1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w naszym ciele odpuszczają – mówi terapeutka Maria Rozwadowska.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, w książce „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” pisze, że pacjenci często wychodzą od niego radośni, ale nie trwa to długo, bo ten stan osiągnęli dzięki niemu, nie dzięki sobie. Jego zdaniem jako dorosłym jest nam trudniej odczuwać radość, niż wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Nawet dzisiaj rano miałam sytuację, która jest idealną ilustracją tych słów. W trakcie porannej śpiewanej modlitwy nasza 6-letnia córka zaczęła tańczyć, robić dziwne miny, śmiać się i wariować. A jak najczęściej reaguje rodzic w podobnej sytuacji, gdy chce opanować dziecko albo spieszy się do kolejnych zadań? Zwykle mówi: przestań się wygłupiać! Dziecko zapamiętuje to raz i drugi, po czym przestaje wyrażać siebie w naturalny sposób, z ciała. Bo w naszej kulturze naturalne, pierwotne, cielesne odruchy są ograniczane.

Gdy dorastamy, ogranicza nas także ego. Ego to jest nasz umysł i wewnętrzny kontroler odruchów ciała. Wyróżniamy jeszcze superego, czyli ten społeczno-kulturowy wymiar świata, w którym żyjemy. Tata, mama, nauczyciel, dla niektórych także ksiądz, to osoby mające największy wpływ na nasze zachowanie. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa kształtują w nas przekonanie na temat tego, co wypada, a co nie. To symbole świata zewnętrznego, który często kastruje naszą pierwotną radość. Oczywiście, pewne ograniczenia są potrzebne do tego, żebyśmy mogli odnaleźć się w społeczeństwie. Jednak w wielu rodzinach przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, ciche i nie przeszkadzać, potrafi bardzo skutecznie przykryć, niczym czarną płachtą, ich umiejętność wyrażania siebie. Sztuką jest dostrzeganie w pracy ze sobą i swoją świadomością tego, co w moim myśleniu czy zachowaniu nie jest moje, a płynie z zewnątrz. A co jest naturalne i dobre dla mnie.

Dlaczego rodzicom trudno jest wytrzymać to „wygłupianie się” dziecka? Prawdopodobnie gdy byliśmy dziećmi, kogoś drażniło takie zachowanie. Podświadomie myślimy więc: „jeśli ja nie mogłam, ty też nie możesz”. Oczywiście nie jest tak, że chcemy zrobić krzywdę swojemu dziecku, to działa w nas automatycznie, nie zdajemy sobie z tego nawet sprawy. Straciliśmy kontakt z własną spontaniczną radością, jesteśmy zmęczeni i chcemy mieć po prostu święty spokój. W ten sposób bronimy swoich granic. To, co możemy zrobić, to popracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem, czyli ukochać siebie, dać sobie czas, uwagę i spokój, których potrzebujemy. Nad tym właśnie pracuję z kobietami na warsztatach „Świadoma mama”, by mieć więcej cierpliwości i otwartości na wolność i wyrażanie emocji swojego dziecka.

A jaki związek ma ta przyblokowana radość z naszym ciałem? Jeśli dziecko krzyczy ze złości albo radośnie wygina się we wszystkie strony, a świat mówi mu „przestań”, to z lęku lub pod presją uspokaja się i wewnętrznie zamraża. Energia życia przestaje płynąć przez jego ręce, nogi, ciało. Pytanie: jaka emocja zostaje wtedy zamrożona? Złość, smutek, tęsknota? Wszystkie emocje, których nie mogliśmy swobodnie wyrazić w dzieciństwie, wpływają na nas najmocniej i jeśli to „przyblokowanie” trwa latami, jako dorośli zaczynamy żyć w twardej zbroi. Nasze ciało sztywnieje.

Czy praca z ciałem może pomóc w większym odczuwaniu radości? W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie – na przykład, jak radzi Lowen, poprzez wydobywanie z siebie długiego i głośnego dźwięku, który prowadzi nas do głębszego oddechu – to nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. Ta ochota nie przychodzi z głowy, ona obudziła się w ciele. Jeśli uda się za tym pójść, możemy odczuwać, jak ciało drga czy trzęsie się, bo chce wyrazić jakąś wcześniej zamrożoną emocję. Komunikuje nam, że jest gotowe, by się z nią spotkać, bo ma już dość życia w pancerzu.

Lowen twierdzi, że zarówno płacz, jak i śmiech idą z brzucha. Człowiek, który jest w stanie oddychać głęboko i potrafi tak samo głęboko płakać, czuje się dobrze sam ze sobą. To prawda. Energia może wtedy swobodnie przepływać, a my czujemy się zdrowi, radośni i pełni sił. Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w ciele odpuszczają. To wolność wyrażania siebie. Ciało zaczyna się poruszać, energia przepływa z jednej nogi do drugiej i czujesz przyjemne mrowienie. Ja najczęściej osiągam ten stan w tańcu Pięciu Rytmów.

Czym jest taniec Pięciu Rytmów? Jest rodzajem tańca intuicyjnego, w którym muzyka pomaga nam puścić nasze ego i zrzucić skorupę. Czuję wtedy niemalże orgazmiczną radość, do której dochodzę po dwóch – trzech godzinach wirowania bez odpoczynku. Następuje moment, kiedy wyłączam umysł i nie myślę już o niczym. Czuję flow i całkowite odpuszczenie ciała.

Jakie jeszcze ćwiczenia mogą pomóc nam uwolnić radość z ciała? Lowen pisze o tym, że warto okładać pięściami swoje łóżko. Albo krzyczeć w aucie: „nienawidzę cię, mogłabym cię zabić!”. Podstawą ćwiczeń bioenergetycznych jest również kopanie. Nigdy nie sugeruję pacjentom konkretnego ruchu. Raczej podążam za nimi. Chcę, by sposób ich wyrażania siebie był swobodny i bardziej zgodny z ich naturą. Czyli zaczynamy od oddechu, podobnie jak Lowen, ale później skupiamy się na ciele i intuicyjnie sprawdzamy, dokąd nas ten oddech prowadzi. Ciało ma mądrość i samo powie: „teraz oddychaj i zobaczymy, co będzie dalej”. Czasem może zaprowadzić do stłumionej agresji w barkach i rękach oraz wywołać chęć uderzenia w coś, ale wtedy jestem pewna, że to nie ja kieruję tą energią, tylko idzie ona z ciała pacjenta.

Czy można wykonywać te ćwiczenia samemu, czy jednak warto, żeby ktoś przyjął naszą wyrażoną emocję? Ważne, żeby terapeuta był wtedy obok nas. Nawet bardzo emocjonalne doświadczenie nie daje nam bowiem umiejętności eksplorowania swojego ciała i energii w samotności. Jeżeli będziemy próbowali zrobić to w pojedynkę, umysł będzie nas od tego odrywał, trudno nam będzie się skupić. Druga osoba wspiera w tym procesie, pilnuje, żeby nie zapominać o głębokim oddechu, no i towarzyszy w trudniejszych momentach. Ludzie mają w sobie mnóstwo mechanizmów obronnych, które utrudniają ten proces, na zasadzie: „dobra, dalej to już nie wejdę” – one blokują nas przed ponownym poczuciem trudnych emocji.

Lowen uważał, że sztywność, inaczej przewlekłe napięcia mięśniowe, ma na celu tłumienie bolesnych uczuć. Kiedy podczas terapii bioenergetycznej uwalnia się owe napięcie, można oczekiwać, że do świadomości pacjenta przedostaną się trudne wspomnienia. I od umiejętności ich zaakceptowania i tolerowania zależy to, czy pacjent będzie umiał doznawać też uczuć przyjemnych. Nie lubię stwierdzenia: „zaakceptować to, co trudne” i myślę, że niewielu z nas lubi. A już na pewno nie cierpi tego nasze ego. Myślę, że wystarczy spotkanie z tym, co trudne, wyparte; sam fakt, że dostrzegamy daną emocję czy problem. Już to jest uzdrawiające. W ten sposób rozumiem proces akceptacji, wspólny dla każdego rodzaju terapii: Lowenowskiej, psychoanalitycznej czy ustawień Hellingera. Dostrzeganie zamrożonej emocji.

Czy koniecznie trzeba wracać do traum z dzieciństwa? Może wystarczy poczuć je w ciele? To wszystko zależy od tego, czego potrzebuje dana osoba – czy chce wiedzieć dokładnie, o co chodzi, czy wystarczy jej, że poczuje to, co zamrożone w ciele. Osoby związane z psychoanalizą stwierdzą, że trzeba jednak uświadomić sobie problemy z przeszłości. Natomiast ci, którzy zajmują się pracą z ciałem i oddechem, nie wchodzą tak głęboko. Ważna jest emocja, którą poczułam i nazwałam, pracuję z nią i uwalniam ją z ciała. Zresztą często jest tak, że gdy jesteśmy skupieni na procesie oddychania i wykonywania jakiegoś ruchu, nagle wizja z przeszłości pojawia się sama. I nie trzeba o to nawet pytać, jak robili to Jung czy Freud.

Postęp w analizie bioenergetycznej Lowena wynikał ze zmiany pozycji pacjenta w trakcie terapii z leżącej lub siedzącej, jak u Freuda, na stojącą. Taka pozycja pozwala ocenić, w jaki sposób ktoś jest ugruntowany – fizycznie i psychologicznie w relacji z ciałem. Ja wykorzystuje terapię oddechem biodynamicznym, tak że pacjent nie tylko stoi, ale też nieustannie się rusza i oddycha w ruchu. Jeśli się nie boisz i jesteś świadoma tego, że nic złego ci się nie stanie, bo masz u boku doświadczonego terapeutę – oddychasz mocniej i głębiej, a ciało zaczyna pozbywać się wszelkich blokad. Można wymiotować, pluć, intensywnie kasłać, trząść, uderzać o coś, krzyczeć.

To wszystko jest terapią bioenergetyczną? Tak. Cały czas jesteśmy pod wpływem jakiejś energii, tylko nikt nas tego nie uczy, dlatego trudno jest nam to zrozumieć. Medycyna chińska i tybetańska mówią o siedmiu czakrach, czyli kanałach energetycznych w ciele. Zajmuje się nimi akupunktura, polegająca na nakłuwaniu i pobudzaniu miejsc supełków energii, żeby je rozplątać.

Jakie części ciała i emocje mamy przyblokowane najczęściej? Pracuję z kobietami, które zwykle zgłaszają się z problemem zamrożenia w okolicy miednicy lub z miednicą mocno cofniętą, tak, że pojawia się lordoza. A za cofniętą miednicą stoi zwykle jakaś historia nadużyć seksualnych. Kobiety przychodzą też z zimnymi stopami, jak również z pochylonymi plecami czy garbami, które pokazują, że coś ciężkiego na tych ramionach niesiemy lub przed czymś się zasłaniamy. Za każdą zmienioną sylwetką stoi jakaś bolesna historia.

Przygarbiona sylwetka może oznaczać też brak ruchu albo to, że ktoś długo i często pracuje w tej pozycji na komputerze... Ale czemu ktoś zaczął siedzieć w ten sposób? Bo w przygarbionej pozycji było mu wygodnie i bezpiecznie. Za chowaniem klatki piersiowej mogą stać różne sytuacje, jak próba ukrycia się przed krzykiem rodziców. To rodzaj ochrony swojego ciała, jak ślimak wchodzimy do skorupki. To, co widzę u pacjentów najczęściej, to sztywność ciała. Ludzie chodzą jak roboty. Bo ktoś musiał być grzeczny, cichy, posłuszny, i taki już został. Przestał wyrażać to, co chciał – smutek, złość, radość, lęk. No i zesztywniał. A życie w zbroi oznacza, że zakładamy potencjalny atak lub zagrożenie dla naszego życia. Jest to psychiczny i fizyczny stan gotowości do walki o przetrwanie. Ilość energii, którą pochłania ten stan, nie pozwala nam cieszyć się życiem.

Jakie ćwiczenia fizyczne na uwolnienie energii z ciała stosujesz najczęściej? Co pomaga ci odczuwać radość? Podoba mi się to, że Lowen kładł swoich pacjentów wygiętych mocno do tyłu na krześle bioenergetycznym. W ten sposób otwiera się klatkę piersiową i łatwiej jest wejść w głębszy oddech. Codziennie stosuję też oklepywanie ciała: pukasz delikatnie palcami w różne miejsca na ciele, zwane meridianami: ręce, nogi z przodu, z tyłu, nadnercza, nerki – co powoduje, że mówisz: „rusz się” do swoich miejsc energetycznych. Inspiruję się też metodą ćwiczeń tai-chi, dzięki którym energia w ciele zaczyna się budzić i płynąć.

Jednak najbardziej lubię pracować z tańcem intuicyjnym. Muzyka świetnie oddaje emocje, a tupanie przy bębnach i pierwotnej, rytmicznej muzyce kontaktuje nas z męską energią agresji. Nawet jeśli w trakcie takiego tańca nasza głowa mówi nam: „nie rozumiem, co tu się dzieje”, to jest to niezwykle życiodajna energia. Kończysz taki seans i masz energię do życia.

A co to znaczy poddać się swojemu ciału? Jak to zrobić? Poddawanie się to podążanie za ciałem, słuchanie go, bo ciało codziennie coś ci mówi. Tylko najpierw musisz wyjść ze swojego ego, z kontroli umysłu, choćby poprzez taniec. Ważna jest też świadomość ciała. Kiedy jej nie mamy, przestajemy rozumieć, że jesteśmy zmęczeni albo że ktoś nam przed chwilą zrobił przykrość, tylko bierzemy kieliszek wina, tabletkę albo kawę. Zagłuszamy nasze ciało, aż pojawia się ból lub schorzenie.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy w kontakcie z naszym ciałem? Zdarza się, że kiedy proszę kogoś, aby się zrelaksował, często w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Nie widzi różnicy w ciele między relaksem a napięciem. Ma permanentny stan kontroli ciała. Wtedy zalecam masaż i odczucie tego, co to znaczy relaks. Dopiero później można próbować pracy ze świadomym oddechem i ruchem.

Jak już skontaktujemy się z tym, co trudne, i dojdziemy do radości, to co nam to da? Ja na przykład przestałam czuć większość dolegliwości: bóle głowy, pleców, karku, nawet bóle menstruacyjne. Dzięki temu pojawia się u mnie nadwyżka energii, która zamienia się w siłę życiową i kreację.

Maria Rozwadowska, doktor psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS, certyfikowana terapeutka ustawień systemowych, terapeutka Reiki oraz Theta Healing (poziom podstawowy). Pracuje takimi metodami jak koherencja serca, tai chi czy taniec intuicyjny. Prywatnie mama trójki dzieci.

Ćwiczenie SKŁON

Poprawia przepływ energii w nogach, a dodatkowo wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Jest to dość znana pozycja stanowiąca część chińskiego systemu tai chi. W oryginalnej wersji stoi się ze stopami szeroko rozstawionymi, kolana są ugięte, a ciało delikatnie wygięte w łuk do tyłu. Aby utrzymać się w takiej pozycji, należy umieścić pięści w dolnej części pleców. Ułatwia to głębsze oddychanie. Lowen, prowadzony intuicją, odwrócił tę pozycję, pochylając ciało do przodu, tak aby palce dotykały podłogi. Stopy powinny być lekko rozstawione i skierowane do wewnątrz. W tej pozycji można poczuć bliskość ziemi, a opierając ciężar ciała na stopach i powoli prostując kolana – doświadczyć wibracji w nogach.

Więcej w książce: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. 

Polecamy książkę: 'Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć', Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. Polecamy książkę: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Siergiej Połunin - pierwszy bad boy baletu

Siergiej Połunin, jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Kadr z teledysku Hoziera
Siergiej Połunin, jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Kadr z teledysku Hoziera "Take Me to Church". (Fot. Forum)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przepowiadano mu ostateczny koniec kariery. Zresztą on sam bardzo się do tych przepowiedni przyczynił. Dziś pierwszy „bad boy baletu” twierdzi, że zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym wkroczył w nowy etap. Coraz częściej gra w filmach, urodził mu się syn. – Zaczynam od początku. Jako tancerz, jako aktor, jako ojciec – deklaruje Siergiej Połunin.

Stawiano go w jednym szeregu z Wacławem Niżyńskim, Rudolfem Nuriejewem czy Michaiłem Barysznikowem. Ale też nazywano „trudnym” i „nieprzewidywalnym”. Po raz pierwszy – po nagłej rezygnacji z prestiżowego stanowiska głównego tancerza Baletu Królewskiego w Londynie, które zaproponowano mu jako najmłodszemu w historii.

W wieku zaledwie 19 lat Połunin tańczył główne partie w „Bajaderze”, „Manon”, „Onieginie” i oczywiście „Dziadku do orzechów”, ale już wtedy czuł się zmęczony i wypalony. W końcu od dzieciństwa spędzał na treningach po kilkanaście godzin dziennie. Jeszcze kilka lat wcześniej miał nadzieję, że jego rozkwitająca kariera zbliży do siebie rodziców, którzy podporządkowali wszystko talentowi syna. Rozjechali się po Europie w poszukiwaniu pracy, by móc go wspierać, podczas gdy on chodził do Royal Ballet School w Londynie. Rozłąka nie sprzyjała jednak trwałości małżeństwa, które w końcu się rozpadło. Nastoletni Sierioża bardzo to przeżył. Mimo to cały czas pracował trzy razy ciężej od kolegów, bo zwyczajnie nie mógł sobie pozwolić na porażkę. Nie chciał wracać do rodzinnego Chersonia na Ukrainie. Z kolei nauczyciele bardzo szybko poznali się na jego talencie, więc wymagali jeszcze więcej.

Po raz drugi kariera Połunina zawisła na włosku, kiedy zdecydował się na powrót do Rosji i udział w telewizyjnym programie rozrywkowym „Bolshoi Ballet”, a potem na przyjęcie angażu w Moskiewskim Akademickim Teatrze im. Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki, gdzie tańczył w „Jeziorze łabędzim”, „Giselle” czy „Don Kichocie”. I kiedy wydawało się, że Połunin zostanie już na Wschodzie i nie zdecyduje się na powrót na sceny Londynu, Mediolanu czy Paryża – jeśli w ogóle będzie dalej tańczył – on przyjął propozycję słynnego amerykańskiego artysty Davida LaChapelle’a i przygotował choreografię do poruszającej piosenki Hoziera „Take Me to Church”. Na YouTubie utwór w interpretacji Siergieja odtworzono do dziś niemal 30 mln razy. Potem reżyser Steven Cantor zrealizował świetny dokument o baletmistrzu pod tytułem „Tancerz”, szukając, między innymi w domu rodzinnym i szkole baletowej, przyczyn jego trudnego charakteru i wybuchowego temperamentu. Wyglądało na to, że Sierioża dość niespodziewanie zaczyna wychodzić na prostą. Najsłynniejsze teatry na świecie znowu go zapraszają – na początku na gościnne występy, ale kilka udanych sezonów mogło szybko zmienić ogólne nastawienie i atmosferę skandalu wciąż unoszącą się wokół Połunina. W 2019 roku Paris Opera Ballet zaproponowała mu nawet angaż w roli księcia Zygfryda w „Jeziorze łabędzim”. To mógł być zupełnie nowy start. Stało się jednak inaczej. Połunin wyraził w mediach społecznościowych podziw dla Władimira Putina, opublikował też kilka homofobicznych i seksistowskich komentarzy, by na koniec odsłonić tatuaż prezydenta Rosji wykonany na klatce piersiowej w okolicach serca. W ciągu 48 godzin Paris Opera Ballet odwołał swoje zaproszenie i nagle znowu przestały się liczyć nieprzeciętny talent, wdzięk i gracja w powietrzu, idealne proporcje ciała, niespotykana charyzma i świadomość ruchu. Tancerzowi przestała przysługiwać taryfa ulgowa.

Ostatnie dwa lata były dla ciebie dość trudne z osobistego i zawodowego punktu widzenia. Czy gdybyś mógł cofnąć czas, coś byś zmienił? Siergiej Połunin: To prawda, dużo się działo, w mojej głowie i w sercu. Podjąłem sporo kontrowersyjnych decyzji, trudno było mi się potem z nich tłumaczyć.

Rzeczywiście kilka twoich postów na Instagramie wzbudziło ogromne emocje. Na przykład ten, w którym otwarcie poparłeś Władimira Putina, albo ten, w którym wyraziłeś podziw dla polityki Donalda Trumpa. Do tego jeszcze ten twój słynny już tatuaż na sercu z twarzą Putina. Nie dziwisz się chyba, że takie działanie mogło urazić wiele osób. Jestem być może jedyną osobą na świecie, której pandemia nie zaszkodziła, tylko pomogła. Cała afera przez ten czas ucichła, a ja miałem okazję się nad tym wszystkim zastanowić z dystansu i przemyśleć to, co zrobiłem.

I do jakich doszedłeś wniosków? Wiem, że wszystko, co teraz powiem, może być opacznie zrozumiane, postaram się po prostu odpowiedzieć szczerze. Nigdy nie ukrywałem swojej sympatii dla Putina, podobnie jak tego, że chociaż urodziłem się na Ukrainie, zawsze czułem się Rosjaninem. Myślę, że komuś, kto pochodzi z zachodniej Europy czy w ogóle z innego miejsca na świecie, trudno jest mnie zrozumieć i zaakceptować, przynajmniej takiego, jakim byłem jeszcze dwa lata temu. Moje życie zmieniło się od tego czasu diametralnie. Wiem, i wiedziałem też wtedy, jak to jest, kiedy wokół człowieka kumulują się negatywne emocje, kiedy z godziny na godzinę stajesz się wrogiem publicznym numer jeden. Moje posty na Twitterze czy Instagramie, które doprowadziły do nasilonych ataków na mnie, miały tak naprawdę dość niewinny początek. Były akurat moje urodziny i zasugerowałem swoim fanom na Instagramie, by zamiast wysyłać mi życzenia i pozdrowienia, przekazali je także Putinowi. Napisałem wtedy, że widzę w nim światło i nadzieję. Chodziło mi wyłącznie o optymistyczny przekaz, o wzajemny szacunek i zrozumienie. Jednak po sekundzie od publikacji postu wylała się na mnie krytyka gigantycznych, przytłaczających rozmiarów. Ludzie zaczęli życzyć mi śmierci. To nie miał być post polityczny, nie o to mi chodziło. A tatuaż zrobiłem sobie już rok wcześniej, ale nikt go wtedy nie zauważył.

Myślę, że poruszając temat Putina, a szczególnie poparcia dla niego, nie da się uniknąć politycznego kontekstu. Jestem niestety uparty i uznałem, że skoro już to napisałem, muszę przy tym trwać. Doprowadziło to tylko do większych szkód. Ukraiński rząd uznał mnie za terrorystę, nie mogę tam teraz spokojnie pojechać. W swoim rodzinnym kraju nie jestem już mile widziany.

Nie miałeś wtedy momentu zatrzymania, refleksji, że to, co robisz, szkodzi najbardziej tobie samemu? Autorefleksja przyszła po pewnym czasie, pewnie za późno. Udowodniłem całemu światu i sobie, że potrafię w mgnieniu oka zniszczyć wszystko, na co pracowałem od lat. Nie jestem z tego dumny. To doświadczenie bardzo mnie zmieniło. Widzę, że wcześniej rozpraszało mnie zbyt wiele rzeczy, bodźców. Tatuaże są ich zewnętrznym śladem, którego chcę się pozbyć, usunąć wszystkie. Pragnę stać się naprawdę nowym człowiekiem, już bez tych rysunków. Dziś uważam je za rodzaj nastoletniego buntu, którego przez taniec byłem w znacznym stopniu pozbawiony.

Zmieniłeś też podejście do mediów społecznościowych. Używasz ich teraz inaczej niż kiedyś. Rozsądniej? Wielu ludzi uważa, że media społecznościowe są nic niewarte. Że to śmietnik. Z drugiej strony, co dostrzega też coraz więcej osób, to użyteczne narzędzie, jeśli się wie, jak z niego korzystać. Każdy z nas przeżywa w ciągu dnia wiele emocji i odczuwa potrzebę podzielenia się nimi z ludźmi. Jakiś jednostkowy wpis, dla mnie ważny w danym momencie, dla kogoś innego okazuje się obrazoburczy, szkodliwy, kontrowersyjny. Ale cóż, co zostało opublikowane, jest już w sferze publicznej. I zostanie tam na zawsze, niezależnie od tego, co byśmy potem robili.

A czy twoim zdaniem osoby publiczne powinny się w tak otwarty i czasem dość bezrefleksyjny sposób wypowiadać na tematy polityczne, społeczne, historyczne? Przekonałem się, że nie zawsze jest to dobre. Ale jestem tylko człowiekiem i popełniam błędy. Codziennie. Był czas, kiedy właśnie ze względu na zaciekłą krytykę moich poglądów i zachowania nienawidziłem Internetu, mediów społecznościowych i wszystkiego, co się z tym wiąże. Ale też dzięki nim poznałem swoją życiową partnerkę, z którą teraz wychowujemy syna. Angażuję się też w różne społeczne inicjatywy, o których mogę poprzez nie głośno mówić.

Siergiej Połunin z partnerką życiową Jeleną Iljinych, rosyjską łyżwiarką figurową, i z ich synkiem, którego nazwali Mir [z ros. „spokój”, „pokój”]. (Fot.Stephanie Pistel)Siergiej Połunin z partnerką życiową Jeleną Iljinych, rosyjską łyżwiarką figurową, i z ich synkiem, którego nazwali Mir [z ros. „spokój”, „pokój”]. (Fot.Stephanie Pistel)

Jak się odnajdujesz w nowej dla siebie roli taty? Codziennie rano wstaję z inną, nową energią. Na pewno dojrzałem, przestałem szukać sobie jakichś tematów zastępczych, staram się nie zajmować głupotami. Chcę być dobrym ojcem, motywacją i inspiracją. Chcę naprawdę poświęcić się synowi, dać mu swój cały czas i miłość. Wszystko, co teraz robię, jest w pewnym sensie o nim i dla niego. Przestałem myśleć o sobie, preferuję kompletnie inny styl życia.

Ostatnio rzadziej występowałeś na światowych scenach, nawet jeszcze przed pandemią częściej angażowałeś się w role filmowe. Jakie to uczucie – wyzwolić się z ram dopracowanych do najdrobniejszego gestu choreografii? Taniec znam od podszewki, zajmuję się tym całe swoje życie. Chyba tylko pływanie jest dla mnie bardziej naturalne. Nauka kroków w tańcu, czucie muzyki każdym nerwem, każdym pojedynczym mięśniem, intuicyjne wyczuwanie akcentów i niuansów – przychodzi mi z dużą łatwością. Role filmowe traktuję jak wyzwania. Film to praca zespołowa, czuje się wspólnotę, a odpowiedzialność rozkłada się na wiele osób, więc dla mnie to psychiczny odpoczynek, nawet jeśli na planie wciąż nie czuję się pewnie. Jestem jednym z trybików w machinie, do tego nigdy nie tym najważniejszym. Kiedy tańczę jako solista na scenie, zdaję sobie sprawę, że ci wszyscy ludzie na widowni przyszli tylko po to, żeby zobaczyć, co ten Połunin potrafi. Wiem, że nie mogę pozwolić sobie na słabszy dzień. W kinie nikt nie wymaga ode mnie bycia najlepszym. W tym sensie to bardzo uwalniające uczucie.

Siergiej Połunin z Laetitią Dosch w filmie „Passion Simple”. (Fot. Forum)Siergiej Połunin z Laetitią Dosch w filmie „Passion Simple”. (Fot. Forum)

Poza baletem niewiele jest dziedzin, w których panuje tak ostre współzawodnictwo i taka presja sukcesu. Wielu tancerzy, mimo niezaprzeczalnego talentu, sobie z nimi nie radzi. Ty też masz za sobą słabsze momenty. Presja jest ogromna, od najmłodszych lat. Dla mnie wyrażała się ona nawet niekoniecznie nieustannymi ćwiczeniami, które najczęściej sprawiały mi jednak radość, co podróżami. Przez co najmniej 20 lat swojego życia przebywałem tak naprawdę z dala od ludzi, przemieszczając się z miejsca na miejsce, zmieniając domy, kraje, teatry. Tancerze to tacy współcześni nomadowie. Ale kiedy żyje się w odosobnieniu, człowiek staje się odludkiem, inaczej reaguje. Zawsze bardzo lubiłem studiować charaktery, ale też obserwować innych i formułować na tej podstawie jakieś sądy. Najbardziej cieszy mnie jednak rozmowa, spotkanie. Bardzo przeżywam ten stan zamknięcia.

Nie boisz się mówić otwarcie o swoich uczuciach. Mężczyźni z Rosji czy Ukrainy rzadko ujawniają się ze swoimi emocjami. Wydaje im się chyba, że to niemęskie, uwłaczające. Każdy z nas ma jednak słabsze momenty, a ukrywanie ich przed bliskimi może negatywnie odbić się na naszym zdrowiu psychicznym. Ja w zasadzie nie mam z tym problemu. Kiedy tańczę, emocje wyrażam całym sobą, choć zupełnie o tym nie myślę. To się dzieje organicznie, naturalnie. Nawet najbardziej skomplikowane układy choreograficzne mam jakby wgrane na twardy dysk mojego mózgu i obudzony w środku nocy potrafię zatańczyć najtrudniejsze partie. Mam bardzo dobrze wykształconą pamięć ciała, nawet trzygodzinne choreografie nie sprawiają mi większych trudności. Z kolei w filmach gram niemal wyłącznie twarzą, co jest dla mnie czymś zupełnie nowym. W kinie startowałem z poziomu absolutnego amatora, cały czas się uczę. Czasami mam trochę łatwiejsze zadanie, bo sporo moich ról wciąż zakłada, żebym tańczył, na przykład w „Czerwonej jaskółce” z Jennifer Lawrence czy w „Białym kruku” Ralpha Fiennesa. Ale ruch ciała a słowo to zupełnie inne materie, odpowiadają za nie inne części mózgu.

Co sprawia ci największą trudność w graniu w filmach? Ilość tekstu, który muszę przyswoić i wygłosić. Z drugiej strony w moim ostatnim skończonym filmie, francuskiej „Passion Simple” Danielle Arbid, miałem do zagrania bardzo dużo scen miłosnych, rozbieranych. Do tego przy całej ekipie! To nigdy nie są łatwe sytuacje. Nawet dla profesjonalisty.

Nazywano cię „Jamesem Deanem baletu”, „pełną wdzięku bestią”, „bad boyem tańca klasycznego”. To dość osobliwe określenia, przyznasz. [śmiech] To o bestii wymyślił mój przyjaciel, rzucił to kiedyś mimochodem, a dziennikarze usłyszeli i podchwycili. Nie zastanawiam się nad tym zbyt często, chociaż pewnie to jeden z elementów, które sprawiają, że widzowie mnie zapamiętują. Takie przezwiska są dość nośne. Ale prawdę mówiąc, teraz już nie chcę, żeby cokolwiek mnie rozpraszało. Zaczynam od początku. Jako tancerz, jako aktor, jako ojciec. Potrzebuję oczyszczenia i spokoju. Już czas.

Siergiej Połunin, rocznik 1989. Jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Wiosną ukaże się bogato ilustrowany album – autobiografia Połunina „Free: a Life in Images and Words” ze wstępem autorstwa Helen Mirren i Alberta Watsona.

  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Zamiast się zadręczać, przygotuj strategię

Większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. (Fot. iStock)
Większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. (Fot. iStock)
Jak wiele procesów zachodzących w naszym umyśle, tak i martwienie się ma ewolucyjne podstawy. Przewidywanie potencjalnych zagrożeń pozwalało naszym dalekim przodkom przeżyć w konfrontacji z dziką naturą. Dlatego – jak radzi brytyjski psycholog kliniczny i neurobadacz dr Frank Tallis – zamiast zadręczać się, lepiej przygotować strategię.

Wyjeżdżam niedługo na upragnione wakacje. Bardzo to doceniam, bo z powodu pandemii jesteśmy ostatnio bardzo ograniczeni, a taki wyjazd daje mi namiastkę tzw. normalności, jednak zamiast myśleć o pięknych plażach, sen z powiek spędza mi stan konta po powrocie. Co mogę z tym zrobić? Twoje zmartwienie mówi o potencjalnym zagrożeniu w przyszłości, niestabilności finansowej, którą może wywołać urlop. Postaraj się spojrzeć na zmartwienie nie jako na coś negatywnego, a pozytywną rzecz w twoim życiu. To rodzaj alarmu, który ostrzega cię, że powinnaś dokładniej myśleć o tym, co robisz i na co wydajesz pieniądze.

Martwienie się to nic innego, jak przewidywanie nadchodzących zagrożeń. Z ewolucyjnego punktu widzenia ma to sens. Martwienie się o rzeczy, które dopiero mogą się wydarzyć, dawało naszym przodkom większą szansę na przeżycie w konfrontacji z naturą i dzikimi zwierzętami. Zamiast zadręczać się, stosowali strategie, by zapobiec niebezpieczeństwu. Warto, byśmy dziś z nich też korzystali.

Jakie to strategie? Gdy wiele lat temu pisałem książkę „Jak przestać się martwić”, na rynku wydawniczym nie było zbyt wielu pozycji poświęconych temu problemowi. Wszystkie książki, które znalazłem, dotyczyły klinicznych zaburzeń, obsesyjnego zamartwiania się, nerwicy. Chciałem więc stworzyć poradnik dla zwykłych ludzi, który pomoże im przezwyciężyć codzienne, przeciętne zmartwienia. Strategia, którą proponuję, powstała po researchu do mojej późniejszej pracy doktorskiej. Jej podstawą jest przekształcenie codziennych zmartwień w problem do rozwiązania. A że dla wielu z nas zdefiniowanie samego problemu jest trudne – skupiamy się na wszystkich złych rzeczach, które się mogą wydarzyć, zapętlając się w czarnowidztwie. Warto powiedzieć „stop”, czyli jak najszybciej przerwać cykl zamartwiania się i odpowiedzieć sobie na pytanie: o co tak naprawdę się martwimy? Kolejnym etapem jest wymyślanie rozwiązań. Ważne, by nie oceniać ich krytycznie, zaakceptować każde, które tylko przychodzi nam do głowy. Potem wystarczy już tylko wyselekcjonować najlepsze i wprowadzić je w życie.

Widzę, że to mocno powiązane z podejmowaniem decyzji, co akurat mnie czasami przysparza wielu problemów. Podczas pracy nad książką i doktoratem odkryłem, że ludzie, którzy się zamartwiają, znacznie częściej są perfekcjonistami. Martwią się, że podejmą złą decyzję. To błędne koło, bo im dłużej nie podejmujesz decyzji, tym dłużej się martwisz. W takiej sytuacji warto powiedzieć sobie: „może to rozwiązanie nie jest najlepsze, ale wprowadzę je już teraz, bo to lepsze niż czekanie na idealny pomysł. Kiedy tylko na niego wpadnę, podejmę nową decyzję”.

Czasem mam wrażenie, że zamartwianie się jest toksyną dla umysłu. Oczywiście gdy martwisz się za dużo i nie potrafisz przekształcić swoich zmartwień w problem do rozwiązania, może to oznaczać, że potrzebujesz pomocy specjalisty. Ale uważam, że większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. Niemniej warto jednak pamiętać, że nie wszystkie życiowe problemy da się rozwiązać. Choroby, zdarzenia losowe, śmierć – to nie są kwestie, do których można podejść w sposób, który proponuję w książce. W takich sytuacjach musisz wznieść się na wyższy poziom, zmienić perspektywę i wypracować sobie nową odpowiedź emocjonalną do problemu.

Brzmi jak ciężka praca. Ciężka, ale możliwa. Dawniej ludzie osiągali to dzięki wierze i religiom, w których jest duży nacisk na akceptację tego, co nas spotyka. W nowoczesnym świecie te funkcje przejęła psychoterapia. Jest wiele nurtów, które podkreślają konieczność akceptacji tego, co nas spotyka, dla osiągnięcia wewnętrznego dobrostanu. Możesz iść przez życie i rozwiązywać problemy oraz przezwyciężać trudności, ale w końcu i tak, z powodu wieku, choroby czy tego, że jesteśmy śmiertelni, wydarzą się rzeczy, z którymi nic nie będziesz w stanie zrobić.

Czy w takim razie traktowanie zmartwień jako problemów do przezwyciężenia sprawi, że nasze życie stanie się lepsze? Nie (śmiech). Życie jest dużo bardziej skomplikowane. Nie twierdzę, że kontrolowanie zmartwień to sekret szczęścia. Jest tyle innych rzeczy, które musimy wziąć pod uwagę. Musimy rozmawiać, do tego rozmawiać szczerze i otwarcie. Musimy mieć przyjaciół i bliskie relacje. Musimy kochać i być kochani. Musimy czuć sens w tym, co robimy i kim jesteśmy. Musimy myśleć racjonalnie. Musimy wypełniać naszą życiową historię... Lista nie ma końca.

Jestem bardzo przeciwny temu, co pojawia się w amerykańskiej kulturze, która uczy nas, by sięgać gwiazd, nigdy się nie poddawać, podążać za marzeniami. To kompletnie nierealistyczne podejście. Co gorsza, rodzi frustrację, gdy większości marzeń nie udaje się jednak spełnić.

W Polsce wolimy cierpieć… Lubię wasz wschodnioeuropejski pesymizm. W małych dawkach nie ma w nim nic złego. Lepiej mieć realistyczne oczekiwania wobec życia. Jeśli okaże się, że pójdzie lepiej niż zakładaliśmy, będzie to miła niespodzianka zamiast rozczarowania.

Dr Frank Tallis, psycholog kliniczny, autor m.in. ponad 30 publikacji naukowych i podręcznika o poznawczych i neuropsychologicznych aspektach zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego. Pisze również powieści kryminalne.

Działanie zamiast zamartwiania się

  • Zdefiniuj problem. Jeśli zamartwiasz się więcej niż jedną rzeczą naraz, wypisz na kartce wszystkie swoje problemy, jednak nie zajmuj się nimi jednocześnie. Rób to po kolei, a zanim osiągniesz mistrzostwo w stosowaniu tej strategii, zaczynaj od spraw, które wydają ci się najmniej skomplikowane.
  • Wymyśl strategię. Po zdefiniowaniu źródła zmartwienia zadaj sobie pytanie: „Co mogę z tym zrobić?”. Prawdopodobnie przyjdzie ci do głowy kilka odpowiedzi, zwanych również „strategiami radzenia sobie z danym problemem”. Ilość przechodzi w jakość, więc im więcej pomysłów, tym większa szansa, że któryś z nich okaże się naprawdę dobry. Popuść wodze fantazji i bez względu na to, jak naciągane mogą się wydawać niektóre pomysły, na tym etapie zapisz je wszystkie.
  • Podejmowanie decyzji. Zacznij od sporządzenia listy „za i przeciw” – wypisz wszystkie plusy i minusy każdego rozwiązania. Kiedy podejmujesz decyzję, zastanów się szczerze, dlaczego chcesz to zrobić. Jesteś naprawdę przekonany do tego rozwiązania czy może tylko wydaje ci się, że jest ono słuszne i właściwe? Jeśli tak, to słuszne i właściwe według czyich standardów? Czy na pewno twoich? Jeśli jakiś głos w głowie podpowiada ci, że „powinieneś” rozwiązać swój problem w ten czy inny sposób, zakwestionuj go!
  • Wdrażanie wybranej strategii. Postępuj zgodnie ze swoją decyzją.
  • Ocena postępów. To ostatni etap metody, w którym weryfikujesz, czy wybrana strategia pozwoliła ci uporać się z problemem. Jeśli tak, pamiętaj, żeby siebie pochwalić albo zrobić sobie jakąś przyjemność. Na początek może ci być trudno wyznaczyć nagrodę, więc przygotuj wcześniej listę rzeczy, które lubisz robić (np. pójście do kina, zakup książki), i kiedy uda ci się rozwiązać jakiś problem, zrealizuj któryś punkt z listy. Nagrody nie muszą być duże, liczy się uznanie odniesionego sukcesu, bo to pomaga wzmocnić dobre nawyki. W psychologii „wzmocnienie” oznacza, że jakiś bodziec zwiększa szanse na ponowne wystąpienie danego zachowania. A jeśli twoja strategia zawiodła? To nie koniec świata! Wróć do listy potencjalnych rozwiązań, wybierz inną strategię i spróbuj ponownie.
Więcej w książce: "Jak przestać się martwić", wyd. Insignis.

Dr Frank Tallis, 'Jak przestać się martwić', wyd. InsignisDr Frank Tallis, "Jak przestać się martwić", wyd. Insignis

  1. Styl Życia

Dobra energia w domu - jak ją wprowadzić?

Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Kiedy patrzymy na coś, co nam się podoba, otwieramy szerzej oczy, nasze rysy łagodnieją, pojawia się też rodzaj przyjemnego zaciekawienia. A to tylko jeden ze sposobów, w jaki rzeczy, którymi się otaczamy, są w stanie oddziaływać na nasz stan ducha.

Czy materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości? Oczywiście, ich widok może sprawiać nam czysto estetyczną przyjemność, ale przecież filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. Jak przekonuje jednak Ingrid Fetell Lee, projektantka wnętrz i autorka książki „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu”, za pomocą przedmiotów warto kreować sytuacje, w których możemy tę radość łatwiej w sobie odnaleźć – tak jak wtedy, gdy patrzymy na bukiet świeżo zerwanych kwiatów, gdy siedzimy przy kawiarnianym stoliku skąpanym w ciepłych słonecznych promieniach lub wieszamy na choince migoczące świąteczne ozdoby. W sposób szczególny powinniśmy zaś przyjrzeć się przedmiotom w najbliższym otoczeniu, czyli w domu. Doskonałą okazją ku temu jest remont bądź przemeblowanie.

Z całą pewnością znasz remontowe porzekadło, wedle którego pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi – dla przyjaciela, a trzeci – dla siebie. Na urządzanie wnętrz w sposób niedający nam radości szkoda jednak czasu i pieniędzy. Przystępując do ich projektowania, warto przyjrzeć się kilku prostym mechanizmom, których znajomość pozwoli wpuścić do codziennego życia więcej wesołości i beztroski. Obok długotrwałego efektu w najbliższym otoczeniu dodatkową przyjemność da nam poczucie sprawczości, które stanie się naszym udziałem poprzez świadome zastosowanie pewnych zasad w praktyce. Mechanizmy, którymi rządzi się przestrzeń i zebrane w niej przedmioty, autorka „Joyful” podzieliła na 10 kategorii.

Energia

Energia jest w wielu wypadkach synonimem radości. Kojarzy się ze wszystkim, co żywe, kolorowe, jasne i ciepłe. Nic dziwnego, że jej odczuwanie doskonale stymulują przede wszystkim nasycone barwy. Przypomnij sobie, jak wiele radości daje ci wizyta w galerii sztuki, podziwianie murali w odwiedzanym mieście albo zabawa w paintball! Intensywne, jaskrawe kolory warto wprowadzić także do naszej codziennej przestrzeni – jeśli nie na dużych powierzchniach, to przynajmniej w formie niewielkich plam i akcentów (idealnie nadają się do tego wszelkie dekoracyjne dodatki, jak poduszki, kapy, obrazy). Szczególnie polecana jest kojarzona ze słońcem barwa żółta, zaś dobrym tłem dla innych kolorów będzie czysta biel. Lepiej natomiast unikać beżów i szarości.

Kolejnym istotnym elementem dodającym energii jest naturalne światło oraz, w wypadku jego braku, dynamiczne sztuczne oświetlenie jak najlepiej imitujące promienie słoneczne.

Obfitość

Nasze zamiłowanie do obfitości odziedziczyliśmy po dalekich przodkach. Miejsca pełne bujnej roślinności, z żyzną glebą, odpowiednio nawodnione i zamieszkane przez rozmaite gatunki zwierząt – kojarzyły im się z poczuciem bezpieczeństwa i dawały perspektywę łatwiejszego przetrwania. Dziś obfitość kojarzymy raczej z nadmiarem. Jak w rozmowie z SENSem podkreślała jednak Katarzyna Kędzierska, propagatorka minimalizmu, wyrzeczenie się nadmiaru nie oznacza zgody na „zbyt mało”, a raczej na „tyle, ile trzeba”. Podobnie interpretuje obfitość Ingrid Fetell Lee, dla której nie stanowi ona synonimu przesytu, a raczej różnorodności i pobudzenia wszystkich zmysłów. Jak poczuć obfitość w kreowanej przez siebie przestrzeni? Przede wszystkim przez warstwowość, którą stosować można w doborze tkanin (modne szczególnie w stylu boho układanie na sobie kilku dywanów czy narzut) oraz przez wykorzystanie rozmaitych faktur i wzorów. Aby zapewnić sobie prawdziwą stymulację sensoryczną, wybierajmy sprzęty o ciekawych teksturach, wykonane z użyciem rzemieślniczych materiałów (puchate dywany, nieszlifowane drewno, naturalny kamień, tkaniny o nietypowym splocie).

Wolność i odnowa

Beztroska w działaniu, otwarta przestrzeń, brak ograniczeń, swoboda ruchu i oddechu – oto najważniejsze skojarzenia z wolnością. Odczuwamy ją, przebywając na plaży, rozległej łące, w dzikich górach, ale także wtedy, kiedy nosimy luźną, wygodną odzież, biegamy boso po piasku i uprawiamy sport na świeżym powietrzu. Odczucia, które stają się wówczas naszym udziałem, możemy odtworzyć także w przestrzeni mieszkalnej: unikając dużych, ciężkich i ciemnych mebli oraz syntetycznych materiałów; instalując w domu huśtawki, hamaki i zjeżdżalnie, dające przyjemne wrażenie powrotu do beztroski dzieciństwa; wprowadzając do wnętrz naturalną roślinność w postaci kwiatów doniczkowych lub, jeśli to tylko możliwe, uprawiając chociaż niewielki ogródek, na przykład na balkonie. Kontakt z przyrodą, który sobie w ten sposób zapewnimy, jest też ważną składową kolejnej stworzonej przez Lee kategorii: odnowy, kojarzonej z odrodzeniem, przywróceniem sił i naturalną witalnością.

Harmonia

Wielu z nas, a szczególnie osoby wysoko wrażliwe, ma problemy ze skupieniem, relaksem i odczuwaniem szeroko pojętego dobrostanu w miejscach zabałaganionych. Znacznie lepiej czują się w przestrzeniach dobrze zorganizowanych, funkcjonalnych, opartych na symetrii, nieprzeładowanych przedmiotami, które ułożone są zgodnie ze swoim przeznaczeniem lub w przemyślanych konfiguracjach geometrycznych. Z tego właśnie powodu, bez względu na stosunek do religii i historycznych zawieruch, zwykle uspokajają nas wizyty w antycznych świątyniach, kościołach i klasycznych willach; najwięksi sceptycy nie odmawiają racji bytu wiekowym chińskim praktykom feng shui, a poradniki specjalistki od sprzątania Marie Kondo biją rekordy popularności. Wprowadzanie harmonii do wnętrza oznacza przede wszystkim symetrię.

Podobne przedmioty warto łączyć w grupy lub multiplikować przy użyciu luster; kolory i wzory – koordynować tak, aby połączyć je w zbiory. Dobrym pomysłem jest też zadbanie o jednolitość szczegółów – czy będą to jednakowe wieszaki w szafach, jednokolorowe pinezki na korkowej tablicy czy jeden kolor metalu, z którego wykonane są uchwyty do szaf w całym mieszkaniu.

Zabawa i zaskoczenie

Okrywanie wewnętrznego dziecka w sobie to od wielu lat jeden z głównych postulatów wysuwanych przez psychologów. Wśród inspirujących do zabawy elementów jest nostalgia: przywołanie poczucia bezpieczeństwa i niefrasobliwości odczuwanej w dzieciństwie. Kształtem, który najpełniej symbolizuje ten okres, jest koło. Od karuzeli po hula-hoop, od balonu po piłkę, kręgi i kuliste formy zdają się być wpisane w historię beztroskiej zabawy od tysiącleci. Ich przeciwieństwem są „dorosłe” kąty i kanty, kojarzone z dyscypliną i rygorem – jak pisze Lee, na kanciaste przedmioty podświadomie reagujemy niepokojem. Projektując przestrzeń, warto wprowadzić do niej formy koliste i faliste, a także inne elementy kojarzone z zabawą, jak frędzle, pompony, tkaniny w grochy. Można także rozważyć komponenty humorystyczne: zaskakujące rzeźby czy grafiki albo pojedyncze dodatki na pierwszy rzut oka niepasujące do reszty, stanowiące swego rodzaju puszczenie oka do naszych gości oraz do nas samych.

Blisko stąd do kolejnej kategorii, bezpośrednio związanej z ludycznością, mianowicie do zaskoczenia. Większość z nas bardzo lubi przyjemne niespodzianki. Dlaczego nie wprowadzić ich do własnego domu? Co powiesz na piękny, kolorowy i pachnący papier do wykładania zupełnie zwykłych szuflad, który cieszy zmysły przy każdym sięgnięciu po parę skarpetek?  Rolę niespodzianki spełniać może też kontrast formy czy koloru, zabawa proporcją i skalą, ale także np. element niedoskonały, jak specjalnie postarzona ściana czy widoczne ślady po naprawie jakiegoś przedmiotu, znane doskonale miłośnikom filozofii wabi-sabi.

Transcendencja

Słowo „lekkość”, którego Lee używa poniekąd zamiennie z transcendencją, stało się ostatnio niezwykle modne. Używa się go wszędzie tam, gdzie mowa o szczęściu i szeroko pojmowanym odnoszeniu sukcesu. Lekkie jest to, co przychodzi nam naturalnie, w sposób niewymuszony, nie jest okupione nadmiernym wysiłkiem i dodaje poczucia radości i zadowolenia. Co ciekawe, sposób, w jaki odczuwamy i pojmujemy emocje, związany jest z osią pionową. Przykładowo, uśmiech wygina nasze usta ku górze, a wysokie poczucie własnej wartości każe nosić uniesioną głowę; brwi marszczymy zaś ku dołowi i w ten sam sposób załamujemy ręce. W większości przypadków – co widać także w naszym języku – kierunek ku górze jest synonimem tego, co pozytywne. Dobro podnosi nas na duchu, dodaje skrzydeł, sprawia, że czujemy się wniebowzięci albo w siódmym niebie. W przestrzeni lekkość i transcendencję symbolizują jasne kolory w tonacji nieba, duże wolne płaszczyzny pionowe (np. ściany pomalowane na ulubiony kolor, ale pozbawione obrazów czy plakatów), elementy przezroczyste, dekoracje mocowane na suficie (np. wiszące doniczki z kwiatami, ozdobne żyrandole), powietrze i naturalne światło.

Magia

Światło pojawia się w wielu kategoriach wyodrębnionych przez autorkę „Joyful”. Jest również podstawą przestrzennej magii, wyrażanej przez wszystko to, co błyszczące, fluorescencyjne, pryzmatyczne, nieuchwytne. Także w jej wypadku po raz kolejny dostarczamy bodźców naszemu wewnętrznemu dziecku oraz tej części naszego jestestwa, które tęskni za zjawiskami przyrody uważanymi kiedyś za tajemnicze, jak mgła, wiatr czy energia geotermalna. Element magii wprowadzą do przestrzeni opalizujące tkaniny, lustra, fantazyjne przedmioty szklane i wydające kojące dźwięki wietrzne dzwonki.

Świętowanie

Jednym z momentów, podczas których większość osób odczuwa radość i przyjemne podekscytowanie, są święta i rodzinne uroczystości, łączące się ze sferą sacrum – przestrzenią wyjątkową, odmienną od codziennej, przepełnioną podniosłą atmosferą, ale także bliskością drugiego człowieka. Aby w jakimś wymiarze odwzorować świąteczny nastrój we wnętrzu, warto zadbać o jego kameralność i przytulność, a także łatwość międzyludzkiej komunikacji – czy to przy wygodnym stole, wręcz stworzonym do gromadnego biesiadowania, czy poprzez wprowadzenie tzw. punktu centralnego, wokół którego skupiać się będzie uwaga wchodzących, jak np. kominek, otoczony fotelami stolik kawowy w salonie albo szemrząca fontanna w ogrodzie.

Zmiana w pięciu krokach

  1. Wybierz maksymalnie trzy kategorie, które najbardziej do ciebie przemawiają, np. obfitość (tapety, warstwy tkanin), wolność (rośliny, huśtawka), harmonia (symetria, grupy podobnych przedmiotów).
  2. Wypisz kategorie dodatkowe, które również chciałbyś zawrzeć we wnętrzu – dlatego, że ci się podobają, albo dlatego, że już je masz, np. okrągły stolik kawowy (zabawa) czy plamy kolorów (energia).
  3. Zastanów się, jak połączyć je w unikatowy, tylko tobie właściwy sposób. Spróbuj wypisać około pięciu pomysłów, np. tapeta + motywy roślinne = tapeta z motywem dżungli; plamy kolorów + huśtawka = huśtawka pomalowana na jaskrawą czerwień.
  4. Z wypisanych kombinacji spróbuj wyciągnąć wspólne hasło – łączący je temat, który określisz jednym lub dwoma zdaniami, np. „Radość w dżungli”.
  5. Sporządź listę przedmiotów, które musisz dodać do wnętrza – wypisz, co musisz w nim zmienić, aby dostosować je do swojej nowej wizji, oraz co powinno je opuścić.
Więcej w książce: „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria

„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria

  1. Styl Życia

#pieknobezfiltra - by każda osoba mogła być pewna siebie, będąc sobą

Kampania #pieknobezfiltra  (Fot. materiały prasowe)
Kampania #pieknobezfiltra (Fot. materiały prasowe)
Ponad 50 proc. nastolatków stosuje filtry w mediach społecznościowych – alarmuje Dove, rozpoczynając projekt #pieknobezfiltra. Młodzi używają ich do cyfrowej korekty swojego wyglądu, który ma dorównać nierealnym kulturowym standardom i kanonom piękna. To negatywnie wpływa na ich samoocenę.

Ponad 50 proc. nastolatków stosuje filtry w mediach społecznościowych – alarmuje Dove, rozpoczynając projekt #pieknobezfiltra. Młodzi używają ich do cyfrowej korekty swojego wyglądu, który ma dorównać nierealnym kulturowym standardom i kanonom piękna. To negatywnie wpływa na ich samoocenę.

Pamiętacie kampanię Dove „Real Beauty” („Prawdziwe piękno”) sprzed kilkunastu lat? Na pewno. Pierwszy raz w reklamie zobaczyliśmy prawdziwe modelki - z szerokimi biodrami, rozstępami, zmarszczkami, piegami. Wtedy nikt jeszcze nie znał pojęcia "ciałopozytywność". A innowacyjna komunikacja marki produkującej kosmetyki głównie dla kobiet, rozpoczęła walkę z wykreowanym przez media ideałem kobiecego ciała, które wpędza zwłaszcza nastolatki w kompleksy. Dove zapraszając do swojej kampanii „zwykłe” osoby, chciało zerwać z kanonem doskonałej sylwetki oraz idealnej buzi. Działanie firmy było odpowiedzią na badania, z których wynikało, „że wiele kobiet w Polsce ma problemy z samoakceptacją oraz poczuciem własnej wartości. Większość z nich ulega stereotypom. Kampania rozpoczyna się od pytania o definicję prawdziwego piękna. - czytamy na stronie marki. W ten sposób Dove chce zwrócić uwagę opinii publicznej na fakt, że prawdziwe piękno nie zależy od kształtu, wieku, koloru ani rozmiaru.”

Od pierwszej kampanii społecznej zainicjowanej przez komercyjna markę (Dove) na rzecz pozytywnego postrzegania swojego ciała minęło 17 lat. Od tamtego czasu wiele globalnych firm również zmieniło swój kanon piękna w kampaniach - nawet Victoria Secret w 2019 r zatrudniła pierwszą modelkę plus size (Ali Tate-Cutler). Nadzieję na zmianę nieustannie daje też ruch „body positive”, którego celem jest odcięcie się od świata pełnego photoshopa i sztucznych, nieosiągalnych ideałów piękna. To trend, który zachęca, by żyć w zgodzie ze sobą, z tym, co dostaliśmy od natury, w pełnym poszanowaniu dla zdrowia, ale mówić „nie” dyktowanym przez reklamy kanonom. Chodzi o zmianę sposobu myślenia o sobie - przez pryzmat tego kim jesteśmy, co robimy i kochamy, a nie tego ile ważymy, czy mamy siwe włosy albo trądzik.

Jednak najnowsze globalne badania* z 2020 r. przeprowadzone przez Dove dotyczące samooceny i poczucia własnej wartości młodych ludzi pokazują bardzo niepokojące dane. Filtry dostępne w mediach społecznościowych i aplikacje do edycji zdjęć radykalnie wpływają na sposoby wyrażania siebie za pomocą obrazu. Młode osoby nie chcą pokazywać, jak wyglądają naprawdę. Wszystko po to, by dorównać definicji idealnego piękna, które nie jest osiągalne w prawdziwym życiu. To źle wpływa na ich samoocenę - obniża ją. Aż 80 proc. nastolatków do 13. roku życia korzysta z aplikacji do edycji zdjęć zmieniających wygląd, by dorównać nierealnym stereotypom piękna. 77 proc. młodych ludzi próbuje zmienić lub ukryć przynajmniej jedną część swojego ciała przed publikacją zdjęcia w mediach społecznościowych. Z badań wynika, że istnieje zależność pomiędzy presją związaną z kreowaniem wizerunku w mediach społecznościowych, a poczuciem własnej wartości: 52 proc. nastolatków, którzy spędzali od 10 do 30 minut na edycji swoich zdjęć, miało niskie poczucie wartości swojego ciała. Młodzież z niższą samooceną swojego ciała chętniej przerabia swoje zdjęcia (56 proc.) niż młode osoby z wysoką samooceną (42 proc.).

Co istotne, ankietowani przyznali, że gdyby zdjęcia w mediach społecznościowych w większym stopniu pokazywały, jak wyglądamy naprawdę na co dzień, czuliby się pewniej. 61 proc. nastolatków chciałoby, aby świat bardziej skupiał się na tym, kim są, a nie na tym, jak wyglądają.

Kim jestem? 

„Odwrócone Selfie” to film, który pokazuje problem presji, jakiej poddawani są młodzi ludzie w mediach społecznościowych. Prezentuje on etapy robienia „selfie” – uwidacznia, w jaki sposób młodzi ludzie korzystają z narzędzi do edycji zdjęć, które kiedyś dostępne były tylko dla profesjonalistów. Dziś wystarczy naciśnięcie jednego przycisku, by zupełnie zmienić swój wygląd na zdjęciu zrobionym we własnym pokoju. W rezultacie może ono przypominać to z profesjonalnej sesji modelek. Gdy ze zdjęcia zostają zdjęte wszelkie filtry, okazuje się, że przed ekranem telefonu nie stoi dorosła kobieta, a nastoletnia dziewczynka.

Pokochajcie siebie! Poradnik

We współpracy z Centre for Appearance Research (University of West England), największą na świecie instytucją badawczą zajmującą się rolą wyglądu i obrazu ciała w życiu ludzi, Dove przygotował poradnik „Pokochajcie siebie!”. Ma on stanowić wsparcie dla rodziców, nauczycieli i wychowawców, dostarczając wskazówek, jak młodzież może korzystać z mediów społecznościowych w sposób pozytywny i kreatywny.

Poradnik „Pokochajcie siebie!” jest dostępny do pobrania bezpłatnie na stronie Dove.com/pewnoscsiebie

W poradniku znajdziesz m.in:

  • konkretne porady, jak uczynić media społecznościowe zdrową i bezpieczną przestrzenią, w której można się rozwijać;
  • porady dotyczące akceptacji własnego ciała;
  • informacje dotyczące tego,  jak zrozumieć cyfrowe zniekształcenia, jak unikać pułapek porównywania się, jak nauczyć się rozpoznawać reklamy;
  • wskazówki jak radzić sobie z nękaniem w internecie;
  • rozdział o tym, kiedy rodzinne przekomarzanie się, niewinne żarty stają się nękaniem;
  • konkretne porady dotyczące tego, jak język może kształtować akceptację własnego ciała;
  • lekcje jak nauczyć swoje dziecko wyrażać się pozytywnie o swoim ciele;
  • wskazówki jak wspierać swoje dziecko, gdy mierzy się z dokuczaniem i nękaniem z powodu wyglądu;
  • porady dotyczące nauki celebrowania indywidualności. 

*Research conducted by Edelman Data & Intelligence, a global, multidisciplinary research, analytics and data consultancy between November and December 2020 in the USA with 568 girls aged 10-17 and 2,008 women aged 18-55