, ile dlaczego jej przyjaciółka tak się zmieniła. – Od jakiegoś roku zaczęła być taka… nierówna; przez tydzień dzwoniła do mnie codziennie, pytała, co w pracy, jak się czuję, czy Kuba znowu nie wywinął mi jakiegoś numeru, a potem przez kolejny tydzień nie odbierała ode mnie telefonów. Kiedy ją w końcu dopadałam, była zła, mówiła, że nie ma czasu, że dużo pracuje, a ja przypadkiem dowiadywałam się, że w ostatni piątek nieźle balowała w klubie. Dowiedziałam się, że plotkuje na mój temat, cieszy się, że nie dostałam tego awansu, który szef obiecywał mi od roku.

Klasyczny przypadek nierównej albo ambiwalentnej przyjaciółki. To drugie to oczywiście określenie amerykańskich psychologów – ich zdaniem mamy wokół siebie coraz więcej ambiwalentnych przyjaciół, czyli takich, co to ranią nas bardziej niż najgorsi wrogowie: zawodzą, umawiają się i odwołują, zgadzają się pomóc nam przy projekcie, a potem wybierają korzystniejszą dla siebie ofertę… Powoli przestajemy móc na nich polegać, przyjaźń z nimi staje się coraz bardziej stresująca, a jednak trudno jest nam z niej zrezygnować.

Broniąc samych siebie, staramy się być asertywni, ale nasza asertywność szybko zamienia się w agresję, a potem w poczucie winy – w efekcie gubimy się w tym wszystkim, zastanawiając się, kto jest bardziej toksyczny: ja czy ona?

– Jak się teraz czujesz? – pytam. – Ciągle zastanawiam się, dlaczego tak bardzo się zmieniła? – Myślę, że ona zastanawia się nad tym samym – mówię. – Jestem pewna, że rozczarowanie jest obopólne.

Marzena sprawia wrażenie jakby mnie nie słyszała. – Z jednej strony czuję ulgę, że to wszystko się już skończyło – mówi wreszcie. – Ile razy można przeżywać rozczarowanie. Z drugiej strony tęsknię za nią, ciągle myślę, żeby do niej zadzwonić. – Co byś jej chciała powiedzieć? – Zapytać, co się stało. – A co ty sądzisz? – Ona chyba mnie już nie potrzebuje. – A co czujesz? – Czuję, że Anka nadal jest dla mnie ważna. – Możesz jej to powiedzieć? – No co ty? A jeśli mnie wyśmieje? Albo powie, że jej już nie zależy? – No właśnie, to co wtedy? – Muszę się jeszcze nad tym zastanowić.

I w tym momencie mogłybyśmy zakończyć sesję. Marzena przyszła do mnie w rozpaczy po zerwaniu przyjaźni. To trudne, bolesne, rozczarowujące – nic dziwnego, że cierpi. W trakcie sesji uświadomiła sobie, że przyjaciółka jest dla niej nadal ważna, a czuje, że ona dla niej nie – to dodatkowe źródło cierpienia. Chciała zrozumieć, co tak naprawdę się stało – właściwie to oczywiste: po czterech latach przyjaźni przyjaciółka przestała spełniać jej oczekiwania, więc zakończyła relację. Dlaczego przestała, a właściwie dlaczego, zdaniem Marzeny, tak się zmieniła? – tego bez samej zainteresowanej nigdy się nie dowiemy. Zwłaszcza że Marzena rozczarowywała się Anką w milczeniu.

To jest właśnie najbardziej szkodliwy mit na temat przyjaźni – przekonanie, że prawdziwa przyjaciółka nigdy nas nie zrani, nie zawiedzie, nie skrytykuje, a kiedy to jednak zrobi – sama się przywoła do porządku, bo powiedzenie jej o tym, co nas rani, przekreśla przyjaźń.

Krok 4. Marzena dostaje pracę domową

Zdałam sobie sprawę, że ta ambiwalencja dotyczy przede wszystkim nas samych, albo nas i naszych przyjaciół w jednakowym stopniu. Pomyślałam, że bardzo chcę, żeby Marzena na zakończenie sesji też to poczuła. – Czy to, że Anka zawiodła twoje oczekiwania, a mimo to nadal jest dla ciebie ważna i nadal jest w twoim sercu (zależało mi, by naprowadzić ją na trop serca ) – jest dla ciebie trudne? – No właśnie tego nie rozumiem. – Wiesz, te wszystkie powinności, które naszym zdaniem ludzie mają wobec nas, zwłaszcza ci ważni, to przekonania idące z głowy. – Nie bardzo rozumiem. – Chociażby to, że przyjaciółka zawsze musi stać przy nas murem albo że nie ma prawa zawieść. – To od czego w takim razie jest przyjaźń? – A może od tego, żebyśmy mieli w sercach wiele osób, które kochamy i które są dla nas ważne?

Marzena przez chwilę się zastanawia: – Rozumiem, ale ja też chciałabym być kochana i ważna. – I na pewno jesteś dla przyjaciół, dla Anki również. – To dlaczego mi tego nie okazuje? – Nie wiem, nigdy jej o to nie zapytałaś – mówię. – Wiesz, największa trudność polega na tym, że przyjaciół wybieramy z serca, a oczekiwania stawiamy im z głowy. Dopóki w sobie nie zintegrujemy głowy i serca, relacje z innymi ludźmi nie przestaną nas ranić.

Po tym zdaniu ogłaszam koniec sesji. Proszę, by Marzena została z tymi słowami i odezwała się do mnie, kiedy poczuje je sercem i zrozumie głową. Jeszcze tego nie zrobiła, ale jestem spokojna, że poczuła i zrozumiała tyle, ile była gotowa w danej chwili.

Autoterapia trudnej przyjaźni

  • Jeśli czujesz się rozczarowana przyjaciółką, przeanalizuj wszystkie swoje przekonania na temat przyjaźni (nie przyjaciółki). Potem zastanów się, ile z tych przekonań/oczekiwań sama spełniasz.
  • Jeśli nie zrobiłyście tego na początku, a teraz czujesz, że przyjaźń bardziej cię rani niż wspiera, wspólnie z przyjaciółką ustalcie, co jest dla was najważniejsze w tej relacji. Powiedz otwarcie i odważnie o swoich oczekiwaniach, ale zaakceptuj fakt, że przyjaciółka może nie chcieć/nie móc ich spełnić.
  • Kiedy czujesz, że wasza przyjaźń przechodzi kryzys – stań z boku i z dystansu spróbuj się zorientować, co się między wami dzieje. Oddziel uczucia od faktów.
  • W sytuacjach spornych, kiedy rozmawiacie o tym, co każdą z was rani, mów o uczuciach, a potem o zachowaniach, np.: „Kocham cię, bardzo wiele dla mnie znaczysz, ale kiedy kolejny raz obiecujesz, że zadzwonisz a nie dzwonisz, czuję się dla ciebie nieważna”.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.
 

  1. Zdrowie

Zdrowy sen to wyższa odporność i lepsze życie. Jak leczyć bezsenność i spać spokojnie?

Żyjemy w świecie, który dezorganizuje nasz naturalny rytm, a to z kolei zaburza wiele funkcji w naszym organizmie, w tym sen. Warto o nocną regenerację świadomie zadbać. (Fot. iStock)
Żyjemy w świecie, który dezorganizuje nasz naturalny rytm, a to z kolei zaburza wiele funkcji w naszym organizmie, w tym sen. Warto o nocną regenerację świadomie zadbać. (Fot. iStock)
Bezsenność to choroba cywilizacyjna, skutek życia w nadmiernym stresie i wzbudzeniu. Już ponad połowa Polaków ma problemy ze snem, a około 10 proc. cierpi na bezsenność. Rozmowa z dr n. med. Małgorzatą Fornal - Pawłowską, psychologiem klinicznym, psychoterapeutką.

Od 16 lat pracuje Pani w Poradni Leczenia Zaburzeń Snu przy Szpitalu Nowowiejskim w Warszawie - kto i jak tam trafia? Poradnia Leczenia Zaburzeń Snu funkcjonuje przy przyszpitalnej poradni zdrowia psychicznego. Pracują w niej lekarze psychiatrzy i psycholodzy, którzy specjalizują się w leczeniu zaburzeń snu. Naszymi pacjentami są najczęściej osoby, których kłopoty ze snem wynikają ze stresu albo problemów emocjonalnych. Oni najczęściej kierowani są do nas przez psychologów i psychiatrów. Mamy też pacjentów, którzy dowiedzieli się o nas z wyszukiwarek internetowych. Żeby się u nas leczyć nie trzeba mieć skierowania.

Z jakimi konkretnie problemami zgłaszają się pacjenci? Najczęściej skarżą się na przewleką bezsenność. Ale częstym problemem jest też nadmierna senność, albo nietypowe zjawiska występujące we śnie, które przekładają się później na codzienną jakość życia.

Czy bezsenność jest chorobą? Zdecydowanie. W  najnowszej klasyfikacji problemów zdrowotnych mamy odrębną kategorię nazwaną "zaburzenia snu”. Dawniej była ona podpięta pod zaburzenia psychiczne, neurologiczne, albo związane z oddychaniem. Znajduje się w niej sześć głównych typów zaburzeń snu:

  • bezsenność - najczęściej występująca choroba;
  • zaburzenia snu związane z zaburzeniem oddychania;
  • nadmierna senność, czyli hipersomnia;
  • zaburzenia rytmu snu okołodobowego - to problemy występujące najczęściej u osób, które pracują zmianowo, albo mają nieregularny tryb życia;
  • parasomnie - nietypowe zachowania w trakcie snu - np chodzenie, mówienie, krzyczenia, koszmary senne;
  • zaburzenie ruchowe w trakcie snu np. zespół niespokojnych nóg;

W sumie mamy kilkadziesiąt jednostek chorobowych związanych ze spaniem.

Jak diagnozuje się zaburzenia snu? Diagnoza polega przede wszystkim na zebraniu szczegółowego wywiadu. Pytamy pacjentów na czym dokładnie polegają ich problemy ze snem. Oni najczęściej skarżą się, że długo nie mogą zasnąć, albo nawet kiedy uda się im usnąć, w nocy się wybudzają i nie mogą ponownie zasnąć. Często problemem jest również to, że trudno pacjentom wstać po nocy i poczuć się rozbudzonym. Podczas wywiadu dowiadujemy się również tego, że to jak źle pacjenci śpią, a raczej nie śpią, wpływa znacząco na jakość ich życia, na codzienne funkcjonowanie. Jeśli problem występuje minimum 3 razy w tygodniu i trwa od trzech miesięcy, to wiadomo, że taka osoba kwalifikuje się do leczenia. Jednak diagnoza nie opiera się jedynie na wywiadzie dotyczącym samego snu. Zbieramy również informacje na temat ogólnego stanu zdrowia pacjenta, potencjalnych chorób, które mogą wpływać na sen, np. niedoczynność tarczycy. Jeśli ktoś ma na przykład dolegliwości bólowe i nie może zasnąć, to wiadomo, że to może być główny powód zakłócający sen. Jednak u wielu pacjentów nie ma takich oczywistych przyczyn problemów ze snem. Są one bardziej złożone, zwłaszcza, gdy bezsenność utrzymuje się przewlekle.

