1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

O ukryte motywy jedzenia pytamy psycholożki z fundacji „Kobiety bez diety”

Jedzenie często służy nam nie tylko do zapełnienia żołądka, ale i psychicznej pustki. (Fot. iStock)
Jedzenie często służy nam nie tylko do zapełnienia żołądka, ale i psychicznej pustki. Jak się uwolnić od zajadania emocji – pytamy psycholożki i terapeutki żywieniowe Agatę Ziemnicką i Elę Lange z fundacji „Kobiety bez diety”.

Jedząc niezdrowo, sami robimy sobie krzywdę. Mimo to wiele osób trwa przy niezdrowych nawykach. Dlaczego tak się dzieje?
Agata Ziemnicka: Powodów może być mnóstwo, choćby taki, że w swojej ocenie zrobiłaś w życiu coś złego i teraz się musisz za to ukarać: zdradziłaś kogoś, byłaś niedobrą córką, matką, ojcem, dokonałaś aborcji… Dzięki nadmiernemu przejadaniu się podtrzymujesz poczucie, że jesteś beznadziejna. Jesz tak dużo, żeby mieć rozstępy albo zwymiotować. Może też być tak, że z powodu nadużycia seksualnego doznałaś traumy i nienawidzisz swojego ciała. Utrzymujesz je więc w stanie permanentnego karania, choć tak naprawdę chodzi o to, żeby go nie czuć. Bo kiedy dużo jesz, to czujesz niewiele poza tym, że boli cię brzuch.

W pewnym sensie jedzenie to także najprostszy mechanizm obronny. Jeżeli jesteś idealną pracowniczką, dziennikarką, dietetyczką, psycholożką, przyjaciółką, żoną, matką i do tego jeszcze masz posprzątane w domu, zawsze jesteś na czas i nigdy, w żadnej sytuacji nie nawalasz – to przychodzi taki moment wieczorem, gdy czujesz się robotem. Wtedy masz potrzebę dodać trochę goryczy do swojego życia, by poczuć się jednak człowiekiem. Jedzenie świetnie sprawdza się w tej roli. I choć nie jest aż tak bardzo opresyjne jak picie wina, po które po cichu sięga coraz więcej współczesnych kobiet, jest to takie samo robienie krzywdy ciału.

Mam wrażenie, że świat, który nas otacza, zewsząd bombarduje nas przekazami o konieczności zdrowego jedzenia i dbania o siebie. Skąd więc w nas ten bunt, by za tym nie podążać?
Ela Lange: Wszystko to odbywa się bardzo nieświadomie. Owszem, świadomie chcemy o siebie dbać, być dla siebie dobre i czułe. Tylko z jakiegoś powodu nam to nie wychodzi. Żyjemy w czasach, które wymagają perfekcjonizmu w każdej dziedzinie. Nasze potrzeby i emocje gdzieś muszą znaleźć sobie wentyl. Jedzenie jest często obszarem, w którym wreszcie możemy sobie odpuścić, na zasadzie „nic nie muszę, wszystko mogę”. Paradoksalnie jest w tym wtórna nieuświadomiona korzyść, ale okupiona ogromnym kosztem.

A.Z.: Do tego dochodzi korzyść z przekonania, że nie krzywdzimy nikogo, tylko same siebie… Jeżeli sięgasz po jedzenie, to nadal jesteś odpowiedzialnym rodzicem, nie uzależniasz się od alkoholu, narkotyków, kompulsywnych zakupów.

Słyszałam, że przejadanie się i otyłość często świadczą o niezaspokojonej potrzebie miłości.
E.L.: Wynika to z różnych deficytów emocjonalnych, głównie w relacji z matką. Jedzenie staje się substytutem miłości, tą symboliczną matką, która nas nie nakarmiła, bo nie umiała, bo sama wcześniej nie dostała miłości od swojej matki, z różnych innych powodów, które wciąż są w nas żywe. Jedzenie jest przyjemne i powoduje wyrzut endorfin, podobnie jak dzieje się w szczęśliwej relacji. Spożywanie posiłku przyniesie chwilową psychiczną ulgę i odroczy na moment konieczność zmierzenia się z trudnościami życiowymi. Jedzenie wypełni nie tylko żołądek, ale i serce. Wystarczy otworzyć lodówkę. Niestety, to nie miłość, seks, relacja, ktoś bliski – a tylko pokarm.

Zastanawiam się, jakie znaczenie mają nasze przekazy rodzinne dotyczące jedzenia.
A.Z.: Wielkie, a sytuacja dodatkowo się komplikuje, gdy łączą się kompletnie odmienne systemy rodzinne. Miałam na warsztatach młodą dziewczynę, która opowiadała o swoich babciach. Jedna była babcią stereotypową, podającą obiad i nakładającą kotlecik. Druga miała bulimię. I ta dziewczyna od jednej słyszała: „Dołożę ci ziemniaczków”, a od drugiej: „Przestań jeść”. W rezultacie była kompletnie zagubiona w kwestii jedzenia.

Moja babcia głodowała, wywieziona na Syberię, a ja mam tendencję do tycia. Czy istnieje jakieś przełożenie w tej kwestii?
E.L.:
Tak, i to podwójne: genetyczne oraz emocjonalne. Skutki traum transgeneracyjnych są przez nas dziedziczone, co udowodniono w słynnym eksperymencie na myszach. Terapeuta Mark Wolynn w swojej książce „Nie zaczęło się od ciebie” pisze, że początkowo sądzono, że trauma przenosi się na kolejne pokolenia tylko przez zachowania wychowawcze rodziców. Jednak dalsze badania wykazały, że istnieją biologiczne regulacje na poziomie komórkowym, warunkujące przekazywanie potomstwu zmian związanych z trudnymi doświadczeniami.

Czasem przychodzi do mnie pacjentka i mówi, że nie rozumie, co się z nią dzieje, odpowiednio się odżywia, miała dobrą relację z rodzicami. Dopiero gdy zaczynamy patrzeć na jej system rodzinny, wszystko staje się jasne.

Co można zrobić w takiej sytuacji?
E.L.:
Świadomość jest początkiem zmiany. Metody pracy są różne, można to symbolicznie oddać albo jakoś pożegnać. Pokłonienie się przed trudnym losem osób z naszego rodu jest uwalniające, zwłaszcza od poczucia winy. Pokazuje, że to nie z nami jest coś „nie tak”, pomaga wyzdrowieć.

A.Z.: Jest też tak, że jeśli kobieta z jakiegoś powodu bardzo chudnie w ciąży, to potem dziecko jest genetycznie uwarunkowane niedostatkiem. Jego komórki będą w poczuciu quasi-wojny, z tendencją do przybierania na wadze więcej niż potrzeba. Zakładam, że bardzo wiele powojennych ciąż rozwijało się w warunkach głodu. Wiele zależy od tego, co wydarzyło się później. Jeśli dziecko ofiary Holokaustu przepracowało jej traumę, nie zostanie ona przeniesiona na wnuczkę. Możemy jednak założyć, że większość babć nie przepracowała swojej wojennej traumy i wychowywała nasze matki w pewnym napięciu. Więc oprócz genów pojawia się tu kwestia przekazu emocjonalnego.

Halina Birenbaum w książce „To nie deszcz, to ludzie” opowiada, że gdy wyszła z obozu w Ravensbrück i przyjechała do opustoszałej Warszawy, najcenniejszą walutą był chleb. Jadła go cały czas, żeby się na zapas nakarmić. Oczywiście nie wszyscy ludzie w naszym kraju mają w rodzinnej historii doświadczenie Holokaustu. Natomiast w czasie wojny panowały głód, bieda i niedostatek. Z drugiej strony kobiety fantastycznie sobie wtedy radziły i rodziły zdrowe dzieci. Zatem nie jest tak, że funkcjonujemy wyłącznie w złym przekazie.

Dziś dostęp do jedzenia wygląda zupełnie inaczej.
E.L.:
W zachodnim świecie żyjemy w nadmiarze jedzenia, a do tego mamy słaby kontakt z własnymi ciałami. Kiedyś jedzenie było regulowane społecznie. W klasach wyższych posiłki były podawane o stałych godzinach, w odpowiednich porcjach. W klasach niższych na stole stała jedna micha i nie można było zjeść więcej, bo to oznaczało odebranie posiłku bratu czy siostrze. Dziś w krajach rozwiniętych jedzenie jest powszechnie dostępne. A my kompletnie sobie z tym nie radzimy.

A.Z.: Moim zdaniem kłopot z jedzeniem wynika też z obsesji piękna. Wiele z nas funkcjonuje w poczuciu permanentnej restrykcji. Rozdzielamy temat jedzenia, ciała i nas, jakby to były trzy oddzielne byty. To, co jem, to jedno; to, jak wyglądam – drugie; trzecie to ja sama w tym wszystkim. Tak się na dłuższą metę nie da, nieadekwatne ograniczenia dotyczące diety plus brak kontaktu z własnym ciałem sprawiają, że jesteśmy na karuzeli, która kręci się do góry, w dół, lewo i prawo jednocześnie. Wszystkim jest niedobrze i wszyscy chcą z niej wysiąść. Ludzie są dziś mocno pogubieni w kwestii jedzenia, nie wiedzą, co jest dobre, co złe.

Jedzenie coraz częściej służy nam do innych celów niż nakarmienie ciała.
A.Z.: Możemy jeść więcej, żeby uniknąć atrakcyjności fizycznej. Bo jeśli będę atrakcyjna, mąż zacznie podejrzewać, że go zdradzam. Albo pojawi się we mnie pokusa, by odejść. Albo zawsze byłam oceniana za wygląd, to teraz się pozakrywam.

Ja zawsze tyję dziesięć kilo, gdy zaczynam związek…
E.L.: Być może z lęku przed bliskością? Pamiętajmy też, że w związkach często lubimy się karmić. Jest w tym rodzaj odpuszczenia – w końcu nie jestem sama, nie muszę się spinać, nie muszę się odchudzać ani dobrze wyglądać.
A.Z.: Ale bywa też na odwrót – gdy ludzie zapewnią sobie bliskość z drugą osobą, nie muszą się już karmić ze smutku. Jedzenie przestaje być sposobem na zapełnienie emocjonalnej pustki.

A co z innymi potrzebami, które zaspokaja jedzenie?
E.L.:
Bardzo często to niezaspokojone potrzeby seksualne. Jedząc, można rozładowywać napięcie seksualne, ale też każde inne, zwłaszcza złość. W szczęce kumuluje się dużo stresu. Sam akt jedzenia jest niesłychanie agresywny – musimy fizycznie zmiażdżyć zębami pokarm. Jeśli ktoś nie ma kontaktu z własną złością, będzie miał potrzebę chrupania i gryzienia. Taki akt rozładowuje napięcie na poziomie szczęki, działa jak rezonator na mózg, który się uspokaja. Nie bez znaczenia jest wypełnienie żołądka jedzeniem, które jest po prostu przyjemne: oddziałując na ośrodek nagrody w mózgu, pomaga wyzwalać dopaminę, neuroprzekaźnik odpowiedzialny za przyjemność.

Znam osobę, która w ciągu dnia zachowuje dietę, ale nocą nie potrafi przestać podjadać.
E.L.:
To rodzaj zaburzenia – zespół nocnego jedzenia (ang. night eating syndrome). Najczęściej wynika z nieprzeżytych, niedopuszczonych i niewyrażonych w ciągu dnia emocji lub nieprzepracowanych traum. Kiedy w nocy następuje rozluźnienie, wybudzamy się, a emocje dochodzą do głosu. Szukamy więc na nie plasterka. Niektóre moje pacjentki nie mają świadomości, że to robią, a rano budzą się z refluksem albo papierkami po kabanosach przy łóżku.

A.Z.: Na szczęście da się to leczyć, bo to po prostu objaw. Gdy w psychoterapii uczymy się odczuwać emocje, przestajemy mieć potrzebę, by je zajadać.

Czy każde inne zaburzenie odżywiania możemy w ten sposób wyleczyć?
E.L.: Warto pracować z przyczyną. Jeśli zaczniemy się temu uważnie przyglądać, możemy się dużo dowiedzieć. Nasza trudna relacja z jedzeniem może stać się narzędziem do zmiany.

Jak wypracować dobrą relację z jedzeniem?
A.Z.:
Chcesz o siebie dbać, to się nakarm. Daj swojemu ciału to, czego potrzebuje, by odżywić mięśnie i układ nerwowy, odpowiednio się nawodwnić, dostarczyć minerałów i antyoksydantów. Po to właśnie jest jedzenie.

Daj sobie cztery razy dziennie po kwadransie czy pół godziny na przygotowanie posiłku. Zrób dobre zakupy. Zobacz, czy jesteś w stanie zatroszczyć się o siebie jedzeniem i wyrazić w ten sposób szacunek do ciała. Nawet jeśli wieczorem najesz się słodyczy, bo nie umiesz jeszcze inaczej, to i tak jest OK.

Tydzień po tygodniu, powoli i stopniowo, zmieniaj swoje podejście. W końcu poczujesz, że w jedzeniu jest moc. Że jedząc dobre rzeczy, utrzymujesz się przy życiu.

Fundacja „Kobiety bez diety” zajmuje się edukacją żywieniową w ujęciu prostym, praktycznym i urealnionym. Tworzące ją psycholożki, terapeutki, dietetyczki i psychodietetyczki: Katarzyna Błażejewska-Stuhr, Daria Gradziuk, Marta Kielak, Ela Lange, Agata Ziemnicka, wyjaśniają, że po wielu latach pracy z kobietami chcącymi schudnąć postanowiły wyłączyć się z uczestnictwa w kulcie szczupłości i obsesji piękna. Więcej na: www. kobietybezdiety.pl

Ela Lange, psychodietetyczka, coachka zdrowia, psychoterapeutka pracująca w nurcie Gestalt

Agata Ziemnicka, dietetyczka, psycholożka, edukatorka żywieniowa, prezeska fundacji „Kobiety bez diety”, założycielka Healthy Workplace

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze