1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe...
Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty?
Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło?
Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem...
Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat.
No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw.
Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”.
Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie?
Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem?
Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak!
Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze…
A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem?
Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle?
To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą?
To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane!
Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk?
Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem?
Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego.
Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Skąd w nas potrzeba kontrolowania dorosłych dzieci?

- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
Kontrola, słowo o wielu znaczeniach i skojarzeniach, wywołuje silne emocje. Odnosi się do kwestii tak kluczowych i wszechobecnych jak: siła i poczucie bezradności, wolność i ograniczenia, podmiotowość i przedmiotowość, zmagania o pozycję „szefa”. Z kontrolą mierzymy się każdego dnia.

„Dokładnie w tej chwili niektórzy synowie przebywający w klinice, biurze czy banku, czyli swoim miejscu pracy, prawdopodobnie rozmawiają przez telefon ze swoimi matkami. Wielu z nich to osoby cieszące się powszechnym szacunkiem, a jednak niejeden z nich właśnie krzyczy do słuchawki: „Mamo, może byś w końcu przestała!”, to słowa amerykańskiego dziennikarza, Rona Suskinda, przytoczone przez Judith Viorst w książce „Niedoskonała kontrola”, które doskonale obrazują problem dotyczący wielu z nas – choć dorastamy, wyprowadzamy się z rodzinnych domów i zakładamy swoje rodziny, żyjemy na „własny rachunek” nasze matki wciąż mają w sobie głęboką potrzebę, a czasem wręcz przymus, kontrolowania nas.

Kiedy powiem sobie „dość!”?

„Jako rodzic inwestujemy mnóstwo lat życia w wychowywanie dzieci, dawanie im coraz więcej wolności, żeby mogły podejmować własne decyzje i popełniać własne błędy, i zrzekanie się coraz większych obszarów rodzicielskiej kontroli. Chwalimy ich niezależność, okazujemy szacunek ich autonomii i aktywnie wspieramy ich stopniowe odseparowywanie się od nas. Jeśli kształtują swoją przyszłość w sposób, który niekoniecznie budzi nasz entuzjazm czy choćby aprobatę, powtarzamy sobie: „To ich życie, nie nasze”, pisze Judith Viorst. I od razu dodaje: „Tak w każdym razie powinien wyglądać proces przechodzenia od etapu rodziców małych dzieci do etapu rodziców dzieci nieco starszych, które w międzyczasie dorabiają się wąsów, kobiecych piersi, stopni naukowych i własnych rodzin. Wiemy, że niestosownością jest prosić, by dorosłe dzieci działały zgodnie z naszymi oczekiwaniami; mówić im, co powinny robić, a czego nie; wyskakiwać z niechcianymi radami; oczekiwać, że będą te rady stosować. Wiemy, że niewłaściwie jest próbować kontrolować nasze dorosłe dzieci. Co nie znaczy, że nie będziemy próbować.”.

Takie próby najczęściej tłumaczymy (naszym dzieciom i często samym sobie!) szlachetnymi intencjami: To jasne, chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Kierują nami wyłącznie miłość i troska… A skoro już pomagamy, czy nie możemy oczekiwać czegoś w zamian? „Przecież skoro naprawdę możemy przyczynić się do poprawienia ich dobrostanu w kwestii np. nagłych potrzeb zdrowotnych czy sercowych, czy to naprawdę takie złe, że zostawiamy sobie choć odrobinę kontroli?, pisze autorka. Tylko że… bardzo często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że ta chęć pomocy, a przy tym zostawienie sobie „odrobiny” kontroli, to przede wszystkim zaspokojenie własnych potrzeb i realizowanie swoich, niewłaściwie pojmowanych, praw! „I choć jesteśmy gotowi zgodzić się, że każdy dorosły (w tym nasze dorosłe dzieci) ma prawo samodzielnie decydować, co je, gdzie śpi, jak się ubiera, jaką partię polityczną wspiera, w jakiego boga wierzy lub nie, gdzie pracuje, z kim się przyjaźni, z kim się wiąże, jak wydaje pieniądze i jak wychowuje dzieci, wciąż dajemy sobie prawo ingerowania, gdy jesteśmy pewni, że nasze potomstwo zmierza prostą drogą do życiowej katastrofy bądź czyni nieodwracalne szkody naszym wnukom.”, pisze autorka.

Według Viorst jest kolejnym powodem, dla którego chcemy kontrolować dorosłe dzieci, jest współzawodnictwo oraz próżność. W „Niedoskonałej kontroli” pisze: „Jak zauważa McBride, „dziecko jest końcową oceną wystawianą rodzicom”, a wszystkim przecież marzy się „6”. Zabiegając o nią, możemy obciążać dzieci oczekiwaniami doskonałości przez jasne wytyczne w sprawie kariery, życiowego partnera, cech charakteru, a nawet wagi, które sprawią, że będziemy czuć dumę. Zdaniem psychiatry Normana Kiella możemy je też obciążać naszymi przytłumionymi nadziejami i niespełnionymi aspiracjami, co włącza nas do grona rodziców „marzących o spełnieniu własnych marzeń rękami swojego potomstwa”. Łatwo się jednak domyślić – choć często podświadomie nie chcemy porywać się na takie przemyślenia – że ten rodzaj rodzicielskiej taktyki nie wpłynie dobrze na nasze relacje z dziećmi.

Nie idę twoją ścieżką!

„Ostatnio na lotnisku w Cleveland byłam świadkiem następującej sceny: Z samolotu wysiada babcia, żwawo podąża w kierunku wnuczki i porywa w ramiona uśmiechniętą sześciolatkę. – Cudownie cię widzieć. Kocham cię w każdym kawałeczku. Jesteś moim oczkiem w głowie. Ja... co oni, u licha, zrobili z twoimi włosami?! W tym momencie syn robi krok do przodu i z promiennym uśmiechem na ustach oraz wyraźną irytacją w głosie mówi: – Mamo, przymknij się, dobrze? Nie zaczynaj.”, opisuje autorka książki.

Scenka przytoczona przez Viorst, odczytana jako metafora, idealnie opisuje to, co robi z relacją rodzic-dziecko permanentna próba sprawowania kontroli – otóż, w najlepszym przypadku, mocno ją nadszarpuje, w najgorszym – przerywa ją bezpowrotnie.

„– Mamo, przestań mi ciągle pomagać – mówi mamie trzydziestojednoletni syn. – Za każdym razem, gdy mi pomagasz, czuję się taki bezsilny.

Nie chcemy, żeby nasze dzieci czuły się bezsilne. Ale bardzo, wręcz desperacko pragniemy im pomagać. Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” podsumowuje Judith Viorst.

Więcej w książce „Niedoskonała kontrola” autorstwa Judith Viorst.

  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Styl Życia

Wychować syna na feministę

Świat naszych synów jest wciąż pełen stereotypów, a do „prawdziwej męskości” prowadzi jedna, sztywno wytyczona droga. Chłopcy wciąż słyszą, żeby "nie płakać", że „nie wolno zachowywać się jak baba”, a „kolor różowy nie jest męski”. Odbiera się im prawo do bycia sobą. Aurélia Blanc w książce „Jak wychowa syna na feministę” daje podpowiedź, jak wychować chłopca, który: wie, że kobiety i mężczyźni są równi, potrafi zadbać o siebie, nie krzywdząc innych, potrafi kochać i nie boi się okazywać uczuć.

Fragment książki „Jak wychowa syna na feministę” Aurelii Blanc, tłum. Adriana Celińska, wyd. Znak Koncept. Wybór i skróty pochodzą od redakcji.

Był piękny letni wieczór. Spotkaliśmy się w gronie najbliższych przyjaciół. Było ciepło, sączyliśmy piwo i prowadziliśmy ożywione dyskusje. W tamtym czasie (nie tak znów odległym) nikt z nas jeszcze nie miał dzieci. To jednak one, choć wciąż nienarodzone, zdominowały naszą rozmowę. Jeden z naszych znajomych mimochodem rozpętał prawdziwą awanturę, gdy na dzień dobry wyraził zgorszenie widokiem nastolatek spacerujących w krótkich spodenkach: „Szczerze? Wyglądają jak dziwki. Jeśli kiedykolwiek będę miał córkę, nie ma takiej możliwości, żebym pozwolił jej wyjść z domu w takim stroju!”. W jednej chwili przyjemna nasiadówka przerodziła się w zażartą kłótnię.

Większości moich kolegów (i koleżanek) uznało, że naszą rolą jako przyszłych rodziców jest ochrona córek. A dokładnie ich cnoty. Choć te, o które tak się martwiliśmy, jeszcze się nie narodziły. „Wyobraź sobie, że twoja córka zachodzi w ciążę w wieku piętnastu lat!” „Co zrobisz, gdy odkryjesz, że zamieściła swoje nagie zdjęcia w sieci?” „Z córką nigdy nie zaznam spokoju. Czy widzieliście, jak się teraz ubierają dziewczyny?! Nic dziwnego, że pakują się w kłopoty!” To mi uświadomiło, że tym razem nie chodzi wyłącznie o niestety dość powszechny slut-shaming przebijający z ich słów. Uświadomiłam sobie wtedy – i cały czas to sobie uświadamiam – że w podobnych dyskusjach chłopcy należą do wielkich nieobecnych! Zawsze (lub prawie) tak jest, gdy wypływa ten temat.

Spróbuj i się przekonaj na własnej skórze: rozpocznij rozmowę o życiu seksualnym nastolatków i zobaczysz, że wszyscy natychmiast zaczną mówić o… dziewczynach, dziewczynach i jeszcze raz dziewczynach. O niebezpieczeństwach, które na nie czyhają, przedwczesnych ciążach, molestowaniu, agresji seksualnej, prostytuowaniu się nieletnich (bo tak, w temacie dziewczyn i seksu, najczęściej dominuje pryzmat zagrożeń). A chłopcy? Puf, zniknęli. Nie ma ich. Co zmusza do zadania sobie następujących pytań: czy dziewczyny uprawiają seks same ze sobą (czy między sobą)? Zachodzą w ciążę za sprawą Ducha Świętego? Są gwałcone przez… ba! No właśnie, kto je gwałci?

Martwimy się, że pewnego dnia nasze córki zostaną napadnięte, choć nawet przez myśl nam nie przejdzie, że to nasi synowie mogą być agresorami. Boimy się, że zostaną zwyzywane od „dziwek”, nie zastanawiając się nawet, czy to czasem nie nasi chłopcy je znieważą. Za wszelką cenę chcemy je uchronić przed nastoletnią ciążą, ale niezbyt nas niepokoi, że nasi synowie mogą zostać nastoletnimi ojcami (przy okazji zauważmy, że to wyrażenie, w odróżnieniu od budzących grozę „nastoletnich matek”, nie trafia do nagłówków gazet). W kwestii zarówno seksu, jak i życia uczuciowego wciąż całą odpowiedzialnością obarczamy dziewczyny. Nigdy nie kwestionujemy sposobu, w jaki wychowujemy chłopców. I jest to powód do wstydu.

Przemoc na tle seksualnym ma swoją płeć

Każdego roku kolejne instytucje prowadzą badania, które potwierdzają: w miażdżącej większości aktów przemocy na tle seksualnym ofiarami są kobiety, sprawcami zaś – mężczyźni. Weźmy na przykład raport francuskiego Krajowego Instytutu Badań Demograficznych (INED) opublikowany w 2016 roku: we Francji przemocy seksualnej doświadcza rocznie ponad pół miliona kobiet (580 000) i niecałe dwieście tysięcy (197 000) mężczyzn (statystyki nie uwzględniają przypadków molestowania ani ofiar ekshibicjonizmu). Co roku średnio zgłasza się dziewięćdziesiąt trzy tysiące przypadków gwałtów lub usiłowania gwałtu na osobach dorosłych, w których ofiarami są w 96% kobiety. W dziewięciu na dziesięć przypadków napastnikami są mężczyźni.

Tak się przedstawia sytuacja nie tylko w przypadku gwałtów, lecz także innych napaści na tle seksualnym (obmacywanie, ekshibicjonizm, molestowanie itd.): w 2017 roku na dwadzieścia dwa tysiące trzystu skazanych za przestępstwa seksualne 98% stanowili mężczyźni.

Niedawny raport Wysokiej Rady ds. Równości Kobiet i Mężczyzn ujawnił, że 100% kobiet przynajmniej raz w życiu padło ofiarą molestowania i/lub przemocy seksualnej w środkach transportu publicznego. Gwizdy, sprośne uwagi, natarczywie lubieżne spojrzenia, obelgi, obmacywanie pośladków… W 2016 roku szeroko zakrojona międzynarodowa ankieta pokazała, że we Francji 65% kobiet pierwszy raz doświadczyło „ulicznego nękania” przed ukończeniem piętnastu lat, a 82% między jedenastym a siedemnastym rokiem życia. Powszechne zjawisko – kobiety nie zaprzeczą! – w którym znów stroną czynną są prawie wyłącznie… mężczyźni.

Przemoc seksualna nie jest ani przypadkiem, ani zrządzeniem losu

Jakie z tego płyną wnioski? Trzeba nauczyć dziewczyny przynajmniej tego, jak się bronić. Przede wszystkim uwrażliwiać je, żeby uważały na postawę, zachowanie, ubrania, miejsca spotkań… Słowem, powinny wziąć własną wolność w nawias.

Od najmłodszych lat dziewczynki wiedzą, że ryzyko gwałtu jest jak najbardziej realne: wcześnie dowiadują się, że ich ścieżki życiowe mogą skrzyżować się na parkingu z drogą niebezpiecznego typa. Żeby uniknąć pożarcia w całości przez bestię, powinny zostać w domu, gdzie jest bezpiecznie.

Tyle że gwoli ścisłości do większości gwałtów dochodzi w domu (ofiary lub napastnika). W 74% przypadków sprawca należy do rodziny ofiary – często jest jej (byłym) partnerem. Nagle uświadamiamy sobie, że zamykanie dziewczyn w domach jest złe, bo przed niczym ich nie chroni. Jeśli naprawdę chcemy zapobiegać gwałtom, lepiej powiedzieć córkom, że w ich najbliższym otoczeniu czai się największe niebezpieczeństwo. Że ofiary nigdy nie ponoszą winy za przemoc, której doświadczyły. A przede wszystkim nauczmy chłopców, żeby powstrzymali się od aktów agresji. Gwałt nie jest bowiem domeną chorych, niezrównoważonych facetów: popełnia go Pan Każdy, który pochodzi z każdego środowiska społecznego, bez wyjątku. Wbrew powszechnemu mniemaniu, sprawcy agresji seksualnej rzadko są chorzy psychicznie. W 2009 roku badanie przeprowadzone w jedenastu europejskich krajach wykazało, że mniej niż 7% oskarżonych o gwałt cierpiało na zaburzenia natury psychiatrycznej. Zresztą gwałt nie jest pochodną frustracji, jak się powszechnie uważa.

W badaniu przeprowadzonym w 1990 roku na stu czternastu mężczyznach skazanych za gwałt, 89% przyznało, że przed aresztowaniem regularnie uprawiało seks przynajmniej dwa razy na tydzień. Wiele eksperymentów, jak na przykład ten przeprowadzony w 2004 roku przez czterech amerykańskich naukowców, wykazało, że za skłonnością do gwałtu kryje się żądza dominacji, a nie przyjemność seksualna. Innymi słowy, sprawcy nie gwałcą, dlatego że mają potrzebę lub ochotę na seks, popycha ich żądza dominacji. „Inne badania udowodniły, że mężczyzn przejawiających skłonności do przestępstw na tle seksualnym lub tych, którzy je popełnili, pociąga władza i automatycznie utożsamiają ją z seksem” – podkreśliła Noémie Renard w swoim eseju En finir avec la culture du viol [Skończmy z kulturą gwałtu]. Trzeba przypominać, że to nie ofiary, a już na pewno nie ich zachowanie, prowokują gwałciciela. Żeby obalić ten utarty mit Centrum Edukacji i Zapobiegania Przemocy Seksualnej przy amerykańskim Uniwersytecie Kansas, zorganizowało w 2017 roku wystawę zatytułowaną: Jak byłaś ubrana? Wystawiono na niej ubrania, jakie miało na sobie osiemnaście kobiet w chwili, gdy zostały zgwałcone: szorty, sukienka, koszulka polo… czyli zupełnie zwyczajne ciuchy. W 2007 roku amerykańska badaczka Theresa Beiner przeanalizowała korelację między seksownym strojem a molestowaniem. W rezultacie udowodniła, że nie ma między nimi żadnego związku, że kobiety nie były molestowane ze względu na to, jak były ubrane. Tym, którzy wciąż mają wątpliwości, przypominam, że gdyby to kobiecy strój popychał sprawców do łamania prawa, plaże stałyby się scenami masowych gwałtów, a kraje, w których kobiety są zmuszane do zakrywania całego ciała, nie odnotowywałyby żadnych aktów przemocy seksualnej. Tak jednak nie jest.

Rozmawiajmy o przemocy seksualnej z naszymi synami

Choć nie zapominamy przestrzegać córek przed przemocą na tle seksualnym, której mogą paść ofiarą, nigdy (albo bardzo rzadko) nie podejmujemy tego tematu w rozmowach z synami. Jakby ich to zupełnie nie dotyczyło. Ale przecież ten problem dotyczy przede wszystkich ich.

Po pierwsze – o czym była mowa wcześniej – dlatego, że sprawcami przemocy seksualnej w przeważającej większości są mężczyźni. Oczywiście nie wszyscy mężczyźni są gwałcicielami (na szczęście!). Nie wiadomo jednak, którzy mogą – lub mogliby – dopuścić się złamania prawa. We Francji nikt nigdy nie przyjrzał się temu z bliska. W swoim eseju Noémie Renard przypomina jednak, że istnieją potwierdzone dane, wyniki badań przeprowadzanych za granicą, głównie w Stanach

Zjednoczonych. Z nich dowiadujemy się, że od 5% do 13% mężczyzn użyło siły lub wykorzystało stan upojenia alkoholowego lub narkotycznego, żeby wykorzystać swoją ofiarę – albo usiłowało wykorzystać. Równie licznej grupie (do 27%) zdarzyło się wywierać presję, aby przymusić partnerkę do seksu: szantaż, groźby zerwania itd. Zakłada się, że od 10% do 20% mężczyzn obmacywało kobietę bez jej zgody. „Ogólnie rzecz ujmując, z badań wynika, że 25–43% mężczyzn przyznaje, że przynajmniej raz w życiu uciekło się do agresji seksualnej lub ­stosunku pod przymusem” – podsumowuje Noémie Renard.

Jeśli nie chcemy, żeby nasi synowie zasilili szeregi agresorów seksualnych, musimy ich wyczulić na powyższe kwestie, mimo że nie napawa nas to entuzjazmem. „Trudno tłumaczyć córce, »jak nie dać się zgwałcić«, bo nie chcemy jej sobie wyobrażać w roli ofiary. Perspektywa wyjaśniania synowi, jak „nie gwałcić”, jest jeszcze boleśniejsza, bo nie chcemy w nim widzieć napastnika” – zauważyła niedawno Carina Kolodny w liście otwartym do „rodziców nastolatków” opublikowanym na łamach „Huffington Post” i zatytułowanym: La conversation que vous devez avoir avec votre fils à propos du viol [Rozmowa o gwałcie, jaką musisz przeprowadzić z synem]. Rozmawiajmy z chłopcami o przemocy seksualnej. Jest to tym bardziej konieczne, że sami także mogą paść jej ofiarą. W 2016 roku szeroko zakrojona ankieta Contexte de la sexualité en France (CSF) pokazała, że 15,9% kobiet przyznaje, że doświadczyła próby wymuszenia albo wymuszonego stosunku seksualnego; było tak również w przypadku 4,5% mężczyzn. W styczniu 2018 roku raport francuskiego Narodowego Obserwatorium ds. Ochrony Dzieci ujawnił, że wśród nieletnich 22% skarg na przemoc seksualną wnieśli chłopcy. W 2016 roku złożyli 19% doniesień o gwałcie i 23% o molestowaniu i agresji seksualnej. Jest to jedynie czubek góry lodowej, bo instytucja przypomina, że „zgłaszanych jest mniej niż 10% aktów przemocy seksualnej”. Nie pozwólmy naszym synom samotnie mierzyć się z problemem przemocy seksualnej, która ich dotyka: w roli sprawców, lecz również ofiar.

Uszanowanie zgody – tego się uczy

Co odróżnia zabawę od agresji? Podryw od molestowania? Gwałt od stosunku? Odpowiedź jest oczywista: zgoda partnera. Ostatnio często się na ten temat dyskutuje, choć zasada jest prosta: nie znaczy nie. Moje ciało należy do mnie, podobnie jak moja seksualność, i nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody. W definicji wszystko wydaje się jasne. Niestety rzeczywistość jest zgoła odmienna. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że kobiety masowo padają ofiarami agresji seksualnej?

„Statystyki gwałtów lub usiłowania gwałtu są przerażające, a w liczbach kryją się faceci, którzy nawet nie są świadomi, że dopuścili się gwałtu” – uważa artysta D’de Kabal. Od 2016 roku kwestia zgody stała się centralnym zagadnieniem jego Laboratorium dekonstrukcji męskości. W trakcie warsztatów D’ de Kabal trafia w sedno: „Wymagamy od mężczyzn, żeby pytali kobiety o zgodę, a przecież nawet nie potrafią sami siebie o nią zapytać. Jeśli chcemy rozwiązać problem przemocy, według mnie trzeba zacząć właśnie od tego”.

W społeczeństwie, które uważa, że mężczyźni myślą tylko o seksie, zostało powszechnie przyjęte – zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety – że zgoda mężczyzn jest oczywista. Co wyjaśnia, dlaczego tylu mężczyzn nigdy nie zadało sobie trudu, aby zakwestionować własne pożądanie („Czy naprawdę mam na to ochotę? W ten właśnie sposób?”). Tłumaczy to także, dlaczego mężczyzna, na którym kobieta wymusi stosunek, nigdy nie użyje słowa „gwałt”… choć przecież to jest gwałt.

Innymi słowy, jeśli chcemy walczyć z przemocą seksualną, uczenie, czym jest zgoda, to absolutna podstawa – zarówno w przypadku dziewczynek, jak i chłopców.

Zacznijmy rozmawiać z nimi o zgodzie jak najwcześniej, nie czekajmy, aż wejdą w okres dojrzewania. „Czym jest intymność? Kto ma prawo cię dotykać? Takie pytania dziecko powinno sobie stawiać już od przedszkola” – radzi edukator seksualny Alexandre Chevalier. W tym celu posługujmy się językiem i przykładami odpowiednimi dla ich wieku. Rozumienie „zgody” jako pozwolenia w sensie prawnym może nie być oczywiste, zwłaszcza w wypadku bardzo małych dzieci. Dlatego właśnie Alexandre Chevalier proponuje, żeby sięgać po konkretne przykłady codziennych sytuacji, niekoniecznie związanych z seksem. „Można na przykład powiedzieć: »Gdy będziesz spał, twoja młodsza siostra obetnie ci włosy. Podoba ci się to? Zgadzasz się?«. Można także poruszyć kwestię wymuszenia: »Wyobraź sobie, że chodzisz do szkoły, ale nie masz żadnych przyjaciół w klasie. Pewnego dnia jeden z kolegów namawia cię, żebyś coś ukradł ze sklepu, i obiecuje, że wtedy będzie twoim kumplem. Co zrobisz? Może przystaniesz na jego propozycję, ale czy działając pod presją, twoja zgoda będzie autentyczna?«” – podpowiada Alexandre Chevalier. Powyższe przykłady z życia codziennego nie tylko mają tę zaletę, że są zrozumiałe dla dzieci, lecz pokazują także, że konieczność wyrażenia zgody dotyczy różnych sfer życia, nie tylko seksualności. Nie zmuszajmy dzieci do całowania (lub bycia całowanym) wbrew ich woli. W Wielkiej Brytanii ten komunikat próbuje przekazać Lucy Emmerson, szefowa stowarzyszenia Sex Education Forum [Forum edukacji seksualnej]. W 2014 roku temat wzbudził liczne kontrowersje po drugiej stronie kanału La Manche, wielu rodziców uznało jej zalecenia za zbyt ekstremalne. Jednak, co wyjaśnia Lucy Emmerson podczas licznych publicznych wystąpień, zmuszając dzieci do kontaktów fizycznych, mówimy im nie wprost, że ich ciało do nich nie należy i że dorośli mogą z nimi zrobić cokolwiek tylko zechcą, nawet jeśli dziecko nie wyrazi zgody. Jeśli nasz syn lub córka nie chce pocałować dziadków na dzień dobry, nie ma najmniejszych powodów do paniki: możemy wymuszone „buziaki” zastąpić przesyłaniem całusa dłonią w powietrzu lub „papatkami”. Mamy prawo odmówić kontaktu fizycznego, co wcale nie oznacza, że musimy przy okazji wyjść na gburów!

Zgoda: w pięciu krokach

1. Jest dobrowolna: ustępowanie (pod wpływem szantażu) nie jest zgodą.

2. Jest wyrażana w sposób jasny: milczenie nie oznacza zgody. W razie wątpliwości lepiej zapytać i się upewnić.

3. Udziela jej osoba, która jest w stanie ją wyrazić: innymi słowy, jeśli ktoś śpi, jest pijany, nieprzytomny lub nie może się wypowiedzieć (z powodu na przykład wypadku lub niepełnosprawności), nie może wyrazić zgody.

4. Jest konkretna: zgody udziela się konkretnej osobie i dotyczy ona konkretnego czynu, a także konkretnej chwili. Fakt, że raz się zgodziliśmy, nie oznacza, że jutro będzie tak samo.

5. Może zostać unieważniona: mamy prawo anulować naszą zgodę lub wycofać się na każdym etapie stosunku płciowego.

Zmieńmy wyobrażenia związane z gwałtem

Najpierw dowiedzmy się, czym jest „kultura gwałtu”… żeby ją skuteczniej zwalczać. Kultura gwałtu – termin utworzony w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych – obejmuje całokształt „postaw i przekonań – najczęściej błędnych, lecz szeroko rozpowszechnionych i trwale wpisanych w struktury społeczne – służących negowaniu i legitymizowaniu męskiej agresji seksualnej wobec kobiet”. Jesteśmy jej częścią, na przykład, gdy insynuujemy, że ofiary przemocy seksualnej to najczęściej kłamczuchy niesłusznie oskarżające napastników (choć w rzeczywistości fałszywe zarzuty stanowią zaledwie od 2% do 10% wszystkich doniesień14; identyczna proporcja obowiązuje też w przypadku innych przestępstw). A także, kiedy bezrefleksyjnie zgadzamy się z twierdzeniem, jakoby Iksińska została zgwałcona, bo przecież sama się o to prosiła (i do wyboru: bo ubrała się zbyt seksownie, bo piła alkohol, bo umawiała się z chłopakiem). Również wtedy, gdy uważamy, że kiedy kobieta mówi „nie”, to naprawdę myśli „tak”. Wszystkie powyższe mity związane z gwałtem nieuchronnie przyczyniają się do obwiniania ofiar (więc zniechęcają do zwierzeń i składania zeznań) i rozmywania odpowiedzialności sprawców (którzy mogą sobie spokojnie dalej żyć, a nawet wciąż bezkarnie gwałcić). Sprawiają, że nasze społeczeństwo bagatelizuje gwałt, a wręcz go toleruje. Problem polega na tym, że kultura gwałtu jest bardzo głęboko zakorzeniona w naszej świadomości i systematycznie przenika do kultury popularnej. Żeby to zmienić, musimy:

• zacząć wierzyć ofiarom;

• przestać je obwiniać;

• wytykać powszechne, lecz błędne przekonania tradycyjnie związane z przemocą seksualną (nie wszyscy napastnicy są zwyrodniałymi potworami, większość to zwykli faceci);

• przypominać naszym dzieciom, że nigdy nikomu nie muszą się odwdzięczać seksem w podziękowaniu za przysługę (nawet jeśli druga strona jest troskliwa, daje prezenty lub się ją kocha);

• wyjść z friendzone (z ang. friend zone) – ten dość mglisty termin, popularny zwłaszcza wśród nastolatków, oznacza sytuację, gdy jedna osoba marzy o głębszym związku z drugą, która jednak woli, aby ich stosunki pozostały na przyjacielskiej stopie. Można powiedzieć, że ktoś „wpakował się w friendzone”. Zjawisko podtrzymuje kulturę gwałtu, bo sugeruje, że pod pretekstem bycia miłym (zazwyczaj chłopak) może oczekiwać od dziewczyny seksu w ramach wdzięczności. Mimo to ten wątek regularnie pojawia się w serialach, u youtuberów, a w konsekwencji na szkolnych korytarzach…

Powiedzmy wprost: gwałt jest agresją seksualną. Alexandre Chevalier podkreśla, że w dziedzinie relacji z drugą osobą i granic tego, co można, a czego nie, wiele kwestii wciąż pozostaje (bardzo) rozmytych. W trakcie warsztatów zdarza mu się spotkać młodych, dla których wymuszony stosunek oralny nie jest postrzegany w kategoriach gwałtu, lecz „gry wstępnej”. Zabawy seksualne, agresja… wszystko się radośnie miesza. Żeby rozgraniczyć pojęcia, zazwyczaj bazuje na obowiązujących przepisach prawnych i zachęca, aby iść w jego ślady, nawet w gronie rodzinnym, na przykład w trakcie komentowania bieżących wydarzeń lub dyskusji na ten temat.

Można wyjaśnić, że:

• kiedy dochodzi do penetracji (także palcem lub przedmiotem) bez zgody zainteresowanej osoby, to dochodzi do gwałtu, czyli przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności;

• kiedy pozwalamy sobie na gesty o podłożu seksualnym, niezależnie od tego czy dochodzi do fizycznego kontaktu z drugą osobą (obmacywanie, ekshibicjonizm), a druga strona nie wyraża na nie zgody, mamy do czynienia z agresją seksualną i także jest to czyn zagrożony karą pozbawienia wolności;

• kiedy używamy słów i/lub gestów o charakterze seksualnym, które krępują, zastraszają lub poniżają drugą osobę, jest to forma molestowania seksualnego – także ścigana prawnie.

Podważajmy słuszność własnych wyobrażeń.

„Musimy opracować nowy język mówienia o problemie przemocy seksualnej. Dotyczy to także wielu osób dorosłych, którym brakuje jasności. Mając to na uwadze, jak możemy oczekiwać, że dzieci nie będą mieć z tym problemu?” – pyta Alexandre Chevalier. Trudno się z nim nie zgodzić. W marcu 2016 roku stowarzyszenie Mémoire traumatique et victimologie [Pamięć traumatycznych zdarzeń i wiktymologia] przeprowadziło sondaż, żeby dowiedzieć się, jak Francuzi postrzegają gwałt: dwóch na dziesięciu ankietowanych uważa, że jeśli kobieta mówi „nie”, to myśli „tak”. Natomiast dla 61% Francuzów i 65% Francuzek mężczyźnie „więcej trudności nastręcza kontrolowanie własnych popędów niż kobiecie”. Ta koncepcja jest powszechnie podtrzymywana przez stereotypy płciowe. I przypomina, dlaczego tak ważna jest jak najwcześniejsza dekonstrukcja wyobrażeń odnośnie do „męskiego” i „żeńskiego”. Jeśli chcemy skończyć z księżniczkami i rycerzami, to nie dla przyjemności zabawy w ikonoklastów, lecz dlatego, że z tych właśnie wyobrażeń wyrasta przemoc seksualna.

Aurelia Blanc, „Jak wychować syna na feministę”, wyd. Znak Koncept