Co zatem może być przyczyną tego, że nie śpią? 60-80 proc. pacjentów, którzy mają przewlekłe problemy ze snem ma równolegle diagnozę innych chorób - najczęściej są to zaburzenia lękowe i depresyjne. Dlatego lekarz robiący wywiad podczas diagnozy, zbiera informacje dotyczące tego, co dzieje się w życiu emocjonalnym pacjenta, pyta o jego nastroje, lęki, kondycję psychiczną. Jeśli pacjent zgłasza, że ma w życiu intensywny stres, to nie ciężko się domyślić, że problemy ze snem mogą być wtórne i łączyć się z tą sytuacją. W diagnostyce zaburzeń snu bardzo ważny jest też wywiad dotyczące samego snu - o której godzinie chodzimy spać, wstajemy, czy zachowujemy stały rytm. itp. Bo okazuje się, że osoby, które mają kłopoty ze snem często same pogarszają swoją sytuację pogłębiając złe nawyki związane ze spaniem. I nawet jeśli początkowa przyczyna zaburzeń snu leżała gdzie indziej, to brak właściwej higieny snu, i narastający lęk przez kolejną nieprzespaną nocą, stają się czynnikami napędzającymi problem.

Wpadają w błędne koło? Dokładnie. Dlatego osoba, która trafia do poradni zaburzeń snu, dostaje dziennik snu, taki arkusz, w którym prowadzi zapiski dotyczące tego, o której godzinie wstaje, o której kładzie się spać, jak długo zasypia, czy budzi się w nocy, czy uprawia jakiś sport, ile spożywa kofeiny, jak czuje się w ciagu dnia i jakie leki przyjmuje. Lekarz diagnozujący po lekturze takiego dziennika, jest w stanie rozpoznać, czy osoba ma regularny rytm snu, albo czy w łóżku nie spędza za dużo czasu, pomimo tego, że nie śpi, co może być przyczyną fragmentacji snu, czyli zwiększenia nocnych przebudzeń. Z dzienniczka można też wyczytać, że pacjent źle przyjmuje leki, albo że ich nadużywa. Wszystkie tego typu informacje - dla nas ekspertów zajmujących się zaburzeniami snu - są bardzo ważne w diagnozie i programie leczenia.

Czy problemy z oddychaniem, np. krzywa przegroda nosowa, chrapanie, mogą zaburzać sen? Kiedy wywiad pokaże, że osoba może mieć problemy z bezdechem, bo w trakcie snu ma przerwy w oddychaniu lub chrapie, budzi się z bólem głowy lub suchością w ustach, a w ciągu dnia jest bardzo senna, pomimo tego, że w nocy odpowiednio długo śpi, zlecamy wówczas badanie pod kątem zaburzeń oddychania w trakcie snu. Jest to specjalistyczne nocne badanie polisomnograficzne, podczas którego mierzy się różne parametry organizmu ludzkiego w czasie snu, w tym przepływ powietrza przez drogi oddechowe, wysycenie krwi tlenem, wzbudzenia. Wykonuje się w je w specjalistycznych laboratoriach snu, funkcjonujących zwykle przy poradniach laryngologicznych albo pulmunologicznych. Możliwa jest też prostsza wersja tego badania wykonywana w domu. Leczenie bezdechu sennego jest zależne od jego nasilenia. Przy lżejszych postaciach wystarczą interwencje behawioralne – odpowiednia dieta, w celu zmniejszenia masy ciała, unikanie alkoholu czy leków wpływających na obniżenie napięcia mięśniowego. U osób, u których występują niedrożności dróg oddechowych (np. krzywa przegroda nosowa), zabieg laryngologiczny może całkowicie rozwiązać problem bezdechów. W bardziej złożonych przypadkach konieczne jest stosowanie specjalnego urządzenia do snu, które wytwarza ciśnienie w drogach oddechowych.

Przypomnijmy - dlaczego zdrowy sen jest ważny? Odpowiedź na to pytanie zna każdy, kto ma za sobą nieprzespaną noc, albo kilka. Podczas snu nasz organizm regeneruje się, wypoczywa - to podstawowa potrzeba człowieka. Po nieprzespanej nocy mamy słabszą koncentrację uwagi, gorszą sprawność intelektualną i poznawczą, marny nastrój, trudniej nam kontrolować emocje, jesteśmy bardziej impulsywni. Eksperci od medycyny snu podkreślają, że sen jest bardzo ważny dla naszego zdrowia. Długoterminowo problemy ze snem mogą przyczyniać się do pogorszenia przemiany materii a nawet wystąpienia otyłości. Po nieprzespanej nocy, kiedy jesteśmy zmęczeni i poddenerwowani, mamy tendencje do sięgania po niezdrową żywność, przekąski, które szybko nas „pocieszają”. Prawidłowy sen reguluje też nasze funkcje immunologiczne. Kiedy śpimy w naszym organizmie zachodzą różne procesy naprawcze, komórki się regenerują, organizm nabiera sił. Przy deprawacji snu zmniejsza się aktywność komórek układu odpornościowego tzw. naturalnych zabójców. Są badania, które wykazały, że u osób, u których zdiagnozowano zaburzeniami snu, mniej skuteczna okazała się szczepionka przeciw grypie. Wiadomo też, że osoby, które mają zaburzony proces spania, wykazują większą skłonności do łapania infekcji. Wykazano, że nieleczona bezsenność zwiększa ryzyko chorób układu krążenia, cukrzycy oraz depresji.

W pandemii wzrosła liczba osób, które nie śpią. Jaka może być tego przyczyna? Jest to związane zarówno z nasilonym poziomem stresu, w różnych obszarach życia (zdrowotnym, ekonomicznym, społecznym) oraz zmianą trybu życia. Zamknięcie w domach, odcięcie od dotychczasowych ważnych aktywności, ograniczenie ruchu, mniejszy kontakt ze światłem dziennym, a większy ze sztucznym, zdecydowanie pogorszyły jakość naszego snu. U osób, które przechodzą zakażenie wirusem, zaburzenia snu mogą być też następstwem reakcji organizmu na infekcję np. tzw. burzy cytokinowej w układzie odpornościowym, która wpływa na układ nerwowy. Eksperci akcentują, żeby w okresie pandemii o sen zadbać szczególnie, bo to wzmacnia organizm, a silny organizm jest w stanie dobrze poradzić sobie z infekcjami. Dlatego teraz jest to tym ważniejsze, ale też trudniejsze.

Czy w zdrowym spaniu najważniejsza jest liczba przespanych godzin? Ważna jest długość, ale też jakość snu, i jeszcze to, żeby dostosować sen do swojego chronotypu. Musimy wiedzieć, czy jesteśmy bardziej sową czy skowronkiem. Kilka najważniejszych punktów jakościowego snu:

  1. Odpowiednia dawka snu - dla osoby dorosłej to jest 7-8 godzin na dobę. Warto jednak wiedzieć, że zarówno spanie krócej niż 7-8 godzin jak i dłużej, będzie szkodliwe. Nie jest prawdą, że im dłużej śpimy, tym lepiej. To trochę tak jakbyśmy się przejadali. Są badania, które pokazują, że wydłużanie snu prowadzi do podobnych konsekwencji, co zbyt krótki sen.
  2. Właściwa pora, czyli w nocy. Nie jest dobrze jeśli część naszego snu przeniesiemy na długą drzemkę w ciągu dnia. Ponieważ nasz organizm ewolucyjnie jest przyzwyczajony do tego, że jak jest ciemno to ma spać. Wtedy w naszym mózgu wydziela się melatonina, która daje sygnał reszcie naszego organizmu, że czas zwolnić różne procesy – np. obniżyć temperaturę ciała, akcję serca, wydzielanie hormonów związanych z aktywacją organizmu, by przygotować się do snu.
  3. Dostosowanie snu do wewnętrznego zegara biologicznego. Każdy z nas musi wyczuć jakie pory są dla niego lepsze na sen. Jeśli jesteśmy typem skowronka, to dobra pora na spanie wypadnie między godziną 22 a 5 rano. A jeśli jesteśmy sową, to wydzielanie melatoniny  będzie opóźnione i lepiej chodzić do łóżka bliżej północy. Nie można jednak przesadzać z tym przesunięciem godzin spania - chodzenie do łóżka o 4 rano i wstawanie o 12 nie jest zdrowe i kwalifikuje się jako zaburzenie, które trzeba leczyć.
  4. Tryb życia. Nasze codzienne nawyki wpływają na jakość snu. Na przykład to jakie substancje, i o której przyjmujemy, ile pijemy kofeiny, czy spożywam alkohol, czy mamy drzemki w ciągu dnia, czy korzystamy nadmiarowo ze światła sztucznego - to wszystko są „pogarszacze” snu. Ich nadmiar może zaburzyć naturalny rytm odpoczynku nocnego. Na jakość snu wpływa również to, jak w ogóle podchodzimy do tej części naszego życia. Warto zadać sobie pytanie, czy odpowiednio przygotowuję się do snu, czy mam czas by zwolnić wieczorem, zrelaksować się, czy przeznaczam na sen odpowiednią liczbę godzin.

Czy to znaczy, że do snu trzeba się specjalnie szykować? Chodzi o to, żeby zadbać o tzw. higienę snu. Zaleca się, żeby na 4 a nawet 6 godzin przed snem nie spożywać kofeiny. Naukowo dowiedziono, że podwójne espresso wypite przez zdrową osobę na 6 godzin przed snem powoduje skrócenie snu głębokiego, nawet jeśli nie mamy problemu z zaśnięciem po kawie.

Na godzinę przed snem trzeba ograniczyć intensywny wysiłek. Nie jest prawdą, że jak człowiek się intensywnie zmęczy, to szybko uśnie, bo ciało w wysiłku fizycznym się wzbudza. Lepiej, żeby sport uprawiać w ciagu dnia, najlepiej w połączeniu z ekspozycją na światło słoneczne.

Ważne jest również to, by na minimum godzinę przed snem ograniczyć korzystanie z urządzeń emitujących świtało niebieskie. A już na pewno nie można zabierać telefonów, tabletów i laptopów do łóżka. Taki sygnał świetlny w porze snu jest informację dla mózgu, że jest dzień i czas się pobudzić, a my przecież chcemy iść spać.

Nie polecam również alkoholu przez snem - to pogarszacz jakość snu. Działa wprawdzie rozluźniająco, wiele osób szybciej po spożyciu usypia, ale warto wiedzieć, że w wyniku metabolizowania alkoholu powstaje aldehyd octowy, który pobudza - stąd po alkoholu może wystąpić wiele przebudzeń w ciagu nocy i w sumie słaba jakość snu.

Warto też zadać o świeże czyste powietrze i odpowiednią temperaturę w sypialni - powinno być między 18 a 20 stopni C.

Rytuały przed snem - dla niemowlaka czy dla każdego? Nasz mózg zdecydowanie lubi rytuały. Nawet jeśli ktoś nie ma problemów z zasypianiem warto, żeby wyrobił w sobie nawyk dbania o to, żeby wieczór był czasem zwolnienia. Z trybu gotowości przechodzimy w tryb relaksu i wyciszenia. Warto pod koniec dnia zrobić dla siebie coś, co jest odprężające, co sprawia nam przyjemności. Medytacja, relaksacja, czytanie, szydełkowanie. To nie musi być zawsze to samo. Jednak odradzam, żeby wprowadzać te rzeczy do łóżka. W łóżku śpimy.

Jak w Polce leczy się bezsenność? Wiele osób nie robi z tym nic, niestety - wynika to z badań. Myślą: „A, jakoś to będzie.” Jedynie co dziesiąta osoba konsultuje ten problem z lekarzem rodzinnym. Zdecydowana większość (31,3 proc.) nic nie robi, aby lepiej spać. Tylko, że problem sam się nie rozwiąże, a z czasem kłopoty ze snem się pogłębiają. Jest też spora grupa ludzi, sięgających po tabletkę. Tymczasem lekarze na całym świecie są zgodni, że najlepsza metodą wychodzenia z  bezsenności jest zastosowanie technik poznawczo-behawioralnych.

Na czym ta metoda polega? Terapia poznawczo-behawioralna to jeden z nurtów psychoterapii, stosowany w leczeniu różnych zaburzeń (np. depresji, zaburzeń lękowych). Polega na wprowadzeniu odpowiednich zachowań i pracy nad myślami towarzyszącymi danemu problemowi, co przekłada się na zmniejszenie objawów. Ponieważ sen jest bardzo związany z naszymi myślami i zachowaniami, podlega procesom uczenia się - odpowiednie nawyki, pory snu, techniki behawioralne dobrane do danej osoby (np. skrócenie czasu snu, albo jego wydłużenie), zadbanie o pełną higienę snu, pomagają pacjentom wyjść z bezsenności. Terapia zwykle wymaga od 4 do 8 sesji. Metoda poznawczo – behawioralna uznawana jest w świcie naukowym za złoty standard w leczeniu bezsenności. Leki wprowadza się dopiero wtedy, kiedy te metody okażą się niewystarczające. Dlaczego? Bo tabletka nie zmienia nawyków, a wręcz może utrwalić skojarzenie, że zasypia się tylko po pigułce. A celem leczenia jest, żeby pacjent powrócił do automatyczności snu - jego naturalnego rytmu.

Jest Pani współautorka pierwszego w Polsce program niefarmakologicznego leczenia bezsenności oraz aplikacji Terapia Bezsenności do poprawy snu w oparciu o terapię poznawczo-behawioralną. Jak to działa? To 6 -tygodniowy program on-line z pełną bazą materiałów edukacyjnych, ćwiczeń i analiz opartych na zasadach terapii poznawczo-behawioralnej. Pierwszy tydzień naszego kursu jest otwarty dla każdego. To sesja cyfrowa stworzona na wzór tradycyjnej - zawiera ankiety, na podstawie których każdy może zobaczyć spersonalizowane czynniki, które mogą odpowiadać za utrzymujące się problemy ze snem. Pokazujemy jakie zachowania pozwalają pogłębić nasz sen, co robić w sytuacji, gdy nie możemy zasnąć lub wybudzamy się w nocy oraz jak radzić sobie z niepokojem czy gonitwą myśli w porze snu. Kurs pozwala zrozumieć przyczyny problemów ze snem, daje wiedzę, narzędzia i indywidualny plan poprawy snu.

Wychodzenie z bezsenności to praca nad zdrowymi nawykami. Nie ma tu drogi na skróty - nie liczmy na opaski, po założeniu których stanie się cud, albo maszyny, które wpłyną na prace naszych fal mózgowych. Zdrowy sen jest w naszych rękach. To powrót do regularnego rytmu, do natury.

  1. Psychologia

Przyjaźń w dorosłym życiu też trzeba pielęgnować

Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. (Fot. iStock)
Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. (Fot. iStock)
Z badań wynika, że osoby, które mają przyjaciół, rzadziej chorują, dłużej żyją i są zadowolone z życia. Przyjaźń bywa bardziej stabilna niż związki miłosne, których rozpad najlepiej opłakiwać z przyjaciółką. Jednak, jak przekonuje psycholożka Hanna Samson, jak każda bliska relacja, jest narażona na kryzysy i wymaga troski.

Media społecznościowe sprawiają, że nasza sieć znajomości się rozszerza, ale liczba bliskich przyjaciół się nie zmienia i wynosi około pięciu. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez antropologa i psychologa Robina Dunbara, o których dowiedziałam się z właśnie wydanej książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu” (wyd. Zwierciadło). Jej autorka Hope Kelaher proponuje wiele ćwiczeń, które mogą nam pomóc w osiągnięciu tej piątki (jeśli mamy z tym kłopot), ale przede wszystkim pokazuje, jak cenna jest przyjaźń.

Przyjaźń to związek, w którym możemy cały czas być sobą, bo czujemy się bezpiecznie. Możemy mówić o swoich lękach i słabych stronach, bo czujemy się akceptowani. Możemy też mówić o pragnieniach i potrzebach, zdradzać swoje sekrety – bo mamy zaufanie, że przyjaciel nie ujawni ich innym. Możemy liczyć na wsparcie i na konkretną pomoc, gdy potrzeba. I wszystko to możemy również dawać. Przyjaźń to relacja wzajemna, która sprawia, że choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, nie czujemy się sami na świecie. Ale kiedy życie jednej z osób radykalnie się zmienia, przyjaźń również zwykle wymaga zmiany.

Jest inaczej

Beata ma 36 lat, rok temu wyszła za mąż. Znam ją z warsztatów asertywności, która nie jest jej mocną stroną. Tym razem umówiła się na spotkanie indywidualne. Aha, pewnie zaczęły się problemy małżeńskie – pomyślałam, bo wiadomo, jak to jest, gdy buduje się nowy związek. Ale nie. Beata ma problemy w starym związku, w którym jest od kilkunastu lat.

– Chciałabym popracować nad relacją z moją przyjaciółką Ewą – powiedziała, a ja, przyznaję, byłam trochę zaskoczona. Ludzie chcą ratować małżeństwa, naprawiać relacje z dziećmi, czasem z rodzeństwem, ale z przyjaciółką? Właściwie czemu nie? Może zbyt łatwo rezygnujemy z przyjaźni, gdy coś się psuje? Beata nie zamierzała rezygnować. – Przyjaźnimy się od 17 lat, pomagałyśmy sobie przetrwać trudne chwile, razem się bawiłyśmy, śmiałyśmy, narzekałyśmy i jeździłyśmy na wakacje – opowiada. – Ale ostatnio ta przyjaźń mnie dusi, jest jej za dużo w moim życiu. Ewa ma do mnie pretensje, że często nie odbieram telefonu, a ja nie chcę z nią tyle rozmawiać i nie wiem, jak jej o tym powiedzieć. – Może tak jak się uczyłaś na warsztatach asertywności? Szczerze, uczciwie, z zadbaniem o relację? Wyobraź sobie, że Ewa tu siedzi. Co byś jej chciała powiedzieć? – pytam. – Że jestem na nią wściekła, że jej nie znoszę, że niszczy moje życie, że przez nią mam poczucie winy, że… – w Beacie nagromadziło się sporo emocji, teraz wybucha i mówi bez przerwy, właściwie krzyczy. Trwa to kilka minut. – No widzisz, nie mogę jej tego powiedzieć. Ja nie chcę zniszczyć tej przyjaźni, ale też nie chcę się w niej dusić!

Razem analizujemy sytuację, która wydaje się dość oczywista. Odkąd Beata związała się z Robertem i wyszła za mąż, nie ma dla Ewy tyle czasu co wtedy, gdy obydwie były singielkami.

– Nie chodzi tylko o czas, ale też nie mam potrzeby ani ochoty, żeby z nią w kółko rozmawiać. Ewa nie przyjmuje do wiadomości, że mam swoje życie też poza nią. Mówię jej, że właśnie jemy kolację z Robertem, a ona jest urażona. „Ach, rozumiem, przeszkadzam ci jak zwykle” – stwierdza z przekąsem, a ja czuję się winna, choć wiem, że mam prawo zjeść z mężem kolację. Czuję się winna, że wyszłam za mąż i ją opuściłam, ale to przecież jest bez sensu! Rozumiem, że jest jej trudno, ale nie może już być tak jak było przedtem.

Pod koniec spotkania Beata podejmuje decyzję, że porozmawia z Ewą, wie już, co chce jej powiedzieć i jest gotowa. A ja trzymam za nią kciuki!

Czas próby

Gdzieś po miesiącu znowu do mnie dzwoni. – Czy mogę przyjść do ciebie razem z Ewą? – Powiedziałaś jej to, co chciałaś powiedzieć? – zapytałam, chcąc zyskać na czasie, bo to znów było dla mnie zaskakujące. Wspólna sesja przyjaciółek? Właściwie czemu nie, skoro przyjaźń to ważna relacja? – Próbowałam, ale Ewa zaczęła mnie obwiniać, że już jej nie potrzebuję, więc zaczęłam ją zapewniać, że tak nie jest, ale ona czuje się urażona i już nic nie mogę jej powiedzieć, może przy tobie wysłucha mnie do końca. – Ewa też chce się spotkać? – sprawdzam dla porządku. – Tak. Obydwie chcemy.

Spotkanie nie było łatwe i wymagało odwagi od obydwu kobiet. Na początku doceniłam to, jak są dla siebie ważne, skoro obydwie tu przyszły. – Nie, to nieprawda – protestuje Ewa. – Ważne byłyśmy dla siebie przez kilkanaście lat, ale to się zmieniło. Przez kilkanaście lat byłyśmy jak siostry, teraz Beata ma Roberta i już mnie nie potrzebuje. Nie czuję się dla niej ważna. – Gdybyś nie była dla mnie ważna, nie byłoby mnie tutaj – stwierdza Beata. – Chcę pracować nad naszą relacją, żebyśmy mogły nadal się przyjaźnić w nowych warunkach. Przez wiele lat byłaś moją towarzyszką życia. Wierną, oddaną, wspierającą, spędzałyśmy ze sobą dużo czasu, omawiałyśmy razem wszystkie sprawy. Bardzo to doceniam i kocham cię jak siostrę. Ale teraz jest Robert i to on jest moim towarzyszem życia. – No właśnie! Czyli ja ci już nie jestem potrzebna! Może najlepiej w ogóle zerwać tę relację? – Bardzo bym tego nie chciała. Zależy mi na tobie. Ale nie chcę już z tobą omawiać wszystkich swoich spraw. Złości mnie, jak mnie wypytujesz o moje sprawy z Robertem. Nie chcę ci o nich mówić, bo czułabym się nielojalna wobec niego. Złości mnie, jak sobie ze mnie żartujesz, że stałam się kurą domową, bo nie chcę z tobą gdzieś iść. Złości mnie, że dzwonisz do mnie kilka razy dziennie, muszę wyłączać telefon, żeby spokojnie pogadać z Robertem. – No to do czego właściwie jestem ci potrzebna? – Do przyjaźni! Jesteś mi bardzo bliska, lubię z tobą rozmawiać, ale chcę czasem za tobą zatęsknić. Nie mam już tyle miejsca w moim życiu, ile miałam. Jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, z pewnością będę przy tobie, ale nie chcę codziennych kontaktów! – Jesteś taka jak te dziewczyny, z których się śmiałyśmy, pamiętasz? Że jak mają faceta, to przyjaciółka już się nie liczy, nasza przyjaźń miała być inna! – wybucha Ewa. – I jest inna, bo ty dla mnie nadal jesteś bardzo ważna i chcę, żebyś była w moim życiu, ale w inny sposób niż dotąd.

Beata była twarda, nie ugięła się pod łzami Ewy. Patrzyłam na nią z podziwem, warsztaty asertywności nie poszły w las. Ewa przyjęła w końcu do wiadomości, że Beata jej nie odrzuca, ale chce zmienić kształt ich relacji. Uff! Nie było łatwo, ale było warto. Umówiłyśmy się na jeszcze jedno spotkanie za miesiąc.

Weszły uśmiechnięte, nie było między nimi już tego napięcia, które czułam na poprzednim spotkaniu. Obydwie stwierdziły, że jest dobrze. Ewa ożywiła swoje inne przyjaźnie, żeby nie chcieć od Beaty więcej, niż ona jest gotowa dać. Beata nie jest już zła na Ewę, że zbyt panoszy się w jej życiu, i znów mogą się śmiać, tak jak kiedyś.

Siedem lat, a potem?

Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Wiąże się to zapewne z zakładaniem rodziny i wychowywaniem dzieci. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. Czasem trafiamy na kogoś, z kim rozumiemy się jak z nikim innym i wierzymy, że ta przyjaźń przetrwa wszystko.

Iza ma 49 lat i przeżywa żałobę po stracie przyjaciółki. – Nie, ona nie umarła – wyjaśnia. – Ma na imię Maria i żyje sobie w najlepsze. Mogę obserwować jej życie na Facebooku, choć wyrzuciłam ją ze znajomych, ale jej wszystkie posty są publiczne. Facebook służy jej do autopromocji, prezentuje tam swoje sukcesy, zbiera lajki i słowa zachwytu, a ja masochistycznie co jakiś czas tam wchodzę i na to patrzę. Nie umiem się od niej uwolnić. Przyjaźniłyśmy się przez kilka lat, pierwsze spotkanie i od razu zaskoczyło, jakbyśmy na siebie czekały. Zawsze wiedziałam, co się dzieje u niej, ona wiedziała, co u mnie, codziennie kilka razy rozmawiałyśmy przez telefon, bez tych rozmów czuję się jak odłączona od prądu. Nie wierzę, że z kimś innym uda mi się osiągnąć taki poziom bliskości, a bez tego trudno mi żyć. Maria to była Maria, nikt inny chyba nie może jej zastąpić.

W pięknym eseju „O przyjaźni”, który powstał w XVI wieku, Michel de Montaigne napisał o przyjacielu: „Gdyby mnie ktoś przypierał, abym powiedział, czemum go pokochał, czuję, że nie można by tego wyrazić inaczej, jak jeno odpowiedzią: Bo to był on; bo to byłem ja”. Chyba podobnie było z Marią i Izą.

– To ona zerwała z tobą? – pytam. – Tak. – Dlaczego? – Wykorzystała jakiś durny pretekst, po prostu chciała zerwać, bo nasze drogi nagle się rozeszły. Zamknęli moją firmę, nie miałam pracy, zaczęłam chorować, byłam w fatalnej formie. A ona właśnie rozpoczęła erę sukcesów. Jest artystką, jej prace zostały dostrzeżone, posypały się ważne nagrody, nagle znalazła się na szczycie, była tym bardzo podekscytowana i trudno się dziwić. Nie miała miejsca na moje problemy. – Nie myślałaś, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Może to nie była prawdziwa przyjaźń, skoro tak się skończyła? A jeśli była, to może to nie koniec? – pytam bez wielkiego przekonania. – Tak myślałam – odpowiada Iza. – Ale mówią też, że prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym, jak znoszą nasze sukcesy. Może za mało się cieszyłam z jej szczęścia? Za bardzo byłam zajęta swoimi problemami? – Sytuacja każdej z was radykalnie się zmieniła, nie umiałyście tego razem udźwignąć. Chciałabyś, żeby Maria do ciebie wróciła? – Chyba już nie umiałabym jej zaufać. Czasem myślę, że byłyśmy dla siebie stworzone, ale może nie na całe życie – śmieje się Iza.

Wyniki badań przedstawione we wspomnianej już książce Hope Kelaher pokazują, że przyjaźń trwa przeciętnie siedem lat. Aby przetrwała dłużej, trzeba ją pielęgnować. Ale czasem trzeba się też pogodzić z tym, że to koniec.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Styl Życia

Masaż dźwiękiem - moc wibracji

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Fale dźwiękowe wprawiają nasze ciało w wibracje, które uwalniają napięcia, relaksują, regenerują i poprawiają nastrój. Najlepsze efekty przynosi masaż w sonorze – specjalnie do tego celu zbudowanej kapsule dźwiękowej. Sesja w sonorze to niezwykłe (zaryzykowałabym nawet określenie – duchowe) doznanie.

Sonorę trudno jest zdefiniować. Mówi się, że to instrument terapeutyczny, kapsuła dźwiękowa, portal. Jak powstało to wyjątkowe urządzenie?
Czeski lutnik, muzyk i multiinstrumentalista Jan Rosenberg pragnął skonstruować instrument, do którego można wejść. Chciał, by wibracje dźwięków dało się odbierać całym ciałem. W latach 90. zbudował sonarium – tubę z ławką w środku i 28 strunami. Później modyfikował instrument, aż powstała sonora, czyli tuba z najwyższej jakości drewna rezonansowego z wysuwaną na szynach ławą i 56 strunami. Osoba, która przychodzi na sesję, kładzie się na drewnianej ławie, otulam ją kocem i wsuwam do środka instrumentu. A potem zaczynam poruszać strunami. Rosenberg w pracy inspirował się monochordem, którego stworzenie przypisuje się Pitagorasowi, oraz pitagorejskim podziałem harmonicznym, o którym mówi się, że to rodzaj kosmicznego klucza, boska proporcja. Sonora wydaje dźwięk o częstotliwości 64 herców, więc mieści się w spektrum wibracji o właściwościach leczniczych (od 40 do 80 herców).

Można powiedzieć, że działa jak muzykoterapia?
Sesja absorbuje na dwóch płaszczyznach, słuchamy dźwięków i odczuwamy wibracje. Mamy tu więc do czynienia z muzykoterapią, która równoważy emocje, pomaga docierać do podświadomości. Ale mamy też wibroakustykę, która wpływa na ciało jak fizjoterapia, w sposób energetyczny. Takie połączenie pozwala spontanicznie osiągnąć głęboki stan relaksu, jak w medytacji.

W Niemczech i Austrii terapia dźwiękiem z wykorzystaniem na przykład mis dźwiękowych jest refundowana przez tamtejsze fundusze zdrowia i stosowana w placówkach medycznych, psychoterapeutycznych czy pedagogicznych. U nas nadal jest to postrzegane jako ezoteryka.
Jest coraz więcej badań z dziedziny wibroakustyki potwierdzających jej korzystny wpływ na nasz organizm. Wibracje wędrują przez wszystkie tkanki, mięśnie, nerwy, kości, docierając do każdego miejsca w ciele. Okazało się, że odpowiednio dobrane fale dźwiękowe poprawiają pracę komórek, przyspieszają metabolizm, rozszerzają naczynia włosowate, dotleniając wszystkie organy. Działanie dźwięku przyczynia się także do niwelowania bólu, przyspiesza regenerację tkanek, zmniejsza napięcie mięśni. Terapię dźwiękiem z powodzeniem stosuje się u osób ze spastycznym porażeniem mięśniowym i porażeniem mózgowym, chorobą Parkinsona, stwardnieniem rozsianym – wibracje redukują napięcia mięśniowe i poprawiają funkcje motoryczne. Pomaga w przypadku bezsenności czy przy chorobach autoimmunologicznych, ponieważ działa tonująco na wegetatywny układ nerwowy i autoimmunologiczny. Gdy głęboko się rozluźniamy, uruchamiają się mechanizmy samouzdrawiające. Nie twierdzę, że sonora zastąpi tradycyjną medycynę, ale jest świetnym narzędziem wspomagającym.

Podobno poszczególne fale dźwiękowe pozytywnie wpływają też na psychikę – zmniejszają poziom stresu, odczuwanego lęku, zwiększają motywację do życia.
To prawda, sonora daje możliwość pracy z emocjami, pozwala uwalniać traumy. Wibracje instrumentu pomagają wyciszyć umysł krytyczny i rozluźnić ciało. To daje subtelne, nienamacalne korzyści. Gdy chcemy pracować z emocjami, idealnie jest, jeśli człowiek potrafi odnaleźć je w ciele. Wielu ludzi jest zablokowanych na tym poziomie. Wiedzą, że są smutni albo że się boją, ale nie są w stanie odnaleźć tego w ciele, powiedzieć, gdzie emocja jest uwięziona. Wibracje sonory pozwalają poczuć swoje ciało, skierować uwagę do wnętrza. To dobry punkt wyjścia do dalszej pracy.

Dla każdego gra pani tak samo?
Wszystkie struny są w jednym dźwięku, nie ma tu chwytów, strojeń, więc nie można zagrać melodii. W pewien intuicyjny sposób dobieram jednak metodę grania do osoby. Przede wszystkim staram się wprowadzić pacjenta w bezpieczną i komfortową przestrzeń, dopasować sesję do potrzeb danej osoby. Robię to intuicyjnie. Sonora najczęściej wybrzmiewa nieprzerwanym jednostajnym dźwiękiem. Jednak oprócz tonu podstawowego mamy składowe harmoniczne, bardzo dobrze słyszalne, więc muzyka w odbiorze jest wielopoziomowa i przestrzenna. Dźwięk można porównać do transowego brzmienia instrumentów etnicznych, na przykład didgeridoo.

Czym różni się sesja w sonorze od masażu misami tybetańskimi?
Grałam na misach i gongach, praktykowałam metodę pracy dźwiękiem Petera Hessa, niemieckiego fizyka, który badał misy i ich wpływ na człowieka. Różnica jest taka, że misy w czasie zajęć grupowych są w jednym miejscu i dźwięk rozchodzi się po całej przestrzeni. Gdy pracujemy z misami na ciele, to dotykamy ich, a one wybrzmiewają i milkną. W sonorze jesteśmy w środku instrumentu, trochę jakbyśmy byli we wnętrzu misy. Dźwięk nie rozprasza się na zewnątrz, jest skoncentrowany na nas. Do budowy sonory wykorzystane jest drewno rezonansowe, które nie wygłusza tych dźwięków i daje nam potężną dawkę wibracji. Efekty są bez porównania intensywniejsze niż przy masażu misami. Wiele osób ceni sobie też to, że sonora daje poczucie bezpieczeństwa, w jej wnętrzu jesteśmy schowani, otuleni jak w łonie matki – to porównanie, które często słyszę. 

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory (na zdjęciu). www.kalejdoskopth.pl