1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Samobiczowanie jako forma narcyzmu. Fragment książki Ewy Woydyłło „Droga do siebie. O poczuciu wartości”

Erich Fromm wyróżnił pojęcie narcyzmu złośliwego. Ofiary tej ułomności cechuje przypisywanie sobie ponadprzeciętnego potencjału, którego niewykorzystanie powoduje obsesyjne potępianie samych siebie. (Fot. iStock)
Narcyzmem nazywamy wyolbrzymione poczucie własnych zalet, znaczenia, unikatowości. Jak w większości zjawisk psychologicznych, tu również czai się paradoks. Bo niby narcyzm w tym wyobrażeniu o własnej wyjątkowości to wymarzona tarcza chroniąca przed niepochlebną samooceną — a jednak niekoniecznie.

Fragment pochodzi z książki „Droga do siebie. O poczuciu wartości”, Ewa Woydyłło, Wydawnictwo Literackie.

Najlepiej to widać na przykładzie. Anna jest aktorką. Raczej była. Zagrała w młodości kilka obiecujących ról w sztukach teatralnych i filmach. Zakochała się, był ślub, wkrótce urodziły się dwie córki, jedna po drugiej. Dla Anny nastąpiła przedłużająca się przerwa w pracy. Pomału zaczęto o niej zapominać. Obecnie jest panią w średnim wieku i od pewnego czasu topi rozczarowanie swoim losem w alkoholu zagryzanym pigułkami. Ktoś z bliskich niemal siłą nakłonił ją do pójścia na psychoterapię.

Najtrudniejszym problemem okazał się żal do siebie za… wyjście za mąż i urodzenie dzieci. Męża już nie ma, bo odszedł do innej; dzieci też nie ma, bo studiują w innym mieście; do aktorstwa nie może wrócić, bo teraz już nikt jej nie chce. Czuje się kompletnie bezwartościowa. Ale nie te obiektywne zdarzenia stanowią istotę jej problemu. Nie mogąc odżałować decyzji z młodości, popadła w nawyk gdybania: „Gdybym wyszła za mąż za reżysera, a nie właściciela pensjonatu w uzdrowisku”, „Gdybyśmy zamieszkali po ślubie w dużym mieście”, „Gdyby mój mąż zgodził się zatrudnić niańkę na stałe”, „Gdyby teściowa nie buntowała swego syna przeciwko mnie”. I tak dalej, i dalej.

Każde „gdyby” w jej scenariuszu byłoby spełnieniem idealnego życia. Tylko że „gdyby” w czasie przeszłym niczego nie zmienia w czasie teraźniejszym. Albo raczej zmienia, bo pogłębia beznadzieję. Umysł Anny zafiksował się na ocenie zdarzeń z perspektywy dzisiejszej, mimo że ćwierć wieku wcześniej nie sposób było przewidzieć dalszego ciągu. Nie może się z tym jednak pogodzić i nawet zaimek „ja” wymawia ze specjalnym akcentem, jakby mówiła o wszechwiedzącej prorokini. Upiera się, że nie powinna była podejmować tamtych decyzji. A myślenie, że coś „nie powinno być takie, jakie było”, powoduje klincz poznawczy i emocjonalny i wpędza w ślepą uliczkę. Skazuje osobę na poczucie winy, ciągłe wypominanie i wymierzanie sobie kar — na samobiczowanie.

Erich Fromm zdefiniował ten fenomen jako narcyzm złośliwy. Ofiary tej ułomności cechuje przypisywanie sobie ponadprzeciętnego potencjału, którego niewykorzystanie powoduje obsesyjne potępianie samych siebie. Cierpią one na manię wielkości, czyli w języku psychoanalitycznym nadmierny przerost ego, co przybiera jednak zaskakująco absurdalny charakter. Mianowicie osoba uważa się z jednej strony za lepszą od innych, a z drugiej — biczuje siebie bezlitośnie, gdy okaże się gorsza. W takim zapętleniu negatywne narcyzy popadają w zgryzotę, na którą często szukają pociechy w nałogach. Tak w każdym razie było z Anną.

Udało się w końcu jej pomóc. Ratowniczką okazała się przypadkiem młodsza córka, która właśnie zapragnęła zmienić kierunek studiów — z trudnych na łatwiejsze. Matka była zrazu zdecydowanie przeciwna temu pomysłowi. Na szczęście zaczęła o tym rozmawiać podczas terapii. W rezultacie napisała do córki mail pełen wyrazów wsparcia i zatroskania. List brzmiał tak, jakby ona sama była adresatką. Skropiony był obficie łzami, ponieważ Anna uświadomiła sobie, że nikt nie pocieszył jej, nie utulił jej żalów i nie okazał wsparcia, gdy oddalały się jej marzenia o karierze. Dopiero teraz wsparcie okazane córce w obliczu trudnej decyzji pomogło jej przemówić do siebie tak, by mogła łatwiej pogodzić się z utratą kariery. Powoli zaczęła wydostawać się z pułapki samobiczowania. Wcale nierzadko się zdarza, że to, czego nie potrafimy okazać sobie, bez trudu możemy zrobić wobec kogoś, kogo kochamy. Anna okazała córce wyrozumiałość, jakiej całe życie sobie szczędziła. Nastąpił przełom. Zaczęła myśleć o życiu, jakie ma jeszcze przed sobą, a nie już za sobą.

W jednym z wywiadów dziennikarz zapytał mnie, co sądzę o spowiedzi dziewięciolatków. Powiedziałam, że wrażliwe dzieci może to okaleczyć psychicznie i skrzywić moralnie. W tak młodym wieku doszukiwanie się w sobie zła, czyli grzechów, i wyznawanie ich komuś w sekrecie zawiera dwa niebezpieczeństwa. Po pierwsze, dziecko musi się skoncentrować na złu w myślach, słowach i uczynkach — ale tylko swoich własnych. Gdybyż to był świat aniołów i dziecko by aspirowało, aby stać się takim samym aniołem jak mama, tata, inni krewni, pan czy pani z sąsiedztwa, ze szkoły, z telewizji, to możliwe, że wypatrywanie własnych uchybień byłoby na miejscu. Ale przecież dziewięcioletnie dziecko, jak każdy człowiek, lepiej widzi nie samego siebie, tylko innych. Widzi i słyszy, obserwuje, poznaje, wnioskuje. I nagle ma wyznawać, że powiedziało brzydkie słowo, którego tata i mama używają jak przecinków, a czołowi politycy czasem sypią wiązankami jak ostatnie zbiry; albo że raz powiedziało nieprawdę, a mama, gdy dzwoni nielubiana kuzynka, regularnie prosi: „Powiedz, że mnie nie ma”. Ponadto grzeszność w naszym Kościele obsesyjnie wiąże się również z seksualnością, więc ten aspekt zajmuje w spowiedzi — dziecięcej także — nader poczesne miejsce. Tylko niestety wiedza naukowa na temat seksualności jest Kościołowi obca, więc i dzieciom grozi wpojenie przesądów i chorobliwych lęków związanych z czymś tak normalnym jak ludzkie ciało.

Spowiedź w młodym wieku stwarza też drugie zagrożenie. Mówienie w sekrecie o swoich niedobrych uczynkach może zostać uznane za godne i słuszne. W dorosłym świecie widzimy na każdym kroku, że niemal nikt nigdy nie przyznaje się u nas otwarcie do błędów, co musiałoby pociągać za sobą konsekwencje w postaci odważnego i uczciwego wzięcia odpowiedzialności za nie: zwrot do kasy państwa bezprawnie zmarnowanych milionów, podanie się do dymisji przez niegodnych urzędu funkcjonariuszy czy zadanie jakiejś świeckiej pokuty kłamcom i przeniewiercom. A tu nic podobnego. Możliwe, że wszystkie przekręty załatwia się razem z grzechami pościelowymi w konfesjonałach. Jeżeli tak jest, to mamy dowód na totalną dewastację moralności w naszym życiu społecznym i moja obawa jest słuszna, że przyczynia się do tego przyuczanie ludzi od małego, aby jak marni tchórze nie przyznawali się głośno do swoich grzechów i grzeszków.

Jak nie, to nie. No więc mamy, co mamy.

Nie bez powodu nawiązałam do tematu spowiedzi. Praktyka ta odgrywa znaczącą rolę w kształtowaniu poczucia wartości, ponieważ bardzo wcześnie w życiu kieruje uwagę na to, co negatywne, grzeszne i złe w człowieku. Im bardziej skupimy się na złych uczynkach, tym bardziej negatywnie będzie zabarwiony obraz całości. I odwrotnie, im więcej zechcemy dostrzegać dobrych rzeczy, tym przyjaźniej i z większą sympatią będziemy odbierać daną osobę. W spowiedzi osobą jesteś ty albo jestem ja, albo jest ona czy on. I każdy z nas podlega tej regule: jeżeli widzisz coś dobrego, to lubisz; jeżeli widzisz coś niedobrego, to nie lubisz. Problemem osób o niskim poczuciu wartości jest to, że przyuczone zostały do widzenia w sobie tego, co złe, a nie tego, co dobre. Nic więc dziwnego, że osoby te siebie nie lubią — c.b.d.o.

Na podobnej zasadzie w naszych szkołach funkcjonują praktyki metodologiczne. Zadałam sobie trud i poprosiłam gromadkę znajomych dzieci i ich rodziców o policzenie przez miesiąc słów pozytywnych i negatywnych wypowiadanych przez nauczycieli do uczniów (lub o uczniach). W szkołach elitarnych nauczyciele dostali więcej plusów, w szkołach państwowych więcej minusów. Od tej pory zaczęłam myśleć o szkołach elitarnych (Montessori, waldorfska, Bednarska) jako o placówkach promujących zdrowie psychiczne i poczucie wartości, a o państwowych odwrotnie.

Zdarzają się jednak chwalebne wyjątki. Uczniowie i uczennice szkoły podstawowej w Pielgrzymowicach podjęli apel Fundacji „ABCXXI — Cała Polska czyta dzieciom” i wygrali konkurs na projekt kampanii przeciwko mowie nienawiści. Nagrodzony projekt składa się z dwóch bloków o nazwach: „Słowa krzywdzą” i „Słowa dają moc”. Widziałam poruszające nagranie z udziałem pielgrzymowickich uczniów, ponieważ jestem zaangażowana w działania tej fundacji, i szczerze mówiąc, szlag mnie trafia, że uczniowski projekt nie wszedł do medialnego mainstreamu ogłoszeń społecznych. Nie piszę manifestu politycznego, dlatego ograniczę się tu do jednego tylko komentarza: o ileż świat byłby lepszy, gdyby dorośli więcej słuchali dzieci.

Przekonanie o własnej bezwartościowości, nieudacznictwie, grzeszności i nieczystości najczęściej wpajają innym osoby mające podobne wyobrażenie o sobie. Rozpowszechnione krytykanctwo i negatywizm wobec uczniów świadczą zatem o niskim poczuciu wartości i niezadowoleniu z siebie naszego nauczycielstwa. Myśląc o wszystkich dzieciach, a w pierwszym rzędzie o małoletniej progeniturze w mojej patchworkowej (a więc niemałej) rodzinie, zastanawiam się często, jak by tu dodać naszej szkolnej kadrze jak najwięcej wiary w siebie, radości życia i pozytywnego nastawienia.

Polecamy: Ewa Woydyłło, „Droga do siebie. O poczuciu wartości”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze