1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Nicnierobienie nie równa się nudzie

Nicnierobienie jest nam potrzebne. Nie chodzi jednak o oglądanie telewizji czy Internetu, bo to karmienie mózgu nieangażującymi bodźcami. (Fot. iStock)
Nicnierobienie jest nam potrzebne. Nie chodzi jednak o oglądanie telewizji czy Internetu, bo to karmienie mózgu nieangażującymi bodźcami. (Fot. iStock)
Badania wskazują, że znudzenie może skończyć się depresją, sięganiem po używki czy zaburzeniami odżywiania. Jednak nuda jest uzasadniona ewolucyjnie: wskazuje, że tkwimy w miejscu. Traktujmy ją więc jak zachętę do poszukiwań nowych bodźców. I nie mylmy z tak potrzebnym nam od czasu do czasu nicnierobieniem! – apeluje prof. Piotr Michoń z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Czy pan się czasem nudzi?
Czasem mam wyrzuty sumienia, bo właściwie się nie nudzę. Stworzyłem sobie system pracy, w którym dominuje spora zmienność, i kiedy na przykład jestem zmęczony czytaniem tekstów naukowych, to zajmuję się tworzeniem grafik do raportów, które przygotowuję albo wykładam. Różnorodność zadań sprawia, że wiele rzeczy mnie ekscytuje, wielu się uczę, ciągle poznaję coś nowego. Moja praca ma też ten plus, że bez przerwy natrafiam na nowych ludzi, co często jest inspirujące. Właściwie to ubolewam, że brakuje mi czasu na robienie jeszcze więcej ciekawych rzeczy, ale te, którymi się zajmuję, też są niczego sobie.

Nuda kojarzy mi się z wykonywaniem rzeczy, których nie chcę robić, w otoczeniu, w którym nie chcę być.
Ja od razu myślę o wszelkiego rodzaju zebraniach, radach, naradach – to miejsca, w których nie chcę być, gdzie bodźce są powtarzalne i przewidywalne, i do tego w tym czasie myślę o rzeczach, które chcę robić, a w związku z tymi zebraniami nie mogę, co dodatkowo mnie frustruje. Wtedy trudno czerpać satysfakcję z tego, co wokół mnie. To jest jak stanie w kolejce do kasy czy w korkach w godzinach szczytu. Dodatkowo do przewidywalności (ten będzie nudził) i powtarzalności (ta znowu wspomni o tym samym, co zawsze) dochodzi jeszcze ograniczenie: nie mogę wyjść. I takie sytuacje sprawiają, że czujemy się znudzeni.

Nie ma badań, które dosłownie mówiłyby o tym, kiedy się najbardziej nudzimy, ale są badania, które mówią o tym, że gdy w czasie pandemii COVID-19 było mniej zebrań, to ludzie byli szczęśliwsi w pracy.

Czy mówi to o nas coś uniwersalnego?
Jedna sprawa, którą trzeba wyjaśnić, to fakt, że nuda jest wyłącznie efektem warunków zewnętrznych. Mam takie marzenie, żeby przejechać pustynię. Ale kiedy sobie myślę, że na pustyni jest mało bodźców, niewiele się zmienia, to już nie chcę tego robić. Z drugiej strony, i to ważne, ludzie są różni – niektórzy dostrzegają w ubóstwie bodźców coś pociągającego.

W latach 80. XX wieku naukowcy opracowali test skłonności do odczuwania nudy. Badania wskazały, że większość populacji jest w środkowym przedziale: poddaje się znudzeniu, ale też nie potrzebuje fajerwerków, by się czymś zainteresować. Są jednak wśród nas tacy, którzy niezwykle szybko ulegają zaciekawieniu, i tacy, u których skłonność do odczuwania nudy jest bardzo silna. Różnimy się i dlatego dopiero po zsumowaniu braku bodźców i naszych skłonności powstaje efekt znudzenia.

Dzieci nudzą się, kiedy mają dużo wolnego czasu, dorośli marzą o czasie wolnym.
Stanąłbym w obronie dzieci, bo każdy z nas jest narażony na to, że będzie się nudził, gdy nie ma struktury czasu. To zostało świetnie opisane w klasycznej książce psychologicznej „Bezrobotni Marienthalu”. Przywołano w niej badanie grupy dorosłych, którzy stracili pracę. To było uderzające, że ludzie, którzy wcześniej byli aktywni towarzysko, występowali w teatrze amatorskim, czytali książki, śpiewali w chórze, grali w gry towarzyskie – zupełnie z tego zrezygnowali po utracie pracy. Stali się apatyczni. Nagle proste czynności zajmowały im mnóstwo czasu, a jednocześnie nie wiedzieli, czym go wypełnić, stracili cel. Marie Jahoda wskazała, że struktura czasu jest człowiekowi niezwykle potrzebna. Gdy nam jej brakuje, ryzykujemy, że zaczniemy się nudzić.

Z dziećmi jest o tyle łatwiej, że powiedzą nam, że się nudzą, nie mają z tym problemu. Dopiero starsze dzieci i dorośli będą ukrywać swoje uczucia, bo zostali wychowani w przekonaniu, że jeśli się nudzimy, to sami jesteśmy nudni – a takiej oceny boimy się bardzo.

W ogóle trzeba zaznaczyć, że nudzenie się a nicnierobienie to dwie różne rzeczy. Nicnierobienie rozumiem jako na przykład leżenie na łące i patrzenie w chmury, a nie oglądanie telewizji, granie w gry czy przeglądanie mediów społecznościowych. To nie jest nicnierobienie, to wypełnianie mózgu bodźcami, które nie angażują. Nicnierobienie jest nam potrzebne, z tym że wcale nie za dużo. Gdybyśmy kazali ludziom, którzy ciężko pracują, przez dwa tygodnie leżeć na łące, to nikt by nie wytrzymał.

Pamiętam, jak kiedyś, gdy bardzo intensywnie pracowałem, musiałem pójść do szpitala. Przez pierwsze cztery dni byłem zachwycony, bo nikt ode mnie nic nie chciał. Słodkie nieróbstwo. Z czasem było jednak coraz gorzej. Chciałem stamtąd uciec.

Nuda ma czarny PR, nawet jeśli czasami udaje nam się coś pozytywnego z niej wykrzesać. Uważa pan, że jest potrzebna?
Nuda ma negatywny PR i to jest uzasadnione. Badania kliniczne pokazują, że długotrwałe znudzenie u młodych ludzi kończy się depresją, sięganiem po używki, nadwagą – szukamy bodźców, by zamordować w sobie nudę, ale te bodźce działają przez chwilę, nie prowadzą do trwałej zmiany, mają negatywne skutki.

Ale, i to ważne, każda emocja czemuś służy. Gdyby nuda była czymś zbędnym, to w toku ewolucji jednostki, które ją odczuwają, szybko by zniknęły. Poprzez nudę organizm pokazuje nam, że powinniśmy poszukać nowych bodźców, bo tkwimy w miejscu. Nasze mózgi się rozleniwiają, pamięć słabnie, a nawet, jak pokazują niektóre badania, maleje inteligencja. Nuda może być ostrzeżeniem, czerwonym światełkiem. Jej odczuwanie motywuje nas do poszukiwań. Jak mówił Tołstoj: pragniemy pragnąć. Znowu szukam tych bodźców i czegoś nowego. Znamy przykłady ludzi, takich jak choćby J.R.R. Tolkien czy J.K. Rowling, którzy z powodu nudy napisali książki. To może ekstremalne przypadki, ale badania pokazują, że najczęstszym powodem, dla którego zmieniamy pracę, nie jest zły szef czy kiepska pensja, ale nuda, bo także w pracy potrzebujemy kierować się ciekawością czy nowością.

Będę tutaj adwokatem diabła, bo skoro zmieniamy pracę, bo się nią znudziliśmy, to z tego samego powodu możemy zmienić związek, możemy popełnić przestępstwo – to nie jest pozytywna motywacja.
Dotykamy ważnej rzeczy. Tak, ludzie poszukują nowości, widać to powszechnie w zmienianiu sportów, hobby czy nawet w zmienianiu partnerów. Jednak, w mojej ocenie, to nie jest uciekanie od nudy, tylko poszukiwanie silnych bodźców, do których wszyscy się adaptujemy. Skoro padł temat związków, to nie jest to przypadek, że ludzie, którzy się raz rozwodzą, potem często rozwodzą się ponownie.

Marek Hłasko w jednym z opowiadań opisuje: w knajpce siedzi zakochana para i mężczyzna powtarza kobiecie, jak bardzo ją kocha. Gdy na chwilę wychodzi, do knajpki wchodzi jego była żona i mówi tej dziewczynie, że on jej to samo mówił, a przed nią były już trzy czy cztery inne miłości i za pół roku on przestanie ją kochać, jak te wszystkie poprzednie. Nadmierne poszukiwanie bodźców do niczego dobrego nie prowadzi, a już na pewno nie prowadzi do szczęścia. Dlatego psychologowie zajmujący się związkami mówią, że ekscytacja i motyle w brzuchu są super, ale najtrwalsze małżeństwa opierają się na przyjaźni, ale to kolejna faza, do której trzeba dojść i dojrzeć. A nie wszyscy wytrzymują do tego momentu.

Wydaje mi się też, że ludzie, którzy mają za sobą ekstremalne doświadczenia, dużo częściej i łatwiej mogą poczuć się znudzeni. Dla mnie wejście na Śnieżkę może być ciekawym doświadczeniem, ale dla kogoś, kto chodził po ośmiotysięcznikach, to samo wejście na Śnieżkę nawet nie jest spacerem. Gdy mamy za sobą doświadczenia ekstremalne, to nasze codzienne przeżycia przestają nas ekscytować. I to może prowadzić do znudzenia.

Zatem, wracając do pani pytania, nie nazwałbym tego uciekaniem od nudy, ale wychyleniem w drugą stronę, poszukiwaniem ekstremum, by poczuć adrenalinę. Wychodzenie z nudy to strzał dopaminy, która poprawia nastrój i zwiększa naszą motywację do robienia różnych rzeczy.

A skąd obecność tematu nudy w pańskiej książce o paradoksach szczęścia? Na pierwszy rzut oka tu nie pasuje.
Chciałem napisać tę książkę tak, żeby była ciekawa. A paradoks mówienia o szczęściu polega na tym, że to, co naukowcy ustalają, często kwitowane jest przez odbiorców stwierdzeniem: „To przecież oczywiste”. Nuda!

Dlatego w swojej książce skupiam się na paradoksach. Konfrontuję obiegowe opinie z tym, co znalazłem w wynikach badań. Jednym z paradoksów jest to, że bycie znudzonym bywa w długim okresie całkiem pozytywnym doświadczeniem. Dzięki nudzie możemy stać się szczęśliwsi. Piszę, że „możemy”, bo w tym miejscu nie ma automatyzmu.

Gdy ludzie pytają mnie, co zrobić, by być szczęśliwymi, to moja pierwsza odpowiedź brzmi: nie wiem.

A druga?
Badania naukowe pokazują, że... I tu od razu widzę duże rozczarowanie, no, przecież każdy to wie. Dlatego nie chciałem pisać o rzeczach jednoznacznych, które wszyscy kojarzymy ze szczęściem, jak zdrowie, bogactwo czy dobre relacje z innymi ludźmi. Ta nuda mi pasowała, bo jest czymś pozytywnym i tak właśnie próbowałem ją przedstawić.

Co pan powie osobie, która już dawno nie jest pięciolatkiem i przychodzi do pana, mówiąc, że strasznie się nudzi?
Unikam dawania rad. Dlatego nie piszę poradników. Wierzę, że każdy sam musi pewne rzeczy w sobie odkryć, ale uważam, że dobrym lekarstwem na nudę jest nauka. Czegokolwiek. Nie mam na myśli odrabiania lekcji czy pójścia na uniwersytet. Uczmy się tego, czego zawsze chcieliśmy się nauczyć. Jeśli ktoś chciał się kiedyś nauczyć jazdy na rolkach czy gry na gitarze, to skoro się nudzi, to może teraz jest czas. W uczeniu się jest ten element ekscytacji poznawania czegoś nowego, zdobycia umiejętności, zrobienia kroku na przód. Unikajmy robienia czegoś, co jest łatwe – wtedy nuda powraca. Wybierajmy coś, co jest dla nas nieco trudne; nie za bardzo – bo wtedy z kolei pojawia się frustracja. Nuda zniknie, gdy dostrzeżemy postępy.

Miałem tak sam z jazdą na nartach – gdy już się nauczyłem, to przestały mnie pociągać, dziś wolę uczyć moje dzieci niż sam jeździć. Ta nauka nie musi, a może nawet nie powinna być związana z pracą. To najlepszy sposób na wychodzenie z nudy.

A druga wskazówka – choć może zabrzmi źle – to: połóż się i poczekaj. W końcu poczujesz ból nicnierobienia i wtedy coś zrobisz.

Piotr Michoń, dr hab. nauk ekonomicznych, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, w swoich pracach łączy ekonomię z psychologią, socjologią, historią i filozofią

Polecamy książkę: „Życzę szczęścia! Paradoksy, dzięki którym zastanowisz się, co w życiu ważne i pożądane”, Piotr Michoń, wyd. Otwarte

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze