1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bezinteresowna dobroć wywołuje poczucie spełnienia - podziel się sobą

Bezinteresowna dobroć wywołuje poczucie spełnienia - podziel się sobą

Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy 
 z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Czy w czasach kryzysu można być szczodrym? Można, gdyż najważniejsze przejawy szczodrości są niematerialne.

Rozmowy o szczodrości są ogromnie pouczające. Jak ją rozumiemy? Jakiej szczodrości doświadczyliśmy i doświadczamy od ludzi? Czym my się dzielimy? Jakich ludzi uważamy za szczodrych? Czy ktoś może w ten sposób powiedzieć o nas? Hojność rozumiemy najczęściej jako dzielenie się dobrami materialnymi, szczodrość – niematerialnymi. Próbowałam rozmawiać i o szczodrości, i o hojności, jednak rozmowy zawsze schodziły na dzielenie się… sobą. Źródeł szczodrości upatrujemy najczęściej w otwartym byciu z drugą osobą. To tak, jakby było w nas pęknięcie – z jednej strony chcielibyśmy doświadczać od ludzi hojności materialnej, z drugiej – najbardziej cenimy te subtelne, niematerialne dowody wsparcia, troski i miłości. W naszym chaotycznym świecie, w tych niełatwych czasach to jest odkrycie naprawdę budujące – kryzys może pozbawić nas części dochodów, obniżyć standard życia, ale przecież nie odbiera nam wewnętrznej szczodrości, którą – jak się okazuje – cenimy najbardziej. Możemy więc zbudować nowy świat na czymś, co nic nie kosztuje. Szczodrością dysponujemy wszyscy. Nie traci na giełdzie, nie dewaluuje się i nie ulega przecenie, nie kruszy się i nie rdzewieje, nie trzeba jej strzec. Nikt nie może jej ukraść, jest wolna i bezpieczna.

Znana piosenkarka Eleni powiedziała mi kiedyś, że nigdy nie czuje się tak spełniona i spokojna jak wówczas, gdy dzieli się sobą, swoją twórczością i pieniędzmi z innymi: „Skoro tak, to o cóż innego mogłoby w życiu chodzić?”. A jednak doświadczenie uczy, że nie zawsze czujemy się dobrze, dając coś innym albo przyjmując czyjąś hojność.

Polne goździki prześwietlone słońcem

Szczodrość nie ma nic wspólnego z handlem, zyskiem i stratą. Być szczodrym to być bezinteresownym, działać z pobudek serca. Jeśli dając, czujemy, że coś tracimy, nie ma energii w takim dawaniu. Jeśli dając, czujemy się skrzywdzeni (z powodu poświęcenia czy rezygnacji z siebie) – to także nie jest szczodrość. Dawanie w oczekiwaniu na wzajemność nie nakarmi tego delikatnego miejsca w nas, które tęskni za bezinteresownym dzieleniem się radością istnienia. Paradoksalnie jednak, gdy jesteśmy hojni bez oczekiwania wyrównania, życie tę hojność wyrównuje.

– To, co dasz innym, wróci do ciebie, być może nie od razu, ale za to na pewno – mówi aktorka Anna Nehrebecka, postrzegana przez ludzi jako bardzo szczodra osoba. – To tak jak z ziemią, jeśli o nią dbasz, uprawiasz, zasiewasz, doglądasz wzrostu nasion, ona hojnie odpłaca.

– Pod koniec lat 80. byliśmy biedakami po studiach, w wynajętym mieszkaniu, z sąsiadem alkoholikiem za ścianą, z bardzo chorym dzieckiem. Anna Nehrebecka była sławną aktorką, występowała w filmach i grała w teatrze. Mieszkaliśmy niedaleko Ani, w pobliskim budynku – opowiada Grażyna. – Pomagała nam, woziła do szpitala, uczyła mnie opieki nad dzieckiem, obdarowała mnóstwem rzeczy, mąż Ani Iwo specjalnie jeździł do stolarza, żeby ze starej półki, którą dostaliśmy od księdza Ziei, zrobić komodę, a potem dźwigał ją dla nas po schodach… A gdy wyjechali na miesięczny urlop, pozwolili nam zamieszkać w swoim mieszkaniu. Zawsze będę jej wdzięczna – mówi Grażyna. – Przecież w artystycznym środowisku Ani byliśmy nikim.

Dużo by pisać o tego typu działaniach aktorki. Ona nie chce o nich mówić: – Jeśli daję, to spontanicznie, nie rozmyślam o tym ani przed, ani po.

– Dawanie przyjaciołom, ludziom bliskim jest naturalne i łatwe – twierdzi. – O wiele trudniej o szczodrość codzienną i dla obcych. Jak pisał Hemar: „Bo nam najbardziej dni powszednie ciążą”. Szczodrość codzienna to przeprowadzenie przez jezdnię starszej osoby, przytrzymanie jej drzwi w sklepie, serdeczny uśmiech do ekspedientki, zrobienie zakupów samotnej osobie, bez wystawiania rachunku, bez oczekiwania wdzięczności, po prostu.

Jest przekonana, że takie drobne gesty, których zazwyczaj nie doceniamy, mają siłę. – Żadne dobre słowo nie ginie; nawet jeśli w pierwszej chwili ktoś nie zareaguje na naszą życzliwość, ona zapisuje się w nim i wraca, gdy człowiek potrzebuje pocieszenia. A wszyscy potrzebujemy, bo daje siłę na przetrwanie, chroni przed zgorzknieniem i zamknięciem, pozwala żyć. Często przypomina mi się obraz z dzieciństwa. Miałam pięć lat i patrzyłam na oświetlone słońcem maleńkie, różowe, rozsiane w trawie polne goździki, i taka radość we mnie. Nie przywiązujemy wagi do tych sekundowych uniesień, a to z nich właśnie budujemy siebie. Nie wiadomo kiedy wspomnienie naszego uśmiechu rozjaśni komuś życie.

Sama także zaznała ludzkiej szczodrości. Druga połowa lat 80., oboje z mężem bez pracy, stan wojenny, problemy zwykłe dla tego czasu. – Stałam przed dylematem, czy cena za moją postawę nie jest zbyt wysoka, czy nie płacą jej moi bliscy. Byłam podłamana – opowiada aktorka. – I nagle przychodzi ktoś, kto mówi: „To jest nagroda Solidarności z Brukseli za to, kim pani jest”. Pamięta, że się rozpłakała.

Lata 2001–02, z mężem na placówce w Brukseli. Po wyborach i zmianie rządu w kraju brutalne i kłamliwe ataki brukowej prasy, przed którymi nie sposób się bronić. Nie przetrwaliby bez życzliwych ludzi; wieczorem zawsze telefon: „Czekamy na was”.

– Byli z nami, po prostu byli.

Kilka lat temu ukazała się fascynująca książka „Nowa Ziemia” Eckharta Tolle (autora bestsellerowej „Potęgi teraźniejszości”), będąca zapowiedzią zmian świadomości, którym będziemy podlegać w następnych latach, jeśli oczywiście otworzymy się na te zmiany. Jaka będzie nowa Ziemia? „Źródło wszelkiej Obfitości nie znajduje się na zewnątrz – pisze Tolle. – Jest ono częścią tego, kim jesteś”.

Proponuje, aby zacząć od dostrzegania i doceniania bogactwa na zewnątrz. Zauważenia pełni życia w cieple słońca na twarzy, w soczystym owocu, w pięknie gwałtownej wiosennej ulewy, w śpiewie ptaków. Ta pełnia życia obecna jest na każdym kroku. Uznanie i wdzięczność dla niej budzą drzemiącą w nas szczodrość. A wtedy wystarczy pozwolić jej wypłynąć.

„Gdy uśmiechasz się do nieznajomego, już następuje krótki wypływ tej energii – pisze Tolle. – Stajesz się dawcą. Często zadawaj sobie pytanie: »Co mogę dać? Jak mogę przysłużyć się tej osobie, tej sytuacji?«”.

Wyzdrowiałam, bo byłam dla siebie hojna

– Los był dla mnie hojny, bo zesłał mi chorobę. Nie mówię tak dlatego, że to fajnie brzmi, ale dlatego, że tak czuję. Warto było zachorować, nie było łatwo, ale było warto – mówi Urszula Jaworska, szefowa fundacji swojego imienia zajmującej się badaniem potencjalnych dawców szpiku i pomaganiem chorym.

O tym, że to białaczka, dowiedziała się jesienią 1994 roku. Przyszła do domu i zobaczyła coś strasznego: na środku pokoju klęczał mąż i płakał, obejmowała go ich czteroletnia córeczka. To wtedy postanowiła, że najbliżsi płaczą przez nią ostatni raz.

O operacji przeszczepienia Uli szpiku od dawcy niespokrewnionego, pierwszej tego typu w Polsce, pisały niemal wszystkie gazety. Stała się popularna. Postanowili z mężem, że ich doświadczenie w walce z chorobą nie może pójść na marne. Założyli Fundację Urszuli Jaworskiej i Bank Dawców Szpiku, jakiego dotąd u nas nie było.

Z Urszulą spotykam się w siedzibie jej fundacji o dziewiątej rano. Wczoraj była w Gdyni, jutro jedzie do Poznania. W trakcie naszej rozmowy odbiera telefony, a dzwonią co kilka minut. Będzie rozmawiała ze mną tak długo, jak zechcę, ale bez telefonów nie da rady, czekają sprawy i chorzy.

– Myślałam o tym, jak podziękować za hojność wszystkim, którzy zbierali pieniądze na moje leczenie i byli ze mną, a przede wszystkim mojej holenderskiej dawczyni, 45-letniej kobiecie z czwórką dzieci. Jak miałam to zrobić? Powiedzieć: dziękuję? To za mało!

Po trzech latach od operacji napisała list do Holenderskiego Rejestru Dawców Szpiku, że założyła fundację i Bank Dawców i w ten sposób dziękuje, pomagając innym. Bo hojność jest zaraźliwa.

W swoim postanowieniu, że się nie podda, że będzie walczyć, utwierdzała się wiele razy. Po operacji leżała w szpitalu, a mąż i zaprzyjaźnieni artyści zorganizowali dla niej charytatywny koncert w teatrze Syrena.

– Płakałam, gdy zaśpiewali napisaną dla mnie piosenkę „Poczekajmy na Urszulę…” i połączyli się ze mną telefonicznie. Powiedziałam tylko: „witajcie, kochani”, i usłyszałam brawa na widowni. Jak po tym wszystkim miałabym się poddać? Wy mi tyle daliście, to ja wyzdrowieję!

– Ich energia, serce, miłość w żadnym razie nie mogą być zmarnowane – mówi dobitnie. – Dlatego teraz uczciwie i rzetelnie jestem dla tych, którzy potrzebują pomocy, spłacam dług.

Kilka lat temu dzięki Fundacji Urszuli Jaworskiej po raz pierwszy w Polsce spotkał się dawca szpiku z jego biorcą, dziesięcioletnim chłopcem. Obaj płakali. – Nigdy nie zapomnę tych łez – zwierzała się Urszula dziennikarzom. – Ryczałam z nimi.

Bank Dawców już jest. Teraz jej pomoc polega na czymś innym: – Chorzy w Polsce czują się bezradni i samotni, nie znają swoich praw, więc mówię im, co im się należy i że mają egzekwować prawo do leczenia, wymagać, być asertywni, walczyć o siebie. Nikt ich tego nie uczy, a to podstawowa sprawa.

Daje sobie prawo do rozmów z chorymi, ponieważ przeszła przez to, przez co oni przechodzą, i wygrała z chorobą.

– Jak chory jest oporny, nie chce być hojny dla siebie i wyzdrowieć, to ja nim potrząsnę: jeśli jesteś takim egoistą, że nie walczysz o siebie dla siebie, to walcz dla innych, bo nie jesteś sam na świecie! Najłatwiej się poddać, umrzeć i zostawić najbliższych w rozpaczy! Nie może cię zabraknąć dla tych, których kochasz i którzy cię kochają.

Mówi im też: – Może choroba jest ci potrzebna? Spróbuj pochylić się nad nią nie jak nad karą czy grzechem, ale jak nad szansą, hojnością od losu. Po co choroba? Może po to, by być bliżej z rodziną, może żeby pomagać innym, może żeby się zmienić, być lepszym człowiekiem. Każdy musi to swoje „może” znaleźć po swojemu.

– Choroba dała mi wszystko – mówi Urszula. – Dzięki niej mogę być lepsza. Nauczyła mnie pokory i małych oczekiwań, mam wszystko, co jest mi potrzebne.

Przypomina jej się taki fragment z pism Platona: – Żyjemy tak, jakbyśmy siedzieli w ciemnej jaskini i widzieli tylko odbicie ogniska na ścianie. Nie stać nas na to, by wyjść z jaskini i zobaczyć świat takim, jaki jest naprawdę, w jego bogactwie, pełni.

- Kiedy wyszła pani z jaskini? – pytam.

– Ciągle w niej siedzę! – odpowiada ze śmiechem.

Pisarz Matthieu Ricard w książce „W obronie szczęścia” przytacza wyniki badań naukowych nad pozytywnymi doświadczeniami ludzi. Są jednoznaczne: radość towarzysząca aktowi bezinteresownej dobroci wywołuje poczucie spełnienia, trwałej satysfakcji. Szczodrość rodzi szczęście. Mamy wtedy wrażenie, że iluzoryczne bariery stworzone przez „ja” rozpuszczają się i doświadczamy poczucia wspólnoty, współzależności wszystkich istot. Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Holandia – ludzie i ich mentalność. Jacy tak naprawdę są Holendrzy?

Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Gospodarni czy skąpi? Zdystansowani czy skupieni na priorytetach? Na pewno życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni. I to nie wszystko, czego możemy się nauczyć od mieszkańców Holandii.

Łukasz i Iza z małą Sarą przeprowadzili się do Amstelveen na obrzeżach Amsterdamu pod koniec listopada. Niedługo potem pojechali na święta do Polski. Kiedy wrócili, w skrzynce na listy czekały na nich kartki świąteczne od sąsiadów z okolicy. Zresztą ci zaraz sami zaczęli pukać do ich drzwi z prezentami. Para z domu obok zaproponowała rowerek, z którego wyrosła ich córka, może się Sarze przyda?

A przecież potoczna opinia o Holendrach brzmi: są zamknięci, trudno nawiązać z nimi bliższe kontakty. Iza i Łukasz uważają, że jest inaczej.

Nic na pokaz

Gdyby mieli określić Holendrów w kilku słowach, powiedzieliby, że są praktyczni i konkretni. Wierzą na przykład w dawanie rzeczom drugiego życia. Niekoniecznie po to, żeby odzyskać część sumy, którą w nie zainwestowali, przyświeca im myślenie bardziej eko: nam już nie jest potrzebny, niech ktoś skorzysta. Zwłaszcza że fakt, że coś jest nowe, nie stanowi dla nich sam w sobie zalety. Dlatego Sara przez rok jeździła na rowerku od Hailey.

Prymat funkcjonalności widać też na ulicy. Ubrania wygodne, często sportowe, dostosowane do pogody, która – choć klimat tu łagodniejszy niż u nas – nie rozpieszcza. Wilgoć i wiatr to zjawiska raczej codzienne. Makijaż? Od święta. Nic na pokaz. Ma być wygodnie. W szkołach i przedszkolach dzieci wychodzą na dwór każdego dnia. Nieważne, czy leje, czy wieje. Nie ma złej pogody – mawiają Holendrzy – jest tylko nieodpowiednie ubranie.

Najbliżsi sąsiedzi Izy i Łukasza szykują właśnie pokój dla najmłodszego synka. Ale nie zaczynają od przeglądania stron sklepów z meblami w poszukiwaniu szafek i komódek. Han wchodzi najpierw na Marktplaats (holenderski odpowiednik Olx), żeby sprawdzić, czy da się kupić coś z drugiej ręki. Albo coś, co będzie można przerobić – bo lubi majsterkować. I nie wynika to z oszczędności, a z przekonania, że wszystko da się wykorzystać. W miastach na osiedlach działa Repair Café. Raz w miesiącu dłubacze hobbyści spotykają się w określonych miejscach i naprawiają sąsiadom rozmaite sprzęty za darmo. Za każdym razem tych naprawiaczy przychodzi nie trzech czy czterech, a dziesięciokrotnie więcej. I wszyscy mają zajęcie. Choć Belgowie, którzy (z wzajemnością) mają szereg dowcipów na temat Holendrów, twierdzą, że drugim dnem takich działań jest skąpstwo. Trudno to ocenić. Powiedzmy w takim razie: dobrze rozumiana protestancka oszczędność.

Holendrzy jeżdżą raczej starymi samochodami, bo nowa sportowa tesla niespecjalnie się sprawdzi, kiedy trzeba się wybrać z rodziną na wakacje. Skoro o komunikacji mowa, to każdy wie, że Holandia to rowery. Jeżdżą na nich wszyscy. Jak to się stało? Jeszcze 50 lat temu liczba samochodów w tym kraju była gigantyczna. A rząd już wtedy zorientował się, że to nie najlepsza sytuacja. My tę lekcję odrabiamy w przyspieszonym tempie dopiero teraz. Holendrzy zainwestowali wielkie pieniądze w stworzenie rowerowej infrastruktury, ścieżek, parkingów – i w przekonanie ludzi, że przesiąść się na rower to niezły pomysł. I udało się. Pod każdym szkolnym ogrodzeniem są stojaki na rowery, podobnie przy stacjach kolejowych – dojeżdżasz rowerem, zostawiasz go i dalej docierasz do pracy pociągiem.

Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock) Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock)

Dystans czy życzliwość?

Fajnie, miło, kartki na święta, ale jednocześnie mówi się o zdystansowaniu Holendrów. Czy ta życzliwość kończy się na progu domu?

– Nie, nie mamy takiego wrażenia – opowiada Łukasz. – Ten czas oczywiście jest nietypowy, bo mamy nakładkę pandemiczną. I rozumiem, że kiedy przyszedłem do sąsiadki odebrać zostawioną dla nas paczkę, czekałem przed drzwiami w ulewnym deszczu, bo nie każdy wpuszcza teraz ludzi do domu. Jednak z drugiej strony nawiązaliśmy w ostatnich miesiącach wiele nowych znajomości, bo pandemia paradoksalnie zbliżyła ludzi zamiast oddalić. Pewnie rzeczywiście najbliższe przyjaźnie Holendrzy zawierają w szkole czy na studiach, ale nie jest prawdą, że nie dopuszczają do swojego grona innych.

Teorii o zamkniętych Holendrach przeczy też coś, co Iza i Łukasz nazywają „obrotem dziećmi”. Co najmniej trzy razy w tygodniu córka jest odbierana ze szkoły przez rodziców kolegi czy koleżanki i spędza u nich popołudnie. Albo oni zabierają cudze dziecko do siebie. To oczywiście znajomości praktyczne, zgodne z „narodowym charakterem”, ale świadczą o otwartości. I życzliwości – bo kiedy sąsiedzi dowiedzieli się, że Łukasz wyjeżdża i Iza przez jakiś czas będzie z Sarą sama, od razu z różnych stron przypłynęły propozycje pomocy. Znowu – nie teoretycznej: „W razie czego zadzwoń”, a konkretnej: „Mogę brać Sarę na dwa popołudnia w tygodniu, żebyś mogła popracować”.

Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock) Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock)

Holendrzy są w kontaktach z innymi bezpośredni. Otwarcie komunikują, co jest w porządku, co nie bardzo. Na przykład w pracy. – Czasem dla osób z zewnątrz krytyka czy po prostu zdecydowana ocena bywa trudna do przyjęcia – ale nie chodzi o to, żeby komuś dopiec, tylko żeby jasno zakomunikować, co w jaki sposób powinno być robione. Mnie to odpowiada – mówi Iza. – I łączy się to, moim zdaniem, z holenderskim praktycznym podejściem do życia. Mówią, co myślą, nie są mistrzami korpogierek.

Rodzina to priorytet

Praca dla każdego jest ważna, ale rodzina ważniejsza. Najpowszechniejszy model to trójka dzieci, dwójka to minimum. Coraz popularniejsze jest zjawisko: pracujemy tylko cztery dni w tygodniu albo pięć, ale w mniejszej liczbie godzin, zarobki będą niższe, ale za to więcej czasu dla rodziny. Codziennie kwadrans przed 18 wszystkie dzieciaki znikają z ulic i placów zabaw – bo o 18 jest obiad. To święty czas dla rodziny. Wszyscy siadają razem do stołu. Absolutnie nie wypada wtedy wpaść do sąsiada, nawet po sól. Jeśli ci się to zdarzy, czujesz się niezręcznie.

Może zresztą stąd opinia o tym, że Holendrzy są zamknięci. Bo skoro rodzina jest dla nich najważniejsza, siłą rzeczy starają się spędzać z nią więcej czasu, dla reszty świata mają go więc mniej. Pora na poszerzenie grona przypada w weekendy. Urlopy to także czas dla najbliższych, często spędzany wielopokoleniowo: rodziny pakują się do kampera czy dwóch z dziećmi, z dziadkami, czasem ze znajomymi. A na te wakacje mają wypłacaną w maju 13. pensję.

Wspólnota i odpowiedzialność

30 kwietnia obchodzone są urodziny króla. Normalnie jest to wielkie święto, ale w minionym roku oficjalnych obchodów nie było, wiadomo, pandemia. Co nie znaczy, że o tym dniu zapomniano. Ludzie sami sobie organizowali uroczystości. Tak jak w Lejdzie, w której Iza i Łukasz mieszkają od ponad dwóch lat. Tydzień wcześniej do skrzynek w okolicy trafiły zawiadomienia: „30 kwietnia o 12 spotkamy się na placyku na osiedlu, tam odśpiewamy hymn. Prosimy o zachowanie bezpiecznych odległości”. A dzieciaki wyrysowały na placyku na ziemi linie, gdzie powinno się stać, żeby było bezpiecznie. Różni ludzie grają na różnych instrumentach, wzięli je więc ze sobą. Grali, wszyscy śpiewali. Bo ważna jest wspólnota. Ta większa, jak naród, i ta lokalna.

Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock) Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock)

W połowie maja w Lejdzie tradycyjnie jest weekend biegowy – odbywają się biegi uliczne, od maratonu do biegu na 5 km. Na ulicach są nie tylko biegacze, ale i kibice, a kibicują wszyscy lejdejczycy. Ludzie wynoszą z domu krzesełka, siedzą, piją, jedzą, gadają ze znajomymi i nieznajomymi. No i się uśmiechają. To kolejna rzecz, która nieodmiennie mnie w Holandii zachwyca. Że ludzie na ulicach, mijani podczas spaceru czy kiedy biegam, uśmiechają się do mnie i do siebie nawzajem. Machają, pozdrawiają nieznajomych. Pewnie wynika to też z tego, że Lejda nie jest metropolią, w centrum Amsterdamu wygląda to inaczej, ale stolica to przecież miejsce turystyczne.

To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock) To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock)

Parę lat temu spędzaliśmy sylwestra u przyjaciela w Hadze – opowiada Iza. – To jedyna noc w roku, kiedy w Holandii wolno puszczać sztuczne ognie. Jasne więc, że sobie wtedy nie żałują. Parę minut przed północą wyszliśmy, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, przed dom z szampanem – taki zwyczaj – składać sobie życzenia. Panowało fajerwerkowo-szampańskie szaleństwo. Byłam pewna, że ulica następnego dnia będzie wyglądać okropnie. Ale kiedy rano wyszliśmy pakować bagaże do samochodu, okazało się, że po imprezie nie ma śladu. „To normalne – tłumaczył Karel, zdziwiony moim zdziwieniem. – Każdy sprząta przed swoim domem, a na placyku wszyscy razem”…

Sąsiadka Izy i Łukasza co sobotę o 13 chodzi po osiedlu zbierać śmieci. Ma worek, zrobiła sobie chwytak do papierów – i sprząta. Tak postanowiła. Żeby było ładnie. – My już pewnych rzeczy nie widzimy – mówią Iza i Łukasz. – Jest dla nas jasne, że na ziemi nie ma petów, że nigdzie nie leżą śmieci, że każdy sprząta po swoim psie.

Zaufanie w relacjach

Marcin, lekarz mieszkający w Holandii od 20 lat, mówi: – Tu o wszystkim się rozmawia. Teraz na przykład toczy się nie najłatwiejsza dyskusja o eutanazji dzieci. Nie wygląda to tak, że rządzący mówią: wy nas wybraliście, to teraz my będziemy decydować. Tylko: dyskutujemy wszyscy, bo to wszystkich dotyczy. Odpowiedzialność za państwo to w dużej mierze odpowiedzialność obywatelska. Jest zaufanie ludzi do władz i odwrotnie – myślenie, że ludzie są w stanie samostanowić i podejmować słuszne decyzje. W zestawieniu krajów, gdzie na świecie panuje największa wolność, Holandia jest na piątym miejscu. Ludzie mocno też rozliczają polityków. Jeśli któryś zostaje przyłapany na kłamstwie, podaje się do dymisji – bez dyskusji. Podczas pandemii zalecenie dotyczące podróży brzmiało: Nie rekomendujemy. I w tym czasie król z rodziną pojechał na wakacje. Na drugi dzień musiał wrócić, a premier, który odpowiada za działania króla, gęsto się tłumaczył. Bo wzburzenie obywateli było ogromne.

Zaufanie do ludzi widać na wielu poziomach. Choćby w tym, że nie ma czegoś takiego jak L4. Jeśli jesteś przeziębiony, dzwonisz do pracy i mówisz, że nie przyjdziesz. Nie musisz tłumaczyć, co ci jest – bo to sprawa prywatna. Dopiero kiedy twoja nieobecność się wydłuża, pracodawca wysyła cię do wskazanego przez siebie lekarza, który ocenia sytuację. Stwierdza, czy jesteś zdolny do pracy czy nie, na jak długo i jak ma wyglądać reintegracja. Bo jeśli nie ma cię dłużej niż dwa tygodnie, to nie wracasz do pracy w pełnym wymiarze, dostajesz czas na wdrożenie się w obowiązki.

Zaufanie przenosi się też na zwykłe relacje międzyludzkie. Biegniemy z Izą ścieżką – z jednej strony pola tulipanów, z drugiej – gospodarstwa ludzi, którzy te tulipany hodują. Przy gospodarstwie budka, przed nią w wiadrze tulipany. – Bierzesz bukiet, wrzucasz do skarbonki pieniądze – mówi Iza. – I to działa? – pytam z niedowierzaniem. – Oczywiście – dla Izy rzecz jest już naturalna. – Zawsze mam ochotę kupić kwiaty, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak biec z bukietem.

Dla innych i dla siebie

W roku 2019 prawie połowa mieszkańców Holandii powyżej 15. roku życia była zaangażowana w wolontariat. Wolontariuszami są rodzice w klubach sportowych dzieci – a każde dziecko do jakiegoś klubu należy. Za zajęcia płaci się niedużo, jest więc umowa, że rodzice pomagają. Niektórzy są też trenerami, klub funduje im kurs. Wielu wolontariuszy jest wśród emerytów. Bo wtedy wreszcie mają na to czas.

– Moja nauczycielka holenderskiego to emerytka – opowiada Iza. – Chodziłam na zajęcia do stowarzyszenia wspierającego kobiety. Wolontariuszki uczyły języków, szycia, haftowania, cerowania, gotowania. Moja nauczycielka była też wolontariuszką w domu opieki i w kościele, gdzie co sobota gotowała zupę dla bezdomnych. Na emeryturze rzadko kto siada na kanapie przed telewizorem. Kontakt z innymi jest Holendrom potrzebny do życia. Zresztą jeśli człowiek cały czas jest aktywny, to na emeryturze będzie automatycznie w lepszej formie – i fizycznej, i psychicznej. W wolontariacie jest się tu praktycznie przez całe życie.

  1. Zwierciadło poleca

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 22 kwietnia. (Autorem plakatu jest Andrzej Pągowski)
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 22 kwietnia. (Autorem plakatu jest Andrzej Pągowski)
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” osiągnęła pełnoletniość. Po raz 18-sty zapraszamy na licytację prac artystów, którzy hojnie obdarowali Fundację. Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. 

Obecny czas sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek doceniamy wartość relacji międzyludzkich i rolę wzajemnej pomocy. Mając na uwadze dotkliwe ograniczenia i potrzeby osób chorych onkologicznie, liczymy na wsparcie tego wyjątkowego przedsięwzięcia.

Dzięki hojności darczyńców i licytujących możemy wspomagać podopiecznych Fundacji w radzeniu sobie z doświadczeniem choroby, docieraniu do źródeł wewnętrznej mocy, powrocie do zdrowia i poprawie jakości życia. To dla nas niezwykle cenny dar, będący wyrazem zarówno empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, jak i uznania dla artystów ofiarowujących swoje dzieła z potrzeby serca. Kiedy łączymy się we wspólnej idei płynącej z ponadczasowych, ogólnoludzkich wartości, wnosimy bezcenny wkład do świata, stając się zmianą, jaką chcemy w nim widzieć i możemy ją razem współtworzyć - podsumowała Prezes Fundacji, Monika A. Popowicz.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” mają długą tradycję i są organizowane od 2007 roku. Do tej pory wydarzenie wsparło około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających znaleźli się: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Tegoroczne wydarzenie zaplanowano na 22 kwietnia, o godz. 19.00. Z uwagi na panujące obostrzenia aukcja odbędzie się bez udziału publiczności. Środki zgromadzone podczas wydarzenia zostaną, jak co roku, przeznaczone na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Prace można oglądać po wcześniejszym skontaktowaniu się pod numerem tel. 500 777 240. Bieżące informacje o aukcji, Kunstmatrix – wystawa wirtualna oraz katalog aukcyjny będą dostępne na Facebooku i stronie internetowej Fundacji Ogród Nadziei. W aukcji natomiast można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmowane są pod tel. 500 777 240), mailowo (zgloszenia.aukcja@wp.pl) lub za pomocą serwisu OneBid.pl.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.

  1. Styl Życia

Dziwny czas, czyli rok w pandemii

Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mija dokładnie rok od wybuchu globalnej pandemii. Zdarzenia, które w takiej skali i postaci nie miało jeszcze miejsca w historii. Czego nas pozbawiło, a co nam dało? Co w nas zmieniło, w czym utwierdziło? Do czego zainspirowało? Pytamy naszych rozmówców, ale i siebie…

Jest Pani gotowa?

Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka, krytyczka filmowa. W Antyradiu prowadzi program „Najgorsze państwo świata” (razem z Michałem Figurskim) i „Kino na podsłuchu”, a na antenie Canal+ –„Aktualności filmowe+”. Jej najnowsza książka, „Reset. Świat na nowo” to 16 rozmów na temat pandemii.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Dokładnie w środę, na dwa dni przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu, moja terapeutka spytała: „I jak, pani Karolino? Jest pani gotowa?”. Uniosłam brwi, zdziwiona, o co mnie właściwie pyta. „Bo ja jestem o panią spokojna. Pani jest na wojnie przez całe życie, więc będzie to dla pani sytuacja absolutnie naturalna. Świetnie sobie pani poradzi” – usłyszałam. Rzeczywiście, sytuacja kryzysowa to u mnie, z różnych względów i na różnych poziomach, sytuacja stała, czym się zwykle nie chwalę. A że jestem chora na serce od dziecka, to też nie mam specjalnego problemu ze słuchaniem lekarzy. Ja dzięki nim żyję, więc jeśli mówią mi: „rób to i to”, to ja tego nie kwestionuję.

Lista zakupów

Już jakiś czas temu postanowiłam, że będę kupować mniej ciuchów, więc jedyne, w co się obkupiłam, to rośliny. Mój balkon przerodził się w ogród botaniczny. Zrobiłam to z myślą o tym, że będę miała o co dbać, ale też że będę miała naturę blisko siebie, jeśli nie będę mogła wychodzić. Postanowiłam, że ta moja nora czy jaskinia, jaką stał się dom, będzie od teraz jak najbardziej funkcjonalna. Kupiłam sobie wreszcie porządny laptop – w końcu to moje podstawowe narzędzie pracy – i solidny telewizor, żeby oglądać na nim dobre filmy. A parę filmów i książek bardzo mi w tym czasie pomogło. Plus praca. I kilka ważnych osób. No i psy. Pamiętam, jak po raz pierwszy nagrywaliśmy w reżimie sanitarnym „Aktualności filmowe+”, wszędzie unosił się zapach środków do dezynfekcji, a my, zamaskowani i zestresowani, po raz pierwszy stawialiśmy stopę na niepewnym gruncie. Ale i tego się nauczyłam. Podobnie jak robić wywiady przez Skype’a, który musiałam w tym celu na nowo aktywować. Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że całą książkę tak napiszę, tobym się w głowę puknęła. Przed marcem nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak Zoom. Trochę gorzej było przy drugim lockdownie, bo praca weszła mi do domu. W tej chwili na moim stole jest konsola radiowa i mikrofon, bo nadaję z kuchni. Ostatni raz w radiu byłam, w sensie fizycznym, w październiku. Naszej porannej audycji słucha ponad milion ludzi, nie możemy sobie pozwolić na chorowanie, tym bardziej że i ja, i Michał Figurski jesteśmy w grupie ryzyka.

Ludzie i psy

Był moment kilkudniowej słabości, zaczęłam bardzo tęsknić za ludźmi, za tym, żeby się do nich przytulić. Ja nie jestem specjalnie dotykalska, ale okazało się, że lubiłam ścisnąć komuś dłoń, dotknąć, a nie strzelać „żółwika”. „Czy wszystko masz? Czy czegoś potrzebujesz?” – już pierwszego dnia dostałam kilka takich SMS-ów i kilka też sama wysłałam. Na szczęście zawsze w lutym robię duże zakupy do domu, miałam więc zapas papieru toaletowego i herbaty, no i trzy kilo kawy. Jedyne, co w tym czasie zamówiłam w ilościach hurtowych, o czym zresztą piszę w książce, to 30 kilo karmy. Musi być specjalistyczna – dla psa z chorą trzustką, a to nie jest artykuł podstawowej potrzeby. Kurier, który mi ją przyniósł, dziwił się: „Pani, co się tu dzieje? Wszyscy po 30 kilo karmy kupują!”. Zaskoczył mnie ogrom dobroci, empatii i wyczulenia na innych. Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie, nawet w najbardziej haniebnych okolicznościach, potrafią być fajni, bezinteresowni. I dowcipni. Polska specyfika, czyli szukanie dowcipu nawet na dnie piekła, znów mnie rozczuliła, obyśmy tego nigdy nie zatracili. Kto by przypuszczał, że będę mojego Lolka wypożyczała na spacery, bo ktoś mi napisze na Facebooku: „Pani Karolino, jesteśmy sąsiadami, widuję panią pod blokiem. Dałaby mi pani jednego ze swoich psów, bardzo bym chciał iść do parku. Rodzina daleko, sam w domu siedzę”. Lolek wrócił zadowolony i wybiegany, pan – jak sądzę – też. Psy okazały się paszportem na wolność. W Hiszpanii założono stronę ułatwiającą wypożyczanie czworonogów, była tam nawet charakterystyka „kandydatów”: „Pedro, osiem kilo, lubi biegać”. W Nowym Jorku zabrakło zwierząt w schroniskach, bo się okazało, że ludzie mają wreszcie czas, przestrzeń i ogromną potrzebę, by się nimi zająć. Bardzo sobie ceniłam, że z „psią obstawą” mogłam chodzić po mojej dzielnicy bezkarnie. Wyrabiałam z nimi co najmniej 10 tysięcy kroków dziennie.

Wirtualne siostrzeństwo

Okazało się też, że mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, jest ich może z pięciu, ale są. Nie chcę mówić, że kwestie bytowe są drugorzędne, ale nawet moi znajomi, którzy po 20 latach prowadzenia restauracji musieli zwinąć interes, przyznali, że w tym czasie najbardziej liczyło się to, kogo miałeś przy sobie. Twoja „ludzka baza”. Ja na przykład po raz pierwszy poznałam, co to siostrzeństwo. Jedna z moich koleżanek założyła babską grupę samopomocową na Fejsie, nie chcę mówić o niej zbyt dużo, bo jest fajna i tajna. Dziewczyny codziennie rano pisały w niej posty, robiły głupie zdjęcia i opowiadały, co się u nich w życiu dzieje. Zobaczyłam wtedy po raz pierwszy, jak bardzo można nie dawać sobie rady z odosobnieniem, lękiem czy tęsknotą. Zrozumiałam, że dla wielu osób to, co się dzieje, jest początkiem końca świata, i nie ma się z czego śmiać. Oni tak to przeżywają i trzeba im pomóc przez to przejść. Czasem dobrym słowem, a czasem głupim memem. To było miejsce, w którym każda z nas mogła napisać: „Jest mi fatalnie”, i wtedy inne się zbiegały, by jej wysłuchać, pocieszyć. Nie wiedziałam, że potrafię tak bardzo wyjść do ludzi. I że kiedy się na to zdobędę, zostanie to bardzo dobrze przyjęte. Grupa nadal działa.

Co dalej?

Mam dużo młodych fanów, którzy studiują w Azji. Dwoje z nich na początku lutego wysłało mi filmiki, one potem pojawiły się w dokumencie o Wuhan, który pokazała w TVN24 Ewa Ewart – mówię o filmikach ukazujących wymarłe miasto, ciała leżące na ulicy i ludzi siłą wciąganych do karetek. Inna fanka, która jest studentką medycyny we Włoszech, wysłała filmik, który zrobiła pielęgniarka na oddziale covidowym w Lombardii. To była jedna z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie widziałam w życiu. Po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest za choroba. Nie wyobrażałam sobie, że tak może wyglądać OIOM. Wtedy zaczęłam sobie dawkować newsy ze świata, bo wiedziałam, że to mnie dobije. Szukałam jednak autorytetów: filozofów, socjologów, pisarzy czy specjalistów takich jak profesor Krzysztof Simon, którego uwielbiam za to, że nigdy nie ściemnia. Szukałam ludzi, którzy pomogliby nam to wszystko ogarnąć, bo miałam przeczucie, że kiedy nauczymy się już żyć w zamknięciu, to będziemy potrzebować odpowiedzi na pytania ogólne: Co dalej? Jak to teraz będzie wyglądało? Co to zmieni w moim życiu? My już weszliśmy w ten zakręt, przed którym ostrzegano nas od kilku dobrych lat, i za chwilę, za rogiem ukaże się nam nowa rzeczywistość. Trzeba mieć piękne wspomnienia o świecie, który był. Kolekcjonować zdjęcia, filmy i emocje. Bo on już nie wróci. Mam na myśli świat nadmiernej konsumpcji, kultu przyjemności, bezrefleksyjnych podróży. Nadeszło to wielkie zapowiadane bum. Musimy przestać mówić o zbliżającej się katastrofie ekologicznej, ona już trwa. Pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, by pokolenie dzieci, które teraz znów poszło do szkoły, za kilkadziesiąt lat miało wodę w kranach. Wreszcie do mainstreamu przedostało się pojęcie „emigracja klimatyczna”, podczas gdy emigrujących „za wodą” są już tysiące. Idą trudne czasy, wymagające od nas solidarności, empatii, poświęceń i wysiłku. Bardzo bym chciała, by też przeformatowały nasze myślenie. Wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę i bez Ziemi sobie nie poradzimy, za to ona bez nas da sobie znakomicie radę.

ŻYCIE W KILKU SŁOWACH

Michał Rusinek, literaturoznawca (wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim), tłumacz (z języka angielskiego), pisarz (dla dzieci i dla dorosłych), prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. W ostatniej książce „Zero zahamowań” analizuje teksty piosenek disco polo.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Przede wszystkim zorientowałem się, że do tej pory prowadziłem bardzo podróżniczy tryb życia: spotkania autorskie, wywiady – nagle wszystko to przeniosło się do Internetu. Starałem się zawsze wykorzystywać każdy dłuższy weekend i kilka tygodni wakacji na wyjazdy – tym razem nic z tego. Początki były trudne, jak po odstawieniu jakiejś używki. Ale udało mi się zrobić porządek w szufladzie ze skarpetkami oraz – a to już niebagatelny sukces – w książkach. No i napisałem i przetłumaczyłem dzięki temu więcej niż zwykle. Lockdown to raj dla grafomanów. Jestem gadżeciarzem, więc z początku wirtualne spotkania bardzo mi się podobały (teraz mam już ich dość; człowiek, który za dużo czasu spędza na Zoomie, zmienia się w zoombie). Kupiłem sobie porządny mikrofon, lampę diodową, dodatkowy router, gdyby zerwało mi połączenie internetowe (bo Internet jest teraz na wagę prądu). Całą rodziną staraliśmy się (i staramy nadal) wspierać lokalne zaprzyjaźnione restauracje. Kłopot w tym, że jedzenie zamawiane do domu zwykle przyjeżdża chłodnawe, więc przez ten czas, by tak rzec, nie jemy potraw gorących (co jest ponoć zdrowsze). Nieszczególnie lubię fizyczny kontakt z innymi, ale brakuje mi zajęć ze studentami w trybie stacjonarnym. Okropnie brakuje mi też kawiarni i restauracji, bo rozmowy przy kawie czy lunchu zupełnie inaczej przebiegają niż na Zoomach czy Teamsach. Obawiam się, że kiedy minie pandemia, będziemy się obcałowywać i ściskać na ulicach bez opamiętania.

Widzimy się? Słyszymy się?

Pandemia zmieniła zupełnie nasz sposób codziennego funkcjonowania. Pracę i szkołę trzeba było przestawić na tryb zdalny. Funkcjonującą w języku „telekonferencję” zastąpiono krótszym i bardziej precyzyjnym słowem „online”, które nie doczekało się polskiej wersji. Ba, stało się nawet rzeczownikiem: „Oddzwonię za chwilę, mam online” – mówimy przecież. Zamiast prośby, byśmy się spotkali w rzeczywistości (choć teraz nie wiadomo, gdzie by to miało być, skoro kawiarnie zamknięte), nie mówimy już o „realu”, ale o „offlinie”, jakby to był stan odmienny od życia normalnego, czyli online’owego. Zresztą owe online’owe spotkania rozpoczynamy nie od „dzień dobry”, lecz od pytania: „Widzimy się? Słyszymy się?” – które pełni funkcję toposu otwierającego wypowiedź. Na pożegnanie machamy do siebie infantylnie rękami, nawet po obronach doktoratów (wiem, co mówię). Kilka tygodni temu miałem spotkanie autorskie – oczywiście online – z dziećmi. W pewnej chwili coś niebacznie nacisnąłem i jedno z dzieci wykrzyknęło: „Proszę pana! Jest pan zmutowany!”. Zamarłem, bo wprawdzie jestem tak zwanym ozdrowieńcem – to także jedno ze słów minionego roku – ale wizja zakażenia się ponownie mutacją wirusa lekko mnie niepokoi, podobnie jak wizja siebie jako mutanta. Tymczasem chodziło o to, że wcisnąłem klawisz „mute” i wyłączyłem sobie mikrofon.

Quarantini i covidiota

Zwykle wydarzenia historyczne, nawet jeśli są dookreślane przymiotnikiem „światowy”, mają ograniczony zasięg. Tymczasem pandemia dotknęła nieomal wszystkie kraje (oficjalnie tylko 12, między innymi: Korea Północna, Turkmenistan, Samoa czy Wyspy Salomona, nie odnotowało żadnych przypadków zakażenia koronawirusem, ze względu na ich izolację wynikającą z polityki czy położenia geograficznego). Zatem nie ma się co dziwić, że we wszystkich językach pojawiły się nowe wyrazy związane z pandemią, pozwalające nam wszystkim nazwać to, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje. Nazwanie jest zarazem oswojeniem, to znaczy sprowadzeniem nieznanego, nie do końca zrozumiałego zagrożenia do czegoś znanego. Ale z czym porównać pandemię, jakiej jeszcze nie było? Język pandemii podszyty jest metaforyką i leksyką militarną: z wirusem się „walczy”, służby medyczne są „na pierwszym froncie”, o szpitalach jednoimiennych mówiono „lazarety”, szczepionki nazywane są „jedyną skuteczną bronią” w tej walce, a obronę przed ekonomicznymi skutkami pandemii ma zapewnić „tarcza antykryzysowa”. „Przyłbice” są wprawdzie o wiele mniej skuteczne niż maseczki, ale brzmią – zwłaszcza w uszach Polaka wychowywanego w kulcie oręża – dumnie i militarnie. Przestaliśmy się dzielić na społeczeństwa czy narody, a zaczęliśmy być „stadami”, kiedy zaczęło się mówić o „odporności stadnej”. Do dyskursu publicznego weszło sporo terminologii medycznej. Oprócz wspomnianych – i brzmiących dość tajemniczo – szpitali jednoimiennych pojawiły się „wymazy” oraz dwuznaczny przymiotnik „wymazany”; dwuznaczny, bo „wymazani górnicy” mogli się poczuć nieswojo. Z języka matematyki (i statystyki) weszło – jakże przez nas pożądane – „wypłaszczanie”. Profesor Jerzy Bralczyk, usłyszawszy je, lekko się skrzywił i stwierdził, że on się na razie zaokrągla. To zresztą dotyczy wszystkich nas, bo znacznie mniej się ruszamy. Z językowego lamusa powróciła „kwarantanna”. Nie udało nam się spolszczyć słowa „lockdown”, bo w polskiej „izolacji” brakuje elementu zamknięcia. Paradoksal­nie stwierdzenie „jestem pozytywny” zaczęło oznaczać coś negatywnego, bo pozytywny wynik testu na COVID-19. Niefortunne pod względem językowym było, moim zdaniem, wzywanie do zachowania „dystansu społecznego”. W dobie pandemii powinniśmy zachowywać dystans fizyczny, natomiast pielęgnować relacje społeczne za pośrednictwem dostępnych nam mediów. Choćby po to, by – jak to wymyślili Anglicy – wypić razem (każdy przed swoim ekranem) „quarantini”, czyli aperitif w stanie kwarantanny, a jeśli ktoś wzbraniał się przed alkoholem, to mógł się poddać „kawantannie”, czyli wspólnemu piciu kawy. Pojawiło się też – i to w wielu językach – określenie „covidiota”. Z założenia wykluczające, okazało się jednak paradoksalnie jednoczące. „Covidiotami” nazywa się bowiem „koronasceptyków” i „antymaseczkowców”, czyli tych, którzy uważali, że pandemia jest faktem wyłącznie medialnym. Oni natomiast stosują to określenie wobec tych, którzy w pandemię wierzą i starają się przed nią zabezpieczyć. Innymi słowy, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy „covidiotami”.

Memy i dziadersi

Na język w Polsce w ubiegłym roku wpłynęły też oczywiście protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dodajemy, że były to prawdopodobnie najliczniejsze protesty w całej historii Polski. Ich język był zupełnie inny niż język jakichkolwiek dotychczasowych manifestacji. Po pierwsze dlatego, że uczestniczki protestów, doprowadzone do furii, dały tej furii wyraz, przekraczając granice tego, co w patriarchalnym społeczeństwie kobiecie językowo uchodzi. Głównym hasłem było: „Wypierdalać”, a jeśli ktoś z oburzeniem pytał, czemu jest tak mocne (ja uważam, że mocniejsze było: „Obyś, chuju, wdepnął w lego”), to mógł przeczytać napis na innym transparencie: „Zaniepokojona to ja byłam w 2016”. Większość haseł miało charakter rewolucyjny, na przykład: „Kobiety zniosą wszystko. Najpierw was z piedestału” albo „Wody odeszły, rodzimy rewolucję”. Wiele zawierało odniesienia literackie, na przykład: „Annuszka już rozlała olej”, czy wręcz biblijne: „Zło bobrem zwyciężaj”. Po drugie, język tych protestów był inny dlatego, że ich uczestnicy byli głównie bardzo młodzi. To był ich pierwszy protest. Protest nie tylko przeciwko orzeczeniu TK, lecz także przeciwko meblującym im świat dziadersom („Jedyni starsi panowie, których mam ochotę słuchać, to Przybora i Wasowski”). Protest wyrażony ich językiem, zawierającym aluzje do ich świata: do memów, gier komputerowych, seriali, ale i do lektur szkolnych, nad którymi jeszcze niedawno przysypiali: „Słuchaj, dzieweczko! Ona NIE słucha” czy „Za dużo zdrowasiek szkodzi zdrowiu i życiu. Rozalka”. Zdarzały się też odwołania do tekstów piosenek – na przykład Maanamu (czyli zespołu słuchanego zapewne przez ich dziadków): „To jest ten wiatr, co rozgoni”. Kreatywność językowa tych protestów była niebywała (absolutnie fenomenalnym hasłem było: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”) i mam nadzieję, że hasła, które w czasie nich niesiono na zwykłych kartonach, doczekają się naukowych analiz. Ważniejsze jest jednak, że na tych transparentach doszło do swego rodzaju językowej rewolucji. A rewolucje – te niejęzykowe – zawsze zaczynają się od języka.

CO MAM W SPIŻARNI?

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Kiedy słyszę pytanie: „Czego nauczył mnie ten rok pandemii?”, pierwsze, co się we mnie pojawia, to opór. Przeciwko czemuś, co może przesadnie, ale jednak nazwałabym terrorem rozwojowym. Wciąż mamy poczucie, że trzeba się nieustannie uczyć, rozwijać, ulepszać. Czasem przybiera to wręcz postać kompulsji. Dlatego wydaje mi się ważne, by dać sobie także zgodę na to, żeby ten rok niczego nas nie nauczył. Już samo to, że mamy go za sobą, że przez niego przeszliśmy, jest wystarczające, by czuć coś w rodzaju zadowolenia, satysfakcji, a nawet dumy. I dać sobie też prawo do zmęczenia. Bo przecież pandemia nadal trwa, wciąż jest elementem naszego doświadczenia.

Za czym nie tęskniłam

Jak już pokonam w sobie ten pierwszy opór, to myślę, że, chcąc nie chcąc, rzeczywiście dużo się podczas tego roku nauczyłam. Pandemia dla wielu z nas miała spory rys inwentaryzacyjny. Na zasadzie: co mam w spiżarni? I nie mam tu na myśli tylko zapasów żywnościowych. Patrzysz, z czym zostajesz, kiedy nie masz zapełnionego kalendarza, perspektyw rozrywek, wyjść czy podróży. Ja przekonałam się, że mam bardzo dużo. Po pierwsze, mam właściwie napisaną, tylko jeszcze nie „wypisaną” książkę. Gdyby nie lockdown, przypuszczam, że nawet by to do mnie nie dotarło, bo byłabym zbyt zajęta bieżącymi zadaniami. Jak już siadłam, skończyłam ją w dwa miesiące. Po drugie, zobaczyłam, że parę rzeczy mam w życiu fajnie ustawionych. Mieszkam w domu, który lubię, mam fajny związek i dobrą relację z synem. Poczułam też jeszcze mocniej, jak bardzo kocham swoich rodziców. Zobaczyłam też, że im wokół jest ciężej, tym jest mi trudniej sięgnąć po to, co jest dla mnie zdrowe. Najchętniej siedziałabym tylko na Netflixie albo scrollowała Fejsa. Przełamuję się, żeby wyprowadzać się na spacer, w miarę zdrowo jeść i raz na jakiś czas wejść na matę do jogi. Zrozumiałam, czego już nie chcę robić. Jako osoba zajmująca się szkoleniami i warsztatami rozwojowymi ciągle byłam w drodze. Podczas pandemii przekonałam się, że w ogóle nie tęsknię za podróżami służbowymi. Zdecydowałam, że będę mniej jeździć i znacznie mniej latać, także ze względu na ślad węglowy. Za to bardzo tęskniłam za podróżami dla przyjemności, za zwykłym uściśnięciem rodziców – mam nadzieję, że dzięki szczepieniom wkrótce to się uda. No i bardzo mi brakowało twarzy innych ludzi: pani ze sklepu, taksówkarza czy pasażera w tramwaju. Nawet nie sądziłam, że to tak bardzo składa się na moją codzienność.

Życie jest życiem

Był taki moment, w którym poczułam, że jestem oto w środku tej sławetnej „czarnej godziny”, na którą tyle odkładałam pieniędzy, i… przekonałam się, że nie jest ona tak czarna, jak zwykłam o niej myśleć. Gdyby ktoś rok temu opisał w jednym okrutnym akapicie to, co się wydarzy w 2020 roku – że z powodu śmiercionośnego wirusa będziemy zamknięci w domach, nie będziemy mogli się spotykać z przyjaciółmi, odwiedzać starszych członków rodziny, a praca przeniesie się do Internetu, jeśli w ogóle będziemy mieli pracę – to pewnie pomyślałabym, że tego nie wytrzymamy. Tymczasem dałam radę. Przypomina mi to pewne badania z udziałem osób lękowych. Proszono ich, by opisali to, czego boją się najbardziej i jak się spodziewają, że sobie wtedy poradzą. Następnie prowadzono obserwację, która przyniosła dwa bardzo ciekawe wnioski. To, czego badani się spodziewali, urzeczywistniało się bardzo rzadko. A jeśli już się wydarzało, to się okazywało, że radzili sobie dużo lepiej, niż obstawiali. Ja też mam wrażenie, że poradziłam sobie lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie lubię mówić: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, ale przyznaję, jest w tym zdaniu jakiś kawałek prawdy. To, co się zdarzyło, jakoś mnie zbudowało. Podczas tego roku często nachodziły mnie myśli o poprzednich pokoleniach i momentach kryzysowych, które były ich doświadczeniem. Zaczęłam sobie przypominać opowieści mojej ciotki i babci o wojnie. Pokazywały mi dróżkę i mówiły: „Tędy chodziłyśmy do szkoły, potem szkołę zamknęli, a potem znów otworzyli”. I naszła mnie refleksja, że życie jest zawsze życiem.

Lęk i przemoc

Z kolei buddyści mówią, że życie nie jest bezpieczne i nigdy nie było. W tym roku sobie o tym przypomnieliśmy. Jak zauważył mój przyjaciel, jest tak, jakby ludzie nagle się ocknęli i zaczęli biegać po swoich mieszkaniach, krzycząc: „Jestem śmiertelny”. Strach przed COVID-19 był i jest uzasadniony, ale mam poczucie, że równocześnie kanalizował inne lęki. Sprejując preparatem dezynfekującym kilka razy dziennie ręce czy klamki, w jakimś sensie daję sobie poczucie, że zapewniam sobie bezpieczeństwo w ogóle. A przecież jednocześnie codziennie wsiadam do samochodu czy wychodzę na ulicę, czyli robię rzeczy potencjalnie niebezpieczne. Inne zagrożenia nie zniknęły i nie znikną. Moim największym rozczarowaniem tego czasu są media newsowe. Straszenie stało się naczelną zasadą wielu serwisów informacyjnych, gazet i portali. Ktoś uznał, że ważniejsze jest, by ludzie klikali, niż by się mniej bali. Od marca robię zdjęcia najbardziej bulwersujących nagłówków, przygotowuję o tym duży tekst. To zaledwie fragment: „Profesor Flisiak: Epidemia wygaśnie latem. Delikatna stabilizacja w każdej chwili może się jednak załamać”. „Sanepid pyta o miejsca na zbiorowe pochówki na cmentarzach. Chce pilnej odpowiedzi”. „W epidemicznych prognozach trudno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne”. Nie przypadkiem ludzie mówią o potrzebie odłączenia się od newsów, o detoksykacji, bo to jest toksyna. I przemoc psychiczna. Ludzi łatwo jest przestraszyć. Mamy złudzenie, że „banie się” jest czynnością zapobiegawczą. Tak ma działać to słynne: „Zadzwoń, jak dojedziesz”. A dopóki nie zadzwonisz, ja będę w czujności, która chroni ciebie na drodze. To nie logika, ale myślenie magiczne. W wersji łagodnej jest nim trzymanie kciuków za sportowca. Dziś coraz częściej pozwalamy sobie nie wiedzieć, jaka jest aktualna liczba zakażonych i zgonów, pomijamy ten nieodłączny refren naszej pandemicznej codzienności. I ta postawa, to odcięcie od informacji – staje się przestrzenią naszej osobistej wolności.

Tworzy się historia

Wielokrotnie podczas tego roku mówiłam sobie: „O tym będą kiedyś pisać w podręcznikach”. Niezwykłe jest w tym doświadczeniu, jak ono naraz separuje i łączy. Jest w nim też element triumfu ludzkiego umysłu: w ciągu roku do obiegu trafiła skuteczna szczepionka. Mam ogromny podziw dla ludzi, którym udało się tego dokonać: wszystkich, którzy dołożyli do tego choć jedną cegiełkę. Oczywiście jest to owoc pracy pokoleń naukowców i naukowczyń. Widziałam niedawno zdjęcia osób czekających na pierwszą dawkę i przyznam, że się wzruszyłam, bo była to dla mnie naprawdę doniosła chwila. Wiele było takich momentów: widok pustej bazyliki Świętego Piotra i papieża samotnie odprawiającego mszę wielkanocną, czysta woda w kanałach weneckich, ale też strajki kobiet w Polsce. Dla mnie to, co działo się u nas jesienią, było najbardziej poruszającym doświadczeniem społecznym od 1989 roku. Miałam poczucie, że poprzez nasze zbiorowe „grzeczne już byłyśmy” zmieniło się powietrze i nastąpiły nieodwracalne zmiany. Czuję, że po tym już nic nie będzie takie samo. Policzyłyśmy się. Przy naszym boku stanęli też mężczyźni. Rośniemy w siłę i nic tego nie zatrzyma. Jestem przywiązana do tego, co nazywa się niekiedy elementem energii kobiecej, czyli by patrzeć na świat w skali mikro. Uważam, że do tej pory żyliśmy – i nadal żyjemy – w przerośnięciu energii makro, czyli mówimy o zmieniającym się społeczeństwie, pytamy o nadchodzące trendy. Ja wolałabym takie dywagacje zamieniać na pytania osobiste. Czy ty coś zmienisz? Czy ja coś zmienię? Ale też niekoniecznie musimy coś zmieniać. Może lepiej: Co od teraz będzie inaczej? I to pytanie chciałabym skierować do każdej osoby, która nas teraz czyta.

Więcej przemyśleń na temat pandemii znajdziecie w książce Karoliny Korwin Piotrowskiej „Reset. Świat na nowo”, Wydawnictwo Mando.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

  1. Styl Życia

Nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce – przesłanie buddyjskiej mniszki Pemy Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Doskonałość bodhiczitty

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokował by nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czitta oznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całko ­ wicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kocha ­ ją swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o  innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Antoine Saint-Exupéry
Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i  pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne nie ­ bo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w  najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy.

Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty

Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i  wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samot­ności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a  jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią. Tylko miłość ją uzdrowi. Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Fragment pochodzi z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Styl Życia

Sewing Together - projekt, który wspiera kobiety w Kenii

Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (fot. archiwum prywatne)
Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Dla kenijskich dziewcząt dzień zaczyna się zwykle od prac domowych i rodzinnych obowiązków. Jednak coraz więcej z nich docenia możliwość nauki. Każda nowa umiejętność, jak szycie czy projektowanie ubrań, może dać im szansę na zarobienie własnych pieniędzy i większą niezależność. – Cały kurs jest za darmo. W tej chwili uczę 5 dziewczyn. Szyjemy letnią kolekcję. Za 3 tygodnie robię zmianę i zaczynam naukę z nowymi osobami – mówi Maja Kotala, pomysłodawczyni programu Sewing Together.

Większość uczennic w szkole jest między 19 a 25 rokiem życia. Chociaż pochodzą z różnych plemion (Luhia, Masajowie) dobrze się dogadują i są dla siebie nawzajem wsparciem. – Mam 15 lat doświadczenia w branży modowej i chciałam się z tym doświadczeniem podzielić z innymi. – podkreśla Maja Kotala – Pierwszy projekt edukacyjny uruchomiłam za swoje oszczędności oraz pieniądze zebrane od rodziny i przyjaciół. Wyjechałam do Ugandy, żeby przetestować program Sewing Together i dołączyłam wówczas do marki Kimuli Fashionability. Zajmowałam się produkcją płaszczy przeciwdeszczowych, szytych z worków po cukrze. Wyszkoliłam wtedy pierwsze 4 studentki, które bazując na moich metodach, wyszkoliły kolejne 5 osób.

Projekt Sewing Together powstał w 2018 roku. Jego idea polega m.in. na tym, że wyedukowane kobiety szkolą kolejne. Maja jednak nie tylko uczy szycia. – Uczę je jak tworzyć kolekcje. Uczę podstaw biznesu, marketingu, sprzedaży, umiejętności targowania się i tego jak zachować się wobec klienta. Zapraszam też ich rodziców, żeby mogli zobaczyć prace swoich córek.

Maja Kotala ze światem mody zetknęła się w wieku 18 lat. Przez 5 lat mieszkała w Sydney, gdzie ukończyła studia projektowania mody. Kolejne 6 lat spędziła w Paryżu, pracując dla branży modowej (reprezentowała marki modowe na rynku światowym).

Dlaczego Afryka? – Kontynent afrykański od zawsze był w moim sercu. Od dziecka byłam podróżnikiem. Cztery lata temu zaczęłam szukać swojego miejsca w życiu. Zrozumiałam jakie życie przyniosło mi szczęście i postanowiłam dzielić się tym, co otrzymałam. Po Australii i Paryżu odnalazłam swoje miejsce w Afryce. Afryka jest pełna piękna, kolorowa, otwarta. Nigdy nie spotkałam się z tak dobrym nastawieniem. Tu poczułam się naprawdę wolna – mówi Maja – Pomimo ogromnej biedy i problemów nie widać tego na twarzach ludzi, zawsze pogodnych i uśmiechniętych. Ci ludzie są pełni radości i determinacji. Nabrałam więc siły, żeby walczyć o te utalentowane dziewczyny.

Dzień Kobiet Dzień Kobiet

Swoją przygodę z Afryką i z działalnością na rzecz innych ludzi Maja zaczynała od Ugandy i Nairobi. W 2019 r. w Nairobi przyłączyła się do Armii Zbawienia, która miała pod opieką dziewczęta z Girls Training Center (szkoła dla młodych kobiet, które ze względów ekonomicznych nie dokończyły edukacji). Jak wspomina: - Podczas tego wyjazdu wyszkoliłam 20 kobiet, dając im umiejętność projektowania, szycia, umiejętności prowadzenia biznesu i coś, czego nie uczą w żadnych szkołach - „women empowerment”. Każdego dnia inspirowałam je do walki o siebie, wiary w swoje siły, pokazywałam jak pielęgnować kobiecość, czego zwieńczeniem był zorganizowany wspólnie pokaz mody. Dziewczyny prezentowały stworzoną wspólnie kolekcję, a same wcieliły się w role modelek. Skupiłam się bardziej na tym, żeby je zmotywować do działania. Dzięki temu one nabrały chęci do nauki, za co były bardzo wdzięczne. Nie inspiruje się tutaj kobiet do tego, żeby się uczyły. Nie budują one wiary w siebie. Mężczyźni zwykle podchodzą do nich „z góry”, jak do niższych rangą.

Kolekcja spodni uszytych z kikoy - jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (fot. archiwum prywatne) Kolekcja spodni uszytych z kikoy - jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (fot. archiwum prywatne)

Dla większości dziewczyn w Kenii (ale też w innych afrykańskich państwach) poranek zaczyna się od prac związanych z domem (gotowanie, sprzątanie). Starsi z rodzeństwa odpowiedzialni są za młodszych, więc tutaj też trzeba wywiązać się z przydzielonych obowiązków. Pozycja kobiet w Kenii jest wciąż dosyć trudna. Pomocne jest jednak to, że niemal wszystkie młode kobiety mówią po angielsku, który jest podstawowym językiem w szkole (dzieci uczą się w języku angielskim już od szkoły podstawowej). Znają też suahili oraz swoje języki plemienne.

Dziewczynom w szkole Sewing Together ta nauka daje możliwość odcięcia się od silnego stereotypu, według którego kobieta ma przede wszystkim siedzieć w domu i zajmować się z dziećmi. – Jedna z moich uczennic pochodzi z rodziny muzułmańskiej i nie wolno jej iść na studia. W szkole radzi sobie najlepiej. Jest bardzo zdolna. Inna z kolei jest młodą matką, która walczy o swoją niezależność. Mam też uczennicę, która z przymusu studiuje coś w rodzaju hotelarstwa, ale jej pasją jest moda – wymienia Maja.

Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (fot. archiwum prywatne) Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (fot. archiwum prywatne)

Program Sewing Together współdziała z lokalnymi organizacjami, które również niosą pomoc (m.in. z polską Fundacją Mogę Się Uczyć, także działającą na miejscu). Dziewczyny, które zaczynają naukę szyją torebki i podpaski wielorazowego użytku. Razem z Fundacją wspomagają akcję związaną z ubóstwem menstruacyjnym. – Miałam możliwość podróżować po Kenii, więc tutaj problem ubóstwa menstruacyjnego jest bardzo widoczny. Niektóre dziewczynki, nie mając żadnych środków na czas menstruacji, ze wstydu nie przychodzą do szkoły. W niektórych odległych wioskach dzieciom brakuje ubrań. Brakuje więc materiałów, które można by użyć jako popaski – podkreśla Maja Kotala. – Uszyłyśmy właśnie 100 podpasek wielorazowego użytku, które zostaną za chwilę dostarczone do wioski Masajów. U Masajów nie mówi się o takich rzeczach jak menstruacja czy seksualność. Nawet bieliznę suszy się pod innymi ubraniami. Uszyłyśmy więc dodatkowo woreczki, w których dziewczęta będą mogły suszyć swoje podpaski.

Oprócz charytatywnie działającej szkoły, założeniem programu Sewing Together jest też ekologiczne i zrównoważone podejście do mody. Większość kolekcji bazuje na upcyklingu. Ubrania szyte są najczęściej z bawełnianych prześcieradeł i pościeli. Szkoła zakupiła też dobrej jakości żagle od miejscowych żeglarzy, z których dziewczyny uszyły kurtki.

– Mam takie podejście, że nie chcę prosić o pieniądze. Wolę, żeby ktoś coś kupił i w ten właśnie sposób wsparł nasz projekt. Dlatego też założyłam internetowy Charity Shop z naszymi produktami (T-shirtami, biżuterią), wszystko po to, aby utrzymać szkołę i móc szkolić kolejne osoby. Coraz szerzej współpracujemy też z polskimi markami, które dedykują nam swoje produkty (Moja Butelka, Feba, Many Mornings), a część dochodu ze sprzedaży wspiera działania Sewing Together – podkreśla założycielka. – Moim celem jest, żeby ten projekt coraz bardziej się rozwijał. Zależy mi, żeby niebawem stworzyć dla tych uczennic miejsca pracy…

www.mkotala.com