1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Core Energetics, czyli jak dotrzeć do głebokich poziomów naszej życiowej siły

Core Energetics, czyli jak dotrzeć do głebokich poziomów naszej życiowej siły

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Konwencjonalne szkoły psychoterapeutyczne bazują na rozmowie, a nurty pracy z ciałem niekiedy skupiają uwagę wyłącznie na nim. Metoda Core Energetics postrzega człowieka jako połączenie emocji, myśli, ciała oraz ducha – i pomaga pokonać opór i blokady przed pełnym wyrażaniem siebie.

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Odgrywamy wyuczoną rolę osoby grzecznej, zaradnej, elokwentnej, a nawet zakochanej czy zrozpaczonej. W wyniku przeszłych doświadczeń wielu ludzi nie czuje się wolnymi do bezpośredniego wyrażania siebie i nie zmierzyło się z otwartym, najprostszym i największym pytaniem, jakie można sobie zadać: kim jestem? Żyją z poczuciem skrępowania przed ujawnieniem bliskim, współpracownikom, światu, ale również samemu sobie prawdy o tym, kim są, jak też po co są tutaj na ziemi. Metoda Core Energetics (w skrócie CE) pozwala pokonać to skrępowanie i odrzucić maskę.

Cztery elementy

CE opiera się na dwóch założeniach. Pierwsze traktuje ciało jako nieodłączne od psychiki. Ciało niesie w sobie bowiem pamięć przeszłego życia, nie tylko doświadczonych ran, przyjętych głasków, przebytych operacji, sposobu odżywiania się, ale również tego, jak było traktowane w przestrzeni energetycznej. Czy miało swobodę sięgania po to, czego potrzebuje, czy może było powstrzymywane i musiało się kurczyć z powodu krzyków, dyscyplinujących spojrzeń i pouczeń? Czy mogło zasypiać w spokoju, a może musiało często uciekać, chować się, wylewać łzy? CE zwraca uwagę na emocje w takim samym stopniu jak na anatomię, fizjologię oraz świadomość ciała. To również ewolucyjna metoda psychoterapeutyczna – a zatem taka, która stawia sobie za cel jak najpełniejsze, zdrowe doświadczanie życia z zachowaniem świadomości, że jako ludzie cały czas ewoluujemy i mamy wpływ na kierunek tej ewolucji. Co ważne, nie tylko nasze ciało ewoluuje, świadomość również.

Drugie założenie CE dotyczy duchowości. Nie jest ona jednak związana z konkretnym systemem wierzeń, religią bądź zasadami, które mają wyznawać pacjenci czy klienci trafiający do terapeuty. Duchowość jako podstawowe założenie w tej metodzie oznacza przede wszystkim traktowanie człowieka jako złożonego z czterech elementów: umysłu, emocji, ciała oraz ducha.

Mądrość i piękno

Twórcą Core Energetics jest John C. Pierrakos, który twierdził, że terapia jest stworzona po to, żeby uwolnić wrodzoną mądrość i piękno duszy. Podobno na swoich zajęciach wykrzykiwał z ekscytacją: „Wykrzycz to!”, „Stań na nogi!”, „Porusz swoją energią i żyj!”.

Pierrakos urodził się w 1921 roku w Grecji, po wybuchu II wojny światowej wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął studia medyczne i wykładał. Specjalizował się w psychiatrii i fascynował naukami Wilhelma Reicha, kontrowersyjnego ucznia Zygmunta Freuda. W latach 50. zaczął pracować z Alexandrem Lowenem i wspólnie opracowali szereg metod pracy z ciałem, by przywrócić mu naturalną elastyczność. Tak powstała znacznie popularniejsza Analiza Bioenergetyczna. Jednak Pierrakos szukał czegoś więcej, między innymi wsparcia duchowego. Znalazł je w naukach Evy Broch, która wraz z grupą przyjaciół skupiała się wokół filozofii rozwoju duchowego zwanej Pathwork. Eva uczyła, że energia fizyczna, psychiczna i duchowa musi być w równowadze, a seksualne, satysfakcjonujące połączenie z drugim człowiekiem to najszybsza autostrada do poznania Boga.

Eva i John pobrali się (dla niego było to już drugie małżeństwo) i zaczęli razem pracować. Tak powstał Core Energetics, a Pierrakos rozstał się z Lowenem. Gdy został wdowcem, ożenił się po raz trzeci i nawiązał relację ze swoją najstarszą córką z pierwszego małżeństwa, której nie widywał od czasu rozwodu z jej matką. W końcu otworzył Instytut Core Energetics, którego oddziały powstały na całym świecie. Podstawą działania instytutu było założenie, że ludzie cierpiący poszukują nie tylko rozwiązania problemów, ale odnalezienia sensu i powodu istnienia. Droga do ich odkrycia ma prowadzić przez swobodne i unikatowe formy wyrażania swoich wewnętrznych atrybutów: miłości, mądrości i równowagi. Zdaniem Pierrakosa wszyscy mamy do nich dostęp. (Jeśli szukasz terapeuty Core Energetics lub więcej informacji o tej metodzie, wejdź na stronę CE Polska coreenergeticspolska.com).

Podróż w nieznane

Terapia bywa w tym nurcie nazywana podróżą i nie polega na statycznym siedzeniu naprzeciwko siebie w fotelach. Pierwsze sesje służą rozpoznaniu tego, z jakimi tematami przychodzi dana osoba. To również moment na czytanie mapy ciała, tego, jak ono się porusza, gdzie kumuluje się energia i jaką zbroję to ciało musi nosić, by siebie ochronić.

Core Energetics podobnie jak inne nurty czy paradygmaty psychologiczne wykorzystywany jest w różnych formach pracy z drugą osobą – indywidualnie i grupowo. Może to być psychoterapia, coaching, trening pracy z emocjami, trening interpersonalny, warsztat ogólnorozwojowy czy tematyczne szkolenia. Podczas sesji możesz spodziewać się zarówno rozmowy, jak i zaproszenia do szeregu ćwiczeń ruchowych pomagających pozbyć się maski, by dotrzeć do uniwersalnego planu życia. O tym, jakie będą to ćwiczenia, decyduje terapeuta w porozumieniu z pacjentem, w zależności od zgłaszanego problemu oraz etapu pracy nad problemem.

Cztery fazy pracy

Niezależnie od tego, w jakiej dokładnie formie będzie przebiegać terapia, musi objąć ona cztery fazy, z których każda „jest szansą do eksplorowania głębszych poziomów naszej osobowości i do coraz głębszego kontaktu z esencją naszego istnienia” – jak pisze amerykańska psychoterapeutka holistyczna Lisa Loustaunau w poświęconym Core Energetics artykule. W trakcie terapii można przechodzić między tymi fazami zupełnie spontanicznie i nie muszą one następować po sobie. Gdy osobie pracującej nad odzyskaniem wolności uda się pozbyć energetycznych, zapisanych w ciele blokad, może doświadczyć czterech faz podczas jednej sesji. Oto one:

1) Penetracja maski

Maska jest tym, co widoczne, można ją porównać do ego. Kształtuje się w toku życia w odpowiedzi na wychowanie, rany, sukcesy, strategie zapożyczone od dorosłych. Maska może mieć różne imiona, takie jak: mądra, głupia, wierna, piękna, zaradna, wytrwała, znosząca, krzywdząca. W tym sensie jest zbiorem cech i mechanizmów obronnych, które pełniły w przeszłości określone, ważne role – pomagały chronić przed zranieniem, zapewniały przetrwanie, pozwalały zyskać znajomych i przyjaciół albo ukryć wstydliwą czy intymną prawdę. Budowanie maski kosztuje sporo energii i stoi za tym wiara, że dzięki tej określonej masce – czyli temu, jak będą mnie inni postrzegali, jak będę o sobie myśleć – zdobędę miłość, sukces lub inne korzyści. Jednak energia potrzebna do utrzymania maski przypomina wodę uwięzioną w wiadrze, a nie tę żywą, w jeziorze czy rzece. Taka energia jest zastała, można powiedzieć, że martwa; prawie nie sposób nawiązać autentycznego kontaktu z noszącą ją osobą. Porzucenie maski zazwyczaj wywołuje lęk, prawdopodobnie dlatego, że chodzenie z odkrytą twarzą musiało w przeszłości wiązać się z krzywdą w życiu danej osoby. Pokazała, kim naprawdę jest i została wyśmiana, skrzywdzona, pominięta czy upokorzona. Zadaniem terapeuty na początku jest tolerować maskę i wyjaśniać, że ta przypomina reprodukcję albo tarczę, za którą ukrywa się wyższe ja. Pacjent jest równocześnie zapraszany, by doświadczać swojego ciała, pozwalać, by przepływało przez nie więcej świeżej, żywotnej energii. Ma to przygotować go do etapu porzucenia maski, trochę tak jakby w końcu zdecydować się wodę z wiadra wylać z powrotem do rzeki.

2) Wyzwolenie i transformacja niższego „ja”

Niższe „ja” jest zamkniętym sercem, upartym wysiłkiem, by unikać bólu. W tym celu niższe „ja” namawia nas, byśmy pozostawali w separacji, czuli się odrębni, wyjątkowi albo przeklęci, niepasujący, wyobcowani. Niższe „ja” lubi złość i energię osądzania, drwienia, nienawiści. Jest przywiązane do tego, co destrukcyjne. Jest jak zaklęcie „drętwota”, którym posługiwano się w świecie Harry'ego Pottera – powodowało, że człowiek zamierał, chociaż był żywy. Tkwienie w energii niższego „ja” powoduje, że człowiek nie żyje w pełni, ale tkwi w życiu. W konsekwencji dochodzi do utraty naturalnego przepływu energii, przeżywania emocji i doznań duchowych. Praca terapeutyczna na tym etapie polega na ośmielaniu osoby do zdania sobie sprawy z tego, że niższe „ja” nie jest pełną opowieścią, oraz zachęceniu, żeby wzięła odpowiedzialność za własne życie bez poczucia winy, wstydu czy lęku. W ten sposób może zostać uwolniona ogromna energia, którą pacjenci czują na poziomie ciała jako pobudzenie, ożywienie, które zazwyczaj pomagają zrzucić swoje stare maski.

3) Dostęp i korzystanie z wyższego „ja”

Pierrakos określał wyższe „ja” jako kreatywne ego, które nie ma nic wspólnego z aroganckim, zaborczym czy wylęknionym ego. Wyższe „ja” to nie tylko świadomość siebie, ale również siebie jako części znacznie większej sieci połączeń z ludźmi, Ziemią i wszystkimi żywymi organizmami. To z poziomu wyższego „ja” można karmić się mądrością i miłością przekraczającą umysł, by osiągnąć równowagę. Terapeuta patrzy na pacjenta właśnie przez jego wyższe „ja” – z godnością, szacunkiem i uwzględnieniem faktu, że bez względu na trudności, przez które przechodzi, ma dostęp do mocy mądrości i miłości. To nic, że w danym momencie może ich nie dostrzegać. Ta pozornie niewielka różnica bywa rewolucyjna. Pacjent nie jest zapraszany do drobiazgowego analizowania nieszczęść, traum i krzywd, ale odzyskiwania mocy, sprawczości i życiowej energii. W tym celu możliwy jest dotyk, wykonanie określonych ćwiczeń fizycznych, ale również czuła rozmowa z terapeutą.

4) Uniwersalny plan życia

Ostatnia faza, której przebłysków pacjent może doświadczać na poszczególnych sesjach, to moment łączenia skrajności, godzenia się z chaosem i porządkiem, rozumienia, że wszystkiego nie da się, a nawet nie należy zrozumieć. Uniwersalny plan na życie osadza w  życiu – czasami w samym sercu, niekiedy na obrzeżach, ale nigdy ponad ani pod życiem czy nawet obok niego. To wcale nie oznacza, że życie pozbawione jest bólu czy cierpienia, ale uwalnia od konieczności ulegania słowom innych czy ranom przeszłości. Ból lub cierpienie mogą zostać przeżyte, doświadczone i nie muszą wywoływać konieczności barykadowania serca, odcinania się od ludzi lub kompulsywnego pragnienia bycia z nimi blisko. Jest uznaniem, że każde życie jest indywidualne – ale istnieje wyłącznie w zjednoczeniu z wszystkim, co żywe dookoła.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Psychologia

Jak zaopiekować się sobą? – 10 sposobów na okazanie sobie ciepłych uczuć

Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Zwłaszcza kobiety mają tendencje do tego, żeby opiekować się dzieckiem, kotem, mężczyzną, koleżanką, czy sąsiadką. Ale nie sobą. Lato to dobry czas, żeby wreszcie to zmienić.

Dr Sherrie Campbell jest psychologiem klinicznym z 30-letnim doświadczeniem prowadzenia psychoterapii. Uważa ona, że właśnie brak opiekowania się sobą leży u przyczyn naszych kłopotów psychologicznych. Ktoś, kto nie zajmuje się sobą, nie ma ze sobą kontaktu i ciepłych uczuć wobec siebie. Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia. Tymczasem są proste sposoby, żeby zacząć dbać o siebie. Jakie? Sherrie Campbell wymienia 10 z nich.

1. Ćwicz, spaceruj, chodź na basen, biegaj po parku. Cokolwiek, byle w samotności i na świeżym powietrzu. To właśnie czas dla siebie i bliskość natury sprawiają, że inaczej patrzymy się na świat, stajemy się spokojniejsi i przede wszystkim nawiązujemy kontakt ze sobą. Na świeżym powietrzu i ze sobą nie czujemy już tej presji obowiązków i wymagań innych ludzi. To już powiew wolności.

2. Przez 30 minut dziennie kontempluj. Obserwuj każdą swoją myśl oraz uczucie. Poświęć sobie uwagę całkowicie i do końca. Niech te półgodziny będzie dla ciebie święte. Od tego zacznij, potem staniesz się uważna na siebie przez 24 godziny na dobę.

3. Twórz. Odwołaj się do swojej kreatywności, ona powoduje, że życie staje się soczyste i pełne pasji. Pisz, tańcz, piecz tarty, haftuj, maluj czy naprawiaj samochody. Byle sprawiało ci to radość i nie było twoją pracą.

4. Odpowiednio dobieraj towarzystwo. To ważne, żeby dbać o swoją energię psychiczną. Jesteśmy stworzeniami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi ludźmi. Jednak jesteśmy również emocjonalni i łączymy się z uczuciami innych. Dlatego tak ważne jest, żeby świadomie wybierać towarzystwo. Unikaj ludzi agresywnych, złośliwych, zazdrosnych i źle ci życzących. Zwróć się ku radosnym, optymistycznym i dobrym. Naprawdę możesz wybrać.

5. 20 minutowa drzemka w ciągu dnia. Prosta rzecz i przyjemna a odprężająca nasze emocje oraz ciało. Dostępna dla każdego.

6. Nagrody. Każda okazja jest dobra, żeby się nagradzać. Przeżyłaś pracowity dzień, zrobiłaś kolejny mały krok w kierunku swojego celu, wybierz się na masaż, kup sobie inspirującą lekturę, usiądź z ulubionymi lodami na ławce w parku.

7. Żyj duchowo. Medytuj, żeby poczuć jedność ze wszystkim, co cię otacza. Szukaj ludzi, którzy żyją w ten sposób, dbaj o to, żeby energia, którą wibrujesz, była coraz wyższa i czystsza.

8. Dotyk. Jest jak uzdrowienie, bo zmniejsza skutki stresu i pozwala poczuć miłość do siebie. Dlatego dbaj o to, żeby dotykać się z bliskimi tobie ludźmi.

9. Zdrowe jedzenie. Tak, to krok w kierunku miłości własnej. To znak, że o siebie dbasz, bo masz kontrolę nad negatywnymi kompulsjami.

10. Mniej elektroniki w życiu. Sprzęty elektroniczne, którymi się otaczamy, sprawiają że nasz mózg nie emituje wystarczającej dla zrelaksowania się ilości fal alfa. Niech jakaś część dnia będzie dla ciebie wolna od telewizora, telefonu, laptopa. Jeśli się na to zdecydujesz, będziesz dla siebie dobra. A o to przecież chodzi w nauce opiekowania się sobą.

  1. Zdrowie

Problem bezczynnych nóg. Czy skłonność do powstawania żylaków jest dziedziczna?

Żylaki zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. (Fot. iStock)
Żylaki zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. (Fot. iStock)
Po naszych przodkach najchętniej dziedziczylibyśmy fortunę, tymczasem dostaje się nam np. słaba wydolność żył… Ale nie załamujmy się. Dlaczego warto siedzieć z nogami na stole i jak używać encyklopedii do spania – mówi Dariusz Kuś, specjalista chirurgii ogólnej.

Czy żylaki siedzą w naszych genach?
Niestety tak. Skłonność do powstawania żylaków kończyn dolnych jest dziedziczona. Ale, na szczęście, możemy do pewnego stopnia ten determinizm genetyczny kontrolować – przez odpowiednie nawyki czy dietę.

Jak wygląda mechanizm powstawania żylaków?
Żylak to po prostu utrwalone nadmierne rozszerzenie żyły. Ale żeby zrozumieć, jak dochodzi do jego powstania, trzeba wiedzieć, jaką funkcję żyły pełnią…

Odprowadzają „zużytą” krew do serca.
Właśnie. To proszę sobie wyobrazić, jaką pracę muszą wykonać, aby przepchnąć krew od kostek do klatki piersiowej. To jest ponad metr wysokości bardzo rozbudowanego systemu naczyń mającego pokonać siłę grawitacji. Pomaga im w tym oczywiście praca serca i skurcze mięśni. Do tego w żyłach co kilka centymetrów znajdują się zastawki, które nie pozwalają cofać się przepchniętej krwi. Czasem jednak to nie wystarcza. Dzieje się tak szczególnie, kiedy za rzadko używamy pracy nóg – bo mięśnie to pompa. Kiedy nie chodzimy, nie biegamy, pozostawiamy nogi w bezruchu podczas pracy czy podróży, zwalnia to przepływ krwi i żyły w nogach zaczynają się za bardzo wypełniać krwią.

Rozciągają się?
Właśnie. Zastawki robią się niewydolne, pękają i krew spływa ściągana w dół siłą grawitacji – to tak zwany refluks żylny. Pod skórą zaś widzimy poszerzone naczynia krwionośne. Pierwszym objawem, że z krążeniem w nogach coś się dzieje, są zwykle niegroźne, choć brzydkie pajączki naczyniowe. Na szczęście, zanim z tego zrobi się żylak, a z żylaka problem medyczny grożący komplikacjami, potrzeba lat.

Czym grożą żylaki?
Zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. Dlatego gdy żylak już powstanie, należy zgłosić się do chirurga...

…który go wytnie? A to nie zostawi blizny tak szpetnej jak sam żylak?
Po pierwsze, może wcale nie wytnie. Małe żylaki i pajączki naczyniowe można zamknąć na przykład laserem. Inne rzeczywiście usuwamy, ale dbając o efekt kosmetyczny.

Jak długo trwa rekonwalescencja?
Czasem tylko kilka dni, czasem tydzień, dwa. Zawsze po takim zabiegu trzeba nosić uciskowe rajstopy albo pończochy.

Po co?
Bo jak usuniemy żyłę, to krew, która przez nią płynęła, musi sobie znaleźć inne miejsce przepływu. Uciskiem kierujemy ją do żył położonych głęboko w mięśniach.

A głębokie żyły wytrzymają nową porcję krwi?
Wytrzymają. Zresztą tamtędy płynie aż 90 proc. krwi żylnej. Żyły są trochę jak system rzek. Małe strumyki, potoki łączą się w coraz większe i w końcu powstają duże rozlewiska. W nodze od kostki do pachwiny jest prawdziwa Wisła – to położona podskórnie żyła odpiszczelowa. Jest też oczywiście i Odra – żyła odstrzałkowa, która biegnie podskórnie po tylnej powierzchni łydki, kończąc się na wysokości kolana. Przed każdym zabiegiem robimy specjalne USG dopplerowskie, które ocenia stan i morfologię żył oraz przepływ krwi i wydolność zastawek.

Siedzenie z nogami do góry chroni nas przed żylakami?
Zakładanie nóg na stół z pewnością jest zdrowe. Gdy podniesiemy nogi do góry, to krew spływa z żył jak na zjeżdżalni, jest jej łatwiej pokonać grawitację. Dlatego polecam podkładanie encyklopedii pod nogi łóżka, a w każdym razie stosowanie specjalnych trójkątów pod materac lub ruchomego stelaża łóżkowego. Dla właściwego odpoczynku żył wystarczy, by stopa była 5–10 cm wyżej niż kolano.

  1. Kultura

Natalia Kukulska: "Nie muszę się wszystkim podobać"

W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
Na scenie i w życiu lubi poddać się nastrojowi chwili, emocjom, brzmieniu... Coraz łatwiej odpuszcza kontrolę, przestała wymagać od siebie coraz więcej i więcej. – Już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy. To są naczynia połączone – mówi Natalia Kukulska.

Na płycie „Czułe struny”, zawierającej aranżacje utworów Fryderyka Chopina, śpiewasz: poddawaj się, wybaczaj, odpuszczaj. A nie: bądź silna, walcz...
To jest taka dobrotliwa autorefleksja. Często brakuje nam czasu na przyjrzenie się sobie, zrozumienie siebie i zaopiekowanie się sobą, na okazanie sobie czułości. To, że coś dotyka naszych czułych strun, znaczy, że wchodzi w nas jakby głębiej. Bo do pokładów czułości wcale nie jest tak łatwo się dostać. Trzeba poświęcić na to trochę czasu i uwagi, okazać sobie prawdziwe zainteresowanie. Po co to robić? Bo może właśnie wtedy, w tym momencie, dotykamy naszej istoty, czyli naszej duszy, która gdzieś tam w środku się o to upomina.

Myślę, że czułość siedzi pomiędzy emocjami i trudno ją słowami opisać. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A już najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło i poczujemy się lepiej. Jest wiele badań potwierdzających, że to właśnie muzyka klasyczna łagodzi nasze nerwy i daje poczucie ładu i harmonii.

Wydany w ubiegłym roku album 'Czułe struny' zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)Wydany w ubiegłym roku album "Czułe struny" zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)

Muzyka klasyczna ma określoną częstotliwość dźwięków, która pozwala organizmowi się uspokoić, skupić i osiągnąć zdolność do samoregulacji.
A do tego Chopin to romantyk, którego klasyczne rozwiązania nasycone były melancholią i rozbuchane emocjami. Pamiętam, jak usiedliśmy z Pawłem Tomaszewskim do wyboru utworów na płytę i powiedziałam: „Na pewno nie bierzemy się za polonezy, bo o czym ja bym miała śpiewać w takim patosie?”. Polonez daje nam to niezwykłe uczucie wzniosłości – kto dzisiaj robi utwory przepełnione dumą? Trochę z przekory podjęliśmy próbę i napisałam tekst o odwadze, przeznaczeniu, spełnieniu… Paweł wykonał piękną aranżację symfoniczną, zabrzmiała Sinfonia Varsovia i przyznaję, że odnalazłam w sobie tę zagubioną wzniosłość. Lubię też refleksyjny smutek, który odczuwam w wielu utworach. Jakiś rodzaj mądrości ponadczasowej, która ciągle dotyka właśnie naszych czułych strun.

Nie miałaś tremy przed spotkaniem z mistrzem?
Człowiek myśli, że musi być w galowym stroju. No bo jak to – ja i Chopin? Ale prawdziwy kontakt ze sztuką to nie jest stanie na baczność. Bo to też nie jest pomnik, jego muzyka cały czas żyje i wzbudza w nas emocje. Na płycie „Czułe struny” mężczyźni: Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński, Adam Sztaba i wspomniany Paweł Tomaszewski stworzyli niesamowite aranżacje symfoniczne. A kobiety: Kayah, Mela Koteluk, Gaba Kulka, Natalia Grosiak, Bovska i ja – opracowałyśmy warstwę liryczną albumu. Zależało mi na stworzeniu tekstów współczesnych i osobistych, które pokazują, o czym według nas jest ta muzyka. Każdy ma przecież jakieś wyobrażenie. My je nazwałyśmy. Okazało się, że tej tytułowej czułości w tekstach jest wiele. Ona po prostu ukrywa się w nutach. A niektóre tematy są niezwykle uniwersalne. Myślę, że również dlatego muzyka Chopina ciągle tak mocno działa.

Kontaktujesz się ze swoją czułą stroną właśnie poprzez muzykę?
Tak, bo uważam, że w sztuce łatwiej jest ją namierzyć, poczuć i zrozumieć. To także niesamowity pomost pomiędzy artystą a słuchaczem. Dlatego najmocniejszy odbiór jest zawsze wtedy, gdy muzykę gra się na żywo. Pandemia chwilowo odebrała mi możliwość weryfikacji tej tezy z publicznością, ale przyszły rok zacznę od koncertów „Czułe struny” w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie i Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, których już nie mogę się doczekać.

Czułość odnajduję jednak nie tylko w muzyce, ale też w poezji czy malarstwie. Dzisiaj żyjemy w tempie, które bardzo rzadko pozwala nam na czułość. A ona pojawia się w momencie zatrzymania. Pomiędzy punktami, dźwiękami, słowami… Nie będę zatem próbowała jej definiować w pośpiechu… Zwłaszcza że tyle niezwykłych odkryć wokół tego pojęcia dokonała Olga Tokarczuk w „Czułym Narratorze”.

'Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Muzyka działa terapeutycznie również na dzieci. Z badań firmy Gerber wynika, że powinno się śpiewać kołysanki wcześniakom – to właśnie one mocniej odpowiadały na stymulację dźwiękową, dzięki temu uzyskiwano u nich lepszą saturację, uspokojenie i przyrost wagi ciała. To niesamowite!
To prawda. Temat tych kruchych istot zawsze mnie porusza. Wiem, jaki trudny to czas dla rodziców i dla maleństw, które ze swojego naturalnego środowiska, jakie najlepiej sprzyja bezpiecznemu rozwojowi, muszą przejść w inny, nowy, nie zawsze tak bezpieczny świat. Wspólnie z Joanną Kulig i Igorem Herbutem na zaproszenie marki Pampers Polska nagraliśmy nawet „Kołysankę dla wcześniaków”, która – mam nadzieję – okazuje się kojąca dla maluszków i ich rodziców. W ogóle sen jest kluczowy dla odpowiedniego rozwoju i dobrego samopoczucia każdego maleństwa, a w szczególności tego, które przedwcześnie przyszło na świat.

Muzyka może być dla nas terapią przede wszystkim dlatego, że działa na naszą podświadomość, na nasze emocje i nastrój. Ja na przykład totalnie się temu poddaję, mam taki rodzaj wewnętrznego guzika czy przełącznika, że kiedy tylko usłyszę dźwięki, które lubię, nagle po prostu odpływam, nie ma mnie. A może właśnie dopiero wtedy jestem? Znam niewielu ludzi, którzy nie lubią muzyki. Chyba każdy z nas ma jakiś rodzaj wspomnień i własnych przeżyć związanych z muzyką, które gdzieś czy kiedyś nam pomogły. Oczywiście teksty też są ważne, jednak większość muzyków, z którymi pracuję, a na pewno mój mąż, słowa stawia na dalszym planie. Bo muzyka to język… swoisty.

Dla mnie też ważniejszy jest rytm i sama muzyka, dlatego że dają mi więcej przestrzeni do wypełnienia jej swoimi emocjami.
To jesteś w absolutnej mniejszości. Większość ludzi w Polsce kupuje płyty dla tekstów. Dla nich ważne jest to, o czym opowiada dany utwór, jaki jest przekaz i interpretacja. Jako wokalistka zwracam dużą uwagę na wokal, ale wiem również, że on bardzo determinuje, to znaczy wpływa na kształt utworu i tego, jak go odbieramy. Sama słucham dużo muzyki instrumentalnej, ilustracyjnej i filmowej. Tam oddziałuje na nas głównie harmonia i brzmienie.

Mój mąż, tak jak i ty, słucha muzyki dziwnej, wykręconej brzmieniowo, z cyklu „radyjko się zepsuło”. I mnie interesują oryginalne połączenia, które przemycam w swojej muzyce, ale nie dla formy. Ta treść jest ważna… Mam w sobie ostatnio potrzebę uzyskiwania i odczuwania lepszego świata w muzyce, może stąd moja fascynacja klasykiem. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w Disneylandzie. Wchodzisz tam i od razu słyszysz muzykę filmową. John Williams, Hanz Zimmer... i już jesteś w innym, piękniejszym świecie. Muzyka nadaje życiu kolory.

Dlatego z gitarzystą i kompozytorem jazzowym Markiem Napiórkowskim nagraliśmy płytę z kołysankami „Szukaj w snach”. Na koncerty w Teatrze Starym w Lublinie przychodziły całe rodziny – rodzice z dziećmi, bobasami, niemowlętami nawet. Wszyscy razem, siedząc na wielkich poduszkach, wybieraliśmy się do krainy łagodności. To było piękne... Widziałam, jak kilkuletnie dziewczynki w tych swoich zwiewnych sukienkach zamykały oczy i nagle zaczynały tańczyć. Odpuszczały totalnie kontrolę, dawały sobie przyzwolenie na bycie sobą. Nikt im nie mówił: „Cicho! Usiądź! Co ty wyprawiasz? Nie wolno rozrabiać!”.

Jesteś czułą matką? Czy twoje podejście do macierzyństwa zmieniało się wraz z kolejnymi dziećmi?
Ostatnio analizuję teorię psychoterapeuty Berta Hellingera, który twierdził, że matka zawsze jest wystarczająco dobra przez sam fakt, że urodziła i dała życie. W ten sposób wypełniła już swoją rolę. Choć łatwo to zrozumieć opacznie. Dla mnie ważne jest to, żeby w swoim macierzyństwie być w pełni obecną, ale też nie dać się zwariować. Być w zgodzie ze sobą. Bo dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy cały czas mamy wrażenie, a zwłaszcza my, kobiety, że coś musimy. Tymczasem podstawą w macierzyństwie wydaje się miłość. Pozostałe zasady każdy wypracowuje sam, we własnym domu. Nie istnieje ideał rodzica ani ideał relacji z dzieckiem. Ważna jest autentyczność, bycie w prawdzie. Resztę można sobie odpuścić.

Sama wyluzowałam dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że przed swoim dzieckiem nie trzeba, a nawet nie można ciągle udawać, że wszystko jest w porządku. Ono ma prawo doświadczyć wszystkich emocji, również złości i smutku. Nie musimy chronić swoich dzieci przed widokiem naszych łez, bo z tym i tak będą musiały się zmierzyć. Bezwarunkowa miłość powinna dać im poczucie bezpieczeństwa.

Dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie było to, żeby nauczyć się, jak radzić sobie ze złością, frustracją czy smutkiem dziecka. Psychologowie nazywają to „akomodacją”, czyli robieniem miejsca w sobie na trudne emocje dziecka. I teraz myślę nawet, że to jest najważniejsze zadanie matki – nauczyć dziecko rozumienia swoich emocji i poznawania siebie, tego, kim jest.
Dziecko jest genialnym obserwatorem. Poprzez to zdobywa wiedzę o świecie i o sobie. W krótkim czasie, zaledwie kilku pierwszych lat, uczy się od nas wszystkiego – począwszy od języka czy chodzenia, poprzez sprawność fizyczną czy jedzenie sztućcami. Dziecko jest niezwykle chłonne. Wystarczy, że patrzy na to, w jaki sposób się zachowujemy. Czy sami potrafimy dotykać naszych emocji, nazywać je i radzić sobie z nimi. Dziecko naturalnie to powtarza. Doświadczenie matki trojga dzieci pokazało mi, że to właśnie naturalność czy szczerość, otwartość prowadzą do zrozumienia i bliskości.

Relacja z dzieckiem zmienia się też w czasie. Najtrudniej bywa, gdy przychodzi konieczny proces odcinania pępowiny. Jak ty sobie z tym radziłaś?
Ten proces odpępowiania nigdy nie jest łatwy, dla mnie też nie był. Mój syn Jasio w czerwcu skończy dwadzieścia jeden lat. Był taki czas, że kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że on jest już odrębną jednostką, dorosłym mężczyzną. A to się stało, po prostu, ot tak. Poczułam się oszukana, myślałam: „to nie fair, jego dzieciństwo miało trwać dłużej!”. Popłakiwałam sobie tak do środeczka, no może nie lałam łez, ale długi czas nie mogłam się z tym pogodzić. Teraz sądzę, że bardziej opłakiwałam wtedy siebie i własną stratę niż jego. Jestem już gotowa wypuścić go z gniazda, ale to musiało we mnie dojrzeć.

Często mówi się nam, kobietom, że da się połączyć wszystkie obszary: być dobrą matką, zaangażowaną partnerką i jednocześnie realizować się zawodowo, ale przecież nie można być w każdym z nich na sto procent. Zawsze coś znajdzie się na wyższej półce...
Na samej górze trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne. Bo w jakiejkolwiek opiece: nad dzieckiem, rodziną czy nad starszymi osobami, nie można nigdy zatracić siebie.

Szczęśliwa mama to kobieta spełniona, to mogę powiedzieć na sto procent, dlatego w układaniu codzienności warto być dobrym strategiem. Inwestować w pełen uwagi, wartościowy wspólny czas, który nazywamy modnie „quality time”, a nie wzajemne obijanie się o siebie w domu. Oczywiście niektóre kobiety nie mogą sobie pozwolić na opiekunki czy pomoc w wychowaniu dziecka, i właśnie szczególnie wtedy warto pamiętać o sobie i swoim dobrostanie psychicznym. Ja już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy – to są naczynia połączone. Harmonia.

Nie masz wrażenia, że czułość łatwiej jest właśnie okazać dziecku niż sobie?
To zależy od tego, co rozumiemy pod określeniem „być czułą dla siebie”. Dla mnie to znaczy właśnie to, od czego zaczęłyśmy: odpuszczać, dawać sobie przyzwolenie na bycie swoją gorszą wersją, nie mieć do siebie żalu i nie stawiać sobie ciągłych wymagań. Ambicje obciążają.

'Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Zawsze o tym wiedziałaś czy musiałaś to dopiero wypracować? Gdzie i jak szukałaś siebie? Terapia, grzybki halucynogenne, warsztaty rozwojowe…? Wspominałaś o Hellingerze...
Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie. Wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię. To nie musi być droga na całe życie, a sposób na to, żeby pobyć bliżej siebie, wyciszyć się czy ukoić. Sama, żeby stanąć mocno na własnych nogach, musiałam wykonać sporo pracy u podstaw – mam na myśli pracę nad wartościami, wiarą w siebie, wewnętrzną harmonią. Dzisiaj już wiem, że nie muszę się wszystkim podobać, a tak właśnie byłam wychowana. Stąd pewnie moje rozdmuchane ambicje, bo zawsze miałam poczucie, że muszę zrobić więcej, żeby ktoś mnie docenił i zrozumiał.

Dzisiaj uciekam od życia w takiej ciągłej niezgodzie na siebie. I bardzo nie lubię, gdy ktoś coś udaje – od razu to rozpoznaję. Może właśnie w byciu sobą pomogła czułość do siebie? Pasja daje mi skrzydła. Bo mogę być zagrzebana po łokcie w codzienności, ale wiem, że zaraz wyskoczę na scenę, zanurzę się w dźwięki i nastąpi ta nieziemska wymiana energii z drugim człowiekiem. W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę.

Natalia Kukulska, rocznik '76. Jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek. Autorka tekstów i współautorka muzyki. Jej wydane rok temu „Czułe struny” zyskały status platynowej płyty. Prywatnie żona muzyka Michała Dąbrówki, mama Jana, Anny i Laury.

  1. Seks

Seksualność kobiet wysoko wrażliwych okiem terapeutki Katarzyny Kucewicz

Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Wysoka wrażliwość to z jednej strony olbrzymi potencjał doświadczania zmysłowego, z drugiej – ryzyko, że mocniejszy bodziec wywoła dyskomfort, a nawet ból. Wyjątkowo delikatnej i bogatej seksualności kobiet, które „czują za bardzo”, przyjrzała się psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.

Kobiety wyjątkowo wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. Dotyk miękkich materiałów, delikatne muśnięcia na przykład karku czy policzka zapewniają im ekscytujące doznania. Bardziej wrażliwy układ nerwowy jest niestety także bardziej podatny na ból, więc mocniejszy dotyk raczej może być dla nich mało przyjemny, a nawet wywoływać dyskomfort. Wrażliwość jednocześnie ułatwia i utrudnia osiąganie satysfakcji seksualnej.

Bogata wyobraźnia

Fantazja kobiet wrażliwych jest przeważnie nieograniczona i bujna. Już jako dziewczynki często lubiły zamykać się we własnej samotni, a jako kobiety dorosłe potrafią wyobrażać sobie ze szczegółami rozbudowane scenariusze erotycznych doznań. Seksualne marzenia kobiet wysoko wrażliwych mogą dotyczyć różnych sytuacji, ale w rzeczywistości preferują one raczej dotyk czuły i namiętny niż szybki i gwałtowny. Związane jest to z sensoryczną wrażliwością ich ciała.

Dla kobiet wrażliwych bardzo istotna w osiągnięciu satysfakcji seksualnej jest sprzyjająca atmosfera. Dlatego seks bez zobowiązań i relacje oparte wyłącznie na seksie są u nich raczej rzadkością. Niektórzy mówią nawet, że wśród kobiet wysoko wrażliwych istnieje duży odsetek demiseksualnych, czyli takich, których orientacja psychoseksualna opiera się na odczuwaniu pociągu erotycznego tylko pod warunkiem, że nawiązana zostanie silna więź emocjonalna. Według badaczy kobiety wrażliwe raczej później przechodzą inicjację seksualną i mają mniej partnerów niż średnia populacji, co potwierdza, że jednorazowe historie miłosne nie znajdują się w kręgu ich zainteresowania.

Gra wstępna? Powinna być długa i subtelna. Czasami może trwać już od rana, przez cały dzień. Raczej delikatna niż gwałtowna i wyuzdana. Na pewno należy zadbać o atmosferę i komfort – tylko zrelaksowana kobieta będzie czerpała z seksu przeszywającą przyjemność. Zwłaszcza jeśli jest wysoko wrażliwa, a tym samym bardzo czuła na bodźce i doznania. Odpowiednio rozluźniony organizm lepiej reaguje na dotyk, a to szczególnie ważne u kobiet z niskim progiem bólu. Skarżą się one często na doświadczanie dyskomfortu przy próbie stosunku genitalnego. Wynika to z napięcia, niedostatecznego nawilżenia pochwy oraz tego, że mocny i raptowny dotyk jest dla nich nieprzyjemny.

W seksie dla WWO (osób wysoko wrażliwych) bardzo ważne są spokój, harmonia i pewność, że nie będzie zbyt wielu dodatkowych stymulacji. Już sam akt seksualny jest mocnym doświadczeniem, angażującym i przejmującym, a orgazm – przeżyciem wręcz mistycznym, nieziemskim. Doktor Elaine Aron, autorka pojęcia wysokiej wrażliwości, w trakcie swoich badań doszła do wniosku, że kobiety wrażliwe mają statystycznie więcej orgazmów niż kobiety niewrażliwe.

Tak zwany szybki numerek, podczas gdy za ścianą biesiadują goście, przebywają rodzice albo dzieci, jest dla wrażliwej kobiety napinający, bo bodźce dźwiękowe rozpraszają całą jej uwagę. To analogiczna sytuacja jak ta w pracy, gdy nie możemy się skupić na zadaniu, bo dookoła tyle się dzieje. Zatem wszelkie niepokojące dźwięki zza ściany, miauczący kot albo świadomość, że ktoś może wejść, raczej nie będą pobudzać osoby wrażliwej – to zbyt duże rozproszenie.

„Jeśli coś wytrąci mnie z rytmu, nie jestem w stanie szybko powrócić do miłosnych uniesień, momentalnie się blokuję. Łagodna muzyka, kadzidełka plus dotyk męża? O nie, to zbyt wiele. Wolę, gdy jest jeden intensywny bodziec” – mówi Nina, 37-letnia nauczycielka angielskiego będąca WWO.

Po seksie wrażliwa kobieta potrzebuje dużo czasu, by dojść do siebie. Seks jest dla niej wyczerpujący nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Czasami kobiety opowiadają, że po bardzo intensywnym orgazmie wręcz płaczą ze szczęścia, bo tak są poruszone.

Sex-care

Seks jest trudnym tematem do rozmowy dla większości ludzi. To przestrzeń, w której wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy wysoce wrażliwi. Nasz układ nerwowy analizuje w trakcie zbliżenia wiele danych, więc łatwo może zostać przeciążony, a tym samym wytrącić nas z miłosnego nastroju, zanim jeszcze zdążymy się „rozkręcić”. Kluczem do tego, by był seks udany i spełniony, wydaje się nawiązanie właściwej, opartej na empatii i wzajemnej trosce komunikacji z partnerem. Oraz, a może przede wszystkim, pełne zaakceptowanie swojego ciała i własnej seksualności. W swojej praktyce seksuologicznej zauważam, że kobiety, pragnąc osiągnąć harmonię w swoim życiu, często zapominają troszczyć się o własną seksualność. W Ameryce taka troska nosi nazwę sex-care. Sex-care to uważność na swoją seksualność, traktowanie jej z taką samą atencją, z jaką podchodzimy do dbania o swoje samopoczucie czy zdrowie fizyczne.

Kobieta wrażliwa dobrze czyta swoje ciało, jest wnikliwa i dostrzega wszelkie niuanse. Nierzadko jednak jest też krytyczna i surowa w przyglądaniu się swoim kształtom. Może krępować ją własna nagość i kobiecość w kontekście seksualnym, bo często nie ma zbyt wielu intensywnych doświadczeń w tej materii, nie jest też oswojona z nagością. Bywa, że krytycznie ocenia wszelkie odstępstwa od ideału, a jeśli w jej życiu zdarzyła się krytyka (w formie przemocy rówieśniczej czy po prostu niewybrednego komentarza rodzica), odnosi się do niej w sytuacjach intymnych, przypomina sobie, zastanawia się, czy dalej te słowa są aktualne. To procesy zachodzące szybko i automatycznie. Nie jest tak, że same je przywołujemy – usłyszana krytyka rzuca swój cień w momentach napięcia, niepewności, sytuacjach, w których obnażamy się i poddajemy ocenie.

Na szczęście czerpanie satysfakcji seksualnej jest kwestią treningu, ćwiczenia, czułego sprawdzania siebie i swoich reakcji. Można taki trening rozpocząć od automasażu, tańca, samotnego poznawania swojej skóry w kąpieli. Dopiero później można spróbować form głęboko duchowych, na przykład tantry.

Fragment książki „Kobiety, które czują za bardzo”, wyd. Rebis. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji.

Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Coachingu Inner Garden w Warszawie, współpracuje także z Poradnią Zdrowia Psychicznego „Harmonia”. Należy do Polskiej Federacji Psychoterapii. Swoją wiedzą dzieli się na Instagramie: @psycholog_na_insta.