1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Już nie sarenka, raczej słoń. Co zyskujemy, a co tracimy z wiekiem? Pytamy Katarzynę Miller

Katarzyna Miller: „My się w życiu mamy żegnać i my się mamy witać. I mamy zgodzić się na to, że zarówno żegnanie się z czymś lub kimś bywa smutne i bolesne, jak i witanie”. (Fot. iStock)
Człowiek dojrzały widzi, rozumie, pamięta. Ale nie rozpamiętuje – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wymienia rzeczy, których sama nauczyła się z wiekiem i których chciałaby nauczyć innych.

Co zyskujemy, a co tracimy z wiekiem?
Jak zawsze, kiedy mija jakiś etap życia albo jakikolwiek „czasokres” – coś tracimy, a coś zyskujemy – i na tym polega istota życia. A ponieważ sama długo żyję, to mogłam zaobserwować różne jego fazy. I powiedziałabym, że z wiekiem jestem coraz bardziej… spokojna.
My się w życiu mamy żegnać i my się mamy witać. I mamy zgodzić się na to, że zarówno żegnanie się z czymś lub kimś bywa smutne i bolesne, jak i witanie. Niedawno pożegnała się z naszą grupą jedna uczestniczka, która już w niej dojrzała i wyrosła. Podziękowała nam za te lata, obiecała, że kiedyś wpadnie, ale jednak od nas odeszła. I było to smutne zarówno dla niej, dla grupy, jak i dla mnie. Poczułam, jak niesamowitym przeżyciem dla matki jest wypuścić dziecko w świat. Dziecko, które się kochało, które się wychowywało i którym się cieszyło. Byłam i jestem z niej bardzo dumna, mamy fajną więź terapeutyczną, zawsze bardzo na tych grupach na nią czekałam i dlatego też będzie mi jej brakowało. Jest więc smutek, ale i radość z jej rozkwitu, i te dwa uczucia się ze sobą mieszają.

Podobnie jest ze starzeniem się. Z jednej strony jest nam żal – że na przykład przestajemy być śliczne, że zmienia się nasza figura, choć są kobiety, które bardzo pracują nad tym, by się nie zmieniała – jednym to przychodzi łatwiej, innym trudniej. Już nie mówiąc o mnie, albo właśnie mówiąc: sarenką nie jestem, nawet nie panterą, raczej słoniem. (śmiech)

Słoń może nie ma figury, ale ma siłę i mądrość!
I tu dochodzimy do tego, co zyskujemy. Moja ukochana Judith Viorst w książce „To, co musimy utracić” pięknie o tym pisze. No więc u mnie w to miejsce pojawił się spokój. Na przykład zrozumiałam, że to, co wydawało mi się, że mnie omija, jest tak naprawdę nieważne. Młodym kobietom często się wydaje, że tam, gdzie ich nie ma, dzieją się rzeczy cudowne – są piękni mężczyźni, wspaniałe kobiety, romanse, muzyka, nastrój… Ileś lat żyjesz z takimi iluzjami, po czym się okazuje, że owszem, zdarzają się piękni, mądrzy i wspaniali ludzie, ale te wszystkie premiery, czerwone dywany i wodotryski bywają też nieciekawe, nudne i nieprzyjemne.

Albo inny przykład: uważamy, że nasza przyjaciółka ma wyjątkowo udanego męża, podczas gdy nasz nie jest wcale tak bardzo udany, ale jednocześnie z upływem czasu obserwujemy, że tych udanych nie ma aż tak dużo. Dochodzimy do wniosku, że ten mój może jest i śmieszny czy nieporadny, ale mój. Patrzysz tak na mnie wyczekująco, ale to wszystko, co mówię, bardzo ściśle wiąże się z przemijaniem i używaniem go do tego, by dojrzewać.

Zobacz, jakie to cudne słowo „dojrzewać” – znaczy też: dojrzeć, zobaczyć coś. Człowiek dojrzały widzi, rozumie, pamięta. Ale nie rozpamiętuje.

Pamięta, ale nie rozpamiętuje – ładne!
Jedną z rzeczy, których się nauczyłam w życiu, to niczego nie rozpamiętywać, a jednocześnie od czasu do czasu z jakąś taką satysfakcją popatrzeć do tyłu, ile już przeżyłam, ile rzeczy się stało i jakie to wszystko było bogate. Tyle razy wydawało mi się, że kiedy coś się skończy, to ja się zapłaczę. Dobrze, że się umiałam zapłakać, bo dzięki temu coś przeżyłam. Jeśli na czymś nam zależy, to nie możemy bagatelizować tego, że to mija. I tu zawsze mi się przypomina moja największa przyjaźń w życiu, która się rozpadła. Dzisiaj wiem, że choć dużo mnie to kosztowało, to też bardzo mnie wzbogaciło. I że wciąż są wokół mnie ludzie.

Nauczyłam się też, by nie oczekiwać za dużo, a zwłaszcza tego, że cokolwiek jest na zawsze. Mam na to w sobie zgodę. Może nie jest to zgoda upojna, ale upojność czy też umiejętność popadania w ekstazę i fajerwerki – jest cechą młodości, która dobrze, by minęła. Bo jak się żyje od fajerwerku do fajerwerku, w dodatku z oczekiwaniem, że każdy następny powinien być lepszy – to się można wykończyć. Oczywiście co jakiś czas ten fajerwerk się trafi, ale nie za często.

To, co bym nazwała jeszcze oznaką mądrości, to coraz większa zgoda na to, że świat jest taki, jaki jest. Mało tego, że ja jestem taka, jaka jestem. Owszem, nawet wielka Meryl Streep mówiła, że w szkole była nieciekawą dziewczyną, więc się za siebie wzięła i doprowadziła się do stanu, w którym siebie akceptowała. Brawo, jestem pełna zachwytu, ale ona to zrobiła, gdy była młoda. I gdy ta zmiana była jeszcze możliwa. I na dodatek, wybrała zawód, w którym się spełnia. A jeśli ktoś się nie spełnia? Takiemu komuś trudno uwierzyć, że życie podsuwa nam coraz więcej cudownych rozwiązań – wystarczy je tylko zauważyć i uszanować. Taki ktoś powie: „Gówno prawda! Życie jest do dupy!”.

Jednocześnie jako psychoterapeutka wiem o tym, że naprawdę korzystać z życia mogą ci, którzy nie zostali doszczętnie zadeptani. Którzy wyszli, nawet z trudnych doświadczeń z dzieciństwa czy młodości, z jakimś potencjałem. Ale jeśli ktoś używa swoich krzywd, zmartwień i nieudanych sytuacji jako powodu do pretensji, marnowania czasu i roszczeniowości, to jest to zbuk, czyli zgniłe jajo, co chodzi po świecie, mówiąc: „Tym to łatwo”.

Przecież nikt nie ma wszystkiego. Dlatego cieszmy się tym, co mamy, bo możemy mieć jeszcze mniej… Wiadomo, że z wiekiem nie starcza nam siły na tyle rzeczy, co kiedyś. Ale na dobre jedzenie, zachwyt sztuką czy przyrodą, na czytanie, poznawanie ciekawych ludzi – zawsze znajdzie się siła i ochota. Jeśli tylko się chce.

Jest coś, co do Ciebie przyszło z wiekiem, a czego się nie spodziewałaś?
Tak, zobaczyłam, że coraz lepiej traktują mnie sprzedawczynie w sklepach – te starsze oczywiście. Kiedy byłam młoda, to mnie nie lubiły. Nie mówię, że wszystkie, ale dla większości byłam taką panienką, która ich albo nie obchodziła, albo nudziła, albo je krępowała. Teraz czuję się w sklepach cudownie. Zyskałam od ludzi poczucie, że mnie widzą – nie mam na myśli tego, że mnie rozpoznają – tylko że się do mnie uśmiechają. W ogóle mam wrażenie, że im jestem starsza, tym świat mnie lepiej traktuje. To jest dziwne, wiem. Sama widzę, jak traktuje się ludzi starych. Wprawdzie nie jestem stara, ale coraz starsza.

Starsi ludzie często mówią, że są niewidzialni albo niewidoczni.
Bo sami siebie nie widzą. A ponieważ nie widzą siebie, nie zwracają też uwagi na innych. Gdy słyszę apel, by odwiedzać samotnych ludzi w domach seniora, to myślę sobie: „ale przecież ich tam jest dużo, czemu oni czują się samotni?”. Ludzie będą od nas odchodzić, ale pojawią się następni. Warto inwestować w relacje i warto mieć znajomych w bardzo różnym wieku, i nie mówię tu o wnukach.
Nie jest prawdą, że młodsi nie chcą się przyjaźnić ze starszymi. Ja mam wiele koleżanek starszych ode mnie o pokolenie.
Że wspomnę Zosię Czerwińską, wspaniałą aktorkę drugiego planu, uwielbianą przez młodych aktorów. Ile razy spotykałam ją na jakimś evencie, to zawsze wokół niej byli najprzystojniejsi mężczyźni. Dlaczego? Bo była tak słodka, tak dowcipna i tak interesująca. A jak były uwielbiane Maria Czubaszek czy Danuta Szaflarska! Te kobiety codziennie zapracowywały sobie na szacunek innych.

W dodatku były bardzo kolorowe. Także dosłownie. Rozmawiałam niedawno z paroma kobietami o kryzysie wieku średniego. Wszystkie mi powiedziały, że dopiero po 30. poczuły, że chcą się bardziej kolorowo ubierać. Pomyślałam o bohaterce naszej okładki, Iris Apfel, która zawsze wygląda jak barwny ptak. Kolor w dojrzałym wieku pomaga Ci być widoczną, ale też być wolną od tego najgorszego pytania młodości: czy wypada?
Powiem Ci, że ja to teraz najbardziej się zastanawiam nad tym, w czym mi będzie wygodnie i miło. I na co mam dziś ochotę.

Jest tyle rzeczy, którymi się przejmujemy w młodości. Dojrzałe kobiety tę listę chyba znacznie skracają…
Kolor jest zaufaniem do swoich wewnętrznych kolorów. A kobieta im jest starsza, tym jest w barwy bogatsza. Miałam wielkie szczęście, że mój ojciec to wiedział i doceniał. Mówił mi: „Śliczne są młode dziewczyny, mają miłe skórki, są urocze jak pieseczki i koteczki, ale kobieta to jest ktoś, kto zna życie, kto zna siebie i kto zna mężczyzn. Z nią można i porozmawiać, i pomilczeć”. Na pewno dużo mi dało, że to od niego słyszałam, tym bardziej że był fajnym facetem i podobał się kobietom, a i one mu się podobały, więc miałam powody, by mu wierzyć.

Byłam niedawno na koncercie Buiki, hiszpańskiej wokalistki. Przed zaśpiewaniem jednej ze swoich piosenek wygłosiła taki oto apel: „Kochani, jestem po 50. i chciałam wam powiedzieć, że to najlepszy czas w życiu. Zaraz wam wyjaśnię dlaczego. Jako 20-latka miałam ciało jak marzenie, ale w głowie – pusto. A teraz? Może już nie mam takiej talii jak kiedyś, ale wiem, że wielu rzeczy nie muszę i nie mogę”.
Co więcej, w pewnym wieku kobietom cudownie rozluzowuje się – jeśli tego oczywiście chcą – stosunek do mężczyzn. Można się nimi bezwstydnie zachwycać. Ja dziś bez problemu mogę powiedzieć do wyjątkowo przystojnego mężczyzny: „Boże, jaki pan jest piękny! Czy mogę stanąć na chwilę obok pana i się pozachwycać? Nie będzie to panu przeszkadzało?”. A kiedyś? W życiu! Umarłabym ze wstydu. No i bałabym się, że on pomyśli, że ja go podrywam. Podczas gdy on jest dla mnie jak drzewo, jak kwiat, jak dzieło sztuki. Tak samo zachwycam się kobietami, dziećmi, pieskami i kotkami.

Judith Viorst pisała, że z wiekiem tracimy też złudzenia: że małżeństwo, przyjaźń czy piękno będzie trwało do grobowej deski… Albo że jak będę dobra dla ludzi, to oni zawsze będą dobrzy dla mnie. Brzmi smutno, podczas gdy utrata złudzeń to coś pozytywnego! Widziałam ostatnio nagrodzony Cezarami film „Stracone złudzenia” na podstawie powieści Balzaka. Pod koniec pada tam ważne zdanie: „Utracił wszelką nadzieję i dopiero zaczął żyć”.
To jest taka ulga, o dziwo! Ludziom w tzw. średnim wieku ciągle się wydaje, że muszą jeszcze wyżej podskoczyć, jeszcze tego spróbować, jeszcze coś zachapać. Owszem, miło jest, jak nam coś się udaje i bardzo nas to karmi, ale tak naprawdę sukces trwa tylko chwilę, nie to wypełnia wewnętrzną bazę. Ludzie żyją w złudzeniu, że jak nad sobą popracują, to już im będzie zawsze dobrze. Nie, będzie ci tak samo, tylko będziesz do tego miała inny stosunek.
Dla mnie teraz najlepsze momenty to te, kiedy nic nie muszę, nigdzie nie jestem umówiona, nie mam żadnej pilnej rzeczy do zrobienia, tylko sobie siedzę i patrzę przez okno. To coś cudownego!

Zapraszamy do słuchania podcastu Joanny Olekszyk „Przerwa na kawę z Kasią Miller”. Już w lipcu na Spotify, Apple Podcasts, Google Podcasts oraz na zwierciadlo.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze