Bohater o nieposzkalowanym życiorysie dostaje bęcki od typa spod ciemnej gwiazdy, a ty – gdyby nie panująca na sali kinowej cisza – najchętniej byś mu przyklasnęła? Nie jesteś sama. Wielu widzów, zamiast brać stronę postaci szlachetnych i do rany przyłóż, kibicuje tym z piekła rodem. Skąd bierze się nasza sympatia do antagonistów?
Po pierwsze, nie każda opowieść wpisuje się w ramy klasycznej walki dobra ze złem, jak w przypadku ścierającego się z uczniami Hogwartu Voldemorta czy nękającego Śródziemie Saurona. Jak świat światem, opowiadacze historii posługiwali się wieloma odcieniami szarości. Jak na dłoni widać to również w wielu współczesnych filmowych hitach. W ostatnich latach łatwiej jest dopingować „tych złych”, bo minęły czasy, kiedy ekranowe czarne charaktery były jednowymiarowe. I tak grana przez Angelinę Jolie Czarownica czy Cruella De Mon w interpretacji Emmy Stone nie są złe do szpiku kości, lecz raczej prześladowane i niezrozumiane. Za ich działaniami, jakkolwiek by ich nie oceniać, kryją się bolesne motywacje. Podobnie jest z Jokerem z prequela w reżyserii Todda Phillipsa. Jego szaleństwo tłumaczone jest tam okrutnym systemem i zobojętniałym społeczeństwem, które nie wyciąga ręki do cierpiących i skazuje ich na wyniszczającą samotność.
Zresztą, czy naprawdę potrzebujemy, by filmowcy ukazywali nam na ekranie uderzające w czuły punkt backstory? Badania wykazały, że nawet bez jasnych sygnałów towarzyszy nam poczucie, że za bezwzględnymi czynami i twardą skorupą chowa się... miękkie wnętrze.
Nieważne, jak egoistyczni, okrutni czy żądni władzy wydają się być filmowi złoczyńcy. I tak nie raz i nie dwa puszczamy im to płazem. Dlaczego? Odpowiedzi szukać można w artykule „What makes Voldemort tick? Children's and adults' reasoning about the nature of villains”, który ukazał się w 2023 roku na łamach czasopisma „Cognition”. Podstawą były badania obejmujące 277 dorosłych i 434 dzieci w wieku od 4 do 12 lat. Ich celem było sprawdzenie, jak jednostki interpretują czyny popełniane przez dobrych i złych bohaterów. Pod lupę wzięto postaci takie jak Urszula z disneyowskiej „Małej syrenki” czy Chudy z „Toy Story”. Wyniki pokazały, że choć uczestnicy konsekwentnie oceniali postępowanie antagonistów negatywnie, to jednocześnie wierzyli, że posiadają oni ukryte „ja”, różniące się od ich zewnętrznych zachowań. Innymi słowy: mimo niemoralnych występków, widzieli w nich ziarno dobra.
– Ludzie uważają, że istnieje rozdźwięk między zewnętrznym zachowaniem a prawdziwym charakterem czarnych charakterów. Gdy mowa o antagonistach rozdźwięk ten jest większy niż przy pozytywnych bohaterach. Odbiorcy przypuszczają, że za maską zła kryje się coś więcej – tłumaczy psycholożka Valerie Umscheid z Uniwersytetu Michigan, główna autorka badania.
Skąd się to bierze? Według neurologa Deana Burnetta każdy z nas ma tendencję do zakładania, że sami jesteśmy dobrymi ludźmi, kierującymi się właściwymi zasadami. A jako że jesteśmy też prawdopodobnie najbardziej społecznym gatunkiem na świecie i postrzegamy rzeczywistość z własnej perspektywy, gdy nawiążemy emocjonalną więź z filmowym przeciwnikiem, będziemy używać własnego doświadczenia, żeby lepiej go zrozumieć. Na zasadzie: skoro poczuliśmy się z nim związani, a my sami jesteśmy dobrzy, to i on musi mieć w sobie coś wartościowego.
Czytaj także: Dlaczego lubimy słuchać smutnej muzyki? Naukowcy znaleźli wyjaśnienie
Ale co ciekawe, czasem wcale nie próbujemy usprawiedliwiać niecnych postępków ciężką przeszłością. Zamiast tego z fascynacją przyglądamy się wszystkim słabościom i sprzecznościom. Jak przekonywał w zatytułowanym wymownie tekście „Superzłoczyńca jest teraz bohaterem” krytyk literacki „The New York Timesa” A.O. Scott, trafionym przykładem jest „Raj utracony” Johna Miltona. Epicki poemat opublikowany w 1667 roku przedstawiał autorską wizję biblijnego grzechu pierworodnego. Wielu czytelników uznało, że najciekawszym jej elementem był sam… szatan. Lucyfer jest bowiem u angielskiego poety charyzmatyczny i inteligentny, ma poczucie krzywdy i złożone emocje.
Część badaczy uważała, że takie zarysowanie diabła było zamierzone – miało postawić odbiorców w roli kuszonych w rajskim ogrodzie pierwszych ludzi. Inni sądzili, że autorowi przyświecał inny cel. Po prostu, im ciekawszy antagonista, tym łatwiej... przykuje się uwagę gawiedzi. Ot, skomplikowane dzieje i skrywane głęboko rany pociągają bardziej niż czasem krystalicznie czyste sylwetki Mary Sue i Gary'ego Stu (wyidealizowanych postaci, które posiadają same zalety i odnoszą tylko spektakularne sukcesy). Każda dobra historia potrzebuje przecież konfliktu, a bez interesującego czarnego charakteru ciężko o wciągającą fabułę. „Mówiąc inaczej: kiedy zjawia się antagonista, zaczyna się cała zabawa” – zauważa Dean Burnett w serwisie BBC Science Focus. „Im większy zamęt sieje, tym lepszą stanowi rozrywkę, a więc nawet jeśli jest obiektywnie zły, twój mózg będzie kojarzył go z czymś dobrym, co sprawia ci radość. To tak jak z oglądaniem horrorów czy skokami na bungee”.
Czytaj także: Uzależnienie od adrenaliny może stać się trampoliną do kolejnych uzależnień. Rozmowa z terapeutą Robertem Rutkowskim
Psycholożka Lynn Zubernis pisze z kolei na łamach „Psychology Today”, że wielowymiarowe postacie są atrakcyjne dla widzów ceniących sobie dogłębne analizowanie fabuły. „Bohaterowie, którzy nie są czarno-biali, a raczej poruszają się po moralnych i etycznych szarościach, pociągają fanów, którzy starają się odczytać ich pragnienia i przekonania – to stanowi dla nich intelektualne wyzwanie” – czytamy. Zubernis objaśnia, że nie bez znaczenia jest sposób, w jaki scenarzyści kreują te postacie. W końcu to one często otrzymują najbardziej sarkastyczne riposty i płomienne przemowy.
Jako drugie możliwe wyjaśnienie naszej słabości do antybohaterów podaje, że widzów fascynują nie same postacie, a ich zakazane społecznie zachowania. „Wszyscy mamy swoje ciemne strony, ale jesteśmy skrępowani normami społecznymi. W przeciwieństwie do fikcyjnych złoczyńców” – objaśnia. Niekiedy twórcy sami są zaskoczeni ciepłym przyjęciem, z jakim spotykają się nakreślone przez nich postacie – tak było choćby z Walterem Whitem z „Breaking Bad” czy Daemonem Targaryenem z „Rodu smoka”.
„Fani zdają sobie sprawę, że w prawdziwym życiu nie chcieliby zaprosić ich na kolację, ale to nie przeszkadza im kochać ich w zmyślonym świecie” – reasumuje Zubernis.
Artykuł opracowany na podstawie: Dean Burnett, „What your favourite movie villain reveals about your brain”, sciencefocus.com; Lynn Zubernis , „Why Do We Root for the Anti-Hero?”, psychologytoday.com; A.O. Scott, „The Supervillain Is the Hero Now”, nytimes.com [dostęp: 18.05.2026]