1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nieszczęśliwa, niespełniona miłość – jak się z niej wyplątać?

Nieszczęśliwa, niespełniona miłość – jak się z niej wyplątać?

Wycofanie się i odpuszczenie - tylko takie zachowanie może przynieść ulgę w nieszczęśliwej miłości. (Fot. iStock)
Wycofanie się i odpuszczenie - tylko takie zachowanie może przynieść ulgę w nieszczęśliwej miłości. (Fot. iStock)
Nieszczęśliwa miłość może być piekłem na ziemi. Rozrywani tęsknotą, bólem, niespełnieniem stajemy się ofiarą obsesji. Czy jest wyjście z tej trudnej sytuacji? David Richo, terapeuta specjalizujący się w relacjach, naświetla to zjawisko, wskazując na rozwiązanie.

Nieszczęśliwa miłość może być piekłem na ziemi. Rozrywani tęsknotą, bólem, niespełnieniem stajemy się ofiarą obsesji. Czy jest wyjście z tej trudnej sytuacji? Jak poradzić sobie z nieszczęśliwym zakochaniem? David Richo, terapeuta specjalizujący się w relacjach, wskazuje na rozwiązanie. Wyjaśnia, na czym polega niespełniona miłość od strony psychologii i czy zawsze jest ona jednostronna.

Zakochujemy się, a obiekt naszych uczuć nie odwzajemnia ich w takim stopniu, jak byśmy tego oczekiwali. A zdarza się, że nawet nas nie zauważa albo wręcz odrzuca nasze względy. Na początku takiego nieszczęśliwego zakochania nawet jest przyjemnie – nie odczuwamy aż tak miłości jednostronnej. Jednak staje się coraz trudniej, kiedy pragnienie podsycane brakiem przeradza się w gorączkową potrzebę. Początkowa radość i podekscytowanie przeradzają się w ból. Usidla nas niespełniona tęsknota. Podejmujemy działania, które skazane są na przykrą porażkę. Za wszelką cenę pragniemy nawiązać kontakt z obiektem obsesji, jednak mimo starań, nie otrzymujemy tego, co chcemy. Pogrążamy się w manipulacji i tracimy do siebie szacunek. Narasta spirala uzależnienia, czujemy się zupełnie bezsilni. Miłość niespełniona nas wykańcza.

David Richo twierdzi, że uzależnienie to oszust, który pod maską sprzymierzeńca daje naszemu ego to, na co zasłużyło. Jest to zatem kwestia duchowa, bo prześciga moc ego, ale również psychologiczna, gdyż zawiesza władze zdrowego ja. Rozwiązaniem więc musi być praca zarówno na poziomie duchowym, jak i psychicznym. Gdy znaleźliśmy się w pułapce nieszczęśliwej miłości, warto zadać sobie pytania: „Jakimi uczuciami nie zostałeś obdarowany w dzieciństwie?”, W jaki sposób ich teraz poszukujesz w relacjach?”, „Co czujesz teraz?”, „Czy są to uczucia dotąd wypierane?”.

Kolejnym etapem jest przyznanie się do tego, że staliśmy się ofiarą uzależnieniowej relacji. Trzeba przyznać, że nie jesteśmy w stanie kontrolować swoich myśli, uczuć i zachowań dotyczących tej drugiej osoby. Warto odszukać w sobie trudne uczucia. Takiej obsesji często towarzyszy strach. Jest to najczęściej ogromny lęk przed odrzuceniem, brakiem akceptacji, samotnością. Pojawia się wstyd i niemożność odczuwania wewnętrznego bezpieczeństwa. Nieosiągalność partnera sprawia, że kierujemy się w stronę nigdy dotąd niezaspokojonych potrzeb. Jeśli podejdziemy do tego procesu świadomie, wreszcie przestaniemy unikać swoich stłumień. Nawiążemy ze sobą kontakt. Warunkiem jest przeniesienie uwagi od obiektu nieodwzajemnionych uczuć na siebie, swoje wnętrze. To zadurzenie i ta nieodwzajemniona miłość jest iluzją, że nie będziemy musieli borykać się z tym, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie.

Ta historia pokazuje, że tak naprawdę nie wierzymy, że jesteśmy osobą godną miłości. W takich relacjach nie mamy śmiałości, by pokazać rzecz najbardziej zasługującą na odwzajemnione uczucie – szczerą wrażliwość. Okazuje się, że lękamy się ujawnienia naszych uczuć i przekształcenia tej niespełnionej miłości w coś innego. Czasem nawet o nich mówimy, ale jest w tym wiele z manipulacji a nie rzeczywistego czucia i dzielenia się sobą z drugą osobą. Takie działania tylko pogarszają sytuację. Dlatego warto się wycofać, odpuścić. Tylko takie zachowanie przyniesie ci ulgę. Dlatego nie przedstawiaj partnerowi precyzyjnych planów na wspólne spędzenie kolejnego weekendu, jeśli on czy ona ma po prostu ochotę pogawędzić od czasu do czasu. Nie proponuj szczegółowo przygotowanych projektów i zaproszeń, które sprawiają wrażenie niewinnych bądź uprzejmych, a mają na celu zwiększenie kontaktu. Większy kontakt jest tylko czynnikiem odciągającym ofiarę nieszczęśliwej miłości od jedynego prawdziwego celu, nad którym powinna się ona skupić: pracy nad sobą.

Więcej przeczytasz w książce "Dojrzałość w związku. Jak kochać świadomie", dr David Richo, wyd. Sensus

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. Hazard, alkohol to nałogi, bez których można żyć. Żyć bez miłości nie można – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. – Kobiety są bardziej bezradne wobec iluzji miłości. Mężczyźni wpadają w nałóg zakochiwania się. A to razem świadczy o głodzie miłości – dodaje Iwona Firmanty, coach. 

Logujesz się na zagranicznych portalach randkowych, a tam są oni, ci, którzy specjalnymi algorytmami odnajdują kobiety zamożne, ale niepewne siebie. I zaczynają z nimi grę w iluzję miłości. Konwersują: SMS-y, mejle. Rano pytają: „Czy już wstałaś, dziubku?”, a wieczorem: „Czy już się przygotowałaś na jutro, papużko?”. Dają fantastyczne dowody miłości, im bardziej ona ich potrzebuje. Skamerzy to zawodowcy – skanują kobiety pod kontem psychologicznym. Szukają tych z dorobkiem i nawijają im makaron na uszy, by potem zastosować jeden z systemów. Na przykład „na żołnierza”: „Chciałbym do ciebie przylecieć, ale armia nie przesłała mi pieniędzy. Przyślij mi na bilet, zwrócę, jak się zobaczymy”. Mają niby-zdjęcia i niby-historyjki o sobie, które szarpią serce: „Czemu jestem sam? Miałem żonę i dziecko, ale zginęli”. Mają opowieści uwiarygadniające: „Babcia mieszka w Berlinie, więc co to dla mnie za problem przylecieć do niej i odwiedzić Polskę”. I kobiety się nabierają. Albo nie: – Jedna z moich klientek – mówi Iwona Firmanty – podczas rozmowy z mężczyzną podała słuchawkę koleżance, która mieszka w USA, bo za nowojorczyka podawał się jej ukochany. Koleżanka powiedziała: „To nie jest biały z klasy średniej, to Afroamerykanin bez wykształcenia, który go udaje”. Zdarza się, że kobieta przytomnieje i myśli: „Zaraz, dlaczego on tak do mnie wydzwania? Właściwie mnie nie zna. Widział jedno zdjęcie i już mnie tak kocha?”. To jednak zdarza się rzadko.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Wojciech Eichelberger: – Miłość jest esencją życia. Jedni dostają ją w sposób naturalny, inni nie i ci właśnie są skłonni kupować jej iluzję nawet po bardzo wysokiej cenie. Nie mówmy więc o uzależnieniu od miłości, ale od iluzji miłości. To szczególnie niebezpieczne dla kobiet w czasie menopauzy. Do niedawna większość pań nie dożywała klimakterium, wycieńczona licznymi porodami. Nie ma więc jasnego przekazu kulturowego podpowiadającego kobietom, jak żyć po klimakterium. Jedyny, jaki istnieje, doradza wycofanie się, abstynencję seksualną i przygotowywanie do odejścia z tego świata. Ale współczesne kobiety słusznie odrzucają ten smutny model. Starają się żyć jak dotąd, jak zwykle, być aktywne zawodowo, życiowo i seksualnie. Tym bardziej że uwolnione od lęku przed ciążą przeżywają renesans seksualnej mocy. Ponieważ jednak nawet w oczach swoich żegnających się z libido męskich rówieśników stają się przezroczyste, często wchodzą w kiepsko rokujące związki z młodszymi mężczyznami. Ci najczęściej okazują się trutniami, którzy wyspecjalizowali się w tym, by urządzać się w życiu, dostarczając kobietom tego, czego najbardziej potrzebują: czyli złudzenia zachwytu, pożądania i bezpieczeństwa. Dla kobiet, które nie miały szczęśliwych związków, to miłosny Disneyland.

Czy to jest uzależnienie, jeśli ona mu uwierzy i da się wykorzystać? No i jak to się dzieje? – Kobiety przepisują majątek na męża, gdy ten twierdzi, że na przykład dzięki temu założy firmę albo wejdzie w spółkę z biznesmenami, których właśnie poznał, i przestanie być na utrzymaniu żony – mówi mecenas Tomasz Romanowski. – Zdarza się też, że zamożne kobiety niedawno poznanemu mężczyźnie, z którym łączy je relacja intymna, powierzają kilkaset tysięcy, bo ten obiecał zainwestować je z zyskiem. Pieniądze często pochodzą ze sprzedaży dorobku życia. W sądzie okazuje się, że na te sumy nie ma najmniejszego pokwitowania. Sposobów na wyłudzenie jest wiele, np. kobieta finansuje budowę domu na ziemi należącej do rodziny partnera. Zakłada, że będą tam razem żyć. Tak się nie dzieje, a w myśl prawa dom nie jest jej własnością. Problemy nawarstwiają się, gdy kobieta przyjmuje obywatelstwo egzotycznego kraju męża. Tam bywa bezradna wobec prawa, które decyduje w sposób dla niej niekorzystny o jej majątku.

– Popyt na zaślepienie iluzją świadczy o tym, jak bardzo sfrustrowana jest kobieca potrzeba romantycznej, zmysłowej miłości – mówi Eichelberger. – Kobiety są gotowe niemal świadomie kupować tę iluzję. Po szarym i trudnym życiu pragną choćby kilku rozkosznych nocy. Nie popieram życia iluzją, bo psychoterapia polega na jej porzucaniu. Ale świadomy wybór iluzji nie jest już życiem w iluzji. A deficyt czasu, uwagi i miłości, jaki panuje we współczesnym świecie, wytwarza ogromny popyt i na taką uświadomioną fikcję. Równie dobrze moglibyśmy się śmiać z ludzi, którzy płacą za bilet, by ulec iluzji kina. Ale jeśli taka kobieta przyjdzie do psychoterapeuty, to znaczy, że życie w uświadomionej iluzji nie zaspokoiło jej potrzeb. Wtedy może odkryje, że pozwoliła odebrać sobie nadzieję na prawdziwą miłość. To, że tak wielu myśli, że nie zasługują na miłość z prawdziwego zdarzenia, jest najgroźniejszą iluzją, która napędza wszystkie uzależnienia. Na szczęście wgląd psychologiczny, a jeszcze bardziej duchowy obalają tę fikcję.

Młode kobiety na uczuciowym głodzie

Iwona Firmanty: – Wydaje się, że ona się zakochała i jej nie wyszło, co w tym dziwnego? Potem znów się zakochała i znów pech. Nikogo to nie dziwi. Ale jeśli popatrzymy na to, co się w tym jej zakochaniu dzieje, zobaczymy, że to nie pech, ale uzależnienie.

Kobiety uzależniają się od mężczyzn, i to od tych zimnych emocjonalnie, z powodu tego, co wyniosły z domu. Matka skupiona na ojcu, który np. pił, zauważała córkę dopiero, kiedy ta przynosiła piątki. Nie dawała jej komplementów, bliskości i ważności. Dlatego Magda nauczyła się, że tylko jeśli będzie przynosiła jeszcze lepsze wyniki, to rodzice ją pokochają, a ona poczuje, że to dobrze, że jest na świecie. Do tej pory nie słyszała od nich nic, co by to potwierdziło. Wymyśliła więc, że narodziła się przez przypadek i dlatego nie odczuwała sensu życia. Poza tym, kiedy zaczęły jej rosnąć piersi, nałożyła workowate ciuchy, żeby nie pokazywać, że przestaje być dziewczynką. Rodzice z problemami z seksualnością zaszczepili je w rodzącej się kobiecości córki.

Uwagę takich dziewczyn zawsze zwracają faceci otwarci, którzy nie mają problemu z nawiązywaniem kontaktów. Oni adorują kobiety superatrakcyjne, które pokazują swoje walory. A te niekochane obserwują ich z daleka i fantazjują, że to one są tymi superkobietami. – Uzależniona od miłości wtapia się w oczekiwania mężczyzny: farbuje włosy, odchudza się, ubiera w stylu, którego nie lubi, ale który on lubi – mówi Firmanty. – Chodzi po domu w różowych pióreczkach tylko dlatego, że on tego chce. Dla mężczyzny idzie na inne studia, niż chciałaby, bo on musi pochwalić się w towarzystwie, że ma żonę z sensowym według niego wykształceniem.

Magda, kiedy zakochała się w Krzyśku, zmieniła się w laskę. On ją szybko zauważył, a że ona miała ogromny głód miłości, w pełni go zaakceptowała. Krzysztof więc się z nią ożenił. Ale ich szczęście nie trwało długo, bo wkrótce został bezrobotny, a potem brak sukcesu zawodowego sprawił, że zaczął pić. Magda, jak przed laty jej matka, uznała, że dobro mężczyzny jest najważniejsze i chodziła do pracy już nie na osiem, ale na 12 godzin. Zasada jest prosta – im bardziej on ma problemy z alkoholem, hazardem itp., tym bardziej ona zaciera ręce, że będzie mu potrzebna. A więc zagłuszy własny ból. Mimo takiego poświęcenia związek sypał się jak domek z kart. Zaczęli spać w dwóch oddzielnych łóżkach.

– Kobiety uzależnione biorą większą odpowiedzialność za związek niż faceci i w ten sposób kastrują partnera – mówi Firmanty. – Chcą też dosłownie kontrolować jego seksualność, bo seks to dla nich dowód miłości. Jeśli od kilku dni się nie kochają, stają się nachalne. A dla mężczyzny to niekobiece zachowanie, a więc o seksie tym bardziej nie ma mowy.

Magda poczuła, że Krzysiek oddala się od niej, i jak alkoholiczka, która wie, że za chwilę zamkną monopolowy, zaczęła szukać nowego mężczyzny. Poznała sprzedawcę, a sprzedawca potrafi się sprzedać, więc ta znajomość przerodziła się w płomienny romans. Też dlatego, że uzależnione od miłości zakochują się od pierwszego wejrzenia. Magda jednak szybko zepsuła i tę znajomość. Pisała do niego SMS-y – kilkanaście dziennie. Fantazjowała o nim, wyręczała we wszystkim, nie stawiała granic. Wkrótce więc i on miał jej dość. Tak straciła obu, gdyż uznali ją za bezwartościową.

– Kochająca obsesyjnie ma silną potrzebę spotkania, kontaktu, dotknięcia, już teraz! Ukochany działa na nią jak substancja uzależniająca. Jest nim naćpana – mówi Firmanty. – Mężczyźni, których kobiety uzależnione wybierają, też zazwyczaj nie zaznali w domu miłości. Ale męski sposób radzenia sobie z tym jest inny, to zamknięcie w sobie. Oni mają wewnątrz chłopca z pampersem, ten chłopiec płacze za miłością, ale na zewnątrz staje się wyrachowany, zalicza dziewczyny, szukając miłości, której nie otrzymał w domu. Kobieta uzależniona wie, jak dostać się do chłopca z pampersem. Na początku robi to, co trzeba: otwiera się na mężczyznę, w pełni go akceptuje. Daje mu totalną miłość, jest na każde skinienie. Ale w pewnym momencie przekracza granicę, nie wystawiając ręki po coś w zamian. A w miłości musi być wymiana, inaczej ten, kto dostał za dużo, myśli: „Pewnie to, co mi dała, jest bezwartościowe. A może to ona jest bezwartościowa?”. I koniec.

Męskie motyle w brzuchu

– Uzależnienie od zakochiwania się to uzależnienie od endorfin – mówi Iwona Firmanty – od podziwu, jaki daje druga osoba, od efektu pierwszego wrażenia. Częściej padają jego ofiarą mężczyźni.

Robert elektryzuje kobiety, tak dobrze wygląda i ma taką energię. Ale gdy siada na kanapie coacha, okazuje się, że tak jak Magda nie dostał w domu miłości. A że był trzecim z rodzeństwa, więc jego starsi bracia byli zajęci obowiązkami, mógł się pozastanawiać, jak pozyskiwać więcej uważności, bo też Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani urody. Nauczył się jednak, co robić i w jaki sposób rozmawiać z kobietami. Dziś ma 38 lat, ale nie wyrywa się do związku. Za to jeśli co weekend nie znajdzie nowej kobiety, czuje się niekompletny. A każda kolejna, z którą się spotyka, jest dla niego zabawką. Jak każdy uzależniony od zakochania się ucieka przed budowaniem miłości, bo wie, że nie zbuduje zdrowej relacji. Bywa to nazywane anoreksją uczuciową, bo tego sobie właśnie odmawia: prawdziwego uczucia, czyli miłości.

Co robić, kochani?

Przepracować trudności z dzieciństwa. Oduczyć się nałogowych zachowań. Komunikować ze sobą, czyli z małą dziewczynką albo chłopcem, i zadbać o ich szczęście. Zrozumieć, jak społeczeństwo służy uzależnieniu od miłości. – To ogromne żniwo ludzkie, które terapeutyzujemy – mówi Iwona Firmanty. – Wzięło się z zimnego chowu, ze sfokusowania rodziców na wyniki, a nie na miłość. Inżynierowie, naukowcy, biznesmeni to nasi główni klienci. Skupieni na wynikach zapominają o tym, co nieuchwytne, ale najważniejsze. Jeśli nie zaczniemy wychowywać dzieci w duchu miłości, a nie sukcesu, to gotowych do niszczącej iluzji miłości będzie coraz więcej. – Żyjemy w świecie, w którym sprzedaje się coraz więcej iluzji. Już niedługo iluzje miłości i seksu będą sprzedawane masowo. Stymulatory i awatary zastąpią z wolna realny kontakt z realnym człowiekiem – mówi Wojciech Eichelberger. – Od wieków wielu mężczyzn i wiele kobiet korzysta z usług prostytutek, udając, że to nie jest transakcja, wypierając ze świadomości to, że wszystko jest w tej relacji udawane. Bo nawet iluzja, jeśli w nią bez reszty uwierzymy, potrafi zaspokajać nasze ważne potrzeby. Także potrzebę doświadczania zachwytu, pożądania, ufności i miłości. To smutne, ale skoro pomaga przeżyć, nie sposób tego potępiać. Wygląda więc na to, że iluzja miłości będzie towarem coraz bardziej poszukiwanym.

  1. Styl Życia

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? O przejmowaniu inicjatywy...

Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Dopiero przyjaciółka uświadomiła mi, że zamiast jęczeć, jak bardzo chciałabym umówić się z tamtym mężczyzną z pociągu, powinnam po prostu to zrobić. „Co najgorszego może się stać?” – zapytała. To zdanie stało się mottem mojej książki – opowiada Zoë Folbigg, autorka bestsellerowej powieści „Stacja miłość”. 

Twoja książka wydaje się po prostu uroczym romansem –dziewczyna proponuje drinka mężczyźnie, którego codziennie spotyka w pociągu, ale ten daje jej kosza, gdyż jest w związku; jednak osiem miesięcy później nieoczekiwanie odzywa się do niej i wszystko kończy się happy endem. To nie jest wymyślona opowieść, to twoja historia. Jestem ciekawa, w jakim momencie życiowym byłaś, gdy poznałaś swojego Mężczyznę z Pociągu? Miałam dwadzieścia parę lat, od czterech byłam singielką ze złamanym, ale już wyleczonym sercem i nie szukałam miłości. Miałam bogate życie towarzyskie, wielu przyjaciół i pracę, którą kochałam. Wieczorami chodziłam do teatru i na koncerty. Kupiłam mieszkanie, czułam się niezależna, spełniona i na dobrej drodze. Byłam naprawdę szczęśliwa. Nie szukałam desperacko kogoś, kto odmieni moje życie. Ale kiedy zobaczyłam Marka, mojego Mężczyznę z Pociągu, poczułam, że on jest tym właściwym.

Podróżowaliście tym samym pociągiem, ale dopiero po roku zdecydowałaś się zostawić mu liścik. Niemal codziennie go spotykałam, zawsze czytał jakąś książkę, i to mnie zachwycało. Ale bałam się odrzucenia. To bardzo brytyjska rzecz, że nie rozmawiamy w komunikacji miejskiej, jako społeczeństwo bardzo trzymamy dystans. Wchodzisz do pociągu, wyciągasz książkę albo telefon i na nikogo nie patrzysz. Myślałam: on jest taki przystojny, na pewno nie będzie zainteresowany, na sto procent ma dziewczynę albo jest gejem, bo jest zbyt doskonały. (śmiech) Przez cały ten czas był dla mnie enigmą, nie wiedziałam, co robi, kim jest, nigdy nie rozmawiał przez telefon, nie mogłam wydedukować, czy ma kogoś, a to czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

Pewnie trudno podejść i zaczepić nieznajomego, gdy wokół są inni ludzie? Z tego powodu uznałam, że dam mu liścik z propozycją spotkania, w którym zostawię mój adres mailowy, i od razu wysiądę z pociągu. Chciałam dać mu czas na zastanowienie się i jeśli mnie odrzuci, to przynajmniej nie twarzą w twarz, tylko przez mail. To był dla mnie najbardziej bezpieczny sposób załatwienia sprawy.

Nie miałaś takich myśli, że zaczepianie obcego w pociągu – wszyscy znamy te filmy – może źle się skończyć, że to niebezpieczne? Tak, miałam i takie myśli, ale zaufałam intuicji. Poza tym dałam mu tylko adres mailowy, nie napisałam nic o sobie, na wypadek, gdyby jednak okazał się psychopatą. Po tym, gdy dał mi kosza, widywałam go tylko w pociągu. Ale gdy po ośmiu miesiącach zaproponował mi pójście na drinka, to on był zdenerwowany, bo nie wiedział, czy nie mam chłopaka. Szybko się zgodziłam i tylko przez jeden dzień martwiłam się, czy jednak nie jest psychopatą, bo tak szybko się umówiliśmy. Bałam się też, że może okaże się strasznym nudziarzem, ale nie, nie był nudziarzem, był właśnie taki, jakim go sobie wyobrażałam.

Nie bałaś się, że skoro przejmujesz inicjatywę, to już zawsze będziesz tą stroną w związku, która kocha bardziej i bardziej się stara? Martwiłam się o to, bo już wtedy wiedziałam, że go kocham, ale zdawałam sobie sprawę, że on mnie dopiero poznał i powoli się do mnie przyzwyczaja. Jednocześnie widziałam, że dobrze się rozumiemy, fajnie nam się spędza czas i mamy tyle wspólnego, że w końcu on także się zaangażuje. I tak się stało, nie trwało to długo. Na szczęście nie powiedziałam mu pierwszego dnia, że go kocham, bo wtedy pewnie od razu by uciekł. (śmiech) Ale miałam poczucie, że moja intuicja jest dobra. Zresztą to on zaprosił mnie na drinka po tych ośmiu miesiącach, więc byliśmy kwita. A potem poprosił mnie o rękę.

Jak sądzisz, co tak spodobało się czytelnikom w twojej książce, że odniosła sukces? Fakt, że bohaterka bierze życie w swoje ręce czy może to, że nie spotyka jej za  to żadna „kara”, wybranek nie okazuje się psychopatą ani gwałcicielem? Czytelnicy dostrzegli w tej historii opowieść o odwadze – to zwróciło ich uwagę, i dla mnie też było to ważne. Bo czasem jeden mały, pozornie nic nieznaczący gest może pozytywnie zmienić czyjeś życie. Ważna jest aktywna postawa, chociaż spotyka się ona w książce – i w prawdziwym życiu też! – z odrzuceniem. I może właśnie to rezonuje w ludziach, że lepiej jest żałować czegoś, co się zrobiło, niż że się coś zaniechało. A druga rzecz, która im się spodobała to, no właśnie, nie jest to wymyślona historyjka, bo przetestowałam ją na sobie. (śmiech) Myślę, że ludzie w obliczu dużych zmian – a taką jest i był brexit w Wielkiej Brytanii – potrzebowali szczęśliwego zakończenia. Ale też zdali sobie sprawę, że to żaden wstyd zaprosić mężczyznę na drinka i zostać przez niego odrzuconym.

Jaka była reakcja twojego chłopaka na wieść, że napiszesz o was książkę? Nie obawiałaś się, że za bardzo się odsłonicie? Byliśmy już razem kilka lat, gdy gazeta, w której pracowałam, została zamknięta. Mark z kolei nie lubił swojej pracy, więc wspólnie postanowiliśmy, że najpierw wybierzemy się w długą podróż, a potem się ustatkujemy. W podróży spotkaliśmy wspaniałych ludzi i wielu z nich mówiło mi, że nasza historia brzmi jak gotowy materiał na film czy książkę. Zaczęliśmy sami o tym rozmawiać, Mark był bardzo wspierający, choć jest nieśmiały. Zdecydowałam się na fikcyjnych bohaterów, żeby mieć większy dystans. Pisałam, nie myśląc, czy to kiedyś wydam. Potem wzięliśmy ślub, urodziły się dzieci, drugie − półtora roku po pierwszym. Byłam mocno zmęczona macierzyństwem i tempem zmian, to było wykańczające. Nie wyobrażałam sobie powrotu do pracy w Londynie. Gdy chłopcy spali, pisałam artykuły, czasem wracałam do naszej historii, na przykład w felietonie zamówionym przez dziennik „The Guardian” na walentynki. Zawsze wówczas otrzymywałam tyle wsparcia od czytelników, że postanowiłam wrócić do książki. Mark przeczytał ją dopiero tydzień przed publikacją. Byłam pewna, że mu się nie spodoba, on jest fanem książek Hillary Mantel i Margaret Atwood. Ale się spodobała.

Twoja książka została naprawdę dobrze przyjęta, choć wyobrażam sobie, że mogłaś się obawiać różnych reakcji. To zabawne, ale to raczej mama i siostra były bardziej przejęte i martwiły się tym, że mogę spotkać się z krytyką i że to na mnie negatywnie wpłynie. Wiedziałam, że nie mogę zadowolić wszystkich, że mój styl literacki niektórym się spodoba, a innym nie. Ale jeśli udało mi się dotrzeć do jednej osoby, która postanowiła wziąć los w swoje ręce, z jakiegoś powodu odważyć się na coś – to już dużo. Mark z kolei był dumny, że spełniłam swoje marzenie: pracowałam z domu, tak jak chciałam, i mogłam być blisko chłopców i spędzać z nimi czas. Byłam spełniona jako pisarka i matka.

Maja, główna bohaterka książki, fantazjując o Mężczyźnie z Pociągu, przechodzi wewnętrzną przemianę. Czy u ciebie też coś się zmieniło? Nie, moje życie było bardzo dobre i nigdy nie wątpiłam w siebie jak Maja. Ale to, co zrobiłam, sporo mnie kosztowało, choć jednocześnie dużo mi dało. Poczułam się odważna, bardziej sprawcza.

Powiedziałaś, że wiedziałaś, że to właściwy facet, więc dając mu liścik, w pewnym sensie przyznałaś, że jesteś gotowa zacząć nowy etap w życiu. To duża zmiana. Dziś myślę sobie, że wtedy rzeczywiście moje życie było trochę dziecinne i bez zobowiązań, miłe i lekkie, skoncentrowane tylko na mnie. Dzień, w którym dałam liścik Markowi, był pierwszym krokiem w kierunku prawdziwej dorosłości.

W pewnym momencie jedna z bohaterek, Velma, proponuje Mai,  gdy ta zwierza jej się ze swoich rozterek miłosnych: spróbuj, co najgorszego może się stać? Tak naprawdę to słowa twojej przyjaciółki. Gdy spotkałam Mężczyznę z Pociągu, przez niemal rok wszystkim o nim opowiadałam. Strasznie to przeżywałam. Moja przyjaciółka miała wtedy trudny czas (jej mama umierała na raka piersi). Odwiedziłam ją pewnego razu, a gdy zapytała, co u mnie słychać, znowu zaczęłam opowiadać o facecie z pociągu i że nie mam odwagi do niego zagadać. Wtedy spojrzała na mnie i powiedziała: „Zoë, co najgorszego może się stać?”. Ona miała wtedy inną perspektywę, wiedziałam, że przeżywa najgorsze chwile, a ja jej się zwierzałam z takiej głupoty. No bo czym jest zaproszenie faceta na drinka wobec odchodzenia najbliższej osoby?! I to był ten moment, kiedy sobie powiedziałam: „dorośnij, ogarnij się, przestań bawić się marzeniami”. Velma to kumulacja wszystkich mądrych, cudownych kobiet, które spotkałam w życiu. Chciałam stworzyć bohaterkę, która reprezentuje bliskie mi osoby.

Twoja historia ma happy end: zamieszkałaś z Mężczyzną z Pociągu, a potem pojechaliście w podróż życia. Nie obawiałaś się, że coś się zepsuje, czar pryśnie? Gdy zaczynaliśmy tę podróż, pomyślałam sobie, że jeśli przetrwamy wszelkie jej trudy, jak choroby i inne niewygody, gdy ponudzimy się razem i pokłócimy – to damy radę. Miałam świadomość, że kiedy jest się cały czas razem, traci się tę magię randkowania, fantazjowania na swój temat, ale poszło nam świetnie. Nawet wtedy, gdy lądowaliśmy w obskurnych hostelach...

Czy Mark uratował cię przed karaluchem? (śmiech). Był karaluch, i to niejeden, test zaliczony! Ta podróż tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że chcę z nim być na dobre i na złe. I właśnie podczas tej podróży Mark mi się oświadczył.

Wierzysz w przeznaczenie? Czy może uważasz, że trzeba brać życie w swoje ręce? Wierzę, że było mi przeznaczone związać się z Markiem, ale coś mi mówiło, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, aby do tego doprowadzić. On jest nieśmiały, nie zaczepiłby mnie, nie jest tego typu facetem. Oczywiście, wtedy tego nie wiedziałam, ale czułam, że muszę to zrobić. Wierzę w związek dusz, ale też w to, że warto przejąć inicjatywę. Czasem trzeba pomóc przeznaczeniu. Chciałam, aby moja książka nie była tylko historią z cyklu: chłopiec spotyka dziewczynę, ale też żeby wzmacniała kobiety, dawała im poczucie sprawczości i zachętę do tego, by się nie bały wziąć odpowiedzialności za swoje życie.

Zoë Folbigg dziennikarka i redaktorka. Pisała m.in. dla „Cosmopolitan”, „Glamour”, „Daily Mail”, „Elle”. W 2008 roku w piśmie „Fabulous” ukazywał się jej cotygodniowy felieton z opisem rocznej podróży dookoła świata, którą odbyła z Mężczyzną z Pociągu, spotykanym podczas codziennych dojazdów do pracy. Pobrali się, mieszkają z dwoma synami w Hertfordshire. „Stacja miłość” to jej debiutancka powieść.

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? 

Iwona Firmanty, psycholog, socjolog, coach ICC: Kulturowe uprzedzenia nie sprzyjają przejmowaniu inicjatywy przez kobiety.  Natomiast nie tyle ważne jest, kto robi pierwszy krok, ale jak to robi. Bohaterka książki „Stacja miłość“, przekazując liścik z propozycją spotkania nieznajomemu, wykazała się taktem i dyskrecją, a jednocześnie dała mężczyźnie zielone światło – znak, że jest nim zainteresowana. Zrobiła to w sposób dla siebie bezpieczny – nie wystawiając się na publiczną ocenę, ale też nie odkrywając siebie poza podaniem adresu mailowego. Jednocześnie zadbała o jego poczucie bezpieczeństwa, bo nic mu nie narzuciła, a jedynie okazała swoje zainteresowanie. Nie zmarnowała szansy, czuła, że to jest ten właściwy i nie chciała żałować, że nie spróbowała.

Jeśli jako kobiety jesteśmy kimś zainteresowane, dajmy to odczuć tej osobie – czasem wystarczy spojrzenie w oczy, uśmiech czy właśnie liścik – nie narzucając się, dając sobie i jej szansę. Mężczyzna niekoniecznie może chcieć przejąć inicjatywę, też ma prawo czuć się niepewnie, bać się odrzucenia, nie mieć pewności, czy nam się podoba. Ma też prawo przestraszyć się nadmiernej atencji z naszej strony – dlatego dawajmy znaki, ale też dawajmy sobie przestrzeń i czas na reakcję. Oraz przyzwolenie także na to, że nasz obiekt zainteresowania odpowie: nie, dzięki.

 

  1. Psychologia

Kochać żonatego

Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie można się przytulić w miejscach publicznych. Czasem wręcz nie można się przyznać do znajomości. Nie można do niego zadzwonić, gdy ma się stłuczkę, bo on i tak nie przyjedzie na pomoc.

Są kobiety, które nie chcą się angażować w bliskie relacje i twierdzą, że bycie kochanką jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują pragnienie posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn już będących mężami innych kobiet. Czy mają szansę na powodzenie – odpowiada psychoterapeuta Tomasz Srebnicki.

Kobieta poznaje mężczyznę, chciałaby sobie ułożyć życie, ale okazuje się, że on jest żonaty. I co ona ma zrobić?
Zostawić żonatego i poszukać takiego, który jest wolny. Oczywiście, każda kobieta (jak i każdy mężczyzna) ma w sobie potencjał do zostania kochanką (kochankiem), takie przypadki się zdarzają: w delegacji, na imprezie, po alkoholu, z kolegą ze szkoły… Ale jeśli się zdarzyło, to rozumiem, że nie trwa długo. Owszem, poniosły mnie emocje, ale teraz widzę, co się dzieje, i kończę tę relację. Zrównoważony pod względem samooceny, wyborów moralnych, odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę człowiek nie wszedłby w relację długotrwałego, przynoszącego cierpienie wielu stronom romansu. A relacja z żonatym mężczyzną taka będzie.

Przeczytałam na jednym z forów: „Ja tylko walczę o swoje szczęście, gdyby żona spełniała wszystkie jego potrzeby, to on nie musiałby szukać gdzie indziej”.
To, o czym pani czyta na forach, jest próbą radzenia sobie z łamaniem tabu. Ponieważ w naszej kulturze bez względu na to, jak nowocześni jesteśmy, posiadanie kochanki czy kochanka jest tabu. Osoba, która wchodzi w trójkąt, zagraża istnieniu rodziny. Najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym dyskomfortem jest przekierowanie odpowiedzialności za całą sytuację na drugą kobietę, żonę. Dla niektórych kobiet kochanek źródłem satysfakcji i przyjemności może być również to, że w konkurencji o samca one są ważniejsze.

Potrzebują usprawiedliwienia, żeby nie czuć się złą osobą?
Jeśli komuś zależy przede wszystkim na byciu dobrym, to nie wchodzi w bycie kochanką!

Bo kochanka zawsze nosi piętno?
Bo narusza równowagę społeczną. Jeśli żyjemy w kulturze, która wprawdzie dopuszcza posiadanie kochanki, ale nie wynegocjowała wzorca, że można ją posiadać, to na to piętno bycia kochanką kobieta się sama skazuje.

Wydaje się, że wiele kobiet nie ma poczucia sprawczości. Często słyszę: „Tak wyszło”. Jakby zostały wrzucone w tę sytuację.
Ja bym to wiązał z kulturowym wzorcem uwodzenia: to mężczyzna uwodzi, a kobieta się poddaje. On inicjuje grę, której ona ulega. To oznacza, że kobieta jest mało odpowiedzialna za to, że wchodzi w relację. Jest uwodzona i w sposób bezwolny się w coś angażuje. Ten sam mechanizm jest widoczny w nawiązywaniu romansów, z wyjątkiem pań cynicznych, które z góry zakładają romans jako wygodną dla siebie strategię. Ta bezradność rodzi potem kolejne problemy.

Jakiego rodzaju?
Właśnie takie, że kochanki żyją z piętnem albo tkwią w poczuciu bezradności, czują się jak w klinczu, nie wiedzą, co mają dalej zrobić. Warto wiedzieć, że mężczyzna nie bierze sobie kochanki po to, żeby z nią być. A to oznacza, że ona naraża się na życie w długotrwałej sytuacji niejasności, niedopowiedzeń, różnych skomplikowanych gier podjazdowych, które z reguły do niczego poza rozpaczą nie prowadzą.

Mówi pan, że mężczyzna nie bierze kochanki po to, żeby z nią być. To po co bierze?
Po pierwsze, żeby się dowartościować. Po drugie, bo ma przekonanie: „Moje potrzeby są najważniejsze, inni służą tylko do realizacji tego planu”. Biorę sobie kochankę, twierdząc, że to najbezpieczniejszy sposób na seks, szczególnie jeśli kochanka jest w małżeństwie, bo będzie uważać, dochowa tajemnicy, będzie też łatwiej się rozstać, gdy już nie będzie potrzebna. Trzecia przyczyna wiąże się z unikaniem bliskości. Na przykład mężczyzna uważa, że jego żona jest zbyt wymagająca, a nie potrafi się temu przeciwstawić, więc znajduje kochankę, która będzie służyła rozładowaniu napięcia między nim a żoną. Kochankę, która niczego od niego nie oczekuje albo tylko sprawia takie wrażenie. I dzięki temu on nie będzie musiał swojego problemu w małżeństwie rozwiązywać. Żona wprawdzie dalej wymaga, ale dzięki temu, że kochanka niczego nie chce, on nie musi konfrontować się z faktem, że ma kłopot w małżeństwie. Będzie się złościł na żonę, skarżył kochance, ale dalej nie tknie problemu. I to są często kochanki (i kochankowie) współpracujący. Czyli jakby zaangażowani w relację małżeńską, rozmawiają o tych problemach, są przyjacielscy, wspierający, co, oczywiście, do niczego nie prowadzi. Czwartym powodem jest chęć rozstania się z aktualną partnerką/żoną. Nie umiem inaczej – biorę sobie kochankę. Co ciekawe – po tym można poznać tę strategię, w jakiś dziwny sposób żona nagle dowiaduje się jakoś o kochance i…  musi dojść do rozwiązania. No i ostatni powód posiadania kochanków, który znam z pracy z pacjentami, to potrzeba większych wrażeń. Są tzw. szczęśliwe pary, które długo funkcjonują z zaangażowaniem, intymnością, natomiast z prostym problemem seksualnym, np. niezgraniem seksualnym lub większymi potrzebami jednej ze stron. I wtedy te kochanki służą dostarczaniu sobie różnego poziomu satysfakcji, często tylko seksualnej.

W tym wypadku mielibyśmy raczej do czynienia z przygodami, a nie długotrwałymi romansami?
W dodatku z jasno zwerbalizowanym kontraktem, że tak powiem, na seks. I tu pewnie większego kłopotu by nie było. Najgorzej mają te kochanki, gdzie jest albo problem z bliskością, albo potrzeba wyjścia z relacji poprzez kochankę.

Dlaczego one mają najgorzej?
Bo jeżeli się w to angażują, to najprawdopodobniej mają jakiś swój poważniejszy deficyt. I będą doświadczały cierpienia.

Czy przybywa kochanek?
Nie znam badań, natomiast intuicja mi mówi, że rzeczywiście jest więcej relacji pozamałżeńskich. To nie wynika z kryzysów małżeństwa, rodziny, tylko z większego przyzwolenia na strategię radzenia sobie z problemami pt. „nie rozwiązuję, tylko szukam uników”. Jest jeszcze problem promowania braku jakichkolwiek ograniczeń.

Nie przekonuje nas zasada: Nie da się zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu?
Ja generalnie nie wierzę w to powiedzenie, bo się z nim głęboko nie zgadzam. Raczej powiedziałbym, że nie da się zbudować szczęścia na swoim nieszczęściu. Bo zostawanie kochanką to jest własne nieszczęście i na tym faktycznie z reguły się nie da zbudować szczęścia.

A na czym polega to „własne nieszczęście”?
Bez względu na to, jak bardzo ta kochanka czuje się adorowana przez cudzego męża, warto się zastanowić, jak bardzo już na wstępie naraża się na unieważniające doświadczenia: nie spędzi z nim wigilii ani świąt; po 18 on musi być z żoną, bo ona się wścieka, gdy go nie ma; pół godziny po seksie on wstaje, bo musi wracać do domu.


Dokładnie – jakie są zaczątki tego związku? To unieszczęśliwianie siebie.

Jakie jeszcze koszty ponosi kochanka?
Kosztem generalnym jest nieszczęście wszystkich. I kochanka, i kochanki, żony czy męża, dzieci. Kosztem jest zdrowie psychiczne, a jeśli u kobiety istnieje podatność, to problemy z nastrojem, depresją, z odżywianiem itd. Nie wprost, ale jako efekt zupełnie niepotrzebnego wystawiania się na działanie różnych stresorów. Dalej – banalne narażanie się na odkrycie tej zdrady, co podobno powinno niektórych podniecać, ale z reguły nie podnieca. No i wreszcie ogromna samotność.

Kiedyś dochodziłoby jeszcze niebezpieczeństwo powicia bękarta. Teraz już chyba ta figura nie funkcjonuje, ale w ogóle urodzenie dziecka z mężczyzną, który ma inną rodzinę, to jest narażanie tego dziecka na samotność i odrzucenie.
Z tym łączy się łamanie tabu: żeby nie następował rozpad społeczeństwa, będzie ono dążyło do przywrócenia równowagi. Dobrze, że zaczęliśmy tolerować dzieci pochodzące z nieprawego łoża, bo to jest jednak zjawisko teraz dość częste, natomiast rodzi się pytanie: Po co się na to narażać? Choć to pytanie powinno być czynnikiem poprzedzającym wejście w całą historię: „Czy warto?”.

Chyba na początku nie myśli się o konsekwencjach. Może wszystko przesłaniają jakieś nadzieje? Na co może liczyć singielka, wchodząc w relację z zajętym mężczyzną?
Pewnie różnie kobiety by odpowiedziały, ale na przykład podświadomie na to, że tego związku nie będzie. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni: „I tak mnie nikt nie pokocha, mnie nie może się udać”. Taka relacja miałaby służyć do potwierdzenia takiego sposobu myślenia.

Czy bycie kochanką zawsze źle się kończy? Niektóre badania mówią, że raptem 3 proc. mężczyzn zostawia swoje żony i wiąże się z kochankami.
Czyli za dobre zakończenie przyjmujemy, że kochankowie zostają małżeństwem?

Znam kilka historii, które właśnie tak się skończyły.
Ja bym tego końcem nie nazwał. Może być tak, że kochanek i kochanka, czyli nowa para, która powstała na skutek rozwodu, są dojrzałymi, rozsądnymi ludźmi i potrafią sobie wytłumaczyć, dlaczego w taki sposób weszli w relację i mogą na zrozumieniu tego budować związek. Może tak być, choć to wymaga cholernie dużo pracy.

Czyli nie mogli się inaczej rozstać z pierwszymi partnerami?
Są też prostsze motywacje: mąż nie chce dziecka, a kobieta tak, znajduje więc kochanka, który też chce mieć dziecko, a z kolei jego żona nie ma takich planów. I znowu mamy tu trudny początek, ale to jest do przepracowania. Najważniejsze, że nie ma włączania się w trójkąty. To etap wychodzenia ze starej relacji i wchodzenia w nową.

Mam wrażenie, że takich rozwiązań historii z kochankami jest mniej niż nieszczęśliwych romansów, bolesnego tkwienia w nierozwiązywanej latami sytuacji niedopowiedzenia.
Cudzołóstwo zawsze było grzechem. I nie chodzi o religię i o grzech moralny, tylko że człowiek potem ponosi dramatyczne konsekwencje tego typu zachowań.

Co można by podpowiedzieć kobiecie, która weszła – z różnych względów – w relację z żonatym mężczyzną? Może wierzyła w jego obietnice, może sama sobie zbudowała iluzję, że ten cudzy mąż stanie się kiedyś własnym, ale on się nie staje, sytuacja się przeciąga, cierpienie się pogłębia…
Żeby wyszła z tej relacji.

A jeśli nie ma siły? Nie wierzy, że to możliwe, cierpi i nie umie tego przerwać.
Powiedziałbym tak: „Rozumiem, że cierpienie, którego doświadczasz teraz, jest cierpieniem mniej zagrażającym niż to, którego myślisz, że doznałabyś, rozstając się z tą osobą”. I tu jest już kwestia podjęcia decyzji. Czy chcesz dalej cierpieć, czy chcesz coś zrobić ze swoim życiem?

Czy mogą pomóc rozmowy z koleżankami albo psychoterapeutą?
Rozmowy z koleżankami z reguły pokazują, jakie koleżanki mają fantazje albo jak by chciały sobie poradzić ze swoimi mężami. Lepiej zwrócić się do mądrych, dojrzałych kobiet, pozytywnie nastawionych do tej naszej kochanki. Babcia może się okazać lepsza niż koleżanki. Natomiast terapeuta może pomóc w określeniu, dlaczego kobieta znalazła się w takiej relacji, czego się boi w wyjściu z niej. I zdecydować, czy mam dosyć, czy chcę w tym być. Bo kobieta może mieć potrzebę tkwienia w chorym, niszczącym ją układzie. Chce tylko zminimalizować cierpienie z tym związane, na przykład lepiej sobie radzić, gdy kochanek wyjeżdża z żoną na narty. Teraz to strasznie przeżywa, a chciałaby, żeby ją to mniej ruszało.

I może się okazać, że wcale nie chcę niczego zmieniać? Że pasuje mi rola tej drugiej, że ja właśnie chcę dostawać jakieś emocjonalne resztki?
Tak. Co więcej, może się okazać, że to, że mówię, że jestem nieszczęśliwa, bardzo cierpię, jest też pewnym sposobem na życie. I jest to sposób dość wygodny.

Tomasz Srebnicki
, doktor nauk medycznych, psycholog, psychoterapeuta, asystent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

  1. Psychologia

Dlaczego mamy nierealne oczekiwania wobec partnerów?

fot. iStock
fot. iStock
O tym, dlaczego mamy nierealne oczekiwania wobec partnerów i co się może stać, gdy nie podążamy za marzeniami, mówi psycholog i psychoterapeuta Paweł Droździak.

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz opowiedział mi kiedyś o pacjentce, która miała dobrego męża, ale ponieważ nie był tym mężczyzną, za którego naprawdę chciała wyjść za mąż, stał się kimś mało dla niej atrakcyjnym, wręcz ją brzydził.
W sumie trudno się dziwić. Przecież ona umarła za życia. Oczywiście, można się zastanawiać, czy tamten mężczyzna nie był w jej życiu jakimś mitem. Ale można się też zastanawiać, co się takiego stało, że ona została z kimś innym niż ten, którego chciała. Że kiedy ten wymarzony związek okazał się niemożliwy, nie miała odwagi zostać sama, przeżyć żałoby, przejść przez samotność i poczekać, aż pojawi się miejsce na nowe, prawdziwe zaangażowanie… Wybrała inaczej i teraz za to płaci straszną cenę. Co dla niej reprezentował ten aktualny partner? Realne spojrzenie na sprawy? Szare życie, które jakoś trzeba przeżyć? Latka, które lecą nieubłaganie? „Mój piękny panie, ja go nie kocham… ale dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama…” – jak w tej piosence 2+1.

Panu profesorowi chodziło raczej o to, że ona nie doceniała tego, co miała… Żyła mrzonkami o tym, jakby to mogło być wspaniale z innym. Kobiety czasem myślą na zasadzie: „Jestem ze Stefanem, ale to nie jest na serio, bo za rogiem być może czeka na mnie miłość mojego życia... Więc w Stefana nie angażuję się za bardzo”. Albo w ogóle w nikogo się nie angażują.
Jeśli partner w oczach wspomnianej kobiety symbolizował szare życie, to w zasadzie był uwięziony w tym obrazie. Nawet gdyby w rzeczywistości był bardzo rzutką, aktywną i dowcipną osobą (co przecież wcale nie jest oczywiste), w jej mniemaniu będzie banalny, tak jak jej życiowy wybór jest wybraniem banału. Nie ma czego zazdrościć ani jej, ani jemu.

Deklarowane przez kobiety potrzeby są raczej czytelne – mężczyzna ma być miły, uwodzicielski, rycerski. Tak czytelne, że mogą na nich bazować przeróżni oszuści matrymonialni albo uwodziciele po kursach prezentacji…
„Rycerski”. Ciekawe słowo. Budzi pewnie sporo skojarzeń. Na przykład takie, że rycerz to ktoś w zbroi i tylko ona jedna, jego wybranka, ma klucz do tej zbroi. Ma na niego sposób, dzięki któremu on robi to, co ona chce, choć – obiektywnie rzecz biorąc – mógłby tego nie robić. Taki trochę nadczłowiek w zbroi, a ona może go kontrolować przez to tylko, że go dopuści do siebie lub odrzuci, stawiając kolejne warunki… W zasadzie on spełnia różne warunki, ale nigdy nie zostaje rozebrany z tej zbroi.

Hmmm… Nigdy tak na to nie patrzyłam. „Rycerski” kojarzyło mi się raczej z „gotowy, by stanąć w obronie”…
No dobrze, ale tu nadal nie chodzi o to, żeby dotrzeć do tego, co jest pod zbroją, bo to te blachy tworzą właśnie rycerza. Gdyby je całkiem zdjął, mogłoby w ich miejscu ukazać się nawet coś obrzydliwego. Tymczasem ona może się uśmiechnąć, chusteczkę zostawić… On wrze pod blachą i tak ma chyba zostać. Ona tak naprawdę nigdy go nie zaspokaja. Tak, to musi działać na wyobraźnię…

No dobrze, ale mężczyźni też mają swój wymarzony ideał. Ten dla odmiany zbroi nie nosi, przeciwnie – dość skąpe stroje, odkrywające, co tylko się da odkryć. Jak inaczej wytłumaczyć miłosne związki pięknych modelek z 80-latkami? Czy taki założyciel „Playboya” naprawdę myślał, że te kobiety pociągał on sam?
Ciekawe, czy ta fortuna jest realna i chodzi tu o nią samą, czy raczej o to, co ta fortuna dla tych kobiet znaczy, co symbolizuje.

Niektórzy twierdzą, że nasze życie w 80 proc. toczy się w wyobraźni… Będąc z kimś w związku, żyjemy z postacią realną czy wyobrażoną?
Niestety, najczęściej nie tylko partner jest wyobrażony, ale cała relacja jest wyobrażeniem o relacji. Kobieta nie wyobraża sobie, jaki mężczyzna jest naprawdę, tylko jaki chciałaby, żeby był. Żyje w fantazmacie. Na przykład, że on jest macho. Gdy taki partner ją zawiedzie, zdradzi, a po skoku w bok zacznie się tłumaczyć: „no, zdarzyło mi się, ale przecież wiesz, że tylko ciebie kocham” – to ona go rozjedzie walcem, będzie wyciągać mu to potem do końca życia. A jeśli on to utnie i powie: „słuchaj, masz ochotę o tym rozmawiać, to idź do Baśki, a ja  po prostu wychodzę” – to cały masochizm pozostaje przy niej. Jeżeli on się będzie kajać, przepraszać, to w jej oczach przestanie być facetem.

Kilka lat temu pewien mężczyzna w Wielkiej Brytanii wzbudził sensację, ponieważ stał na ruchliwym skrzyżowaniu z tabliczką na szyi: „Jestem świnią, zdradziłem swoją dziewczynę, a stanie tutaj jest karą, jaką mi wyznaczyła. Mam tu stać, póki mi nie wybaczy”. Wziął winę na siebie w sposób nieograniczony i teraz poniesie nieograniczone konsekwencje. Czy ta dziewczyna pójdzie jeszcze kiedykolwiek z nim do łóżka? Nie sądzę. Będzie dla niej już zawsze „stał na tym skrzyżowaniu”. On już nie ma jej nic do zaoferowania. Wykastrowała go. Pozbawiła siły. Nie jest już macho, jak o nim myślała.

A mężczyźni? Nie są niewolnikami swoich wyobrażeń?
Też. Tak samo. Kontaktując się ze sobą, tak naprawdę kontaktujemy się z postacią wyobrażoną, dostępną w wyobraźni – mężczyzny lub kobiety.

Czemu tak niewiele osób chce realnie spojrzeć na partnera? Przecież i nam samym do ideału często wiele brakuje?
Patrzeć realnie, w tym sensie, że wybaczamy niedociągnięcia – to jasna rzecz. Jeśli nasza własna samoocena jest w miarę stabilna, to nie czujemy wielkiego przymusu, by nasz partner był najlepszym możliwym, tak jak nie czujemy wielkiego przymusu, by nasze dzieci były najlepsze w klasie, a dom miał największy metraż. To w dużej mierze zależy od tego, czy czujemy się dowartościowani, czy nie. Jeśli nasza miłość własna została zraniona, przymus kompensacji będzie trudny do powstrzymania.

Dlaczego za każdym razem wierzymy, że kolejna miłość będzie lepsza niż poprzednie?
A wierzymy? Kobieta, o której mówiliśmy na początku rozmowy, zdaje się, właśnie przestała wierzyć. Przyjęła, że lepiej nie będzie, i trzeba wziąć, co dają. Teraz za to płaci.

Moim zdaniem płaci raczej za to, że ugrzęzła w marzeniach…
Ale jak jest naprawdę, wie tylko ona sama…

  1. Psychologia

Rozstanie. Jeśli przeżyjesz je całkowicie, wyjdzie ci na dobre

Każde rozstanie należy przeżyć do końca. (Fot. iStock)
Każde rozstanie należy przeżyć do końca. (Fot. iStock)
Niszczyć wszystko, co kojarzy się z byłym partnerem, odcinać grubą kreską wspólną przeszłość, definitywnie zamykać łączące nas sprawy? Kiedy rozstanie jest nieuniknione? Czy szukać porozumienia, a może nawet przyjaźnić się? Jedno chyba nie ulega wątpliwości – od tego, jak zakończymy poprzedni związek, zależy to, jak wejdziemy w kolejny.

Matylda, lat 27, i Maciek, 32 lata. Ona, absolwentka biologii, jedynaczka, z dobrze sytuowanego domu, od małego chroniona i obsługiwana. On, informatyk, z wielodzietnej rodziny nauczycielskiej, od dziecka uczony samodzielności i zasad. Dwa lata temu zostali parą, od roku są rodzicami Oli, a od czterech miesięcy – walczącymi ze sobą stronami w sądzie. On pierwszy wniósł sprawę o ustalenie zasad opieki nad córką, bo po rozstaniu ona mu tę opiekę utrudniała. Ona wnosi o zasądzenie alimentów i podważa jego wiarygodność jako opiekuna.

A miało być inaczej niż w poprzednich związkach. Spotkali się tuż po ich zakończeniu, na starcie biegu przełajowego, w którym on brał udział, a ona kibicowała koleżance. Usłyszała, jak mówi przez telefon, że zapomniał czapki, a żar lał się z nieba. Niewiele myśląc, zdjęła z głowy swoją i powiedziała: „weź”. Spotkali się po biegu, który zresztą wygrał. – Zaimponował mi – mówi teraz ona. – Ujęła mnie jej spontaniczność – mówi on. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Kilka dni po tym spotkaniu wspólna noc po imprezie u jej znajomych, potem kolejne, a za kilka tygodni pozytywny wynik testu ciążowego. Ale nie dramatyzowali, a on nawet nie krył radości. – Miałem nadzieję, że wreszcie uda mi się zbudować związek – tak widzi początki on. – Chciałam mieć rodzinę, a on wydawał się świetnym facetem – to jej wersja.

Poinformowali o wszystkim rodziców, zamieszkali razem w jej mieszkaniu po babci, planowali ślub. Wzajemne rozczarowanie przyszło bardzo szybko. – Ważniejsze ode mnie były dla niego sport i praca, ja się w ogóle nie liczyłam – kwituje ona. – Nie potrafiliśmy się dogadać: żądała, abym nie wychodził z domu, chciała o wszystkim decydować, a nic nie robić, tylko siedzieć na Facebooku.

Smutek po rozstaniu? Nie było na to czasu

Po urodzeniu córki napięcie rosło w zawrotnym tempie. Pewnego dnia Maciek po pracy zamiast wrócić do domu, przenocował u rodziców. Następnego dnia Matylda wystawiła jego rzeczy za drzwi, zablokowała go na Facebooku. Prawdziwa wojna zaczęła się w momencie, kiedy Maciek powiedział jej, że nie wyobraża sobie z nią życia, że między nimi koniec i powrotu nie będzie. Od tej chwili Matylda zaczęła utrudniać mu widywanie się z córką. Maciek wniósł sprawę do sądu, ona wniosła swoją, oboje wzięli adwokatów. Walczą.

O co? O swoje racje, a każde z nich uważa, że leżą po jego stronie. Podobne walki toczą partnerzy z różnym stażem. Czy możliwe jest dobre zakończenie złego związku? Kiedy rozstanie jest nieuniknione?

Zdaniem psychoterapeutki Małgorzaty Łukasiewicz z Laboratorium Psychoedukacji pytanie takie jest szczególnie uzasadnione, jeśli rozstanie dotyczy pary, która ma dziecko. Ale warto zacząć od innych pytań: Dlaczego nam się nie udało? Dlaczego nie udało się tej parze?

Psychoterapeutka jako jedną z przyczyn wskazuje doświadczenia rodzinne partnerów, które przekładają się na ich postrzeganie siebie i świata oraz budowanie bliższych i dalszych relacji. A analizując powody rozstania tej konkretnej pary, stawia hipotezę, że ci młodzi ludzie niewiele mieli sobie do dania. On szukał tego, czego nie dostał w wielodzietnej rodzinie, ona jako jedynaczka i „córeczka tatusia” chciała nadal dostawać w nadmiarze.

Istotne jest też to, że Matylda i Maciek znali się zbyt krótko. Zapewne zakochali się w sobie, a to bardzo przyjemna faza związku, bo niesie ze sobą intensywne emocje i silną więź erotyczną. Partnerzy koncentrują się wtedy na potrzebach drugiej strony bardziej niż na własnych, wybrana osoba wydaje się im idealna, wierzą, że stan zakochania będzie trwały. W przypadku Matyldy i Maćka te przekonania zostały szybko zweryfikowane przez fakt, że nieoczekiwanie zostali rodzicami.

– Przyjście na świat dziecka to radosne, ale i bardzo trudne wydarzenie nawet dla spójnego i trwałego związku, a co dopiero dla tak krótkiego – mówi psychoterapeutka. – Powoduje, że partnerzy nie żyją już tylko dla siebie, że czas i uczucia muszą dawać przede wszystkim dziecku, które w pierwszych miesiącach życia wymaga opieki prawie przez 24 godziny na dobę. W tym trudnym czasie niełatwo wygospodarować przestrzeń na bycie parą, kobiety mogą czuć się wtedy samotne, a mężczyźni odrzuceni i zepchnięci na drugi plan, co może rodzić napięcia i konflikty. W tej konkretnej relacji wszystko działo się bardzo szybko jak w kinie akcji. Zabrakło zatrzymania, zrozumienia, refleksji. Dorośli ludzie okazali się niedojrzali psychicznie, nie dali sobie czasu na to, aby się wzajemnie poznać, zanim zostali rodzicami. Gdyby byli tylko kochankami, mogliby się rozstać i nie widzieć więcej. Ale mają dziecko. W takiej sytuacji całkowite zerwanie nie jest możliwe. Oboje są rozczarowani swoim związkiem, przeżywają dużo wzajemnej złości, później często przychodzi depresja po rozstaniu, a fakt, że Matylda została sama z maleńkim dzieckiem, spotęgował w niej silne uczucia rozpaczy, przerażenia i nienawiści. Nie miała nawet czasu przejść przez wszystkie fazy rozstania. Nie kontrolowała tych emocji, atakując partnera, utrudniając mu życie i kontakty z dzieckiem.

Naprawiać zamiast wyrzucać

Małgorzata Łukasiewicz pamięta podobne przykłady ze swojej praktyki terapeutycznej. Jedna z jej pacjentek, zanim trafiła na terapię, także szła drogą zemsty, która na dość długi czas stała się główną sprężyną jej życia. Przez dwa lata nie godziła się na inicjowany przez męża rozwód. Na sali sądowej dobitnie pokazywała swój smutek po rozstaniu, płacząc i mdlejąc, mówiła, że go kocha – sama nazywała to teatrzykiem – a wszystko po to, aby po raz kolejny po wyjściu z rozprawy powiedzieć: „No, widzisz, mój drogi, i znowu nie dostałeś rozwodu”. Dzieciom przedstawiała ojca jako potwora, na wszelkie możliwe sposoby ograniczała ich kontakty.

– Kobieta ta uznała swoje prawo do nienawiści wobec byłego partnera, natomiast trudno jej było uznać uczucia i prawa własnych dzieci do zachowania dobrej więzi z obojgiem rodziców – mówi psychoterapeutka. – Chcę wyraźnie podkreślić: Wszystko, co dzieje się między rozstającymi się dorosłymi jest wyłącznie ich sprawą. Dziecko kocha i potrzebuje zarówno matki, jak i ojca, i nie może rozwieść się z żadnym z nich. Dlatego z byłą lub z byłym warto mieć co najmniej poprawną relację – czyli taką, w której treściowy aspekt porozumiewania się nie jest zalewany przez emocje. A wszystko po to, aby móc wystarczająco dobrze opiekować się dziećmi, zastanawiać się nad ich przyszłością, razem podejmować dotyczące ich decyzje. Wspólne potomstwo na stałe czyni z nas parę – parę rodziców. Pamiętajmy, że kolce wbijane innym ranią także nas samych.

A wracając do Matyldy i Maćka, myślę, że jak wiele współczesnych par rozstali się zbyt szybko. Zamiast próbować przetrwać pierwszy kryzys i podjąć wysiłek naprawy (w czym może pomóc psychoterapeuta), uciekli od siebie. Dzisiaj tak postępuje się ze sprzętami – niczego już się nie reperuje, tylko wyrzuca i kupuje nowe. Jako terapeutka par obserwuję, że wchodzimy coraz częściej w relacje małżeńskie czy nieformalne z ogromnymi oczekiwaniami i nastawieniem, że nie doświadczymy w nich żadnych ograniczeń. Związek ma dawać wolność, zabawę, rozrywkę, pozwalać na nieograniczony rozwój i realizację własnych i wspólnych planów. Przy takim podejściu dziecko też jawi się młodym jako kolejna przygoda. Ma być miło i przyjemnie. A jeśli tak nie jest, to bycie razem traci sens i szukamy innych relacji. To droga donikąd. Zawsze warto się zatrzymać i zastanowić, dlaczego nam się nie udało, jaki mamy w tym udział, przeanalizować fazy rozstania. A jeśli nie da się uratować relacji, a mamy dzieci, to trzeba myśleć o tym, jak dobrze układać wzajemne stosunki. W trosce o dzieci, każdego z nas i nasze przyszłe związki.