1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Świat u naszych stóp

Chodź boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. (Fot. iStock)
Chodź boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. (Fot. iStock)
Stopy komunikują się z nami codziennie, sygnalizując problemy na poziomie ciała i emocji. Są naszym symbolem obecności w świecie, a i tak najczęściej chowamy je w skarpetkach i butach. Wstydzimy się ich, nie lubimy. Dziennikarka i fotografka Katarzyna Sołtan pyta kobiety o ich stopy. A potem je fotografuje.

Ludzka stopa składa się z 33 stawów, 107 ścięgien i więzadeł oraz 26 kości, co oznacza, że w samych tylko stopach znajduje się jedna czwarta wszystkich kości naszego organizmu. Ich niewielka powierzchnia utrzymuje nasze ciało nawet w bardzo trudnych warunkach. A nie mają z nami lekko – codziennie robimy średnio 5 tysięcy kroków, a w ciągu całego życia uderzamy nimi o podłoże średnio 10 milionów razy. Do tego dochodzi jeszcze poruszanie się po twardej powierzchni, czasem w niewygodnych lub niewłaściwie dobranych butach.
Powiedzmy sobie szczerze − na co dzień nie dbamy o stopy tak, jak o włosy, cerę czy ręce. Przypominamy sobie o nich dopiero wtedy, gdy nadchodzi lato lub dzieje się z nimi coś nie tak. Tak było w moim przypadku. Miałam kompleks na punkcie stóp. Cieszyłam się, kiedy nadchodziły chłodniejsze miesiące, bo mogłam ukryć je w szczelnym pancerzu martensów. W gorące miesiące przeżywałam katusze – zakryte buty były prawdziwą męczarnią, ale wolałam odczuwać dyskomfort niż włożyć sandały. Byłam przekonana, że odsłaniam w ten sposób bardzo intymną część ciała, w dodatku – w mojej ocenie – nieładną. Dopiero całkiem niedawno, gdy otworzyłam się na medytację i jogę, poczułam, jak ważne są stopy. W jodze stopa jest podstawą i każdy brak równowagi w życiu zaczyna się właśnie od niej.

Medytacja drzewa

− Stopy są dla mnie cudem, dzięki któremu mogę w ogóle doświadczać chodzenia po ziemi – mówi Green, tancerka i projektantka tworząca w duchu recyklingu. Green uważa, że największą mocą stóp jest możliwość kontaktu z ziemią. To właśnie przez stopy ziemia przekazuje nam energię, dzięki której łączymy się z naturą. − Wystarczy stanąć boso na ziemi i już mamy dostęp do bezpośredniej wiedzy − przekonuje.

Podobne odczucia ma Kinga Wdowiak, którą od zawsze fascynowała właśnie ta część ciała. W liceum lubiła robić rysunki swoich stóp, a latem biegała boso wszędzie, gdzie tylko się dało. Chciała mieć kontakt z ziemią. Skupiała się wtedy na samej czynności chodzenia, co przeradzało się w medytację. Kinga praktykuje to do dziś, ale już świadomie jako buddystka i nauczycielka jogi. – Stopa to nasz fundament, miejsce zapuszczania energetycznych korzeni – tłumaczy. – Dlatego w jodze zaczynamy skanowanie całego ciała od stóp i w ten sposób przyciągamy do siebie energię.

Filozofie Wschodu od dawna podkreślają, jak ważna jest interakcja pomiędzy energią ziemi a energią ciała człowieka. Według niektórych wschodnich wierzeń żeńska energia jest energią przyciągania, czyli „siłą dośrodkową” wpływającą do ciała kobiety przez stopy, dlatego też nazywana jest siłą uziemienia. Ta potężna energia sprawia, że domownicy chcą przebywać blisko osoby o najwyższej energii dośrodkowej, czyli zwykle wokół matki. Kinga uważa, że świadome skierowanie uwagi na stopy może być też świetnym sposobem na wyciszenie w stresujących momentach. Wystarczy wyobrazić sobie, że nasz oddech zaczyna się od stóp i wędruje przez całe ciało. Odczucia płynące z podstawy naszych nóg wygłuszą natrętne myśli, pozwolą nawiązać kontakt ze sobą i przywrócą równowagę. – Stopy nauczyły mnie, jak wiele energii jest dostępnej w asanach. Gdy stoję w pozycji drzewa i łapię równowagę, moja silna stopa utrzymuje mnie, jestem stabilna i nic nie jest w stanie mnie ruszyć – twierdzi Kinga.

Kinga uważa, że stopy, podobnie jak ręce, są przepiękną częścią kobiecego ciała. Tym bardziej dziwi ją to, że kobiety mają na ich punkcie kompleksy. Tak było w przypadku Pauliny Wycichowskiej, tancerki i choreografki. Już od dzieciństwa katowała je ćwiczeniami w szkole baletowej, ale nie widziała efektów – były twarde i nieustępliwe. Zabezpieczyły ją przed wieloma kontuzjami, ale wtedy nie potrafiła tego docenić. Wstydziła się ich. Wszystko zmieniło się w trakcie studiów tańca współczesnego w Londynie. Zaczęła pracować z nimi świadomie i z wyczuciem – i wtedy nawet trochę zmieniły swój kształt. Ta wzmocniona uwaga zwrócona na stopy pozostała jej do dzisiaj, a gdy przypominają o sobie bólem, Paulina już wie, że chcą uwagi i dotyku. W tańcu natomiast są jej łącznikiem z ziemią. – To niesamowite, że tak misterne konstrukcje, jakimi są stopy, absorbują duże siły uderzenia, na przykład podczas skoku, gdy przyjmują zwielokrotniony siłą przyciągania ciężar naszego opadającego ciała – zachwyca się.
Prowadzi warsztaty rozwijania świadomości ciała, które nazwała „I mind the step”. − Uważam, że świadomość każdego kroku przekłada się na świadomość ruchu i ciała, a może nawet na świadomość poszczególnych chwil życia − podsumowuje. Praca ze stopami sprawia, że lubi patrzeć na stopy innych, szczególnie latem, bose i w sandałkach, naturalne lub z pomalowanymi paznokciami. Żałuje jednak, że kobiety wciąż rzadko podkreślają ich piękno pierścionkami lub bransoletkami.

Śladami bogów

Magda Adamow, nauczycielka i fotografka, należy do tych kobiet, które uwielbiają ozdabiać swoje stopy subtelną biżuterią. Uważa, że jest w nich, podobnie jak w dłoniach, niezwykła zdolność zmysłowego odbierania świata. − Są niesamowicie chwytne i wrażliwe na bodźce sensualne, chociażby wtedy, gdy chodzimy boso po piasku, zanurzamy je w ciepłej wodzie lub dotyka ich ktoś bliski. Kontakt ze światem przez stopy to niemal metafizyczne doznanie – mówi Magda. I chociaż stopy w niczym nie ustępują dłoniom, notorycznie zakrywamy je skarpetami, wciskamy w buty i chowamy przed innymi. Może dlatego, że są daleko od głowy, którą uznajemy w naszej kulturze za niezwykle ważną? Traktujemy je bardziej instrumentalnie jako część ciała służącą do przemieszczania się z punktu A do punktu B. Tymczasem stopy były i są bardzo ważnym elementem świata duchowego. W wielu tradycjach to właśnie one są ucieleśnieniem naszej duszy i przypominają, że gdy bogowie zeszli na Ziemię, pozostawili na niej swoje święte ślady, którymi obecnie podążamy. W niektórych kulturach pokłony składane guru lub starszym osobom w rodzinie połączone są z dotknięciem ręką ich stóp – tworzy to delikatny krąg wymiany energii i jest oznaką najwyższego szacunku. W buddyzmie guru witany jest przez wyznawców przez pokłon lub pocałunek w stopy. Co ciekawe, wizerunek samego Buddy był niegdyś tabu, dlatego symbolem jego obecności były odciski stóp, które do dziś możemy oglądać w postaci grawerunków pokrytych rozmaitymi symbolami. Znaczenie stóp zakodowane jest również w języku, kiedy mówimy o miejscach „nietkniętych ludzką stopą”, gdy „składamy cały świat u stóp” ukochanej osoby lub gdy „mamy coś lub kogoś u swych stóp”.

stopy to nasz fundament, miejsce łączności z ziemią, zapuszczania energetycznych korzeni. (Fot. Katarzyna Sołtan)stopy to nasz fundament, miejsce łączności z ziemią, zapuszczania energetycznych korzeni. (Fot. Katarzyna Sołtan)

W cieniu Kopciuszka

Historia zna też mniej chlubne i dalekie od metafizyki przykłady, w których stopa sprowadzona była do atrybutu męskości lub kobiecości. W średniowieczu duża męska stopa oznaczała siłę, dlatego panowie z upodobaniem nosili ciżmy. Buty z długim noskiem, mające podkreślać walory i pozycję mężczyzny, nie weszły do mody na stałe, może dlatego, że utrudniały swobodne przemieszczanie się nie tylko ich właścicielowi, lecz także reszcie otoczenia.
Z kolei wabikiem średniowiecznej damy była mała stopa. Również przez wiele stuleci wielkością stopy mierzono wartość kobiety w Chinach. Fetysz miniaturowych stóp zawładnął wyobraźnią Chińczyków do tego stopnia, że zaczęto krępować kobiece stopy bandażami w taki sposób, by zatrzymać ich naturalny proces rośnięcia, o czym opowiada chociażby książka „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz” Lisy See. Miniaturowe stopy były symbolem piękna i wyjątkowości, zupełnie jak w baśni o Kopciuszku, którego stopa była tak mała, że jej pantofelek nie pasował na żadną inną kobietę.

Dziś, bardziej niż o wciskaniu stopy w trzewiczek, marzymy o jej nienagannym wyglądzie. I choć w reklamach pojawia się zwykle proporcjonalna, gładka i smukła stopa, w rzeczywistości wyróżniamy trzy jej typy: egipską, rzymską i grecką. Stopa egipska uznawana jest za idealną ze względu na jej harmonijną budowę i smukłość. Paluch jest w niej najdłuższy, a reszta proporcjonalnie maleje. Z kolei grecki typ ma najdłuższy drugi palec. W starożytnej Grecji taki układ palców oznaczał inteligencję i wysokie pochodzenie. Typ rzymski jest najrzadszy − pierwsze trzy palce są niemal identycznej długości, a dwa ostatnie wyraźnie krótsze od pozostałych.
Niezależnie od kształtu stopa to lustro wszystkich naszych organów wewnętrznych. To właśnie tutaj znajduje się mnóstwo receptorów, mapa ludzkiego ciała. Doskonałym znawcą tej mapy jest refleksolog, który leczy rozmaite dolegliwości, uciskając poszczególne receptory na stopach. Może to pomóc między innymi w: bezsenności, migrenie, bólach stawów i kręgosłupa, w problemach skórnych i żołądkowo-jelitowych. Na śródstopiu w ujęciu refleksologii znajdują się nasze narządy wewnętrzne, więc przyciskając piętę do śródstopia masujemy żołądek, jelita czy śledzionę. Dlatego tak ważne są codzienny masaż stóp, gimnastyka i chodzenie boso.

Historie w stopach zapisane

Techniki automasażu wykorzystuje coraz popularniejsza w Polsce gimnastyka słowiańska. Stopy, podobnie jak w jodze, służą tu do uziemiania się, więc dobrze ćwiczyć w bliskim kontakcie z ziemią, żeby otworzyć się na płynącą z niej energię. − Stopa w relacji z ziemią odzwierciedla naszą relację z matką. Jeśli coś pojawia się na stopach, to sygnał, że coś w tej relacji jest nie tak − tłumaczy Kasia Muchowska, terapeutka Mizan. – Na przykład przy płaskostopiu większa część stopy dotyka ziemi, co wyraża pragnienie bliskości z matką, więc to znak, że prawdopodobnie nasza matka jest emocjonalnie nieosiągalna. Z kolei narastanie naskórka to otoczenie się skorupką przed teraźniejszością.
Kasia przyznaje, że stopa to część ciała, którą najłatwiej zakryć, a nasze kompleksy biorą się z porównywania i przekonania, że to, co mamy, nie jest wystarczająco dobre. − Gdy ćwiczę gimnastykę słowiańską z dziewczynami, często zdarza się, że mają stopy zakryte rajstopami lub skarpetkami – zauważa. Przyznaje, że zanim pokochała swoje stopy, karmiła się obrazami z prasy i telewizji. – Wiedziałam, że latem muszę o nie zadbać, pomalować paznokcie i wygładzić pumeksem, a jeśli są suche, wetrzeć krem – mówi. − Podczas pracy z gimnastyką słowiańską zaczęłam się zastanawiać, dlaczego skóra na moich stopach jest taka sucha. Gdy zaczęłam ćwiczyć i doceniać moje stopy, to się zmieniło. Narodziła się we mnie wdzięczność za moje stopy. Przestałam je oceniać i traktować przedmiotowo.
Kasia mówi, że jej stopy wyglądają teraz inaczej. Wie już, że krem jest tylko czymś w rodzaju plastra, ale nie zmieni energetycznej kondycji stóp.
O tym, jak trudno jest pokochać swoje stopy, przekonała się również Green. – Moje kompleksy na ich punkcie wynikają z tego, że w mojej rodzinie kobiety mają dość żylaste stopy, więc jeśli założę buty na obcasie, to wygląda to mało estetycznie. Ale moje stopy są też tym, co pozwala mi się ugruntować, poczuć siebie, ustabilizować i za to jestem im wdzięczna – podsumowuje.

Zbawienne rytuały

− Stopa i jej wygląd mówią wiele o budowie ciała, wadach postawy, problemach z układem kostno-stawowym i chorobach układu krążenia – mówi Lidia Zerek, podolog. Podpowiada, jak pielęgnować stopy i paznokcie w zaciszu domowym oraz jak dobierać obuwie i wkładki korygujące. − Wiele moich klientek nie lubi swoich stóp. Wynika to najczęściej z utrwalonych kanonów piękna pokazywanych w mediach. Każda reklama dotycząca pielęgnacji stóp to obrazek młodej, zgrabnej kobiety, która pokazuje nienagannie wypielęgnowane stopy. W rzeczywistości każdy z nas jest inny, więc i nasze stopy się różnią – przekonuje. Ważne, żeby o nie właściwie zadbać. Nie zakrywajmy zmienionych chorobowo paznokci lakierem i nie kupujmy skarpetek złuszczających, ponieważ w ich składzie są kwasy, które zaburzają procesy prawidłowej keratynizacji naskórka. Powinniśmy też unikać tarek i pumeksów, ponieważ pocieranie stopy powoduje wzrost temperatury, a to również zaburza keratynizację i nasze stopy zamiast być gładkie, robią się szorstkie. Naskórek złuszcza się samodzielnie i odbudowuje co 28 dni. Jeśli proces ten przebiega prawidłowo, trudno go nawet zauważyć. Rytuałem powinno stać się codzienne mycie stóp w ciepłej (ale nie gorącej) wodzie, do której możemy dodać odrobinę specjalistycznej soli lub olejku, a po umyciu dokładne wycieranie stóp i przestrzeni międzypalcowych. Pielęgnację warto zakończyć delikatnym masażem, podczas którego wetrzemy preparaty podologiczne mające w składzie odpowiednio skoncentrowane naturalne tłuszcze, delikatną lanolinę, ekstrakty z owoców, preparaty zwalczające działanie wolnych rodników i kompleksy witaminowe, które łagodzą podrażnienia naskórka i wspomagają jego odbudowę.
Co dzieje się, kiedy zapominamy o fundamencie naszego ciała? − Stopy, nieustannie narażone na przeciążenia i tarcie w nieodpowiednim obuwiu, buntują się – tłumaczy Lidia. Powstają odciski, nagniotki, pękają pięty, rosną haluksy, odczuwamy piekący, kłujący ból w obrębie pięt, a nawet całej kończyny dolnej i układu szkieletowego. Unikajmy zatem obuwia, które jest za ciasne i za ciężkie. Szpilki zostawmy na specjalne okazje. Przy zakupie nowych butów zwróćmy uwagę przede wszystkim na wygodę, aby stopa miała odpowiednią ilość miejsca i nie była ściśnięta, oraz na podeszwy, które powinny być elastyczne i lekko amortyzujące. Jeśli do tego będziemy myśleć o swoich stopach z wdzięcznością, zabiorą nas w niejedną fascynującą podróż. Bo niezależnie od wielkości i kształtu stopy komunikują się z nami codziennie i dzielą się mądrością na temat naszego zdrowia, sił życiowych i blokad emocjonalnych.
Zacznij od ćwiczenia: przejdź się boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. Za tydzień będą pewnie inne. Podobają ci się ślady, które zostawiasz na ziemi? 

  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)


W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.
A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.
Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)

  1. Seks

Jak czerpać przyjemność z seksu? Zacznij od nawiązania kontaktu z własną cielesnością

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Przyjemność z seksu bierze się tak naprawdę nie z doświadczenia czy odpowiedniej techniki, ale z dobrego kontaktu z własną cielesnością. I od tego swoją pracę najczęściej zaczyna sex coach Marta Niedźwiecka.

Z jakimi problemami zgłaszają się do ciebie pary?
Na przykład odchowały dzieci i nie sypiają ze sobą albo robią to bardzo rzadko. On źle się z tym czuje i ona też. Winią o wszystko dzieci, a tak naprawdę nie radzą sobie z tą zmianą, bo nikt nas nie uczy, jak zrekonstruować więź intymną i emocjonalną po przełomie, jakim są narodziny dziecka. Przy mojej pomocy kobieta i mężczyzna poszukują odpowiedzi na pytanie, co każde z nich z tego związku może wziąć dla siebie.

Narodziny dziecka to katastrofa?
Tak, bo kobieta staje przed gigantycznym wyzwaniem, przeżywa różne silne stany emocjonalne, wypływają też problemy z jej dzieciństwa. Z reguły poświęca się dziecku i zapomina o mężu, a on czuje się odsunięty, więc się nie angażuje. W konsekwencji ona czuje się opuszczona, a opuszczenie to koniec każdej więzi. On jest sfrustrowany, ona też i to narasta, narasta… aż w końcu zaczynają starać się o drugie dziecko, żeby zapełnić tę otchłań. Opieka nad dziećmi to ciężka orka, która odwraca ich uwagę od związku. Po sześciu latach nadchodzi tzw. kryzys szóstego roku, bo dzieci idą do przedszkola i nagle oni stają naprzeciwko siebie jako kompletnie obcy ludzie. Moja praca polega na tym, żeby tę umęczoną kobietę i tego odtrąconego mężczyznę ze sobą spotkać. Podczas coachingu budują na nowo podstawy, które mogliby wynieść ze zdrowej rodziny – dobre przekonania, kontakt z ciałem, umiejętność wnikania w swoje emocje i wreszcie otwartość na sferę seksualności.

Z czym mamy największy problem w sferze seksu?
Dużo kobiet, które do mnie przychodzą, mówi o obowiązku małżeńskim. Zamykają oczy i robią to, bo mąż tego oczekuje… Większość boi się zająć swoją seksualnością, boi się ostracyzmu społecznego. Mamy walczyć z cellulitem, mieć duże piersi i długie rzęsy. Ciało ma służyć do tego, żeby się podobać… komuś. Dlatego potrzebna jest zmiana w świadomości kobiet, dotycząca ich ciała, która przekłada się na ich świadomość życiową. Gdy zyskują kontakt ze swoim ciałem, zyskują też kontakt z emocjami, a wtedy już wiedzą, co się z nimi dzieje, i są świadome, że mają wybór. Zaczynają z tego korzystać i na początku mogą się potykać, ale z czasem zaczynają chcieć takiej relacji z mężczyzną, w której obojgu im będzie chodziło o to samo – o trwałą więź, bezpieczeństwo, miłość, namiętność, poczucie akceptacji i zrozumienia. Zresztą patriarchat jest też niezdrowy dla facetów, bo muszą mieć 40-minutowe erekcje, 30-centymetrowe penisy, jeździć wielką furą i przynosić worki pieniędzy, no i wiecznie udawać macho, bo inaczej są beznadziejni.

