1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Adopcja w Polsce – rozmowa z Martą Wroniszewską, autorką książki „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”

Adopcja w Polsce – rozmowa z Martą Wroniszewską, autorką książki „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”

Według badań pieczą zastępczą objętych jest prawie 75 tysięcy polskich dzieci, z czego 16 tysięcy mieszka w domach dziecka, reszta jest objęta jakąś formą pieczy zastępczej. W ciągu roku w Polsce odbywa się średnio od 2,5 do 3 tysięcy adopcji.(Fot. Getty Images)
Niepotrzebnie idealizujemy obraz rodzicielstwa adopcyjnego, bo im rodzice bardziej świadomi, tym bardziej są gotowi stworzyć kochającą się rodzinę. – W adopcji chodzi o to, żeby dać dziecku nowy, możliwie najlepszy dom, a nie zaspokajać potrzeby bezdzietnych par – mówi Marta Wroniszewska, autorka książki „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”.

Zetknęłaś się z adopcją, zanim zaczęłaś pisać książkę?
Tak, jestem nawet po kursie adopcyjnym. Zawsze czułam, że będę chciała kiedyś adoptować dziecko, bez względu na to, czy będę miała biologiczne potomstwo, czy też nie. Kilka lat temu razem z mężem zgłosiłam się do ośrodka adopcyjnego, przeszliśmy kurs, dostaliśmy wszystkie potrzebne uprawnienia. Naszą główną motywacją do adopcji była chęć ofiarowania fajnego domu komuś, kto tego potrzebuje. Przystępując do kursu, byliśmy już sprawdzonymi rodzicami – mamy trójkę dzieci, tworzymy kochającą się rodzinę. Pomyśleliśmy, że czas się tym podzielić.

I jak taki kurs wyglądał? Adopcja kojarzy się z trudną procedurą, masą dokumentów.
Faktycznie dużo mówi się o wysokim stopniu skomplikowania tego procesu. Z własnych doświadczeń wiem, że bywa to męczące, ale nie jest to trudne. To oczywiście czas biegania po lekarzach, szkoleń, spotkań z psychologami i pedagogami, zbierania dokumentów, co nie jest jakimś wielkim wyzwaniem i nie powinno też specjalnie dziwić. Kandydaci na rodziców adopcyjnych muszą być rzetelnie zweryfikowani, co ma na celu zabezpieczenie dziecka. Pewnym problemem może być to, że nie ma ujednoliconej procedury. W praktyce oznacza to, że różne ośrodki w różnych miastach mogą żądać innych dokumentów. Najgorsze jednak zaczyna się po uzyskaniu uprawnień – chodzi o czas oczekiwania na telefon z ośrodka. Można go dostać nawet po kilku latach.

Wasz telefon zadzwonił?
Nie. Gdy ukończyliśmy kurs, usłyszeliśmy, że jesteśmy wprawdzie świetnymi kandydatami, ale nie mamy szans na adopcję. Po pierwsze, kolejka oczekujących rodziców okazała się bardzo długa. Był to czas, kiedy wprowadzono 500 plus, kosiniakowe i ograniczono możliwość zapłodnienia in vitro, przez co liczba kandydatów była większa w stosunku do poprzednich lat, a liczba dzieci zakwalifikowana do adopcji mniejsza. Po drugie, powiedziano nam, że jako para posiadająca biologiczne dzieci będziemy zawsze spadać na koniec kolejki. Okazało się, że pierwszeństwo mają bezdzietni. Wzbudziło to moje zdziwienie. Jeśli przyjąć perspektywę dziecka, która powinna być najważniejsza, nie powinno mieć to znaczenia. Chodzi przecież o to, żeby dać mu nowy, możliwie najlepszy dom, a nie zaspokajać potrzeby bezdzietnych par. Nawet podczas kursu adopcyjnego powtarzano nam, że to rodzice mają być dla dzieci, a nie odwrotnie. Wtedy też po raz pierwszy poczułam, że coś jest z tym systemem nie tak. Ale z szacunku dla bezdzietnych par nie komentowałam.

Coś jeszcze cię zaniepokoiło?
W sumie tak. W tamtym czasie, kiedy kończyliśmy kurs, trwała wojna w Donbasie. Znajoma z liceum jeździła z pomocą humanitarną na Ukrainę. Opowiedziała mi o dramatycznej sytuacji w tamtejszych domach dziecka, gdzie brakuje wszystkiego: leków, mleka, pieluch, środków czystości. Zaczęliśmy myśleć z mężem o adopcji dziecka z tamtego rejonu, zadzwoniliśmy do ośrodka adopcyjnego, który zajmował się adopcjami zagranicznymi. Usłyszeliśmy: „A po co sprowadzać sieroty z zagranicy, skoro mamy nasze?”. Byliśmy w szoku. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno system kieruje się dobrem dzieci.

Co można zatem uznać za problem, jeśli chodzi o stosunek do dzieci w procesie adopcji?
Przede wszystkim to, że w systemie pieczy zastępczej dzieci traktujemy przedmiotowo. Wyobraź to sobie na takim przykładzie: sąsiad zgłasza, że w rodzinie dochodzi do sytuacji, która zagraża dziecku. Pewnego dnia ktoś przyjeżdża, bez wyjaśnienia pakuje dziecko jak walizkę i przestawia w inne miejsce. Potem przenosi się je z jednej placówki do kolejnej, oddaje, znów zabiera. Najczęściej niczego mu nie tłumacząc, nie rozmawiając z nim. Jak zauważa w książce Ewa Milewska-Celińska, adwokatka specjalizująca się w problematyce prawa rodzinnego, nie ma też dziś obowiązku wysłuchania dziecka przed sądem. Nie ma instytucji adwokata dziecka, który mógłby przyjrzeć się temu, czego dzieci naprawdę chcą i potrzebują. Dzieci nie mają głosu. Decyzje są podejmowane bez ich udziału – przez rodziców, kuratorów, sędziów, pracowników socjalnych. Ponad głowami najbardziej zainteresowanych i pokrzywdzonych.

A z jakich powodów dzieci w Polsce trafiają do domów dziecka, rodzin adopcyjnych?
Dzieci odbierane są z biologicznych rodzin ze względu na zagrożenie życia lub zdrowia. Głównymi przyczynami są: patologia w rodzinie, alkohol, narkotyki, przemoc, a nie, jak zdarza się słyszeć, bieda. Warto podkreślić, że bieda jest wtórna, jest następstwem nałogów i źle funkcjonujących rodzin. Bardzo często są to dzieci z alkoholowym zespołem płodowym (FAS), bo ich matki podczas ciąży piły. Dużą grupę stanowią też dzieci, które od urodzenia nie dostawały wystarczająco dużo uwagi i miłości. Nikt ich nie przytulał, nie brał na ręce, leżały i płakały w łóżeczku, doświadczały długotrwałego stresu. Już w łonie matki w organizmach takich dzieci wydzielał się kortyzol, hormon stresu, który może powodować trwałe uszkodzenia w częściach mózgu odpowiedzialnych za regulację emocji. Z takimi zaburzeniami dzieci trafiają do systemu pieczy zastępczej albo do rodzin adopcyjnych.

Jak to odbywa się w praktyce?
Gdy w domu dzieje się źle, jest sytuacja kryzysowa, dziecko zostaje z niego zabrane. Założenie jest takie, że te poniżej dziesiątego roku życia trafiają do rodzin zastępczych i rodzinnych domów dziecka, a starsze umieszczane są w placówkach – choć uważam, że wszystkie dzieci, bez względu na wiek, powinny przebywać w środowisku rodzinnym, bo tylko ono gwarantuje stabilne i bezpieczne środowisko, niezbędne do prawidłowego rozwoju. W tym czasie rodzice biologiczni, którzy nie wywiązali się z obowiązków wychowawczych, dostają zazwyczaj półtora roku na ewentualne ogarnięcie sytuacji życiowej, pozbieranie się – co jest moim zdaniem okresem z perspektywy dziecka zbyt długim. Oczywiście zawsze trzeba dać rodzicom biologicznym szansę, to bardzo często są ludzie, którzy sami nie otrzymali wystarczającej uwagi i miłości od swoich bliskich. Niestety, zdecydowana większość to rodziny dotknięte patologią wielopokoleniowo, które nie umieją wyjść z tego zaklętego kręgu. Jeśli sąd nie widzi szans na poprawę, to sytuacja dziecka powinna po półtora roku się wyjaśnić, a ono samo – trafić do adopcji. Ale często jest to tylko cyfra na papierze, obietnica bez pokrycia. A oczekiwanie na adopcję ciągnie się w nieskończoność.

Jak dzieci traktują rozłąkę z biologicznym domem?
Dziecko zawsze kocha swoich rodziców, nawet najbardziej patologicznych. Nawet takich, którzy biją czy przykuwają do kaloryfera. Ta więź jest wielkim dramatem tych dzieci, ale też efektem tego, że żyjemy w kulturze, w której figura rodzica jest święta, należy mu się bezwzględne posłuszeństwo. Czwarte przykazanie: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. I tu wracamy do tematu uprzedmiotowienia dziecka. Zauważ, że nikt nie oczekuje od zgwałconej kobiety, że będzie żyła pod jednym dachem ze swoim oprawcą. A takie właśnie oczekiwania stawiamy w stosunku do najmłodszych. Nie da się oczywiście wygumkować komuś z głowy, że miał innych rodziców, że urodził się w innym domu. Ale rolą państwa jest zapewnienie takim dzieciom bezpiecznego i stabilnego środowiska rodzinnego, w którym będą mogły zdrowo i prawidłowo się rozwijać.

Ile w ogóle jest takich dzieci?
Według badań pieczą zastępczą objętych jest prawie 75 tysięcy polskich dzieci, z czego 16 tysięcy mieszka w domach dziecka, reszta jest objęta jakąś formą pieczy zastępczej. W ciągu roku w Polsce odbywa się średnio od 2,5 do 3 tysięcy adopcji.

Co oznacza, że niewiele z tych dzieci ma szansę na adopcję.
Wynika to z tego, że po pierwsze, sytuacja prawna dzieci pozostaje zbyt długo niewyjaśniona, a po drugie, odbierane są z domów w różnym wieku i w różnym stanie zdrowia, przy czym większość kandydatów na rodziców adopcyjnych chce przysposobić te jak najmłodsze i jak najzdrowsze. Im dziecko starsze, tym trudniej znaleźć dla niego nowy dom.

No właśnie, a jak się w ogóle tworzy taki dom? Mówiliśmy o dzieciach, a przecież są jeszcze rodzice, którzy muszą znaleźć w sobie takie pokłady miłości, które pozwolą im zbliżyć się do obcego człowieka. Czy łatwo jest pokochać dziecko adoptowane?
Nie chciałabym generalizować, bo ile osób, tyle przypadków. Nawet gdy spotykamy się z kimś w dorosłym życiu, to nie potrafimy powiedzieć, dlaczego pokochaliśmy akurat tę osobę, a inną już nie. Tu musi być podobnie. Nie ukrywam, że też zastanawiałam się, jak to jest, że takie uczucie rodzi się poniekąd urzędniczą decyzją. Urzędnik bierze sobie takie dwie teczki: rodziny adopcyjnej i dziecka, łączy ze sobą, odkłada na półkę i stwierdza: „Od dziś ci ludzie będą kochającą się rodziną”. Ale to się dzieje. Najpierw jest okres próbny, moment wzajemnego uczenia się i poznawania, dopiero z czasem mogą się urodzić z tego uczucia. Moi bohaterowie, którzy zostali adoptowani, mówili mi o prawdziwej miłości, którą zostali obdarzeni przez swoich rodziców. I na odwrót. Zofia i Jan też o tym mówili. Stworzyli rodzinę dla dwóch dziewczynek, czuli i czują do dziś, że była to miłość od pierwszej chwili, mimo że potem rozwiązali adopcję. Miłość to miłość – rodzi się wbrew więzom krwi, poza dokumentami i systemem prawnym.

Kto jest odpowiedzialny za to, że czasem adopcja się nie udaje? Bo przecież takie przypadki też się zdarzają.
Przede wszystkim w tym systemie nic nie jest zero-jedynkowe. Nigdy nie jest tak, że odpowiedzialność leży po jednej stronie. Charakterystyczne jest to, że takie pary jak Zofia i Jan łatwo obwiniać, ferować wyroki: „Nie dali rady, zawiedli, źli ludzie oddali dziecko z powrotem”. A dla nich też był to niewyobrażalny dramat. Przyczyn takiego stanu rzeczy powinniśmy upatrywać raczej w systemie. W procesie adopcyjnym są przecież pośrednicy, choćby pracownicy ośrodków adopcyjnych, którzy powinni wytłumaczyć przyszłej rodzinie, z czym się to wiąże. Niestety, wśród moich bohaterów powtarzają się głosy, że nie byli oni przygotowani na wyzwania, które miały ich później spotkać. Niektórym z nich nikt nie wyjaśnił, czym jest alkoholowy zespół płodowy (FAS) albo zespół zaburzenia więzi (RAD). Nikt im nie powiedział, że do ich domu wprowadzi się obcy człowiek z ciężkim bagażem doświadczeń, wadami wrodzonymi, przez co może być agresywny, wrogi, podejrzliwy, lękliwy, zamknięty w sobie. Wszystko było inaczej, niż sobie wyobrażali.

Czyli mieli w głowach wyidealizowany obraz adopcji.
Największym błędem procesu adopcyjnego jest to, że ośrodki podczas kursu wypełniają ludzi taką pozorną wiedzą. Przyznaję się, że jak zaczynałam ten proces, sama patrzyłam na sprawę przez różowe okulary. Wydawało mi się, że gdzieś tam czekają na mnie słodkie bobasy, które jak tylko mnie zobaczą, zaczną wyciągnąć rączki i się tulić. Myślałam: „Pokocham, zaleję miłością i wszystko się ułoży”. Na tamtym etapie prawdopodobnie nie do końca rozumiałam, że po drugiej stronie są ciężko skrzywdzone i doświadczone dzieci. Jak mówi w mojej książce Dominika, psycholożka dziecięca, to okaleczenie nie jest widoczne. Ono dzieje się głęboko wewnątrz – w mózgu i w sercu. Jednym z ważniejszych celów należących do ośrodków powinno być więc urealnienie obrazu rodzicielstwa adopcyjnego. Pokazanie, że takie dzieci mogą wymagać dużo większej uwagi, cierpliwości, zrozumienia, wybaczania niż biologiczne potomstwo. Nie chodzi o to, żeby zniechęcać, tylko odpowiednio przygotować. Im rodzice bardziej świadomi, tym bardziej gotowi.

Czy adopcja w Polsce jest wciąż tematem tabu?
Dziś już coraz rzadziej ukrywa się fakt adopcji. Ale rzeczywiście jeszcze do niedawna utrzymywanie jej w tajemnicy przed otoczeniem albo, co gorsza, dzieckiem było dość powszechne. Polska wprawdzie ratyfikowała konwencję ONZ o prawach dziecka w 1991 roku, ale z zastrzeżeń dotyczących przysługującego adoptowanemu dziecku prawa do ustalenia danych jego rodziców wycofała się dopiero w 2013 roku. W zasadzie do tego momentu państwo polskie uważało, że dziecko nie ma prawa wiedzieć, skąd się wzięło, że ma gdzieś inną mamę i tatę, co prowadziło do sytuacji, w której ludzie dowiadywali się o tym, że zostali adoptowani, przypadkiem, późno albo wcale. Każde dziecko gdzieś się urodziło i ma swoją opowieść, nie można mu tego zabrać. Uważam więc, że adopcja to nawet nie tyle był wstyd czy tabu, co problem – powtórzę, raz jeszcze – systemowy. I chyba w tych kategoriach bym o tym mówiła.

Nadal mamy sporo luk w systemie adopcyjnym?
Adopcja w Polsce to worek z problemami. Jest mnóstwo didaskaliów i każdy z tematów można by osobno omawiać. Wspominałam na początku, że praktycznie nie istnieje adopcja zagraniczna, która mogłaby przecież stanowić szansę dla dzieci, których nikt w Polsce nie chce. Ewa Milewska-Celińska mówi w książce, że to czasem jedyna szansa na znalezienie nowego domu dla dzieci z patologicznych rodzin, z upośledzeniem umysłowym, ciężko chorych, dzieci, które wymagają kosztownego leczenia lub operacji. A chętni z zagranicy byli. Przez lata zgłaszali się do nas cudzoziemcy, ale co z tego, skoro te adopcje są utrudniane, mnożą się obwarowania i ograniczające przepisy. Inna sprawa – czasami są sytuacje, że dziecko było wykorzystywane seksualnie i mężczyźni budzą w nim paraliżujący lęk. Ale najczęściej nie kwalifikuje się na przykład do adopcji samotnych kobiet, które mogłyby zostać świetnymi matkami.

No i wracamy do tego, że należy w końcu dać dzieciom prawa. Słuchać ich pragnień.
Istotne jest jasne sprecyzowanie terminu „dobro dziecka”, którym posługują się sądy. Musimy jednocześnie zdać sobie sprawę, że rodziny niewydolne wychowawczo były, są i będą, bo używki, przemoc i choroby istnieją. To się nigdy nie zmieni, dlatego tak ważny w moim odczuciu jest rozwój rodzinnej pieczy zastępczej. Powinniśmy szukać najlepszych rozwiązań prawnych, a także zaangażowanych kuratorów, sędziów, pracowników socjalnych. Innymi słowy, potrzebne są większa wrażliwość i uwaga. Bo potrzeby dzieci są niestety nierzadko ostatnie. 

Marta Wroniszewska „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”, wyd. Czarne.(Fot. materiały promocyjne)

Marta Wroniszewska, wieloletnia szefowa serwisu, WysokieObcasy.pl, redaktorka portali Wyborcza.pl i Vogue.pl. Ma troje dzieci.
Wraz z mężem tworzy rodzinę zaprzyjaźnioną dla dziewczynki z domu dziecka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze