fbpx

Czy jesteśmy uzależnieni od sukcesu?

Czy jesteśmy uzależnieni od sukcesu?
fot.123rf

Łaskawie nam panująca królowa konsumpcja chce uzależnić nas, swoich poddanych, od sukcesu. Wmawia, że konsumowanie jest celem życia. Wierni dworzanie, celebryci uczą, jak pożądać atrybutów sukcesu. Kredyty umożliwiają nam ich zdobycie. Królowa konsumpcja uwodzi skutecznie, bo jest jak współcześni rodzice – stawia na sukces dzieci/poddanych. Jak uwolnić się od władzy sukcesoholizmu i po prostu cieszyć się z prawdziwych sukcesów – wyjaśniają psychoterapeuta Wojciech Eichelberger i coach Iwona Firmanty.


Ubiera się w podarte ciuchy, dziurawe buty i czapkę, by spędzić kilka dni na dworcu, w pustostanach, gdzie w każdej chwili może zostać pobity, opluty, obsikany, zgwałcony, zabity. Dzięki temu przeżywa znów adrenalinowy haj, tak że potem musi się odtruwać. Nie ma problemu – od tego jest lekarz psychiatra. Kiedy On 1 wróci do domu, zadzwoni do niego, a ten przyjedzie i da, co trzeba. Nawet uśpi, żeby mężczyzna sukcesu mógł odespać swoje. Da też relanium jego żonie, bo On 1 znów zapomniał jej powiedzieć, że znika na kilka dni, i ta płakała przez cały ten czas, pewna, że go gdzieś zabili.

On 1 nie jest wyjątkowo zaburzony – tylko uzależniony od sukcesu i rozpaczliwie szuka wciąż większych dawek adrenaliny. Próbował już wszystkiego: niebezpiecznych przeżyć erotycznych, poszukiwania bólu w sportach ekstremalnych. Goniąc za sukcesem, staje się okrutny dla samego siebie.

Z doświadczenia Iwony Firmanty, psycholożki i coacha, wynika, że w sukcesoholizm wpadają dwie kategorie ludzi: ci, którzy poprzez sukces nadbudowują poczucie wartości. A także ci wybitni i ambitni, którzy za pomocą euforii, jaką im daje akceptacja ze strony otoczenia, nakręcali się jeszcze bardziej i jeszcze więcej sukcesów osiągnęli, a ich organizmy produkowały jeszcze więcej adrenaliny i euforii. A te działają jak wewnętrzny narkotyk. Uzależniają. Więc ci, którzy odnieśli zbyt duży sukces, nie są już napędzani swoimi nowymi celami i wizjami, ale pogonią za wewnętrznym narkotykiem. I dochodzi do paradoksu: choć zrealizowali swoje cele, nie wiedzą, co ze sobą począć. Tak im brak adrenaliny i euforii, jakie sobie wewnętrznie wstrzykiwali, dążąc do sukcesu, że zaczynają się zadręczać.

Zdaniem Wojciecha Eichelbergera, psychoterapeuty i coacha oraz autora wielu książek o człowieku i biznesie, większość ludzi dąży do jakiegoś sukcesu. To naturalne. Uzależnienie grozi tym, którzy zostali narcystycznie ukąszeni, czyli jako dzieci nie otrzymali od otoczenia rzetelnych informacji na temat tego, ile naprawdę warte były ich osiągnięcia. W zamian byli albo niedoceniani, poniżani, albo przeceniani lub przesadnie chwaleni. Obie skrajności produkują perfekcjonistów, bo w obu sytuacjach nie sposób zaryzykować porażki czy niepowodzenia. Czujemy się zmuszeni zasługiwać na wytęsknioną pochwałę nigdy niezaspokojonego krytyka albo dorastać do niezasłużonych pochwał pochlebcy. Na próżno. Krytyk na zawsze pozostaje krytykiem, a pochlebca pochlebcą. Z upływem czasu uwewnętrzniamy owe postawy wobec naszych osiągnięć i w ten sam sposób traktujemy siebie. Gdy dorośniemy, nawet owacja na stojąco, noszenie na rękach, dyplomy i nagrody w naszym odczuciu nie są zasłużone. Nie ma takiej ilości sukcesów, która ukoiłaby nasze wątpliwości co do bycia wartym uznania i miłości.

On 2, czyli markowa samotność

Figo-fago, czyli uwodziciel. Przychodzi w marki ubrany, mucha nie siada, wymuskany. Żadnego włoska. Rusza nóżką i patrzy na coacha. I tak mija 20 minut. Aż ten mówi: „Widzę, że z tobą można porozmawiać!”. A można! Ten człowiek na co dzień walczy o swój sukces z jeszcze cięższymi niż on osobnikami i wygrywa. W czym więc coach ma mu pomóc?

On 2: „Czuję się wykurwiście samotny”.

No i zaczyna się grzebanie w jego duszy… Na zewnątrz wszystko superfajnie. Ludzie myślą, że jego historia to historia sukcesu. Wygląda. Dba o siebie. Kobiety go pragną, mężczyźni się nim inspirują. Pozornie cudo. Ale tylko na zewnątrz. Wewnątrz: zero kontaktu z dzieciakami z poprzednich związków, choć ma ich kilkoro na całym świecie. O swojej aktualnej żonie mówi, że wspaniała, ale prawdę zna tylko kochanka. Jest jak wydmuszka, piękny z zewnątrz, a w środku pustka. Uzależniony od sukcesu mężczyzna jest jak jajko: w środku mięciutki, a na wierzchu twardy. Gdy wiesz, jak popukać w skorupkę, to dostaniesz się do środka.

Potrzebuje coacha, by go supportował. Silne osobowości pragną być złapane za uzdę. Samotność człowieka uzależnionego od sukcesu jest olbrzymia. Sam na nią zapracował. Codziennie wstaje o 6.00 i idzie biegać. Nie skupia się na tym, żeby rodzinie zrobić kawę. Po powrocie prysznic, gajerek i do pracy. Zero kontaktu z najbliższymi. Do domu wraca wieczorem. Nie wie, co jego trzecia żona robi. Czuje, że przestał o nią dbać. Ma dość bab, które pchają mu się do wyra, ale czasem nie może się opanować. Ponieważ zmarł jego znajomy z branży, zaczyna sobie uświadamiać, jakby to było, gdy on sam się pochorował.

Definicja sukcesoholika

Mamy z nim do czynienia, gdy wszelkimi dostępnymi metodami dąży do aprobaty otoczenia. Uzależnienie od sukcesu to często uzależnienie od poklasku. Oklaski i zachwyt dają kręgosłup poczuciu wartości. Aktorzy, wykładowcy, coache, biznesmeni, ludzie mediów. Każdy może mieć ten problem. Z tym że jedni pragną aprobaty od wszystkich, byle być dostrzeżonym. Drudzy – ludzie realnego sukcesu – za wszelką cenę dążą do uwagi i poklasku, ale ze strony audytorium, które jest dla nich autorytetem, mówi Iwona Firmanty.

Kiedy sukcesoholik traci audytorium, staje się zgryźliwy, sfrustrowany, a ponieważ zna metody oddziaływania na ludzi, rani bliskich. Rodzina staje się dla niego ważna około pięćdziesiątki. I wtedy chce ją kupić, np. dając za dużo kasy dzieciom. To je fokusuje na sukces lub skłania do ucieczki w abnegację. Zawsze jednak wzmaga w nich głód bezwarunkowej miłości i akceptacji. – Dzieci rodziców uzależnionych od sukcesu doświadczają często zdrady emocjonalnej – mówi Wojciech Eichelberger. – Bo uzależniony rodzic prawie zawsze przedkłada swoje uzależnienie nad potrzeby dziecka: „Praca jest dla mnie najważniejsza, mam szansę awansować, daj mi spokój, wynajmę ci korepetytora, instruktora od tenisa albo zorganizuję kolegę do zabawy, ale ja dla ciebie nie mam dziś czasu”. Dzieci tak traktowane czują się nieważne i porzucone, co negatywnie wpływa na ich poczucie wartości i redukuje szansę na szczęśliwe życie.

On 3 i Ona, czyli Facebook daje szansę

Na YouTube ktoś pokazał, jak z pomarańczy zrobić lampę, a ze sznurka firankę. I ma lajki. Coraz więcej lajków. Ktoś inny uparł się, że pojedzie za granicę i zrobi selfie z gwiazdą. Wszyscy bili mu brawo. Totalnie globalny Facebook daje sukces od ręki. Poczucie, że jest się kimś. Można się bez problemu wypromować. Uda się pierwszy raz? To nakręca kolejne pomysły, a te – kolejny sukces. Ale, uwaga, to uzależnia.

No i On 3 nie zaczyna dnia od dania buzi swojej kobiecie czy zrobienia kawy. Otwiera tylko oko i od razu sprawdza w telefonie, czy dostał w nocy jakieś lajki za zdjęcia, które zawiesił przed snem. Ma tyle kredytów, ile tylko się dało, i dzięki temu to oko otwiera w designerskim apartamencie. Porobił mu zdjęcia, żeby wszyscy widzieli, jak fajnie się plasuje. Jego kobieta pomogła wyszukiwać rzeczy, którymi można się pochwalić. Dziś idą na event, więc pojechała pożyczyć ubrania od koleżanki z showroomu. Przecież muszą wyglądać. Grunt, żeby ciuchów, butów i torebki nie pobrudzić żadną chemią. Metki potrafi tak usunąć, a potem przyczepić, żeby nic nie było widać. Raz tylko była wtopa, bo pożyczona torebka miała numer seryjny: jedyna taka. Wszystko na ich zdjęciach w necie to pic na wodę i fotomontaż – bo jak nie w kredycie, to pożyczone. A te zdjęcia, które robią pod sklepami, np. Cartiera? Też – zawiesza je, bo niby tam właśnie byli dziś na zakupach.

Problemem są rodzice ze wsi pod Białymstokiem. Uparli się, by przyjechać z wizytą. Żeby tylko sąsiedzi ich nie zobaczyli. Kazał im się lepiej ubrać i zaparkować dwie ulice dalej. Dziś idzie też do coacha – ma problem ze związkiem. Nie styka. Nie może stykać, bo to już nie związek (jak u Beckhamów) – to firma.

Nowa szlachta eventowa

Pokazać, że już nie jesteśmy na dorobku. My już nowa szlachta polska, ta, która chodzi na eventy. To cel. Ale kiedy pogrzebać w tej szlachcie, to się może okazać, że jest gotowa na wszystko, byle tylko zyskać akceptację. Dzięki pozornemu sukcesowi czuje się wyjątkowa, ale wewnętrznie to jeden wielki kompleks. Dlatego potrzebuje wciąż i wciąż kolejnych sukcesów – potwierdzeń swojej szlachetności. Gdy taki ktoś spotka kogoś, kto mu pokaże, że nie do końca widzi jego wyjątkowość, ale z drugiej strony – da mu sygnały akceptacji, to go uzależni. Skłoni do tego, by go chciał przekonać, że jednak jest godny podziwu. A to też nakręca pogoń za sukcesem, dodaje Iwona Firmanty.

On 3 i Ona uzależnili się i od sukcesu, i od siebie nawzajem. Przed nikim innym nie mogą zdjąć społecznego makijażu, bo by się wydało, jacy są koślawi, małomiasteczkowi. A przecież zrobili wszystko, by tego nie było widać. Nawet zęby mają na raty. W zamian dostają coraz większą akceptację otoczenia i coraz więcej lajków. I coraz bardziej rośnie w nich lęk, że się wyda, że są przebrani! Dlatego po każdym evencie nakręcają się: „Jak ty się zachowałaś?! Nie możesz jeść sushi! To passé!”. Miłość sukcesoholików jest okrutna i pcha ich w jeszcze większe uzależnienie.

Skutki uboczne

Kokaina, amfetamina, alkohol, tabletki antylękowe i antydepresyjne. Organizm uzależnionego od sukcesu funkcjonuje na najwyższych obrotach i w końcu potrzebuje dopalaczy, bo nie ma jak i kiedy się schilloutować. Kawa czy papierosy to za mało. Nie ma czasu, by poleżeć na wersalce, jest czas na amfę i kokę. A to szybko uzależnia. I rodzi się kolejna frustracja, że tak się stało. To jeszcze zwiększy stres i znów bierzemy. To temat, o którym się nie mówi, ale wiele osób z kadry menedżerskiej i gwiazd mediów ćpa lub bierze psychotropy. Bo nie jest fizycznie realne, by mieć ustawiczny sukces bez wspomagaczy. W pewnym momencie organizm przestaje nas wspierać. Ta adrenalina, która się pojawi, gdy mamy sukces, powoduje, że zalewa nas kortyzon, hormon stresu, nazywany hormonem śmierci.

Uzależnieni od sukcesu niszczą swój organizm, myśląc, że są RoboCopami. Ale w pewnym momencie zaczynają im siadać poszczególne organy i trafiają do szpitala. I wtedy pojawia się myśl: „Czemu nikt mnie nie odwiedza?”. Bo ci, którzy oklaskiwali każdy sukces, nie chcą widzieć prawdy o człowieku sukcesu, który robi w pampersa i jest pod kroplówką. Więc ten nagle sobie przypomina, że 10, 15 lat temu miał żonę i dzieci. Dzieci? Dziś nie chcą takiego ojca. Zdarza się, że była żona – zazwyczaj ta pierwsza – jeśli nie ma partnera, a ma dużo empatii, przyjdzie i poda rosół.

Jak rozpoznać granice swojej wydolności? Skoro potrzebujesz dopalacza, to znaczy, że już jesteś za granicą, tym bardziej że ci, którzy zabijają się dla sukcesu, nie mają poczucia bólu.

Jak się ratować?

Abstynencja? Zaniechanie? Nie da się zaniechać dążenia do sukcesu. Zdaniem Wojciecha Eichelbergera substytutem abstynencji jest tutaj pozwolenie sobie na porażki. Bo drugą stroną sukcesoholizmu jest paniczny lęk przed niepowodzeniem i związana z tym niemożność uznania swoich dokonań za wystarczająco dobre. Ale żeby to było możliwe, konieczne bywa obiektywne „zlustrowanie” rodziców. Trzeba zobaczyć i poczuć, że rodzice, nadmiernie krytykując lub chwaląc, chcieli zrobić z nas człowieka ambitnego, który nie spocznie na laurach, będzie parł do przodu i zrobi wielką karierę, mieli dobre intencje. Tylko że perfekcjonistom i sukcesoholikom rzadko się udaje osiągnąć trwały, długoterminowy, życiowy sukces. Za bardzo się po drodze spalają. A nawet jeśli się to uda i tak nie zaznają szczęścia ani spokoju. Te może nam dać tylko trwałe poczucie wartości i godności – inwestycja w szlachetny kruszec, którego cena nie ulega wahaniom koniunktury. By go posiąść, trzeba czasami podważyć kompetencje sędziowskie i nieomylność rodziców. Zobaczyć w nich ludzi, którzy popełniają błędy i swoje osobiste zranienia i deficyty często przerzucają na nas. Gdy to się uda, zaczniemy realnie oceniać naszą wartość. Sama świadomość działania w nas tego mechanizmu pozwoli się od niego dystansować i mitygować destrukcyjny wpływ. I nasze dzieci będą miały więcej szczęścia i miłości w swoim życiu.

Oni 4, 5, 6, czyli z góry w dół

Zdaniem Iwony Firmanty sukcesoholikowi potrzebna jest osoba, która supportuje, ściąga go na ziemię. Raz na tydzień pomaga odświeżyć mózg: aktualizować i serwisować. Nie nazywa tego kontrolą, bo dla ludzi sukcesu to nie do przyjęcia. Ten, kto osiągnął sukces, latami na niego pracował. Zahamowanie jego pędu to jak rozpoczęcie schodzenia ze zdobytej góry. Pytanie, kiedy zacząć schodzić? Gdzie jest szczyt, a więc od jakiego momentu mam poczucie, że go zdobyłem? On 4 uznał, że napisanie książki na 30-lecie firmy to wierzchołek góry jego sukcesu. Po tym powoli ruszy w dół. Ta książka to ślad po nim, a całe życie właśnie lęk przed absolutnym zniknięciem napędzał go do działania. Lęk taki, że by go zagłuszyć, zrujnował zdrowie i zerwał więzi z bliskimi.

Kolejny ratunek? Przekierowanie uwagi: z walki o sukces na coś innego. Na co? Trzeba sukcesoholika przekonać, że przed coachem nie ma sensu zgrywać bohatera. On 5
przyznał wówczas, że marzy o rzeźbieniu w drewnie z akrylem i oczy mu zajaśniały: bączka chciałbym wyrzeźbić, takiego jak w „Incepcji”. Drewno z akrylem jest kruche, ale agresywny sukcesoholik wycisza się podczas takiej pracy.

W ratunku tkwi kolejna odpowiedź na pytanie: Dlaczego wpadamy w uzależnienie od sukcesu? Często dlatego, że angażujemy się w sprawy, które nie są nasze. Uzależnieni od sukcesu nie myślą o sobie. Albo czują pustkę. Bo sukces, który mają, nie jest tym, którego pragną. Trzeba więc raz w tygodniu się zastanowić, czy rzeczywiście chcę iść w tym kierunku, w którym idę?

Powodem pogoni za sukcesem bywa też kompleks – na przykład brak jądra. Rada – wstawić sylikonowe. Ale wpaść na nią można dopiero u coacha. On 6 to zrobi, bo miał do czynienia z sylikonowymi piersiami i wie, że to może być fajne.

Królowa konsumpcja

Królowa konsumpcja jest okrutna, obiecuje, że pokocha, kiedy odniesiesz prawdziwy sukces, kupisz te wszystkie rzeczy i gadżety. A jak nie dajemy rady, to proponuje nam dobry kredyt. A dobry kredyt napędza uzależnienie od sukcesu. Bierzemy go i nasz poziom stresu wzrasta – bo dom, samochód itd. nie są nasze. Więc zaczyna się pogoń za pieniędzmi, która może wpędzić w uzależnienie od pracy i sukcesu. Czasami samo wzięcie dużego kredytu może być skutkiem tego uzależnienia. Bo chcemy wyglądać przed innymi tak, jakbyśmy odnieśli sukces, i szpanujemy sukcesem na kredyt – mówi Wojciech Eichelberger. – Wszyscy próbujemy zaklinać tę naszą trudną rzeczywistość: że super, że coraz lepiej… Ale wygląda na to, że coraz lepiej jest tylko niewielkiej grupie bardzo bogatych ludzi. To dworzanie królowej konsumpcji. Reszta musi coraz ciężej pracować, by sprostać kaprysom i apetytom królowej, i łudzi się, że dostanie się kiedyś do zamku. To nierealizowalne złudzenie też wielu z nas wpędza w uzależnienie od pracy i sukcesu.

Czym płacimy za sukcesoholizm

Dużo ludzi pozornego sukcesu przychodzi do terapeutów i coachów, bo jeśli takiemu komuś zdarzy się porażka, to jest cios ponad jego siły. Może to jednak być kryzys pozytywny, bo nosi w sobie potencjał do zmiany. Ale trzeba się nim zająć. Sukcesoholik może sobie nie poradzić, mówi Wojciech Eichelberger.

To często ostatni dzwonek, by naprawić to, co w życiu najważniejsze, i co jest prawdziwym źródłem bezwarunkowej miłości i lekiem na samotność. A więc relacje z bliskimi. Podziwiani i oklaskiwani przez coraz to nowe audytoria ludzie sukcesu są często odrzucani przez bliskich, którzy poznali ich ciemną stronę, dodaje Iwona Firmanty. Dzieci, gdy potrzebowały ich uwagi, żony, gdy szukały bliskości – wszyscy ludzie im bliscy słyszeli „nie”. Dla sukcesoholika liczyło się tylko to, co daje sukces, czyli audytorium. Dopiero przed pięćdziesiątką orientują się, że zostali sami w tym sukcesie, poklasku, euforii. Że brawo biją im wciąż inni ludzie. A kiedy wracają do domu, jedyne, co im zostaje, to planowanie kolejnych sukcesów. Te jednak jakoś tracą w ich oczach na wartości.

Królowa konsumpcja daje narzędzie, a zrywa więzi

Dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta: Liczba uzależnień behawioralnych, czyli związanych z zachowaniami i substancjami, jakie pod ich wpływem wydziela organizm, zapewne będzie wzrastać. A do nich pośrednio zaliczyć możemy sukcesoholizm. Związane jest to z tym, że dziś nie czerpiemy poczucia bezpieczeństwa, poczucia wartości itp. w tradycyjny sposób, czyli z bliskich relacji. Radzimy więc sobie z przegraną czy ze stresem, sięgając po narzędzia, takie jak gry online, Internet, praca – sukces. Ale narzędzia nie zaspokoją naszych prawdziwych potrzeb i dlatego musimy sięgać po nie coraz intensywniej, a to już początek uzależnieniowego procesu.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>