1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy każdy może być kim chce? Czy każdy może osiągnąć sukces?

Czy każdy może być kim chce? Czy każdy może osiągnąć sukces?

Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Każdy może odnieść sukces, zrobić karierę, być znany. Reklamy, filmy, życiorysy celebrytów z „Pudelka” wmawiają nam, że możemy wszystko, że każdy może być gwiazdą. Poradniki i samozwańczy guru sprzedają recepty, jak to zrobić. Medycyna daje jeszcze więcej – możliwość zmiany płci i zachowania pięknego ciała. A więc czy to na pewno mit, że możemy być, kim chcemy? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dużo jest kursów, które obiecują każdemu możliwość stania się milionerem, liderem, miss, celebrytą... Czy to prawda, że każdy może zostać człowiekiem sukcesu?
Teoretycznie tak. W każdym razie bezpieczniej i sprawiedliwiej jest tak powiedzieć. Tylko wtedy możemy mieć pewność, że nikogo nie dyskryminujemy. Jeśli powiedzielibyśmy, że nie każdy może odnieść sukces, to trzeba by wówczas stworzyć jasne kryteria: kto może, a kto nie może. Należałoby jednak mówić o tym inaczej, tak jak buddyjski mistrz, który zapytany o to, czy zen jest dla każdego, odpowiedział: „Zen jest dla wszystkich, ale nie dla każdego”. W tym samym duchu opowiada się żołnierzom, że każdy z nich niesie w plecaku buławę marszałkowską, ale to nie znaczy, że każdy zostanie marszałkiem. Dzięki temu w wojsku nie mamy samych marszałków. Tak więc teoretycznie każdy z nas może odnieść sukces, ale nie sposób przewidzieć, którego z nas udziałem się on stanie. A skoro tak, to nie powinniśmy nikomu odbierać nadziei ani motywacji. Dlatego mądrzej jest powiedzieć, że wszyscy mogą, ale nie wszyscy go odniosą.

Czyli jednak sukces nie jest dla wszystkich?
Znów odpowiem tym samym porównaniem, zen jest dla wszystkich, ale nie wszyscy wybiorą zen. Jedni o zen nigdy nie słyszeli. Drudzy słyszeli, ale nie przychodzi im do głowy, że to mogłoby być dla nich. Mogą być i tacy, którzy spróbują i uznają, że to za trudna droga. Każdy ma ograniczenia i preferencje, które mu to mogą uniemożliwić. Podobnie jest z sukcesem i zostaniem marszałkiem w armii.  Ale zasadniczo ważniejsze od kwestii, czy każdy może odnieść sukces, jest pytanie: „co jest dla mnie sukcesem?”. Przysłano mi ostatnio pouczającą wiadomość. Ktoś zadał sobie trud, aby prześledzić życiorysy kilku nieżyjących już ludzi, którzy odnieśli spektakularne sukcesy. Znaleźli się między nimi wielcy wynalazcy, przywódcy, finansiści. Okazało się, że wszyscy źle skończyli. Jeden odebrał sobie życie, inny zmarł w ubóstwie, jeszcze inny zwariował, ktoś został zamordowany itd. Natomiast prawie nikomu nieznany wielbiciel jazdy na motocyklach umarł w dostatku i spokoju, po szczęśliwym i długim życiu. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy wszyscy dali sobie spokój z sukcesem i beztrosko włóczyli się po świecie na motorach, ale o to, by zrozumieć, czego każdy z nas naprawdę pragnie. Bo czy nie jest największym sukcesem umrzeć z poczuciem, że przeżyliśmy pożyteczne, satysfakcjonujące życie? Czyż nie jest najważniejsze to, jak kończymy, a nie jak zaczęliśmy? Jeśli treścią tak przeżytego życia jest jazda na motorze, to niech będzie, ale może to być jeszcze tysiąc innych rzeczy.

Jednak mass media karmią nas od małego jedną wizją sukcesu.  Pewnie dlatego do tej pory jazda na motorze nie przyszła mi do głowy.
Nader często decydując się na wypełnienie naszego życia określoną treścią, ulegamy manipulacji mediów i mitom konsumeryzmu. Dlatego to takie ważne, by zmienić w ludzkich głowach rozumienie słowa „sukces”.  Prawdziwy sukces to nie posiadanie, lecz bycie – dobrze przeżyte życie. Możemy go osiągnąć tylko wtedy, gdy nie zapomnimy o ważnych życiowych potrzebach. Życie jest jak tort składający się z kilku różnych, ale głęboko ze sobą powiązanych kawałków. Każdy kawałek to obszar, który trzeba zagospodarować, np.: zdrowie, ruch, praca, relacje z ludźmi, rodzina, seks, edukacja, kultura, pasja, zabawa, relaks, pieniądze. Poczucie życiowego sukcesu odczuwamy wtedy, gdy uporządkujemy sobie te obszary życia we właściwej dla nas kolejności i zadbamy o przyzwoity poziom satysfakcji przynajmniej w tych najważniejszych. Widać gołym okiem, że praca i pieniądze to może być dużo za mało, aby uznać nasze życie za spełnione.

Rozumiem, że to możliwe, jeśli uznamy, że jedni są zadowoleni, gdy mają tort od Magdy Gessler, a drudzy od babci Józi. Są tacy, którzy chcą tylko jeden, ale za to olbrzymi jego kawałek. Ten o smaku kariery, sławy, kasy. Nie myślą o szczęściu rozumianym jako równowaga, harmonia czy bliskie relacje z ludźmi.
Właśnie. Ważna jest równowaga, harmonia. I jeszcze coś: wierność osobistym korzeniom, swojemu społecznemu i kulturowemu dziedzictwu. W przeciwnym razie, gdy idąc za wzorami lansowanymi w mediach, zbudujemy sobie wymyślone życie i wymyślonych siebie, to zabrniemy w narcystyczną pozę i będziemy bardzo nieszczęśliwi, żyjąc w lęku, że się wyda, że kogoś udajemy, że ktoś nas pokochał tylko dlatego, że nas nie zna itd. Nie dość powtarzać, że bez poznania siebie i swoich prawdziwych potrzeb – czyli życia w zgodzie ze sobą – nie mamy co marzyć o szczęściu.

Mój przyjaciel przez całe życie uciekał przed wspomnieniem o śmierci kuzyna alkoholika. Ale niedawno zdał sobie sprawę, że dzięki niemu sam ustrzegł się przed nałogiem. Uznał więc, że to najważniejsze jego doświadczenie.
Inny przykład: wyjeżdżamy ze swojego miasteczka, gdzie wszyscy nas znali i wiedzieli, że pochodzimy np. z rodziny doświadczonej alkoholizmem. W dużym mieście budujemy swoją nową tożsamość, ale im lepiej nam to idzie, tym bardziej boimy się, że uprawiamy zagrożoną kompromitacją mistyfikację. Wtedy jest czas, by uznać i docenić  okoliczności, które uformowały nasze charaktery, rozpoznać w nich impuls, który pozwolił nam wykształcić nasze unikalne właściwości, umiejętności i wiedzę. Odkryjemy wtedy, że nasza ukrywana biografia w istocie jest źródłem siły i poczucia wartości. Dzięki temu dołączymy do licznej grupy wybitnych ludzi, których życiorysy uznawane były przez ogół im współczesnych za zawstydzające.

Czyli możemy być tym, kim chcemy, ale nie zawsze warto?
To, kim chcemy i możemy się stać w dorosłym życiu, jest w znacznym stopniu zdeterminowane tym, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Dzieje się to na dwa sposoby: przez powielanie/odwzorowanie lub przez bunt, odcięcie się i nadkompensację. W pierwszym wypadku ślepo naśladujemy to, co w zachowaniu ważnych osób z naszego otoczenia w dzieciństwie było najbardziej powierzchowne, neurotyczne, niemądre i nawykowe, np.: „Ojciec pił i bił, to i ja piję i biję”. W drugim wypadku odcinamy się od wszystkiego, co było naszym udziałem w trudnym dzieciństwie, i postanawiamy zbudować się od nowa na zasadzie przeciwieństwa, czyli: „nie wezmę do ust kropli alkoholu i nigdy na nikogo nie podniosę ręki ani głosu”. Z pozoru wygląda to dobrze, ale niestety w praktyce zatruwamy sobie i innym życie obsesyjną i mentorską postawą albo nie jesteśmy w stanie obronić siebie ani innych. W obu wypadkach rozstajemy się z prawdziwym sobą. Jedynym wyjściem z tego impasu jest poznanie siebie, swoich prawdziwych potrzeb, skłonności, zdolności i talentów.

A gdy siebie nie znamy, nie wiemy, kim jesteśmy?
To trzeba coś zrobić, żeby siebie poznać, nie negując swojej biografii ani korzeni. To nie jest proste. Bo jeśli wychowywaliśmy się w biedzie, to wydaje nam się często, że naszą naturalną, prawdziwą potrzebą jest stać się bogatym. Jednak z reguły jest to pozorna potrzeba. Aby uniknąć czyhających na nas manowców, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co jest prawdziwym bogactwem dla mojego serca, dla mojej istoty, a nie dla portfela?”. Nie wszystkich nas uszczęśliwi praca w korporacji, ktoś o łagodnym, refleksyjnym usposobieniu nie poczuje się dobrze w roli menedżera. Podobnie nie wszystkich z nas uszczęśliwi praca w wiejskim gospodarstwie.

Nawet jeśli pójdzie się na odpowiedni kurs albo poczyta odpowiednie poradniki?
Nawet wtedy. Na ogół mamy trafne przeczucia na temat naszych predyspozycji i talentów. Pod warunkiem że nastawiamy się na to, co upragnione, a nie na to, co niezgodne z naszym powołaniem i sumieniem, powodowane chciwością, agresją, chęcią odegrania się, zaimponowania. Bo to się zazwyczaj kończy bardzo nieprzyjemnie – depresją, załamaniem nerwowym, wypaleniem albo jakąś psychosomatyczną, autoagresywną chorobą. Dopiero wtedy przychodzi opamiętanie.

Ale zanim to nastąpi, żyjemy tak, jakbyśmy nie mieli litości ani dla siebie, ani dla innych. Jesteśmy bezwzględni wobec pracowników, wobec rodziny. No bo tacy jesteśmy wobec siebie.
Przeistaczając się we własny projekt, całkowicie oderwany od naszego dziedzictwa, tak naprawdę odrywamy się od swojego serca i duszy. Stajemy się aktorami, którzy zapomnieli, że odgrywają rolę, i utożsamiamy się w pełni z graną postacią. Dobry aktor nie zapomina, kim jest naprawdę. Będąc dobrym człowiekiem, może zagrać tyrana tak znakomicie, że wstrząśnie publicznością. Lecz gdy wróci do domu, będzie znowu sobą – czułym ojcem i mężem. Ci z nas, którzy bez reszty angażują się w swój narcystyczny projekt, w swoją wymyśloną rolę, grają ją bez przerwy i w pracy, i w domu, zapominają, kim są. A jeśli jednym z atrybutów odgrywanej postaci jest np. bezwzględność i agresja albo głupota, to staną się bezwzględni, agresywni i głupi.

Jak można się wyzbyć swojego człowieczeństwa? Przecież litość, współczucie to jego podstawa.
Problem w tym, że w porównaniu z dramatycznie trudnym dzieciństwem przebranie się za kogoś innego niesie przez jakiś czas ulgę i zapomnienie. Lecz prędzej czy później okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby, bo koszty odcięcia się od korzeni bywają bardzo poważne.

Może sukces konsumpcyjny nie jest dla każdego, ale nadal uważam, że możemy być, kim chcemy.
Na przykład kim?

Mogę nawet zostać mężczyzną, coś sobie obciąć, coś doszyć... Dla wielu ludzi tragedią jest nie czuć się sobą w swojej skórze. Ale pamiętam przejmującą scenę z filmu „Trans-akcja” (reż. Sławomir Grunberg), kiedy młody mężczyzna zastanawia się, czy nie będzie bardziej sobą jako kobieta. Mówi to tak, jakby chodziło o zmianę koloru włosów.
Hasło „mogę być, kim chcę” otwiera odwieczną dyskusję o wolnej woli. Na ile nasz los jest zdeterminowany niewyobrażalnie ogromną ilością czynników, z których tylko niewielkiej części zdajemy sobie sprawę. Czy nasze decyzje, które określamy jako akty wolnej woli, naprawdę takimi są? Może są wyborami całkowicie zdeterminowanymi, a my tylko ulegamy złudzeniu, że dokonaliśmy wolnego wyboru? Czy np. kobiety, które zdecydowały, że zostaną mężczyznami, mogłyby postąpić inaczej? Czy robią to, co chcą, czy – nie wiedząc o tym – nie mają wyboru?

Jak to sprawdzić, kim chcę być, a kim muszę? I co jest ważniejsze: chęć czy konieczność? Czym się kierować?
Nie da się tego sprawdzić. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej, niż postąpiliśmy. Dlatego lepiej uważać z wiarą w hasło „mogę, być, kim chcę”, bo to może być groźna mieszanka pychy i omnipotencji. Każdy z nas ogarnia świadomością tylko niewielki zakres strumienia zdarzeń, którego jest częścią i który nazywa swoim losem. Chociaż ogromne możliwości wyboru, jakie dziś są do naszej dyspozycji, i sprytny marketing tworzą złudzenie, że możemy być, kim chcemy, to w istocie możemy być tylko tym, co pozostaje w zgodzie z treścią i dynamiką naszej biologii, psychiki i naszego ducha.

Łatwo się pogubić. Tym bardziej że wszyscy nam mówią, jacy mamy chcieć być: bogaci, szczupli, znani.
Jeśli wiemy, czego potrzebujemy, to szybko uwalniamy się od tego, co niepotrzebne, i zmierzamy prostą drogą do właściwej odpowiedzi. Wtedy naśladowanie innych przestaje być naszą podstawową strategią na życie.

Może więc pojawi się pokolenie, które nie straci kontaktu ze sobą. Nadal jednak, z tego co widać, dzieci mają talenty, chcą czegoś, ale rodzice narzucają im kierunki rozwoju.
Jeśli rodzice wpisują w swoją wizję sukcesu to, że ich dzieci będą realizować ich scenariusz i ich wartości, to one mają małe szanse na samorealizację. Jeśli koncepcja rodziców rozmija się z ich talentami i oczekiwaniami, to będą nieszczęśliwe, dopóki się nie zbuntują i nie zaczną realizować tego, co dla nich ważne. Prawdziwy rodzicielski – i każdy inny – sukces życiowy powinien zależeć od innych w jak najmniejszym stopniu. Rodziców najbardziej powinno uszczęśliwiać, gdy dzieci zrealizują własny projekt na szczęśliwe życie. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak odnaleźć swoją wewnętrzną Czułą Przewodniczkę? Rozmowa z terapeutką Natalią de Barbaro

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Składamy się z różnych kawałków i rozmaitych wewnętrznych postaci. Niektóre skrywamy, inne chętnie prezentujemy światu. Ale kim tak naprawdę jesteśmy? Natalia de Barbaro, psycholożka, mówi, że jeśli wciąż zadajemy sobie to pytanie, to znaczy, że potrzebujemy przewodniczki. Czułej Przewodniczki. 

Kim jest Czuła Przewodniczka, o której piszesz w swojej najnowszej książce?
Na wiele sposobów mogłabym odpowiedzieć na to pytanie. Na przykład, że jest metaforą naszej wewnętrznej mądrości. Tym z nas, które lubią myśleć i czuć w kategoriach wewnętrznych postaci, powiedziałabym, że jest jej bardzo blisko do postaci, którą Clarissa Pinkola Estés, autorka „Biegnącej z wilkami”, nazwała „Kobietą, Która Wie”. Czyli wewnętrzną strukturą, która jest mądrzejsza, życzliwsza i bardziej czuła niż nasze odruchy wobec siebie.

A tym, które nie znają książki Estés, powiedziałabyś, że Czułej Przewodniczce jest blisko do intuicji? Do Wewnętrznego Dorosłego, znanego z Analizy Transakcyjnej?
Z określeń, które już znamy, jest jej rzeczywiście najbliżej do intuicji. Na pewno to też struktura bardziej dojrzała, ale tak naprawdę to jest pytanie do każdej kobiety lub też każdego mężczyzny, którzy mają gotowość zamknąć oczy i sprawdzić, jaką postać przyjmują w nich ich Czułe Przewodniczki czy Czuli Przewodnicy. Moja Czuła Przewodniczka nie jest taka sama jak twoja. Mam aspirację, by ta książka była końcem nitki, którą można złapać i po niej dojść do kłębka. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli będziemy pytać o zewnętrzne wskazówki, jak ją w sobie odkryć, zamkniemy sobie drogę do wewnętrznego poznania.

Podtytuł książki: „Kobieca droga do siebie” sugeruje, że często tę drogę do siebie tracimy. Dlaczego?
Dziecko, które się rodzi, jest w całkowitym kontakcie ze sobą, potem jednak, dorastając i dopasowując się do pewnych wzorców czy ról, rozpoczyna drogę do świata, ale od siebie. Nie wiem, czy zaryzykować hipotezę, że dzieje się tak bardziej w przypadku kobiet niż mężczyzn, ale mam przeczucie, że tak. Czuła Przewodniczka jest kimś, kto w momencie, kiedy jesteśmy już bardzo daleko od siebie, staje na naszej drodze i – jeśli ją dostrzeżemy – mówi: „Mogę cię poprowadzić z powrotem”. I nie jest to droga, która wiedzie do przodu, raczej w głąb.

Czuła Przewodniczka jest tylko jedną z wewnętrznych postaci, o których piszesz. Opisujesz też trzy siostry: Potulną, Królową Śniegu i Męczennicę. To one nas tak trzymają we władzy, że zapominamy o sobie?
Przede wszystkim zachowujemy się różnie zależnie od okoliczności. Wyobraźmy sobie, że na zebraniu dyrektor unosi krytycznie brew, a ja wtedy, nawet często nieświadomie, kulę się pod jego wzrokiem. I teraz tak: mogę to zauważyć albo nie, a kiedy już to zauważę, mogę mieć na to nazwę czy metaforę albo nie. Ja tę postać nazywam Potulną. Wiem i widzę, że jest pewnym mechanizmem, który się we mnie pojawia w reakcji na czyjeś konkretne zachowanie, a skoro to wiem i widzę, mogę świadomie podjąć decyzję, czy tak się chcę zachować. Bo jeśli kulę się kilka razy dziennie, to wzmacniam w sobie Potulną, a nie swój mocny głos, zdaję się na pewną strategię, której się nauczyłam, więc nie żyję swoim życiem. Przestrzeń wolności, co świetnie opisywał Stephen Covey,  zawsze leży między bodźcem a reakcją.

Dla mnie w metaforze Czułej Przewodniczki jest istotny ten pierwszy człon: ona jest czuła. To nie jest GPS, to nie jest algorytm, który beznamiętnie szuka najkrótszej trasy. Czuła Przewodniczka pomaga nam przekształcić Potulną, Męczennicę i Królową Śniegu.

Jest coś, co łączy te trzy wewnętrzne postaci, te trzy strategie?
Wszystkie powstały w paradygmacie braku i są oparte na strachu. Potulna się kuli, bo chce uniknąć czyjegoś gniewu czy dezaprobaty. Królowa Śniegu boi się, że jeśli nie będzie zasuwać w zawodach, których wynik jest jej duchowo obojętny, to zniknie z powierzchni tego świata, a Męczennica czuje, że jeśli nie piecze o północy muffinków do szkoły dla dzieci, to nie spełnia jakiegoś przepisu na kobiecość; że jeśli się nie będzie poświęcać dla innych, to nie dostanie miłości.

Z lęku żyjemy życiem, które nie jest zgodne z nami.
Dla mnie zawsze bardzo bolesne jest, kiedy słyszę kobiety, które mają do siebie pretensje o to, że są nieszczęśliwe, choć mają zaznaczone wszystkie punkty ze swojej checklisty. Mówią: „Mam fajnego męża, świetne dzieci, pracę, dom, więc jak to jest, że budzę się rano i coś we mnie wyje?”. A przecież obiecywano im, że jeśli spełnią cudzy przepis, to będzie dobrze.

Droga powrotna to jest naprawdę żmudna praca, a nie jakaś magia polegająca na tym, że kupię sobie poduszkę z napisem „Love yourself” i będę miała robotę zrobioną. Ta praca polega między innymi na tym, żeby codziennie odwoływać się do wewnętrznej struktury, która jest czuła, mądra i przyjazna.

Swojej książki nie kończysz jednak w tym miejscu...
Wierzę, że pod czułym spojrzeniem Przewodniczki mogą dokonać się pewne przekształcenia. Potulna może zmienić się w Dziką Dziewczynkę, idącą za swoimi potrzebami, pragnieniami i za radością. Królowa Śniegu – w Dorosłą, spokojną i pewną swoich zasobów kobietę. A z Męczennicy, która czuje, że musi się poświęcać, powstaje Serdeczna, która daje wtedy, kiedy ma (a przede wszystkim daje uczucie i wchodzi w bliskie relacje), a kiedy nie ma, to idzie odpoczywać.

To jest właśnie najciekawsze: te postaci nie są z gruntu złe, kiedyś nas ratowały, zresztą nadal to w pewnym stopniu robią, tylko ich myślenie jest przestarzałe. My nie mamy z nimi walczyć czy się ich pozbywać, ale je przekształcać.
Taka jest idea. Operuję metaforą, to nie jest tak, że jakby mnie rozpruli, to znaleźliby siedem kobiet – czyli trzy przed przekształceniem, trzy po i Przewodniczkę – ale wierzę, że mamy w sobie różne głosy i postaci, mamy też wybór, za którymi z nich pójdziemy, które wzmacnimy, a które będziemy się starały zmieniać.

Niektórzy powiedzą, że taką pracę łatwiej jest wykonać, kiedy twoje dzieciństwo było jasne i pogodne. Wiele kobiet ma jednak doświadczenie dzieciństwa diametralnie różnego.
W dobrym dzieciństwie też się zdarza ból, a w złym – też się zdarza dobro i ciepło. To nie tak, że wszystko jest czarno-białe. Ja mam 50 lat, więc poznałam już, co to lęk, smutek czy ból, chociaż rzeczywiście mam świetnych rodziców i jestem w kochającym się małżeństwie. Można jednak powiedzieć, że im trudniej ktoś miał – a znam wiele kobiet, które miały o wiele trudniej niż ja – tym większa potrzeba pewnej sprawiedliwości dziejowej, czyli tego, by w tę drogę powrotną ruszyć. Jednym z najokrutniejszych mechanizmów, jakie działają na świecie, jest dla mnie to, co Freud nazywał przymusem powtarzania. Czyli: miałeś ciężko, to dalej też będziesz miał ciężko, bo już to znasz.

Na warsztatach dla kobiet, które prowadzę, widzę cudowne osoby, które są pełne miłości i ciepła do własnych dzieci, choć same tego nie zaznały w dzieciństwie. Mówią: „Widzę, że moja babcia traktowała moją mamę tak, jak moja mama traktowała mnie, a teraz ja mam córkę i nie chcę się na to godzić, nie chcę tego powtarzać”. W tym jest ogromna odwaga, świadomość i mądrość. One chcą przerwać coś, co  nazywam berkiem pokoleniowym.

Przez wiele lat pracowałaś, i nadal czasem pracujesz, z managementem, firmami, światem biznesu, w pewnym momencie jednak poczułaś, że chcesz robić warsztaty tylko dla kobiet. Sądzisz, że to one bardziej tego potrzebowały czy ty?
Twoje pytanie pochodzi z energii, która mnie częściowo męczyła. Białe-czarne, albo-albo. Jungiści nazywają ją „energią męską”, choć nie jest to energia „mężczyzn”. Moja dobra koleżanka, Maja Kuczmińska z „Tygodnika Powszechnego”, kiedyś powiedziała, że potrzebujemy pajęczyny, nie drabiny. A ten świat jest światem drabiny. W naszym kręgu kulturowym dominuje energia męska, energia działania, inicjowania, rywalizacji, a my wszyscy, nie tylko kobiety, potrzebujemy też energii kobiecej, czyli energii więzi, dialogu, uważności, powolności; energii, która nie mówi „albo-albo”, ale „i to, i to”. I taka jest też moja odpowiedź na twoje pytanie: zarówno ja, jak i one, myślę, tego potrzebowałyśmy.

Wiele kobiet pisze i mówi, że twoja książka trafiła w idealny moment w ich życiu. W mój też.
Piszą i mówią o trzech rzeczach: że płakały się i śmiały na przemian, że to jest książka o nich i że trafiła w idealny moment w ich życiu. I że kupią ją swoim przyjaciółkom, co chyba najbardziej mnie wzrusza. Bo jest świadectwo tego, jaka więź jest między kobietami.

Zaczęłam ci zazdrościć snów. Moje nie są takie ciekawe. Są raczej ścinkami z dnia codziennego.
Piszę tylko o najfajniejszych, też mam dużo takich o mieleniu codzienności. Że nie mogę gdzieś dojechać albo że prowadzę moje warsztaty dla kobiet, na które przychodzą sami faceci, i nie wiem, co z tym zrobić. Ten drugi sen często się powtarza. Może to przesłanie na temat tego, co czeka mnie w przyszłości?

Z tej zazdrości miałam ostatnio jeden sen. Śniło mi się, że wpadam do rwącej rzeki, która mnie niesie coraz dalej. Jestem przerażona, nie mam się czego złapać i czuję, że nadchodzi wielka fala. Mówię sobie: „no nic, trzeba się temu poddać”. I się poddaję. Fala mija, a ja delikatnie opadam na suchy brzeg.
To, co zrobiłaś w tym śnie, jest bardzo zen. I przypomina mi pewne ćwiczenie, które lubię robić w samolocie, kiedy ląduje i zaczyna gwałtownie hamować. Pierwszym odruchem ciała jest się wtedy spiąć, a ja właśnie staram się kompletnie rozluźnić, jak kot, który spada z trzeciego piętra. To jest bardzo ciekawe ćwiczenie dla ciała: że możesz wybrać rozluźnienie. Coś takiego właśnie zrobiłaś w swoim śnie. To jest dokładnie to, o czym mówi Pema Chödrön, mniszka buddyjska: „Relax in the middle of the storm”, czyli: odpręż się w samym środku burzy. To najmądrzejsze, co można zrobić. Staram się to, z różnym skutkiem, ćwiczyć.

Opowiedz o warsztatach „Własny pokój”. Jak rozumiem nazwa wzięła się od apelu Virginii Woolf?
Zgadza się. „Własny pokój” to przestrzeń spotkania kobiet, które chcą stanąć przed pytaniem: Kim ja jestem? Czym ja jestem? Ale kim, czym jestem poza rolami, które odgrywam. Pracujemy metodą kolażu, bo kobiety są na ogół wielowymiarowe, nie da się tego oddać jednym rysunkiem. Kleimy się ze skrawków, a potem kminimy nawzajem swoje autoportrety, żeby odsierocić te kawałki siebie, na które nie miałyśmy zgody, bo Potulna, Królowa Śniegu czy Męczennica mówiły w nas: „Nie pokazuj tego”. Idziemy więc w stronę przeciwną niż wstyd.

Sama też lubię robić kolaże. Raz na kilka miesięcy czuję potrzebę, żeby wykleić siebie – to mój rytuał i sposób na to, by cały czas być w kontakcie ze sobą. Zaznaczam, to nie jest mapa marzeń, bo ona zakłada, że nie jesteś w tu i teraz.

Podejrzewam też, że dobór zdjęć do takiego kolażu – w odróżnieniu od mapy marzeń –  nie bierze się z głowy, a z serca. Sklejasz coś, co ciebie porusza.
Dokładnie tak. Przyjedź na moje warsztaty!

Z chęcią. Nasza rubryka nosi nazwę Mentorki. Jakie są twoje?
To nie jest moje ulubione słowo, bo to znów kawałek pochodzący z hierarchicznego świata – jest ktoś, kto wie, i ktoś, kto nie wie i dopiero ma się dowiedzieć. Wolę świat kręgu, w którym siedzimy razem, równi, równe.

Czyli… siostry?
Tak, wolę słowo „siostry” albo chociaż „nauczycielki”. Było dużo ważnych kobiet w moim życiu. Moja mama – bardzo czuję, że jestem z niej. Moje babcie, Marysia i Bajaszka, moje wspaniałe ciotki, Maria i Magdalena. Moje przyjaciółki. Ale też nauczycielki duchowe – Pema Chödrön, Byron Katie, Clarissa Pinkola Estés, Marion Woodman, Brené Brown, Elizabeth Lesser. Muzyczki – Joni Mitchell, Kate Bush, Tori Amos. Pisarki i poetki – Tokarczuk, Strout, Adichie, Carson, Rich. Setki innych. Mam wdzięczność wobec każdej z nich.

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe...
Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji.
Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa!
Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami.
Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się.
O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe.
Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans...
Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”.
Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”.
Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa.
Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy.
Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Psychologia

Nie bój się szczęścia

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Czy sugerujesz, że boimy się szczęścia?! – spytacie. Ja nie sugeruję. Ja to wiem. Tak jak już dawno temu wiedział Adam Asnyk, autor tego wdzięczno-gorzkiego wierszyka:

Siedzi jamnik na drzewie I ludziom się dziwuje: Czemu żaden z nich nie wie, Gdzie się szczęście znajduje?

Wielu myślicieli twierdzi, że człowiek wręcz nie chce być szczęśliwy. Jak to jest, przecież większość deklaruje, że chce. Świadomie tak, ale nieświadomie albo w szczęście nie wierzy, albo się go boi. Jeśli za długo jest dobrze, zaczynam się zastanawiać, kiedy i jak się zepsuje: bo to niemożliwe, bo na to nie zasługuję, bo trzeba będzie za to drogo zapłacić, bo inni będą mi zazdrościć, bo lepiej się nie przyzwyczajać (właściwe podkreślić). Dla poczucia kontroli lepiej już ten niebezpieczny spokój samemu zburzyć. Żeby już się stało. A potem znów pomarzyć sobie o szczęściu. Czy więc nie ma szczęśliwych ludzi? Są. Ale przyznaje się garstka.

„Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem – usłyszałam od pogodnego, ciepłego mężczyzny. – Robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą. Mam gdzie mieszkać. Jestem sam, ale to odpoczynek po pracy pełnej ludzi. Lubią mnie ci, dla których pracuję. Zarabiam tyle, ile mi wystarcza. Ale nie mów moim kolegom z pracy, że ci powiedziałem, że jestem szczęśliwy. Oni mnie nie znoszą. Oni niczego nie lubią, na wszystko narzekają. Zatruliby mi życie”.

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? Wszyscy znamy stany, które nazywamy szczęściem: kiedy mija ból, fizyczny lub psychiczny. Kiedy znaleźliśmy dobrą pracę, wygraliśmy pieniądze, dostaliśmy spadek, ktoś nas pochwalił itp. Kiedy się zakochamy z wzajemnością. Jest takie śliczne powiedzenie: „Szczęście ty moje”, do ukochanej osoby lub do dziecka…

Mówimy też: jakie to szczęście, że złamałam lewą rękę, a nie prawą (praworęczni), że mama umarła spokojnie i nagle, a nie w długich męczarniach… To tak zwane szczęście w nieszczęściu. W pierwszych latach mojej pracy terapeutycznej oddałam jej się tak bardzo, aż się poważnie rozchorowałam. Gdy już na nic nie miałam sił, poczułam, jak to dobrze, że przyszła ta choroba, bo inaczej bym się wykończyła. Wtedy odkryłam parę wspaniałych paradoksów. Choroba może być ratunkiem, istotnym sygnałem. Mogę jednocześnie cieszyć się, że coś minęło i że było. Mogę jednocześnie gratulować sobie takiego oddania pracy, gdyż wiele się nauczyłam, dowiedziałam się od samej siebie, jak jest ona dla mnie ważna, a jednocześnie jak uchronić się przed przeciążeniem na przyszłość, nie tracąc radości i entuzjazmu. Odkryłam, jak nierozerwalnie wszystko się ze sobą w życiu łączy. Jak nie ma lewej strony bez prawej, jasnej bez ciemnej. I, co istotne, że ciemna nie jest właściwie ciemna. Że tyle przynosi darów.

Są ludzie, którzy gardzą szczęściem. Nawet jego pojęciem. Określają je jako infantylną potrzebę, płytką emocjonalność, ucieczkę od prawdziwego życia i zupełnie durną antyintelektualną postawę. Lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowoloną świnią – twierdzą. Na studiach filozoficznych zajmowałam się przede wszystkim etyką. Niepokoiło mnie długo to zdanie. Dziś nie mam wątpliwości: zarówno wiecznie niezadowolony, jak i wiecznie zadowolony Sokrates (jak każdy z nas) ma, co najmniej, tendencje do sztywności. Pełny człowiek zna wszystkie możliwe ludzkie stany. I nic do tego nie ma inteligentne, lubiące czystość stworzenie, jakim jest świnia.

Dziś mogę powiedzieć, że ci „myśliciele” to ludzie NIESZCZĘŚNI. Używają wiedzy i inteligencji do podtrzymania epidemii poczucia niskiej wartości przy jednocześnie wielkiej ambicji nadwartości, na którą choruje ludzkość. Są szkodliwi dla siebie i innych. Wierzą im ci, którzy jeszcze nie wierzą sobie i nie wiedzą, że to możliwe...

Mimo to szczęście się trzyma. Tych, którzy się go świadomie uczą, tych, którzy je szanują i nie mylą z ciągłym przeżywaniem przyjemności. Tych, którzy siebie nie zostawiają, gdy jest trudno. Niektórzy twierdzą, że szczęście tylko BYWA. Bardzo chcę wam przekazać, że JEST, bo to po prostu przeżywanie własnego życia. I szczęściem jest pisać do was.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Czy masz odwagę być sobą? - test na pewność siebie

Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Pewność siebie to stan umysłu, który wynika z poczucia własnej wartości, wyjątkowości, akceptacji i wiary w moc sprawczą. Przecież nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak ty!

Brak pewności siebie powoduje, że stoimy na uboczu życia. Wolimy pozostać w bezpiecznej strefie komfortu. To dlatego nie podejmujemy ryzyka, nie inicjujemy kontaktów z ludźmi, nie walczymy o swoje prawa i nie umiemy odmawiać bez poczucia winy. Nieśmiałość, która jest przejawem braku pewności siebie, powoduje, że przed nosem mogą nam przechodzić ciekawe propozycje zawodowe czy nowe znajomości. Brak poczucia własnej wartości wynika z braku samoakceptacji. To zupełnie tak, jakbyśmy obawiały się własnego światła, rozwinięcia swoich skrzydeł. Tymczasem to właśnie korzystanie w pełni ze swojego potencjału jest sednem rozwoju.

Poniżej krótki test na pewność siebie. Wystarczy na każde z pytań odpowiedzieć "tak" lub "nie":

  • 1. Osiągasz cele z łatwością?
  • 2. Znasz swoje mocne strony i pokazujesz je światu?
  • 3. Bez problemu odmawiasz, jeśli nie możesz lub nie masz ochoty czegoś zrobić?
  • 4. Zazwyczaj to ty inicjujesz rozmowę?
  • 5. Masz poczucie, że każdą sprawę możesz załatwić?
  • 6. Udało ci się zrealizować kilka marzeń?
  • 7. Z łatwością podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność?
  • 8. Dobrze czujesz się na stanowisku osoby zarządzającej zespołem ludzi?
  • 9. Znajomi pytają cię często, jak coś załatwić?
  • 10. Podczas rozmowy patrzysz w oczy rozmówcy?
  • 11. Twój uścisk dłoni jest mocny?
  • 12. Podczas chodzenia nie garbisz się, twoje plecy są proste?
  • 13. Twój przekaz słowny jest konkretny i zrozumiały przez odbiorców?
  • 14. Uważasz się za kobietę atrakcyjną?
  • 15. Lubisz swoje ciało, a więc nie masz kompleksów z nim związanych?
  • 16. Lubisz wyzwania i często je podejmujesz?
  • 17. Potrafisz jasno zaznaczyć swoje granice w relacjach z ludźmi?
Większość odpowiedzi: „tak” oznacza, że jesteś kobietą, która osiąga swoje cele. Jeśli zgadzasz się tylko z kilkoma powyższymi stwierdzeniami – warto popracować nad wiarą w swój potencjał, który tylko czeka na przebudzenie.

Pomogą ci w tym następujące ćwiczenia:

Źródło: Dagmara Gmitrzak, „Trening Jaguara. Obudź swoją pewność siebie i osiągaj zamierzone cele”, Sensus 2014

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl

  1. Psychologia

Czy jesteśmy lubiani? - Co wpływa na dobre relacje z ludźmi?

Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. (fot. iStock)
Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. (fot. iStock)
Większość z nas ma potrzebę kontaktów towarzyskich, udanych relacji, dobrych związków. Nie wszystkim jednak ta sztuka jednakowo się udaje. Co sprawia, że jedni ludzie są lubiani, akceptowani i szybko adaptują się w otoczeniu, a innym przychodzi to z trudnością?

Jak budować dobre relacje? - Poniżej znajdziesz kilka zasad, które pomogą ci zrozumieć, na czym polega sztuka obcowania z ludźmi.

1. Stwórz dobry nastrój

- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Iwonę – mówi Jacek, 34-letni barman – oczarował mnie jej uśmiech. Usiadła przy barze i zanim jeszcze złożyła zamówienie, prześlicznie się do mnie uśmiechnęła. Tak po prostu. To sprawiło, że choć obsługiwałem tego wieczora wiele pięknych kobiet, wciąż zerkałem w jej stronę i byłem gotów biec na każde jej skinienie. Iwona taka właśnie jest. Uśmiecha się do ludzi, jest bardzo lubiana, ma wielu serdecznych przyjaciół. Poznaliśmy się kilka tygodni później. Sympatyczne wrażenie, które stworzyła pozostało na zawsze.

Pamiętaj o tym, że ludzie instynktownie dostosowują się do twojego nastroju, wyrazu twarzy, który nosisz. Chmura gradowa ściąga pioruny, a piękne, pogodne niebo zachęca do okazywania sympatii. Dlatego, kiedy poznajesz ludzi, wchodzisz do pomieszczenia, w którym ktoś jest – uśmiechnij się.

2. Zamiast krytykować, mów miłe rzeczy

- Moja przyjaciółka przyprowadziła swojego nowego chłopaka, który jest projektantem – opowiada Berta, 31-letnia rehabilitantka. - Rozejrzał się po moim mieszkaniu i po chwili skrytykował wazon, który dostałam w prezencie. Może i nie był dziełem sztuki, ale poczułam się urażona i nigdy już tego faceta nie polubiłam.

No właśnie. Zawsze można znaleźć coś pozytywnego w drugiej osobie i jej otoczeniu lub też skupić się na negatywach. Nie masz obowiązku prawić pustych komplementów. Pochwała powinna być szczera i płynąć z serca. Jeśli jednak kusi cię krytyka, to wiedz, że w ten sposób tracisz punkty już na początku znajomości.

3. Dla twojego rozmówcy najważniejszy jest… on sam

- Kiedy spotkałam się z Robertem – opowiada Małgosia, 33-letnia lekarka - na początku byłam pod wrażeniem. Przystojny, wykształcony, elokwentny. Jednak szybko poczułam się przytłoczona, ponieważ Robert mówił wyłącznie o sobie. Cóż z tego, że całkiem ciekawie (o podróżach, książkach, o wyzwaniach zawodowych), kiedy miałam wrażenie, że w ogóle się mną nie interesuje. Kiedy ja coś mówiłam, nie zadawał pytań, tylko szukał pretekstu, żeby wtrącić jakąś anegdotę na swój temat. W końcu w ogóle przestałam się odzywać.

Jeśli idziesz na spotkanie z zamiarem olśnienia swojego rozmówcy i pokazania jaki/a jesteś mądry/a i obyty/a – nie sprawisz, by ta osoba cię polubiła. Zamiast mówić o sobie – pytaj i dbaj o to, by wymiana informacji między wami pozostawała w równowadze. Nie zatracaj się w tematach, które nie są interesujące dla innych.

4. Spraw, by druga osoba czuła się w twoim towarzystwie ważna

- To był pierwszy raz, kiedy Beata zaprosiła mnie na spotkanie ze swoimi przyjaciółmi – relacjonuje Bartek, 27-letni manager. - Przez cały czas miałem wrażenie, że nie zwraca na mnie uwagi. Nie jestem przeczulony i nie chodziło mi o to, aby mnie adorowała, jednak byłem jedyną osobą spoza kręgu i czułem się trochę obco. Beata mi nie pomagała. Kiedy na przykład coś opowiadałem, odwracała się do koleżanki, wymieniały po cichu jakieś opinie. Potem znowu zaczęła temat, na który nie miałem nic do powiedzenia, bo dotyczył ich dawnych wspólnych wakacji. Czułem się jak piąte koło u wozu.

Osoba, której sympatię chcesz pozyskać, nie powinna mieć wrażenia, że ją lekceważysz. Niestety, brak zainteresowania dla jej/jego wypowiedzi lub też wykluczenie z grupy poprzez temat, który jej/jego nie dotyczy, właśnie taki efekt daje.

Podobnie działa: - spóźnianie się - zapominanie imienia - przerywanie komuś lub odpowiadanie bez zastanowienia tak, jakbyś miał/a gotową odpowiedź.

5. Bądź dobrym słuchaczem - skup uwagę na swoim rozmówcy

- Randka z Piotrkiem byłaby udana, gdyby nie robił wrażenia roztargnionego – mówi Marta, 23-letnia asystentka. - Ciągle prześlizgiwał się wzrokiem po otoczeniu, bawił się łyżeczką. Miałam wrażenie, że go nudzę albo, że jego myśli zaprząta coś o wiele ważniejszego niż nasze spotkanie.

Nic tak nie deprymuje w kontakcie, jak uczucie, że on/ona w ogóle nas nie słucha. Jeśli chcesz być dobrym słuchaczem (co jest naprawdę bardzo cenną umiejętnością), pamiętaj o kilku prostych zasadach: - utrzymuj kontakt wzrokowy, nie uciekaj oczami - nie baw się niczym, a jeśli robisz to nieświadomie - pozbądź się tego - patrz w kierunku osoby mówiącej i po prostu słuchaj tego, co mówi - zadawaj pytania, aby pokazać, że interesujesz się tematem - nie przerywaj ani też nie wyskakuj z dygresjami, zanim twój rozmówca nie wyczerpie tematu.

6. Zaprezentuj się w dobrym świetle

- Przyglądałem się Renacie przez cały wieczór – mówi Jurek, 40-letni inżynier. - Wydawała się spokojna, ale nie znudzona, wesoła, ale nie hałaśliwa, pewna siebie, ale nie nadęta. Pomyślałem, że chciałbym nawiązać z nią znajomość.

Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. Jeśli ktoś np. pyta cię o pracę – możesz powiedzieć, że tworzysz małą jednoosobową firmę, która nic nie znaczy w porównaniu z korporacyjnym gigantem lub też, że jesteś sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Czy czujesz różnicę?

Na duży plus działa szczerość, naturalność, zadowolenie z życia. Na minus: przepraszanie za to, że żyjesz, bufonada, nadgorliwość, obmawianie innych.

7. Używaj słowa "dziękuję", wyrażaj swoją wdzięczność

- To zabawne, ale przez cały pierwszy wieczór z spędzony Maćkiem byłam nim umiarkowanie zainteresowana – opowiada Ewa, 42-letnia kosmetolog. - Gadało się nam nieźle, było całkiem miło, jednak zachowywałam jakiś dystans. Dopiero, kiedy na koniec Maciek spojrzał mi w oczy, wziął moje ręce w swoje i powiedział: "Ewo, bardzo ci dziękuję za ten wieczór" – poruszył moje serce. Poczułam się doceniona i z chęcią umówiłam się z nim na kolejną randkę.

Wyrażając wdzięczność bądź szczery/a, ponieważ zdawkowe podziękowania z pewnością zabrzmią fałszywą nutą. Jeśli dziękujesz – nawiąż kontakt wzrokowy z osobą, której wyrażasz wdzięczność. Takie słowa mają o wiele większą moc, gdy kierujesz je wprost do serca twojego rozmówcy.

To tylko garstka porad, które pomogą wam łatwiej i efektywniej nawiązywać dobre kontakty. Mam nadzieję, że okażą się pomocne.

Zainteresowanym polecam książkę Les Giblin – Umiejętność obcowania z ludźmi.