Co jest ważne w relacji z przyjaciółką? Odpowiada Katarzyna Miller

Przyjaźnie też się kończą, umierają czy chorują. I też nie można mieć na to miejsce szybko kogoś innego - przyjaźń się buduje. (fot. iStock)

Katarzyna Miller w rozmowach z Ewą Konarowską zastanawiają się, czego tak naprawdę szukamy w przyjaciółkach i czy rzeczywiście podobieństwo nas do siebie zbliża?

Ewa: Co dla ciebie, Kasiu, jest najważniejsze w przyjaźni z kobietą?
Kasia: To, jak się z nią czuję. Poza tym podobna postawa wobec życia, światopogląd, osobowość, która mnie ciekawi w niej, więc też chyba ją ciekawi we mnie. Coś, co mamy sobie do przekazania i do wzajemnego wzbogacenia.

Ewa: Ale jednocześnie podobieństwo…
Kasia: Ja bardziej czuję to jako podobieństwo w emocjach – że jest mi przy tym kimś w miarę łatwo, ciepło, dość wesoło. To znaczy swobodnie. Nie trzeba się zastanawiać, o czym będziemy mówić, co robić, bo możemy milczeć albo możemy rozmawiać. To jest coś tajemniczego. Nie da się chyba inaczej tego nazwać niż „nasze aury pasują”. To może być osoba zupełnie inna ode mnie, wielokrotnie mi się to zdarzyło. Nawet światopoglądy były różne. Ale to powietrze, które się tworzyło wokół nas, było pełne zgody na siebie, zaciekawienia, serdeczności, dobrego życia razem.

Ewa: Mówisz o rzeczach dla mnie mniej uchwytnych, leżących w sferze energii, trudno nazywalnych, a ku mojemu zaskoczeniu nie powiedziałaś tego, czego ja się spodziewałam: że ważna jest lojalność, przyzwoitość, dyskrecja. Nie wymieniłaś cech, które ja uważam za ważne i podstawowe w przyjaźni: oddanie, możliwość liczenia na siebie w trudnych sytuacjach.
Kasia: Dla mnie najważniejsza jest wzajemna potrzeba siebie. Lojalność jest czymś oczywistym – jeśli jej nie ma, to nie będziemy przyjaciółkami. Natomiast ta potrzeba siebie zakłada, że myślę o mojej przyjaciółce, mam ochotę dzwonić i pytać, co u niej, pamiętam. Kiedy jest chora, to się troszczę, kiedy jest mi źle, nie wstydzę się zadzwonić i popłakać albo poprosić ją o pomoc i powiedzieć, że jej potrzebuję. Możemy razem nic nie robić, ale umiemy też wziąć się do jakiejś roboty, tak że jedna drugą stymuluje.

Liczenie na siebie pojawia się w trakcie zaciekawienia sobą. Sprawdza się, czy ta wzajemna potrzeba siebie przekłada się na różne dziedziny życia. Bo ktoś może być interesujący, ale niekoniecznie będzie zaraz moją przyjaciółką. Można się od czasu do czasu spotkać, spędzić miło czas czy sobie pogadać, ale nie myśli się o tej osobie wtedy, kiedy się chce porozmawiać o czymś bardzo ważnym.

Ewa: Czyli dochodzimy do tego, co dla kobiet jest ogromnie istotne, a mianowicie: zwierzenia.
Kasia: I czy ufam tej osobie.

Ewa: Czy jej zdanie jest dla mnie na tyle ważne, że zapytam ją, co myśli o sprawach dla mnie naprawdę znaczących.
Kasia: Zauważam, że niektóre z tych rzeczy są mi coraz mniej potrzebne. Gdy byłam młodsza, o wiele częściej odwoływałam się do opinii moich przyjaciółek. Teraz od dłuższego czasu już nie potrzebuję czyjejś rady w podejmowaniu decyzji, aczkolwiek może być mi potrzebne, by powiedzieć jej: „Wiesz, podjęłam taką decyzję”, szczególnie kiedy ona zna drogę, która mogła do tego prowadzić.

Ewa: Pamiętam, że raz umówiłyśmy się, że zadam ci trudne pytania, których ty nie umiałaś sobie zadać. Wypróbowałam to też z moją inną przyjaciółką, Elą. Rzadko mamy możliwość, by się widywać, ale posiadamy umiejętność wzajemnego zadawania sobie trudnych pytań, których same nie mamy odwagi sobie postawić. Moim zdaniem potrzebna jest taka osoba, pomagająca podjąć decyzję. Wsparcie polega na pokazaniu innej opcji.
Kasia: To jest wyższa szkoła jazdy, by dostać od przyjaciółki uczciwy punkt widzenia, prawdę i istotne informacje, a nie tylko mizianie się. O sobie myślę, że jestem taką przyjaciółką (choć „miziać” też się lubię). Ale straciłam jedną znajomą (nie mogę powiedzieć, że przyjaciółkę, bo właśnie się nią nie stała) dokładnie przez to, że coś świadomie sprawdziłam. Miałam poczucie ryzyka – co to będzie, jeśli jej powiem, że tak dużo opowiada o sobie, a mnie nie słucha. I niespecjalnie nawet pyta, co u mnie. Zapytałam, czy jej to nie interesuje, czy ona zawsze tak tylko o sobie. Już po dwóch, trzech pierwszych zdaniach odpowiedzi widziałam, że będzie niedobrze. Zaczerwieniła się, zrobiła spięta i okropnie pomieszana. Usłyszała tyle, że ja ją skrytykowałam, że jest niefajna, a to nieprawda, bo nie to mówiłam. Potem się okazało, że już w ogóle nic nie da się dalej.

Ewa: Powiem szczerze, że to ty mi zwróciłaś uwagę na coś, o czym nie wiedziałam przez wiele lat, że ja też mówiłam cały czas o sobie. I spotkałam wiele takich osób, które – podobnie jak do niedawna ja – uważają, że to jest objaw szczerości i wzajemności. Mówią: „A, wiesz, bo u mnie… Ja to mam tak a tak”. W ich pojęciu jest to rewanż otwartości. Nie rozumieją, że nie odnoszą się wtedy do moich spraw, tylko do swoich.
Kasia: To typowe. Pierwsza zaczyna mówić: „Wiesz, bo z moją mamą ostatnio…”. A druga od razu: „A wiesz, ja z moją też…”. I fru, leci… Tego szczerze nie szanuję, nie mam zamiaru uprawiać. Kiedy ze mną ktoś rozmawia o czymś ważnym dla siebie, to ja go słucham, pytam, odpowiadam, coś mówię od siebie, ale do niej, do jej tematu. I sprawdzam, czy tam coś jeszcze jest. Potem ewentualnie mogę powiedzieć, że mnie spotkało coś podobnego albo że ja to przeżyłam inaczej. Natomiast jeśli zaczynam mówić coś ważnego dla siebie, a ktoś na to: „Bo ja też” albo „Bo ja nigdy”, to we mnie się wszystko cofa.

Ewa: Powiedz, skąd się bierze taki powszechny sposób komunikacji?
Kasia: Czysty egocentryzm. Nieprzekroczony pierwszy poziom zrozumienia, że świat drugiego człowieka jest absolutnie odrębnym, równoprawnym światem. Prawdopodobnie innym, nawet jeśli nam się wydaje podobny, i należy poświęcić mu osobno uwagę, by kiedyś dostać odrębną uwagę dla swojego świata.

Ewa: Ale ciebie twój zawód tego wyuczył. Jesteś taką profesjonalną przyjaciółką…
Kasia: Wypraszam sobie…

Ewa: No dobrze, jesteś uważną profesjonalną słuchaczką.
Kasia: Dlatego uprawiam ten zawód, że jestem uważna dla ludzi. Odwrotnie niż sugerujesz – nie nauczyłam się uważności, bo wykonuję te zawód, tylko wybrałam ten zawód, bo interesuje mnie, co się dzieje w innych ludziach. Naprawdę mam – oprócz cudownie egoistycznego zainteresowania własną osobą, która jest dla mnie numer jeden – prawdziwe zainteresowanie dla drugiego człowieka, który jest dla mnie też numer jeden. Nie znaczy to, że kiedy go słucham, to siebie przekreślam. Jestem tylko naprawdę skupiona na tym, co się dzieje z nią lub z nim, bliska tej lojalności bez udawania. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła wtedy myśleć o niebieskich migdałach, a ciebie puszczać bokiem. Tak mogę traktować gadatliwą sąsiadkę, która mówi o nieistotnych sprawach. Mam taką jedną przyjaciółkę, pod tym względem jest rewelacyjna. Z nią zawsze mogą uzgodnić: „Czy ty, kochana, masz teraz czas, siłę i ochotę na omówienie ze mną ważnej dla mnie sprawy?”.

Ewa: I jeśli ty odpowiesz, że dzisiaj nie, to co?
Kasia: To ona mówi: „Aha, to zdzwonimy się jutro”. I nie dzieje się tak, że ona ma poczucie krzywdy…

Ewa: A jeśli ci powie, że jesteś jej ostatnią deską ratunku?
Kasia: Wtedy najprawdopodobniej sięgnę po rezerwy. Jeśli to moja przyjaciółka, tego samego spodziewałabym się przecież od niej. Aczkolwiek uważam, że nie wolno tego nadużywać. Zniesmacza mnie, kiedy ludzie mówią: „Mój przyjaciel ma mieć zawsze czas, kiedy ja go potrzebuję…”.