Wszyscy siedzimy w jakichś kostiumach, które nas uwierają. Ale jest proste wyjście – zobaczyć, że na poziomie ciała jesteśmy tym samym. My chcemy seksu i oni chcą seksu, my chcemy bliskości i oni chcą bliskości. To nie są maszyny, mężczyźni są tylko tak wytrenowani, żeby nie płakać. Każda kobieta może przestać grać księżniczkę i zmuszać partnera do bycia księciem, każda może zdobyć świadomość. Można na czymś innym budować związek niż na graniu ról. Trzeba tylko dojrzeć emocjonalnie, bo jeśli jedno jest bezbronne i bez księcia sobie nie poradzi, a drugie jest bezbronne i bez królewny jest rozbitkiem, to nie jest to dojrzały związek, tylko wzajemne wykorzystywanie się.

Klucz tkwi w akceptacji swojego ciała?
Można to spuentować tak: kochaj ciało swoje, bo to jesteś ty. Wszystko, co robię w pracy z kobietami, mężczyznami i parami, opieram na kontakcie z ciałem. To jest podstawowe doświadczenie każdego człowieka. Najpierw jesteśmy my z naszymi zmysłami, reszta to intelektualne konstrukty.

Sama przeszłam długą drogę. Doznałam w dzieciństwie złamania kręgosłupa. Ze względu na ból, rehabilitację, gorsety „wyprowadziłam się” ze swojego ciała. Zrozumiałam to wiele lat później, gdy zaczęłam się rozwijać i zadawać sobie pytania. Dlaczego z takim trudem wychodzą mi różne aktywności sportowe? Dlaczego seks nie jest taki przyjemny? Doszłam w końcu do tego, że muszę odzyskać swoje ciało. Ale zdarzyło się to dopiero po trzydziestce. Pierwszy moment zwrotny to było macierzyństwo – nagle, ja intelektualistka, stałam się czystą biologią, pojemnikiem na jedzenie i kontenerem na emocje swoje i dziecka. Drugi – nurkowanie. Gdy mój syn miał dwa i pół roku, pojechałam na kurs nurkowy do Egiptu i stało się to pasją mojego życia. Nurkowanie to nieprawdopodobne doświadczenie egzystencjalne – nigdzie indziej, nawet w seksie, nie masz tak głębokiego kontaktu ze swoim ciałem. Jesteś w stanie nieważkości, więc całe ciało działa inaczej, każdy oddech i ruch jest świadomy. Nie ma listy zakupów, dzieci, męża, kochanka, szefa, kredytów… Istniejesz tylko ty, tu i teraz, w pełnym kontakcie ze swoim ciałem i psychiką. Te dwa przeżycia – macierzyństwo i nurkowanie, pokazały mi, jak ciało jest genialne i jak bardzo jest mną. Wcześniej myślałam, że powinnam reagować na pewne rzeczy w jakiś sposób, a zaczęłam widzieć, że moje ciało mówi mi zupełnie co innego. Więc jako sex coach staram się wtłaczać ludzi do ciała – bo tam jest jedyna prawda o tym, kim jesteśmy.

To pewnie podstawowa rzecz, jakiej się uczą kobiety u ciebie…
Tak, ale też zgody na to, żeby mogło im być dobrze. Tabu przyjemności ma się u nas świetnie: matka jest aseksualna, singielka tak naprawdę pragnie rodziny, seks jest brudny, a kobiety nie mogą być aktywne i nie mogą odczuwać przyjemności. Faceci zresztą też. Potrafią się zaharować do zawału, bo są tak wychowani. Kobiety w sex coachingu mogą w pierwszej kolejności zmienić te przekonania i dojść do kontaktu z ciałem, w dalszej kolejności do przyjemności i wreszcie nauczyć się dobrej komunikacji. Jak już wiem, co czuję, mam świadomość, czym jest moje ciało, czuję, że jest dobre i pragnę rozwoju, to wychodzę na zewnątrz do drugiego człowieka, z którym żyję i mówię: to jestem ja, mam to i to, chcę ci to dać, ale też chcę w zamian tego i tego.

Przychodzą do ciebie mężczyźni?
Przychodzą. Przestali myśleć, że wibrator im zagraża, i chcą się dowiedzieć czegoś o kobiecie. Okazują się bezbronni – są sformatowani porno, nie radzą sobie ze swoim ciałem i różnymi normami, często czują, że spoczywa na nich cała odpowiedzialność za kochankę. Tłumaczę im, że ona odpowiada za swój seks, ty za swój, a za wasz wspólny seks odpowiadacie razem. I pojawia się wielka ulga – bo to niczyja wina, a poza tym można to zmienić. Jeśli ona nie będzie tak bierna, to on nie będzie musiał być nadaktywny. Mężczyźni nie chcą już uczestniczyć w konkursie na Najsprawniejszego Samca Regionu. Chcą, żeby związek wypełniał coś w ich życiu. To jest idealne miejsce do zmiany, czyli wyjścia z zadaniowej funkcji w seksie i wejścia w sferę przyjemności odczuwania, poddawania się, otwierania... I wyrażania swoich emocjonalnych potrzeb. Mam głęboki szacunek do tych, którzy potrafią zobaczyć w sobie deficyt miłości, delikatność, empatię. Tacy mężczyźni stają się silniejsi. Podobnie kobiety. Podczas sex coachingu odkrywają, że przez 10 czy 15 lat spełniały czyjeś oczekiwania. Mogą mieć dom, rodzinę, pracę i pytać: Po co to wszystko?

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią.

Marta Niedźwiecka, pierwsza w Polsce sex coach specjalizująca się w coachingu relacji intymnych, seksualności i związków. Prowadzi Pussy Project - projekt edukacji i rozwoju seksualności dorosłych oraz warsztaty obejmujące tematykę kobiecości, związków i seksualności.

  1. Psychologia

Storytelling - słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Storytelling jest dziś ważnym trendem w edukacji i elementem marketingu, wykorzystywanym do budowania świadomości marki. Przede wszystkim jednak to doskonały sposób na powrót do korzeni, dobra metoda na stres, a nawet alternatywa dla psychoterapii. O tym, że słowa mają moc, z arteterapeutką Charlie Kesem rozmawia Julia Wollner.

Izrael jest przez wielu uważany za główne centrum storytellingu. W miejscowości Giwatajim pod Tel Awiwem każdej jesieni odbywa się głośny International Storytelling Festival, zaliczany do największych tego typu imprez na świecie; rozkwitają stacje radiowe, na antenie których przez całą dobę emitowane są tylko prawdziwe historie słuchaczy, a na małe i duże przyjęcia zaprasza się zawodowych opowiadaczy, którzy nie tylko dostarczą gościom rozrywki, ale też zainspirują i skłonią do refleksji. Izraelskie rodziny wynajmują pisarzy, którzy za opłatą spisują opowieści i wspomnienia najstarszych członków, a młodsze pokolenia tłumnie zapisują się na kursy zwane „retell your story”, mające – poprzez grupową pracę nad opowiadaniem swojej historii – pomóc spojrzeć na własną biografię z nowej perspektywy, docenić swoje mocne strony, a przeżyte trudności przekuć we wzbogacające doświadczenia. O moc prawdziwych historii pytam pochodzącą z Londynu, a mieszkającą w Tel Awiwie Charlie Kesem.

Etymologicznie rzecz biorąc, „storytelling” to po prostu opowiadanie historii. Kryje się w nim chyba jednak jakiś sekret, skoro przyciąga tak wielu ludzi, a niektórzy, jak ty, postanawiają zająć się nim zawodowo.
Zawsze uwielbiałam teatr, studiowałam arteterapię i szukałam sposobu na to, by połączyć działania kreatywne z pomaganiem ludziom. Nauka w szkole storytellingu oraz udział w licznych londyńskich wydarzeniach z nim związanych pokazały mi, że dzielenie się historią ma w sobie wielką moc, często pomaga w transformacji. Ważnym doświadczeniem było też dla mnie załamanie, które przeszłam – w takich momentach storytelling nierzadko daje podobne rezultaty jak sesja terapeutyczna, choć działa oczywiście na innej zasadzie. Sztuka opowiadania historii, jeszcze do niedawna trochę zapomniana, rozkwita na nowo, a powód wydaje mi się bardzo prosty: ludzie tego potrzebują.

Ale przecież rozmaite historie bombardują nas ze wszystkich stron. Słyszymy je w pracy, od znajomych, w mediach, w reklamach, czytamy je na Facebooku… Gdziekolwiek odwrócimy głowę, ktoś próbuje nam coś opowiedzieć, przekazać jakieś informacje o sobie…
Ja, mówiąc o storytellingu, nie mam na myśli marketingu ani mediów społecznościowych – odnoszę się do umiejętności słuchania i nawiązywania relacji. To ona jest tu kluczem. Za dowód niech posłużą nam badania, w których okazało się, że odtwarzanie nagrania, na którym ktoś opowiada swoją historię, nie daje tego samego rezultatu – właśnie dlatego, że w storytellingu najważniejsza jest bezpośrednia relacja, jaka tworzy się między dwoma osobami: słuchaczem i opowiadającym.

Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu samotni i potrzebujemy zbliżyć się do innych. Jak mawiała jedna z moich nauczycielek, opowiadanie historii pozwala znaleźć plemiennych towarzyszy. To bardzo prawdziwe stwierdzenie: gdy podzielisz się swoją historią, ludzie chcą o niej z tobą rozmawiać, zadają pytania. To, co ci się przydarzyło, zostaje w pewnym sensie powitane, przyjęte, zaakceptowane, a ty nie jesteś z tym już sam. Być może jeszcze ważniejszy jest proces słuchania, bo podczas niego dokonuje się w nas jakiś rodzaj wewnętrznego poruszenia, które może prowadzić do zmiany.

Jako artystka i jako człowiek szukam możliwości nawiązania nici prawdziwego, szczerego porozumienia – takiego, które pozwala odkryć się przed drugim człowiekiem, pokazać, kim naprawdę jesteśmy. Ta nić bardzo pięknie przędzie się w storytellingu: zarówno w historiach prawdziwych, jak w tradycyjnych opowiadaniach takich jak podania i baśnie, które także są bardzo istotne w mojej pracy.

Ty, Angielka mieszkająca w Izraelu, podkreśliłaś, że mówiąc o storytellingu, nie odnosisz się do działań marketingowych, zaś ja, wpisawszy to hasło w polską wyszukiwarkę internetową, znajduję głównie rezultaty związane z brandingiem. Czy myślisz, że różne nacje są w różnym stopniu skłonne do dzielenia się swoimi przeżyciami i doświadczeniami?
Nie, nie sądzę, aby tak było. Kiedy uczyłam się w International School of Storytelling w Forest Row, na zajęcia uczęszczałam z ludźmi z całego świata, z różnych grup wiekowych. Każdy z nich postanowił poświęcić trzy miesiące życia, aby przyjechać do tego zakątka Anglii i ukończyć kurs. Musi być ku temu jakiś powód. Moim zdaniem jest nim fakt, że każdy z nas, bez względu na kulturę i pochodzenie, potrzebuje spotkania z drugim człowiekiem. Oczywiście, powodów izraelskiej popularności storytellingu można szukać w tradycji żydowskiej, w jej związku z cyklicznością natury, z bliskowschodnim ukochaniem wspólnoty. Analogicznie zrobić można z kulturą celtycką i faktem, jak bardzo storytelling pokochali Anglicy. Tak naprawdę jednak to, co leży u podstaw storytellingu, obecne jest w każdej kulturze i właściwe wszystkim ludziom bez wyjątku. Zanim powstała telewizja i Internet, w każdym zakątku globu siadaliśmy przy ogniu, aby rozmawiać i słuchać mędrców, którzy dzielili się swoją wiedzą. Dziś po prostu na nowo odkrywamy radość tego rytuału.

Nie widzisz różnic związanych z pochodzeniem, a jak jest z wiekiem? Czy młode pokolenie, które nie pamięta czasów sprzed telewizji i Internetu, ma do storytellingu inne podejście?
Odpowiedź znowu jest przecząca, bo, jak cały czas podkreślam, łączy nas wszystkich ta sama ludzka potrzeba. Ludzie starsi też bywają uzależnieni od technologii i im także bywa ciężko skoncentrować się i słuchać. Ten problem jest dziś niezależny od wieku.

A przecież w storytellingu podstawą jest właśnie słuchanie…
Jeden z moich nauczycieli mówił wręcz, że Bóg nie bez powodu dał nam jedną buzię, ale dwoje uszu!

Wieczory zwane True Stories Nights, które organizujesz, obejmują występy siedmiu osób – w tym zawodowców i ludzi zupełnie niezwiązanych ze storytellingiem – którzy przez siedem minut dzielą się swoją historią z publicznością. Za każdym razem inny jest temat przewodni spotkania, który służy za punkt wyjścia dla wszystkich opowieści.
Tak, i niezwykłe jest, że robią to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie musiałam nikogo namawiać do występu; informuję tylko o takiej możliwości. Jeśli poczują, że nadszedł dla nich właściwy moment, mogą przyjąć moje zaproszenie. Niektórych zresztą nawet nie zapraszałam – znaleźli mnie sami, z przekonaniem, że mają coś istotnego do wyjawienia światu. Wierzę, że każdy ma historię do opowiedzenia. Prostą lub zawiłą, smutną lub zabawną. Historie są w każdej komórce naszego ciała, w każdym wspomnieniu, w każdym kroku, który czynimy, w każdym mrugnięciu okiem.

Bez problemu wyobrażam sobie opowiedzenie jakiejś zabawnej anegdoty w siedem minut, ale nie jestem przekonana, czy w tak krótkim czasie można zrelacjonować załamanie nerwowe albo jakieś inne trudne lub przełomowe doświadczenie.
Zdziwiłabyś się, jak wiele powiedzieć można nawet w dwie minuty! Określenie ram czasowych opowieści jest ważne nie tylko ze względu na publiczność, szczególnie, jeśli jest to początek ich doświadczeń ze storytellingiem. Stanowi także bardzo ważne ćwiczenie dla opowiadającego. Ograniczenie czasowe, które sobie narzuca, pozwala skupić się na tym, co w historii było i jest najważniejsze; na tym, co chce się z niej pamiętać; na tym wreszcie, co dzięki nam mają z niej zapamiętać – i nauczyć się! – nasi słuchacze. Jest to przy tym bardzo twórczy proces, bo nad historią pracuje się jak nad dziełem sztuki, modelując ją i nadając jej formę.

Nie obawiasz się czasem, że praca z ludzkimi emocjami może być niebezpieczna? Nie jesteś przecież psychologiem ani psychiatrą, a podejrzewam, że ludzie niejednokrotnie przychodzą do ciebie z historiami pełnymi dramatów, bólu i łez.
Na pewno jest to dla mnie wyzwanie, jak również coś, co wymaga wielkiej wrażliwości i uważności. Bez wątpienia pomaga mi wiedza wyniesiona ze studiów arteterapeutycznych oraz doświadczenie pracy z grupami w ciągu wielu lat.

Jedną z umiejętności, którą staram się przekazać uczestnikom moich warsztatów, jest opowiadanie historii w sposób, który pozwala im nad nią zapanować. Nawet wówczas, gdy opowiadamy historię bardzo bolesną, nie musimy po raz kolejny przeżywać traumy. Pomocna jest świadomość, że znamy dokładnie zarówno początek tej historii, jak i zakończenie; mamy do dyspozycji wspomniane siedem minut, w ramach których możemy się wzruszać czy złościć, jednocześnie zdając sobie sprawę, że ograniczają nas pewne ramy. Dzięki temu możemy poczuć się panami naszej historii. Skupienie się na wyborze odpowiednich środków wyrazu także pomaga przenieść punkt ciężkości – z emocjonalnego zaangażowania w historię na jej aspekt artystyczny. Myślę też, że każdy opowiadający zawsze doskonale wie, czy jest gotowy do podzielenia się swoją historią. Trzeba tylko wsłuchać się w siebie i odnaleźć swój głos. Oczywiście istotne jest, by organizator spotkania, a więc w tym przypadku ja, klarownie wytyczył granice.

Taka jest właśnie twoja rola?
Zapraszając ludzi do udziału w moich wieczorach, zawsze dokładnie tłumaczę, jaką mają formę. Najpierw spotykamy się jeden na jeden, wysłuchuję ich historii w cztery oczy i podpowiadam, jak się nią podzielić z publicznością. Ostateczna decyzja leży po stronie opowiadającego. Daję jasno do zrozumienia, że nie jestem terapeutą, choć oczywiście, w razie konieczności staram się pomóc, jak tylko mogę. Jedna z moich koleżanek w Anglii, która organizuje podobne spotkania, rozdawała na zakończenie ulotki z numerami specjalistów mogących zaoferować pomoc. To jeden z przykładów drobnych gestów, które czasem robią wielką różnicę. Warto jednak podkreślić, że storytelling pozwala zetknąć się z historiami bardzo różnorodnymi, nie tylko smutnymi. Dotykamy całego wachlarza emocji. Bez względu na to, czy są one pozytywne, czy nie, zawsze, bez wyjątku, dziękuję opowiadającemu za podzielenie się historią. Nie jest to pusty frazes. Bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie czuli się docenieni.

Czy masz jakieś sugestie dla polskich czytelników mających mniejszy dostęp do wydarzeń związanych ze storytellingiem, a pragnących przyjrzeć się bliżej temu procesowi?
Po prostu spotkajcie się w większym lub mniejszym gronie, usiądźcie i zacznijcie rozmawiać, utworzywszy krąg. Za jakiś czas powtórzcie to znów! Zwróćcie uwagę na to, jakie historie was poruszają, jaki przekaz jest dla was istotny, jaki rodzaj komunikacji sprawia wam najwięcej satysfakcji.

Storytelling daje radość, uzdrawia, bawi, pozytywnie wpływa na poczucie własnej wartości i na pewność siebie. Pozwala uczyć się od ludzi różnych od nas, ale jeszcze bardziej – pokazuje nam, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami.

Kilka faktów i badań na temat storytellingu

Według badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Harvarda opowieści wykraczające poza suchą relację faktów powodują większe zaangażowanie słuchacza, ponieważ oddziałują na obie półkule mózgowe – lewą aktywujemy już poprzez samo omówienie wydarzeń, prawą dopiero poprzez wzbudzenie emocji. Dobrze opowiedziana historia zostaje przez odbiorcę lepiej zapamiętana. Ma to niebagatelne znaczenie w procesie nauczania – zarówno najmłodszych, którym opowiadamy bajki, by przekazać im podstawowe prawdy o życiu, jak i całkiem dorosłych – tzw. metoda narracyjna doskonale sprawdza się np. w nauce języków obcych. Z podobnych względów storytelling jest także doskonałym narzędziem marketingowym – specjaliści w tej dziedzinie doskonale wiedzą, że rozpoznawalność marki oraz prawdopodobieństwo utożsamienia się z nią przez klienta zależy właśnie od ciekawej historii, która za nią stoi.

W niektórych krajach, jak Wielka Brytania, USA oraz Izrael prężnie działają stacjonarne szkoły opowiadania historii; można znaleźć kursy o różnych stopniach intensywności i zaawansowania, zaś spotkania, podczas których słucha się nawzajem swoich opowieści, należą do najbardziej lubianych form spędzania czasu. Pozwalają pośmiać się i wzruszyć, porozmawiać i pomilczeć. W naszej obrazkowej cywilizacji stanowią prawdziwy powrót do kultury słowa – głównego narzędzia komunikacji, właściwego tylko i wyłącznie człowiekowi.

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. Jak mawia jeden z czołowych specjalistów w dziedzinie, dr Gary Irwin-Kenyon, dzieje się tak dlatego, że każdy z nas jest jednocześnie narratorem, redaktorem, bohaterem i czytelnikiem swojej opowieści, a przy tym tylko jednym z autorów – na naszą opowieść wpływa przecież każde spotkanie, rozmowa, wymiana doświadczeń z innymi ludźmi, którzy tym samym współtworzą naszą historię. Dzięki interakcji z nimi poprawiamy zdolności komunikacyjne, a nasza kreatywność wzrasta. Wymiana historii pozwala nam budować tożsamość, stymuluje ciekawość i zapał do życia, poprawia pamięć, uspokaja. Pozwala doceniać to, co w życiu istotne i dobre, budząc tym samym wdzięczność oraz poczucie celu. Słuchając opowieści innych, przeżywamy zarówno ich bolączki, jak i radości, a więc poszerzamy wachlarz swoich życiowych doświadczeń, dzieląc się zaś swoją historią, rozliczamy się z przeszłością, wybieramy sposób myślenia o niej i robimy miejsce na nowe przeżycia. Czerpiemy z tego, co już było, otwierając się na to, co dopiero nadejdzie. Wybierając odpowiednie środki wyrazu, wpływamy na to, co już jest za nami, aby bardziej świadomie przeżyć przyszłość.

  1. Psychologia

Jak wypoczywać, żeby wypocząć? W otoczeniu natury

Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. (Fot. iStock)
Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. (Fot. iStock)
Rezygnując z kontaktu z naturą, tracimy wolność – przestrzega filozof Marcin Fabjański. Podpowiada, jak rozwijać w sobie wrażliwość na przyrodę i jaki rodzaj bliskości z nią przynosi nam najwięcej pożytku.

Ostatnio słyszymy o wielu nowych trendach, w których natura gra główną rolę. Skąd wziął się ten dzisiejszy zwrot ku naturze?
Jesteśmy związani z naturą od początku istnienia człowieka jako gatunku. Na to, co się dzieje teraz, patrzę nie jak na coś nowego, jakieś odkrycie, tylko jak na powrót. Możemy się tylko dziwić, dlaczego musimy wracać do czegoś, co jest tak oczywiste.

Według naukowców w latach 50. XX wieku rozpoczął się antropocen, czyli nowa era geologiczna, którą charakteryzuje niszczycielski wpływ człowieka na Ziemię. Czy to wtedy odwróciliśmy się od natury?
To stało się dużo wcześniej. Kiedy spojrzymy na to, jak się toczyły nasze dzieje, zobaczymy, że zawsze było napięcie i konflikt między czymś, co można nazwać zbiorczo naturalizmem, a personalizmem, który stawia jednostki ponad naturę. Elementy odrywania się od natury widać już na początku naszej cywilizacji, np. w filozofii Platona. Potem było jeszcze kilka zdarzeń, które nas stopniowo od natury odsuwały. Jednym z nich są narodziny chrześcijaństwa, które, karmiąc się Platonem, stworzyło pojęcie niezależnej duszy. A dla niej rozgrywka o szczęście ma miejsce nie tylko w przyrodzie, ale też w pewnej opowieści toczącej się w innym świecie. Trudno oczekiwać od formacji kulturowej, która przyjęła taki pogląd za podstawowy, żeby żyła w harmonii z naturą. W obrębie filozofii chrześcijańskiej mamy też św. Franciszka, który dostrzegał jedność człowieka i natury, ale on jest wyjątkiem. Potem był Kartezjusz, który podzielił świat na substancję myślącą, czyli istotę ludzką, i substancję rozciągłą: drzewa, kwiaty, noc, dzień, słońce czy cień. Według zapoczątkowanej przez niego filozofii nowożytnej nie dość, że substancja myśląca nie styka się w ogóle z substancją rozciągłą, to nie styka się nawet z ciałem. I tak oto mamy współczesnego człowieka z technologią, która zupełnie odcięła go od naturalnych procesów. Na szczęście zreflektowaliśmy się, że ponieważ tak odeszliśmy od natury, to nie przetrwamy jako cywilizacja. I stąd pewnie ten powrót.

Wracamy ze strachu?
To najlepszy nauczyciel.

Mam wrażenie, że nasz stosunek do natury zależy też od tego, ile mamy lat. Wczesne dzieciństwo i późna dojrzałość to dwa okresy, w których jesteśmy chyba najbardziej otwarci na przyrodę.
Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. Dziecko może się w pełni jej oddać, bo ma ten komfort, że przez pierwsze lata życia jest chronione. Potem zostaje wessane przez system edukacji, który tę fascynację zabija. Zaczyna podbijać świat, serca rówieśników i rynek pracy. Do momentu, gdy orientuje się, że ta ekspansja nie jest źródłem szczęścia. Podboje przestają być atrakcyjne. Czasem dzieje się to w starszym wieku, ale niekoniecznie – na przykład ekolodzy rekrutują się głównie z młodych ludzi. I dobrze, bo młodzi mają więcej energii, żeby dajmy na to tygodniami blokować wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej.

Sądzi pan, że niektórzy z nas mają większą inteligencję przyrodniczą, zdolność dostrajania się do natury?
Ja nazywam to „inteligencją otwartego źródła”, która bierze się z pełnego połączenia ze środowiskiem. Jej wyrazem są na przykład tamy budowane przez bobry. Kiedyś zastanawiałem się, skąd one wiedzą, jak zrealizować tak skomplikowany projekt, jak potrafią przewidzieć, kiedy rzeka będzie wzbierać, a kiedy wysychać... Człowiek do tego celu musiałby stworzyć plan techniczny wielkości grubej książki. Ale jeśli te bobry poobserwujemy, to zrozumiemy, że ich inteligencja bierze się ze współistnienia ze środowiskiem. Pochodzi z zewnątrz, jest wynikiem interakcji z naturą. Jeśli wysłalibyśmy bobry na Marsa – załóżmy, że miałyby tam czym oddychać – to one stałyby się tam zupełnie głupie, bo Mars nie jest ich naturalnym środowiskiem. Po iluś pokoleniach pewnie rozwinęłyby w sobie inteligencję nowego środowiska, ale wtedy nie byłyby już bobrami.

Czy tę inteligencję otwartego źródła możemy w sobie wykształcić?
Oczywiście. Człowiek ma w sobie ogromny potencjał, tyle że jest trenowany w innym kierunku, dlatego tę inteligencję w sobie zatraca. Rozwijanie jej polega na nauce obdarzania natury uwagą w określony sposób. Chodzi o to, by zainteresować się przebiegiem różnych procesów, które w niej zachodzą, ale nie po to, by wykorzystać je do jakiegoś celu, tylko by być obecnym. Konieczna jest też zmiana hierarchii wartości. Teraz na jej szczycie u większości z nas są ludzie, zwłaszcza ci, którzy mogą nam coś dać. Zwierzęta, jeśli są gdzieś wyżej, to głównie w roli pieszczochów z Facebooka, a już rośliny znajdują się bardzo nisko. Są jakimś poślednim bytem. Nie chodzi o to, by postawić przyrodę na szczycie nowej hierarchii, ale by w ogóle ją dostrzegać. Zrozumieć, że życie na naszej planecie opiera się na współistnieniu.

Jak się przebudowuje taką hierarchię?
Za pomocą refleksji, introspekcji, lektury, wyeksponowania swojego ciała na przyrodę i obserwacji tego, co się potem stanie. W Apenińskiej Szkole Żywej Filozofii odnajdujemy różne perełki historyczne i próbujemy spojrzeć na świat w taki sposób jak wielcy myśliciele. Leonardo da Vinci uważał planetę za żywy organizm. Woda była jej krwią, ziemia – mięśniami, a łańcuchy górskie – kośćcem. Na podstawie średniowiecznych traktatów medytacyjnych zaprojektowałem serię ćwiczeń poświęconych czterem pierwiastkom, żywiołom: wodzie, ziemi, ogniowi i powietrzu. Najciekawsza z perspektywy pedagogicznej jest dla mnie woda – bardzo dobry pośrednik między nami a środowiskiem. Jej obserwacja jest w stanie sprawić, że będziemy spokojniejsi, cierpliwsi, łagodniejsi.

Mnie obserwowanie wody kojarzy się głównie z siedzeniem nad morzem i patrzeniem na fale.
Chodzi o coś zupełnie innego. Kiedy siedzimy nad morzem i obserwujemy fale rozbijające się o brzeg, to cały czas jesteśmy w świecie koncepcji: plaża, my, morze i poszczególne fale. Natomiast nasze ćwiczenia polegają na śledzeniu pierwiastka wody w ciele. Według wspomnianych traktatów ma ona różne cechy: płynność, wilgotność, łagodność, zdolność dostosowania się czy wiązania – na przykład piasku. Właśnie ich szukamy w ciele – płynności pod językiem czy wokół gałki ocznej. Chodzi o uwagę, uczymy się pewnego doznania. Skanujemy całe ciało i odkrywamy swoje hydroterytorium. To pozwala uzyskać wewnętrzny spokój już po dwóch minutach, jeśli wykona się ćwiczenie prawidłowo. W celu medytacji pierwiastków jedziemy też nad wodospad. Siadamy w miejscu, w którym unoszą się drobinki wody. Obserwujemy, jak to wilgotne powietrze oddziałuje na naszą skórę. W pewnym momencie dociera do nas, że woda na zewnątrz i wewnątrz nas jest tym samym. Pojawia się silne poczucie współistnienia z krajobrazem. Podobnie postępujemy z kolejnymi pierwiastkami. Na przykład z ogniem związane jest ciepło i zimno, z powietrzem – nacisk, ciśnienie, a z ziemią – miękkość i twardość…

Co tracimy, rezygnując z kontaktu z naturą?
Mówienie o tym, że „coś tracimy”, jest zdecydowanie zbyt delikatne.

To może „odcinamy kawałek siebie”?
Jeśli założę, że „ja” to jest ten, który siedzi za biurkiem 10 czy 12 godzin i tylko czasem ma kontakt z przyrodą, to z tej perspektywy można mówić o odcinaniu kawałka siebie. Ale moim zdaniem „ja” to ten, który jest częścią naturalnego procesu życia i z tego punktu widzenia nie tyle odcinamy kawałek siebie, co stajemy się patologią. Jesteśmy coraz głupsi. Tracimy wolność. Młodzi ludzie, którzy całe godziny spędzają wpatrzeni w ekran, zapędzają się w ślepą uliczkę. Wszystko zmierza do tego, by jednym przyciskiem sterować człowiekiem. Wyobraźmy sobie, że dajemy hasło „idź, zabijaj!” osobie, która jest osadzona w naturze i dzieciakowi, który godzinami wpatruje się w ekran. Kto będzie bardziej odporny na wpływ?

Mamy jakieś szanse na realny powrót do natury?
Wiem, że najlepiej by było powiedzieć: „Drodzy czytelnicy, medytujcie 10 minut dziennie i oddychajcie głęboko, a będziecie prowadzić szczęśliwe życie”, ale, niestety, tu nie ma prostych rozwiązań i łatwych wyborów. Zwykle potrzebny jest jakiś impuls, żeby się przebudzić, czasem tragedia, która odziera nas ze złudzenia, że można sobie szczęście skumulować, gromadząc przedmioty, będąc ponad innymi, zdobywając władzę. Warto zrobić taki eksperyment: zakwestionować znane prawdy, stwierdzić „nic nie wiem” i spojrzeć świeżym okiem na życie. Zastanowić się nad przyczynami swoich działań i wyborami, których dokonujemy mechanicznie. Pomyśleć o konsekwencjach dla nas, natury, innych ludzi, naszych dzieci. Zawsze też jest jakaś możliwość przeorganizowania życia. Można świadomie zwiększać kontakt z przyrodą: wyjeżdżać za miasto, wybierać drogę do pracy, która wiedzie przez park, nawet jeśli zabetonowaną ulicą byłoby szybciej.

Naukowcy zbadali, że natura ma na nas dobry wpływ, nie tylko kiedy jesteśmy w lesie, ale też gdy uprawiamy ogródek czy nawet patrzymy na namalowany pejzaż.
Ten wpływ jest jednak najbardziej korzystny, gdy jesteśmy w naturze i nie mamy do wykonania żadnych zadań. Gdy przyroda nie jest dla nas środkiem do żadnego celu. Tak wynika z badań nad flow, czyli stanem przepływu.

A hodowanie roślin? Możemy przecież dbać o roślinkę, obserwować, jak rozwija się, uczyć się jej.
Wszystko zależy od podejścia, bo mogę rośliny hodować, żeby je sprzedać, a mogę je uprawiać, żeby obserwować różne procesy i naszą wzajemną relację. Tak samo jak mogę iść do lasu, by pobiegać i budować Twoje ego albo by kontemplować przyrodę. Uważam, że im mniej ingerencji w naturę, tym lepiej. Las sadzony przez człowieka niewiele nauczy nas o procesie życia. Co innego puszcza. W niej jesteśmy świadkami ciągłej transformacji. Z gnijących drzew wyrastają pędy i nie da się określić, które ich części są młode, a które stare.

W jaki sposób pan stara się zbliżyć do natury?
Wyniosłem się z miasta, staram się wyjść na tyle, na ile się da z obrotu kapitalistycznego. Przestałem latać do Azji, bo wiem, jak transport lotniczy szkodzi naszej planecie. Próbuję nie pracować zbyt ciężko.

Widzi pan w sobie jakąś zmianę?
Zdecydowanie tak. Mam większą wrażliwość, widzę szczegóły, intensywniej odczuwam bodźce, mam lepszą intuicję. Kiedyś, gdy szedłem do lasu, w głowie kłębiły mi się różne myśli. Dziś jestem nastawiony na dostrzeganie.

Źródło deficytu natury

To termin stworzony przez dziennikarza i reportera Richarda Louva jako nazwa dla zaburzenia, które się pojawia, gdy ludzie, a przede wszystkim dzieci, spędzają zbyt mało czasu na świeżym powietrzu. Brak kontaktu z naturą powoduje problemy fizyczne i psychiczne, z lękami i dystrakcjami włącznie. Wśród najczęstszych konsekwencji wymienia się:

  • choroby cywilizacyjne wynikające z braku ruchu i nieodpowiedniej diety, pojawiające się na coraz wcześniejszych etapach życia;
  • trudności w koncentracji uwagi;
  • utratę umiejętności radzenia sobie w warunkach odbiegających od tych sztucznie wykreowanych przez cywilizację;
  • przewlekły stres, którego nie potrafimy w zdrowy sposób odreagować, popadając w pracoholizm, nałogi i zaburzenia psychiczne;
  • zmniejszenie kreatywności i produktywności.