1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak chwalić dziecko? Kiedy pochwała bywa szkodliwa?

Jak chwalić dziecko? Kiedy pochwała bywa szkodliwa?

Jak chwalić dziecko? Przede wszystkim nie stosujmy wyrażeń oceniających. (fot. iStock)
Jak chwalić dziecko? Przede wszystkim nie stosujmy wyrażeń oceniających. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się nam, że chwalić można bez końca. Otóż nie. Istnieją granice i zasady stosowania tej miłej metody wychowawczej.

Janek ma cztery lata. Od urodzenia jest nieśmiały i wrażliwy. Nigdy nie sprawiał problemów wychowawczych, ale też nigdy nie był odważny. Zawsze do wszystkiego podchodzi ostrożnie, lękliwie, z dystansem.   – Jest podobny do nas – mówi mama chłopca. – My także nie należymy do ludzi przebojowych. Postanowiliśmy chwalić go na każdym kroku, wzmacnia to przecież samoocenę dziecka, uczy samodzielności i daje odwagę. Powtarzaliśmy, że jest świetny, wspaniały. Sądziliśmy, że tak „dokarmiony” odważy się zostać sam w przedszkolu. Nic z tego. Nie chce słyszeć nie tylko o przedszkolu, które już trzeci raz mu zmieniamy, ale także o pozostaniu pod jakąkolwiek opieką. W naszym przypadku pochwała jako metoda wychowawcza zawiodła.

Pochwała nie może być…

Po pierwsze – generalizująca i wszechogarniająca. Kiedy dziecko nieustannie słyszy: jesteś wspaniałe, świetne, pomocne, zamiast radości rodzi się w nim poczucie przymusu, presja sprostania wymaganiom, które są nierealistyczne. Bo nie można być zawsze świetnym, wspaniałym, pomocnym. W rezultacie dziecko ma tylko dwie możliwości – robienie wszystkiego, by nie zawieść rodziców, albo odrzucenie swojego nieskazitelnego wizerunku z nadzieją, że mama i tata zobaczą je w prawdziwym świetle.

Po drugie – pochwała nie może być komunikatem zawierającym oceny i wartościujące sądy, bez wskazania działań dziecka. Mówimy: „Świetny z ciebie chłopiec”. Syn słyszy komunikat, że zrobił coś, co nas zadowoliło i… wyobraża sobie, że jeśli nie wykona tego, o co prosili dorośli, to znaczy, że coś jest z nim nie tak. Już nie będzie świetny. Dzieciom, które przyswoiły sobie taki przekaz, poczucie winy będzie towarzyszyć potem przy każdej pomyłce. Niektóre z nich mogą nawet uzależnić się od oceny. I dopóki ktoś ich nie pochwali, dopóty są zdezorientowane, nie potrafią same ocenić, jaką wartość ma ich praca.

Po trzecie – nie powinniśmy chwalić tylko po to, by osiągnąć pewien zamierzony skutek, na przykład, by zachęcić je do posprzątania swojego pokoju. Gdy mówimy: „Jestem dumna, gdy dbasz o porządek”, dziecko łatwo dojdzie do wniosku, że zasługuje na miłość tylko wtedy, gdy zadowala rodziców. I w przyszłości, zamiast podążać za własnymi pragnieniami, może kierować się tylko tym, czy to, co robi, spodoba się innym.

Gdy chwalimy dziecko wyłącznie za dobrze wykonane zadania, pomijając wysiłek, uczymy je – i to po czwarte – że ważne są tylko osiągnięcia. A ono musi wiedzieć, że wkład pracy jest równie ważny, jak wynik.

I po piąte – wiele szkody wyrządza porównywanie dziecka z innymi. W ten sposób promujemy rywalizację, która sprzyja konfliktom, nie współpracy.

 

Jak chwalić dziecko - instrukcja obsługi

Chwaląc, trzeba spełniać dwa warunki: zauważać dziecko, zamiast je oceniać, oraz wiązać jego działania z radością i satysfakcją, nie z nagrodą materialną.

Dzieci nieświadomie podpowiadają, jak ważna jest dla nich nasza uwaga. Ile razy słyszeliśmy: „Popatrz na mnie. Stoję na jednej nodze! Skaczę do basenu! Robię szpagat!”. Potrzebują naszego skupienia na tym, co robią. Już samo zainteresowanie działa na nie zachęcająco, a nasza rola jest oczywista. Wystarczy, że powiemy: „Tak, widzę cię”. Stajemy się wtedy lustrem naszego dziecka. Bo tak naprawdę ono oczekuje od nas przede wszystkim zauważenia, my natomiast jesteśmy bardziej nastawieni na uwagi. Dziecko mówi: „Zobacz, co robię”. A my odpowiadamy: „Znakomicie, świetnie, super”. Nie opisujemy, tylko oceniamy. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdybyśmy powiedzieli: „Widzę, jak wysoko się wspinasz”.

Dlaczego to takie ważne? Bo oceniając, wychowujemy dziecko złaknione pochwał, które z pełnego entuzjazmu malca może wyrosnąć na zalęknionego człowieka nieustannie szukającego potwierdzenia: „Czy dobrze zrobiłem? Na pewno dobrze zrobiłem?”. Natomiast, gdy doceniamy wysiłek dziecka, opisując to, co robi, pozostawiamy mu swobodę w ocenie swoich dokonań.

Pamiętajmy, że ocenianie buduje dwubiegunową wizję świata: dobrą i złą. I tak samo dziecko zacznie postrzegać siebie. Ocenianie oznacza miłość warunkową, czyli powiązaną ze spełnieniem naszych oczekiwań. Natomiast zdrowe wsparcie polega na akceptacji dziecka takim, jakie ono jest. Czyli na dostrzeżeniu i opisaniu tego, co się z nim dzieje w danym momencie, i przyjęciu tego do wiadomości, bez żadnych warunków. Na tym polega miłość bezwarunkowa.

Na przykład: Zosia sprząta swoje zabawki. Mama oceniająca powie: „Świetnie to zrobiłaś!”. Mama wspierająca: „Zosiu, włożyłaś zabawki do szuflad, posprzątałaś swój pokój i teraz będziesz mogła łatwo znaleźć to, czego potrzebujesz”. Krzyś pomaga koledze zapiąć kurtkę. Tata oceniający: „Ale dobry z ciebie kolega!”. Tata wspierający: „Pokazałeś koledze, jak zapiąć kurtkę, pomogłeś mu”. Jarkowi po wielu próbach udaje się zjechać z górki na nartach. Rodzice oceniający krzykną: „Świetny zjazd!”. Ci wspierający: „Zrobiłeś to! Sam, bez niczyjej pomocy zjechałeś na nartach!”.

Ocena jest łatwa, pochwała wspierająca trudna – wymaga uwagi, wnikliwości, dostrzegania, co dziecko tak naprawdę zrobiło. (fot. iStock) Ocena jest łatwa, pochwała wspierająca trudna – wymaga uwagi, wnikliwości, dostrzegania, co dziecko tak naprawdę zrobiło. (fot. iStock)

Jak chwalić skutecznie?

Trzeba przestawić się z używania etykietek „świetnie, super, doskonale” na widzenie „okiem kamery”. Zaczynać zdania od: „patrzę na ciebie, wiem, co robisz…”.

Ważne jest formułowanie zdań w drugiej osobie: „Kasiu, wsiadłaś do samochodu i zapięłaś pas tak jak trzeba”. „Kubusiu, patrzę na twoje skoki”. Po czym opisać dokładnie to, co widzimy, jakbyśmy byli kamerą. Zastanówmy się: czy kamera mogłaby uchwycić to, co chcę powiedzieć? Na przykład: „Joasiu, bardzo ładnie postąpiłaś”. Nie, tego kamera nie mogłaby pokazać. A to znaczy, że nasza reakcja jest nadal oceniająca. Przeformułujmy zatem to zdanie na: „Znalazłaś i oddałaś długopis Ani. Pomogłaś jej”. Kamera z pewnością mogłaby zarejestrować takie zdarzenie. A więc ten opis pozbawiony jest oceny.

Pochwały typu: „Bardzo dobrze to zrobiłeś”, nie przekazują dzieciom szczegółów dotyczących ich działania. Odwołujmy się więc do konkretów: „Skończyłeś wszystkie zadania i sprawdziłeś odpowiedzi, dobrze się spisałeś”. W ten sposób podajemy dziecku swoją definicję dobrej pracy, a to pomoże mu skonstruować własne definicje, którymi będzie operowało w życiu.

 
Oczywiście, dziecku potrzebne są też wzmacniające, pozytywnie słowa kierowane pod jego adresem. Na przykład: „Piotrusiu, dobrze się spisałeś”, „Dobra robota Krzysiu!”... Nie należy ich nadużywać, bo to też sformułowania oceniające, jednak od czasu do czasu nie zaszkodzą.

Częściej można stosować pochwały opisujące, w rodzaju: „To wymagało determinacji”, „To był odważny krok”, „Jesteś naprawdę zorganizowany”... A już zupełnie bez ograniczeń powinno się używać pochwał opisujących wartości: „To było użyteczne”, „To bardzo rozsądne”, „Okazałeś uprzejmość”, „Bardzo ładnie się zachowałaś”...

Trudne zadanie: chwalenie bez oceniania

Udzielając pochwał oceniających, kierujemy światło na to, co dla nas cenne. Mówimy na przykład: „Jesteś świetny” – i tym samym uczymy dziecko, że jego poczucie wartości zależy od naszego zadowolenia. Nasze intencje są szlachetne, bo chcemy, by dziecko poczuło się kimś wyjątkowym. Jednak efekt bywa zgubny – oto pokazujemy dziecku, że aby coś osiągnąć, musi przyćmić innych. Tak kształtuje się nastawienie: „Chcę być lepszy niż kolega”. A to niszczy zdolność do budowania autentycznych, głębszych, bezinteresownych więzi z ludźmi. Czy nie dlatego prymusi czują się wyobcowani?

Należy podkreślać silne strony dziecka, bo w ten sposób ukierunkowujemy jego działania. Ale trzeba zachęcać je też do współdziałania, pokazywać, jak ważne jest dzielenie się swoimi talentami z innymi.

Ocenianie jest łatwe, a chwalenie wspierające trudne, bo nie wymaga naszej uwagi, wnikliwości, dostrzegania, co dziecko tak naprawdę zrobiło. Ocena jest na ogół powierzchowna, rzucana znad gazety, mytych garnków, kiedy myślami jesteśmy w pracy. Aby pochwała była wspierająca, trzeba poświęcić dziecku uwagę, co tak naprawdę robi i jak się zachowuje.

Chwalić trzeba i co do tego nie ma wątpliwości. Pochwały nie powinny być jednak oceniające, lecz wspierające. I to jest ten dar, jaki dzieci mogą od nas otrzymywać zupełnie bez ograniczeń.

Za co należy chwalić dziecko?

Za atuty i mocne strony
  • „Popatrz! Samodzielnie jesz łyżeczką!”
  • „Pomogłeś w przygotowaniu dyskoteki. Do tego potrzebne są zdolności organizacyjne i ty je posiadasz!”
Za wysiłki, postępy i dokonania
  • „Pracowałeś solidnie nad referatem z polskiego. Dobra robota!”
  • „Pozbierałeś zabawki. Jestem przekonana, że masz teraz więcej miejsca do zabawy”
Za to, że dziecko współpracuje z innymi
  • „Podałeś babci płaszcz. Bardzo jej pomogłeś”
  • "Bawiłeś się sam i w dodatku byłeś cicho. Pozwoliłeś nam pospać, pokazałeś, że troszczysz się o nas”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.

  1. Psychologia

Kłótnie, manipulacje, brak wsparcia - jak dzieci przechodzą przez rozstanie rodziców. Raport z badania

Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Co trzecie rozstanie przebiega w nerwowej atmosferze. Z tego powodu cierpią zwłaszcza dzieci – prawie co drugie jest świadkiem kłótni rodziców, a co piąte w nich uczestniczy. Raport z badania pt. „Dziecko w czasie rozstania rodziców” rzuca światło na proces rozpadu polskich rodzin oraz wskazuje jego psychologiczne i społeczne konsekwencje, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Raport jest elementem kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”.

Liczba rozwodów w Polsce od wielu lat rośnie. W samym 2019 roku rozwiodło się ponad 65 tys. małżeństw – to o 2 tys. więcej niż w roku poprzednim. Zgodnie ze statystykami (GUS) ponad połowa rozwodzących się par posiada dzieci. W konsekwencji coraz więcej osób narażonych jest na ogromny stres, poczucie bezradności, zagubienie czy wstyd.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenia OPTA, ponad 40% ankietowanych rodziców miało poczucie, że ich dzieci ucierpiały w trakcie rozstania. Prawie co piąte dziecko w tym czasie mogło czuć się niekochane lub stracić poczucie bezpieczeństwa. Prawie co drugie było świadkiem kłótni, a co piąte w nich uczestniczyło. Również co piąte dziecko doświadczyło manipulacji ze strony któregoś z rodziców.

Rozstanie rodziców - skutki u dzieci

U jednej trzeciej wszystkich dzieci (37%) rodzice nie zaobserwowali żadnego ze skutków rozstania, co, zdaniem ekspertów, wcale nie jest pozytywnym zjawiskiem.

Tam, gdzie pojawiły się zauważalne konsekwencje rozwodu najczęściej wymieniano: obniżone samopoczucie, zamknięcie się w sobie, pogorszenie relacji z rodzicem czy zwiększoną płaczliwość (zdecydowanie częściej w przedziale wiekowym 0-9 lat). Wśród dzieci w przedziale wiekowym 10-18 lat dochodziło do problemów z nauką oraz niechęci do chodzenia do szkoły. Część rodziców wymieniała też ataki złości i agresji u dziecka i pogorszenie relacji z rówieśnikami.

Jak podkreśla Dorota Sakławska, mediatorka Stowarzyszenia OPTA oraz koordynatorka kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”: Tak liczne deklaracje wskazujące na niewiedzę rodziców odnośnie stanu ich dzieci są niepokojące. Partnerzy w trakcie rozstania, ze względu na dużą ilość stresu, mogą być nadmiernie skupieni na sobie i swoich problemach, a przez to nie dostrzegać rzeczywistego stanu i potrzeb dziecka. Oznaki zagubienia w domu mogą być maskowane, a nadmiernie ujawniać się w szkole czy w kontaktach rówieśniczych. Musimy również pamiętać, że każde dziecko przez rozstanie rodziców przechodzi inaczej. W tym okresie szczególnie ważne mogą okazać się konsultacje ze szkolnymi pedagogami czy specjalnymi placówkami, które pomogą w pełni rozpoznać stan dziecka oraz podjąć odpowiednie działania.

Kobiety rozwód znoszą trudniej  

Co trzecia rozstająca się para (37%) przyznała, że rozstanie odbyło się w nerwowej atmosferze, w tym co szósta (16%) przyznała ocenę skrajnie negatywną. Pesymistyczne nastroje zdecydowanie częściej towarzyszą kobietom. Jako nerwową, atmosferę wokół rozstania określiło 43% pań. Takiego zdania był co czwarty mężczyzna. Co czwarta osoba (26%) z perspektywy czasu wyznała, że rozwód mógł przebiec w przyjaźniejszej atmosferze.

Kobiety gorzej znoszą atmosferę rozstania, jednak warto zwrócić uwagę, że to właśnie one zdecydowanie częściej sprawują opiekę nad dziećmi - wśród badanych opiekę nad dzieckiem decyzją sądu otrzymało 59% kobiet i jedynie 7% mężczyzn - co bez wątpienia może wpływać na ich ocenę tej sytuacji. Rozpad rodziny jest wyjątkowo trudnym momentem. Na osobie, która w tym czasie dodatkowo opiekuje się dzieckiem, spoczywa ogromna odpowiedzialność. Ma ona obowiązek zadbać o potrzeby dziecka, ale sama także musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Również w przypadku rodziców kluczowe jest wsparcie rodziny, przyjaciół lub specjalisty. Znalazło to też potwierdzenie w naszych badaniach - im więcej osób wspierało respondentów, tym częściej mówili oni, że atmosfera rozstania przebiegła spokojniej - tłumaczy Sakławska.

Czy rodziny otrzymują pomoc w czasie rozstania?

Aż 40% rodziców przyznało, że w czasie rozstania brakowało im wsparcia innych osób. Jeżeli mogli liczyć na pomoc, najczęściej przejawiała się ona ze strony dziadków (57%). W dalszej kolejności pojawili się inni członkowie rodziny (41%) oraz znajomi (31%). Co szósta osoba nie otrzymała od bliskich żadnej pomocy w tym trudnym okresie. W trakcie rozstania niektórzy decydują się na korzystanie z pomocy specjalistów. Rodzice najczęściej decydują się na wsparcie psychologa (31% przypadków) oraz psychoterapeuty (24%). Z kolei w przypadku pomocy udzielanej dzieciom najczęściej wybieranym specjalistą jest pedagog (30% wskazań).

Katarzyna Przyborowska, prezeska Stowarzyszenia OPTA oraz pomysłodawczyni kampanii, tłumaczy: Wieloletnie doświadczenia naszych specjalistów pokazują, że rozstanie jest jednym z najtrudniejszych kryzysów dotykających rodzinę. Zwykle to dzieci, ze względu na brak odpowiednich zasobów osobistych, najdotkliwiej odczuwają konsekwencje tej decyzji. Jako Stowarzyszenie OPTA prowadzimy kampanię społeczną „Rozchodzi się o dzieci”, której celem jest pokazanie różnych aspektów kryzysu rozpadu rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Chcemy zwiększyć świadomość i wrażliwość społeczną, ponieważ praktyka naszych specjalistów wskazuje na dużą potrzebę edukacji dotyczącej zagrożeń okołorozwodowych. Nie oceniamy decyzji o rozstaniu, lecz w tym trudnym czasie zachęcamy do szczególnej troski o dziecko.

Badanie „Dziecko w czasie rozstania rodziców” zostało zrealizowane jako element kampanii „Rozchodzi się o dzieci”, organizowanej z inicjatywy Stowarzyszenia OPTA. Pełny raport, a także liczne wskazówki i materiały edukacyjne związane z kryzysem wokół rozstania, dostępne są na stronie:www.rozchodzisieodzieci.pl.

Badanie zostało przeprowadzone przez agencję badawczą SW Research, na próbie 204 osób, które w ostatnich 10 latach doświadczyły sytuacji rozwodu lub rozstania oraz posiadały dzieci do 18 r. ż. W ten sposób została opisana sytuacja 309 dzieci.

Stowarzyszenie OPTA od 25 lat działa na rzecz osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej, zwłaszcza rodzin doświadczających kryzysów, m.in. wynikających z przemocy domowej i uzależnienia. Oferuje bezpłatne wsparcie psychologiczne i terapeutyczne dla rodziców i dzieci, a także pomoc prawną, mediacje czy specjalne programy edukacyjne.

  1. Psychologia

Prezenty pod choinkę dla dziecka - co powinniśmy kupić i w jakiej ilości?

O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Co roku zadajemy sobie dziesiątki pytań co do tego, jakie konkretnie powinny być prezenty na gwiazdkę. Może tym razem warto zadać sobie inne pytanie: ile sztuk prezentów nasze dzieci powinny znaleźć pod choinką?

Pozwolić się bawić czy edukować? Dwie czy osiem sztuk? Dziecko ma się spodziewać, co otrzyma, czy wręcz przeciwnie - podarować mu coś, czego się nie spodziewa? Prezent powinien być oryginalny, zrobiony samemu czy właśnie taki, jaki otrzymają jego koledzy? Prezent ma służyć dobrej zabawie czy rozwijać dziecko? Przed gwiazdką każdy rodzic zadaje sobie tego typu pytania i - w wyniku niemożności podjęcia decyzji - na wszelki wypadek realizuje wszystkie pomysły; nasze dzieci znajdują pod choinką tony przedmiotów. Zaśmiecamy dom zbędnymi przedmiotami i na własne życzenie wychowujemy pokolenie konsumpcyjnie nastawione do życia. Sami uczymy lęku przed pustym miejscem pod choinką. A wystarczy zadać sobie proste pytanie: Ile optymalnie prezentów powinno dostać dziecko? Jest na to pytanie konkretna odpowiedź: dwa.

Prezent na gwiazdkę musi być przemyślany

Kupując dziecku prezent zazwyczaj jesteśmy rozdarci między dwa pomysły: coś, co sprawi mu przyjemność lub coś, co je rozwinie. Dzieci najczęściej dostają za dużo przedmiotów, bo chcemy zaspokoić te dwie strategie wyboru jednocześnie. Zupełnie niepotrzebnie! Prezent ma bowiem sprawiać przyjemność. Żadne małe dziecko nie ucieszy się z kozaków czy nowego fotelika do samochodu. Kupowanie przedmiotów użytkowych, które i tak dziecko by dostało, nie ma żadnego sensu.

Unikaj tak zwanych zabawek edukacyjnych

Kup dziecku coś, czym lubi się bawić, co sprawi mu przyjemność. Prezenty edukacyjne często wcale takie nie są, to tylko haczyk na rodziców. Dzieci intuicyjnie podchwytują, że chcesz je „rozwijać” czy edukować i jak ognia unikają takich zabawek. Kupując zabawki edukacyjne tylko pozornie robimy to dla dzieci. Najczęściej w ten sposób zasypujemy poczucie winy, że nie spędzamy z nim za dużo czasu, że krzyczymy, że się nie bawimy, nie czytamy. Jeśli kupujesz zabawkę, niech służy ona do zabawy - wesołej, takiej, która ucieszy dziecko, angażującej jego uwagę. Błędem jest mieszanie celów. Powiedzmy to jeszcze raz: prezenty edukacyjne rodzice kupują dla siebie, a raczej dla swojego sumienia. Dzieciom kupujmy to, czym mogą się z zaangażowaniem własnej inwencji bawić. Zadajmy sobie dość fundamentalne pytanie: „Do czego służy prezent? Jaka jest jego elementarna rola? Przecież na pewno nie użytkowa! Zatem nie daj się złapać na lep zabawek edukacyjnych.

Rozmowy o prezentach na gwiazdkę…

…wcale nie są łatwe. Jeśli dziecko powie ci, co chce, będzie oczekiwać, że to dostanie.

Jeśli dziecko umie pisać, zachęć je, żeby napisało list do Mikołaja, jednak powiedz, że nie wypada prosić o dużo rzeczy. Niech poprosi o jedną. W ten sposób uczysz je dokonywania wyborów. Niech się spokojnie zastanowi, co jest dla niego najważniejsze. Oczywiście takie życzenie trzeba spełnić. Dlatego optymalna liczba prezentów to dwa: jeden, którego dziecko się spodziewa i drugi - niespodzianka.

Uwaga z dziećmi starszymi: jeśli odkryją zasadę, że zawsze dostają to, o co prosiły w liście do Mikołaja, poproszą cię o tarantulę lub zestaw do budowania bomby.

Kolega dostał więcej prezentów na święta

Jeśli twoje dziecko powie, że kolega dostał więcej prezentów, zmartw się, kiwaj współczująco głową i całkiem serio zapytaj, jak teraz będzie się bawił nimi wszystkimi jednocześnie. Zadaj dziecku pytanie: „I jak on poradzi sobie z tym kłopotem?” Tego konkretnie sformułowania użyj.

To, że dziecko mówi ci z wyrzutem, że inne dzieci dostały więcej, absolutnie nie świadczy o gwałtownym obniżeniu samooceny dziecka czy o tym, że czuje się gorsze. To tylko zwykła chęć dowiedzenia się, dlaczego tak się stało. Powiedz dziecku otwarcie, że dużo zabawek to tylko duży kłopot i obciążenie - bo tak w istocie jest.

Prezenty od Mikołaja: ile sztuk?

Większość rodziców ma dylemat jak sprawić dziecku radość, ale jednocześnie nie zepsuć go prezentem. Tu także obowiązuje złota zasada dwóch przedmiotów. Dwa nie popsują żadnego dziecka.

Nie wiem, co kupić dziecku

Kochamy swoje dzieci, są dla nas najważniejsze na świecie, a jednocześnie dość często nie mamy żadnego pomysłu, co mogą chcieć na gwiazdkę. Zasada jest taka: im więcej czasu spędzasz z dzieckiem, tym mniejszy masz problem z wyborem prezentu dla niego, bo je znasz. Jeśli nie wiesz kompletnie, co ono może chcieć, co je ucieszy, potraktuj to jako mocny sygnał ostrzegawczy: jesteś zbyt daleko od swojego dziecka. Spędź z nim kilka godzin, pobaw się, porozmawiaj, a natychmiast będziesz wiedzieć, o czym marzy, co jest mu potrzebne, czym lubi się bawić najlepiej. Oczywiście nie zabieraj dziecka do sklepu, żeby ci pokazało, co mu się marzy, bo to jest już akt ostatecznej rodzicielskiej desperacji.

Zatem, jakie prezenty od Mikołaja podarować:

  • Takie, które uaktywnią twoje dziecko - instrumenty muzyczne (ale nie elektroniczne przyciskacze).
  • Takie, które zmuszą do swobodnej kreatywności - tory kolejowe, wiadukt do samodzielnego zbudowania, akcesoria do zabawy w lekarza.
  • Te, które dadzą ogromne pole do popisu - klocki, ciastolina, czy limateria, z której można zrobić wszystko.
  • Te, które są dobrej jakości - nie obciążaj dziecka tym, co się szybko uszkodzi, bo to dla niego ogromna przykrość.

Zanim kupisz prezent na gwiazdkę…

… zadaj sobie pytanie:„Dlaczego ja mu to kupuję?”
  • Bo boję się, co ono zrobi, gdy nie znajdzie tego, co chce
  • Bo chcę mu wynagrodzić brak mojego czasu
  • Bo ja sama chciałabym to mieć
  • Bo inne dzieci na pewno to dostaną
  • Bo tym się zajmie, a ja potrzebuję chwili spokoju
Każda z tych odpowiedzi eliminuje przedmiot jako dobry prezent.

Kilka dobrych rad na świąteczne prezenty

  • Jeśli kupujesz czteroletniej dziewczynce lalkę, to nie od razu ze wszystkimi akcesoriami. Dokupuj stopniowo, powoli.
  • Dziecko uczy się podczas każdej zabawy. Nie kieruj się walorami edukacyjnymi. Aktywnie spędź z dzieckiem dwie godziny - to zastąpi kilka zabawek edukacyjnych.
  • Niech wasze dziecko dostanie tyle prezentów, ile każdy dorosły człowiek z rodziny. Inne postępowanie jest niewychowawcze i „psuje” dzieci.
  • Jedynym wyjątkiem od zasady dwóch prezentów jest klasyka literatury z pięknym wpisem. Dziecko bardzo się ucieszy z takiego prezentu… co prawda za piętnaście lat, ale to dobrze! W końcu dzieci wychowujemy dla przyszłości.

  1. Psychologia

Strach przed własnym dzieckiem? Co radzi psycholog?

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Powodów opryskliwego zachowania dziecka wobec rodzica może być sporo: popisywanie się przed kolegami, naśladowanie bohaterów filmowych czy wyrażanie niezależności. Czasem jednak przyczyna jest głębsza – dziecko rani, bo chce nas za coś ukarać. Jak wyplątać się z tego emocjonalnego potrzasku? Radzi terapeutka Ewa Nowak.

Jak pisze jedna z matek:

Moja 12-letnia córka rani mnie i czasami mam wrażenie, że robi to celowo. W domu punktuje mnie za wszystko: nic nie rozumiem, gotuję same ohydne rzeczy. Na swoim biurku zostawia mi kartki: „Nie ruszaj tego!” albo na drzwiach do pokoju: „Nie wchodź! To mój pokój!”. Ostatnio sąsiadka powiedziała do niej: „Ale ci się fajna mama trafiła” – na co ona parsknęła śmiechem, a ja z trudem powstrzymałam płacz. Jestem rozwódką, córce poświęcam cały swój czas i życie. Próbowałam jej tłumaczyć, że wszystko robię dla niej, że jest dla mnie najważniejsza, bo mam tylko ją, ale ona jest na to głucha i zaczyna krzyczeć na mnie. Pod koniec roku szkolnego miała za zadanie napisać pracę na temat „W jakim stopniu rodzice są dla ciebie autorytetem?”. Dopisała do pytania: „Ale tata czy mama? Bo mama zero!!!”. I ta praca leżała bardzo długo na podłodze w jej pokoju, tak, żebym to zobaczyła. To niby drobiazgi, ale z ich powodu coraz częściej unikam kontaktu z córką, a rozmowy skracam do minimum, żeby znowu czegoś niemiłego nie usłyszeć. Może jestem złą matką, ale nie wiem, co robię źle. Nie chcę bać się swojej córki. Co mam zrobić, żeby to zmienić?      

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. Musi, bo hormony je do tego zmuszają, buntować się przeciwko autorytetowi rodziców i walczyć z nim – w ten sposób wykuwa się jego przyszła niezależność (emocjonalna, społeczna i ekonomiczna). Te formy wyrażania niezależności często ranią rodzica. Dlatego należy robić dwie rzeczy: rozumieć, że to naturalny proces, i reagować, żeby ranienie ludzi nie weszło dziecku w krew. Dzieci lubią się popisywać nonszalanckim stosunkiem do rodziców, ale to tylko poza. Filmy, które oglądają, pokazują, że wyrażanie siebie i niezależność to wartości najwyższe. Warto pamiętać, że dokładnie tak samo jak dorośli, dzieci czasami robią coś lub mówią bez zastanowienia i nie ma w tym żadnej głębi, po prostu chcą błysnąć w towarzystwie, a fakt, że kogoś przy okazji zraniły, po prostu im umyka. Córce z pewnością do głowy nie przyszło, jak się Pani poczuje, czytając pracę, którą zostawiła na podłodze.

Dlaczego córka Panią rani? Może być tak, że w ten sposób wymierza Pani karę. A powody mogą być różne, oto kilka najbardziej prawdopodobnych: „Nie jesteś silna i nie czuję się przy tobie bezpiecznie”; „Ranię cię, bo nie mogę znieść tego, że jesteś słaba, nie masz swoich spraw i za dużo czasu mi poświęcasz”; „Wypominasz mi swoją opiekę, to mnie tak boli, że muszę cię ukarać za to, że zajmowanie się mną to nie była dla ciebie przyjemność”; „Czuję, że się mnie boisz (unikasz, wyręczasz, podlizujesz się, analizujesz każde moje zachowanie), a tego nie mogę ci darować”.

Z pewnością strach przed własnym dzieckiem, przed tym, że nas dotknie czy obrazi, nakręca sprężynę ranienia i ma Pani rację – dla dobra córki, trzeba to zatrzymać.

Bycie jedynym celem w życiu rodzica to dla dziecka ogromnie niewdzięczna rola. Ono nie chce słuchać, że mama czy tata poświęcili mu życie, bo odbiera to jako wymawianie, że jest dla nich ciężarem.
Jeśli wciąż pojawiają się u Pani myśli typu „poświeciłam dla niej życie”, „robię wszystko dla córki”, proszę przemyśleć rozpoczęcie terapii – może to być dla Pani niezbędne, żeby uwolnić się od pragnienia wdzięczności ze strony córki.

Ewa Nowak pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży

  1. Psychologia

Rozwód - co zrobić, żeby dziecko nie stało się jego ofiarą?

Rozstanie rodziców jest dla psychiki dziecka dużym obciążeniem, dlatego ważne, żeby nie zatruwać go dodatkowo swoimi emocjami. (Ilustracja Getty Images))
Rozstanie rodziców jest dla psychiki dziecka dużym obciążeniem, dlatego ważne, żeby nie zatruwać go dodatkowo swoimi emocjami. (Ilustracja Getty Images))
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Decyzja zapadła – rozwodzicie się. Jak o tym rozmawiać z dzieckiem? Jak je wspierać? Jak zrobić mu możliwie najmniejszą krzywdę?

Przez wiele lat mówiło się o tym, jak destrukcyjne skutki dla psychiki dziecka wywołuje rozwód. Były to czasy, gdy jako społeczeństwo stosowaliśmy tę metodę, by odstraszyć ludzi od rozwodu. Dla dobra dziecka i w obawie przed destrukcyjną traumą psychiczną wiele rodzin przeżyło kryzys i nie zdecydowało się na roz-stanie. Dziś, gdy dorosły dwa pokolenia dzieci z rozbitych rodzin, wiemy już, że sam rozwód nie przynosi tak wielkich strat w psychice dziecka jak to, co w tej sytuacji potrafią zrobić swoim pociechom rodzice. Pierwsza pomoc dla dziecka, gdy musicie się rozstać, to nieobarczanie go nadmiernie tą sytuacją.

Nie zrób dziecku krzywdy „dla jego dobra”

Rozwód, zwłaszcza dla matki, jest bardzo obciążający. Obarczasz się winą za to, że nie stworzysz swojemu dziecku pełnej rodziny. To prawda. Nie stworzysz, ale najgorsze, co możesz zrobić, to dla wynagrodzenia „krzywdy” zrobić mu inną, znacznie gorszą – nadmiernie je wspierać.

Dzieci podczas rozwodu często zachowują się nieznośnie. Uważamy, że to dlatego, że są rozbite emocjonal-nie, sfrustrowane, odebrano im poczucie bezpieczeństwa, muszą więc odreagować gniew i poczucie winy. Na pewno tak, ale inną ważną przyczyną jest nadmierne nimi zainteresowanie. Dorośli „wiszą” na swoich dzie-ciach, bo one im zostały. To nie dziecko, ale dorosły ma ogromną potrzebę nieustannego bycia blisko, rozmów, zwierzania się, zapewniania, że bardzo dziecko kocha. Dzieci są przeciążane potrzebami emocjonalnymi dorosłych; natychmiast orientują się, że teraz nagle wszystko im wolno, mogą zażyczyć sobie czego tylko chcą i zachowywać się jak im się podoba. Zachowania pozytywne, które mają z założenia neutralizować skutki rozwodu, często przynoszą znacznie gorsze konsekwencje – podczas rozwodu dziecko uczy się czerpać z tej sytuacji rozmaite korzyści. Dlatego najważniejsze, co możesz zrobić dla swojego dziecka, to nie demonizować skutków rozwodu.

Zastanów się: co i jak mu powiedzieć?

Po pierwsze, nigdy nie realizuj rad w rodzaju „musisz z nim przeprowadzić poważną rozmowę”. To tobie taka rozmowa jest potrzebna, a nie dziecku. Jeśli posadzisz kilkuletnie czy nawet nastoletnie dziecko przy stole, wyłączysz komórkę i zarezerwujesz sobie dwie godziny (albo więcej), to pokażesz mu, że stało się coś najstraszniejszego.

Zamiast prowadzić poważne rozmowy, po prostu nie okłamuj dziecka
. Odpowiadaj na pytania. Podążaj za pytaniami. Mów prawdę, ale zwyczajnie – tak jak informujesz je o innych sprawach.

Nie używaj słowa „rozwód”, bo gdy je wymawiasz, twarz ci tężeje, a głos drży. Natychmiast przekażesz więc dziecku, że rozwód to coś tragicznego. Zamiast tego powiedz: tak się czasem zdarza, że tata i mama mieszkają osobno. „Tak się czasem zdarza” – to dobra, nieobciążająca dziecka poczuciem winy forma rozmowy o rozwodzie.

Jak myślisz, czym martwi się twoje dziecko?

Konkretami. Na swoim poziomie wiekowym dziecko zawsze martwi się o swoje własne sprawy, na przykład:
  • Czy to moja wina? Czy to przeze mnie?
  • Gdzie ja teraz będę mieszkać?
  • Czy teraz tata już mnie nie kocha?
  • Kto będzie odbierał mnie z przedszkola? A jak będę chciał iść do Antka, to kto mnie zawiezie?
  • Czy babcia o tym wie?
  • Nastolatka zmartwi, czy teraz pogorszy się sytuacja finansowa i czy straci kontakt z drugim rodzicem.
Dziecko to odrębny człowiek z odrębnymi lękami. Nie mów mu więc, czym ma się zamartwiać, pozwól na jego własne obawy.

Odpowiadaj normalnie na pytania

Czy tatuś już mnie nie kocha? Takie pytanie dziecka stwarza ci fantastyczną okazję do wylania z siebie całej frustracji. Jesteś jednak dorosła, więc jak dorosła osoba mówisz: „No, coś ty! Jasne, że cię kocha”. Błędem są łzy w oczach i deklaracja: „Kochanie, tatuś bardzo cię kocha i nigdy nie przestanie”. Twoje dziecko od razu wyczuje minorowy ton i zrozumie, że coś jest nie tak, skoro mówisz to aż tak poważnie. Dlatego o rozwodzie rozmawiajmy jak o wszystkich innych sprawach.

Zminimalizuj skutki

Traumą nie jest sam rozwód, rozejście się rodziców, tylko to, co z tą sytuacją zrobią jego rodzice, dziadkowie, ciocia i inni zaangażowani emocjonalnie w sprawę dorośli. Dlatego z wielkim dystansem czytaj rady dotyczące traktowania dziecka w tym czasie i „przeprowadzania go przez wasz rozwód”. Jesteś rozedrgana emocjonalnie i łatwo popadasz w przesadę.

Kontakt fizyczny, o którym na pewno już czytałaś, jest w tym okresie ważny, ale on też nie może być przesadny.
Dość często mamy robią projekcje swoich emocji i potrzeb, również w obszarze kontaktu fizycznego. Kontakt fizyczny tak, ale bez nadmiaru i nie w postaci pełnego smutku i rozpaczy tulenia dziecka do siebie, kołysania w ramionach przy każdej okazji. Wręcz przeciwnie – dziecko potrzebuje teraz optymizmu, radości, wygłupów, łaskotek, śpiewów i dynamicznych zabaw, żeby mieć jak odreagować gęstą atmosferę i przekonać się, że nie będziesz smutna do końca życia.

Zadbaj o zmęczenie fizyczne
– skupianie się tylko na potrzebach emocjonalnych dziecka jest wielkim błędem. Dzieci potrzebują ruchu, solidnego zmęczenia, spocenia się, wyżycia. Wbrew twoim potrzebom powinnaś zadbać, żeby twoje dziecko miało się z kim i gdzie wyszaleć. W okresie rozwodu dzieci mają problemy z zasypianiem – między innymi dlatego, że najczęściej nie bywają zmęczone.

Otwórz się na nowe możliwości
(inni ludzie, nowe zajęcia) – nie zamykaj się z dzieckiem w domu lub w kręgu twoich rodziców i znajomych, którzy są „po twojej stronie”. Daj mu odetchnąć od twojego problemu.

Zdjęcie taty postaw w jego pokoju
, będzie to jednoznaczny sygnał, że wolno mu nadal go kochać. Pamiętaj, że dziecko ma potrzebę kochania obojga rodziców. Ty mu nie wystarczysz.

Warto wspomóc się bajką terapeutyczną
– pokazać inne dzieci, które nie mieszkają z obojgiem rodziców. Taka bajka przyda się także tobie.

Nie ulegaj toksycznym pokusom

Jakie pokusy są surowo zabronione?

1. Zadręczanie się poczuciem winy, że rozbijając rodzinę, zniszczyłaś własnemu dziecku dzieciństwo. Nic podobnego, ale zniszczysz je, jeśli będziesz tak myśleć. Nie demonizuj skutków rozwodu. 2. Chęć kompensacji „utraty kontaktu z ojcem” za pomocą spędzania z dzieckiem całego swojego wolnego czasu. Nie zbliżaj się nadmiernie z dzieckiem, bo robisz to dla siebie, a nie dla niego. 3. Folgowanie mu we wszystkim
, żeby przestało czuć się gorsze. Ono się nie czuje gorsze. To twoje myślenie. Nie rozpieszczaj i nie spełniaj wszystkich jego zachcianek, tylko dlatego, że się rozwodzicie.