Czy zawsze warto przepraszać?

fot. iStock

Dobry obyczaj uczy ustępować i naprawiać krzywdy, nawet jeśli nie ma w nich naszej winy, ale ktoś poczuł się urażony. A co podpowiada życiowa praktyka i doświadczenie terapeuty? Doktor Tomasz Srebnicki zwraca uwagę na to, że zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków.

Zostałam wychowana w przekonaniu, że lepiej przeprosić, nawet jeśli się nie do końca poczuwa do winy, niż tkwić w uporze i nie przepraszać. To słuszne podejście?

Najlepiej odnieść się do konkretnej sytuacji. Przepraszanie ma bowiem różne warstwy, począwszy od tej wynikającej z zasad savoir-vivre’u, czyli dobrego wychowania, kiedy kogoś przypadkiem potrącimy ramieniem czy się spóźnimy na spotkanie. Ale jak rozumiem nie o to pani chodzi.

Chodzi mi o sytuację, kiedy ktoś ma do nas pretensje, słusznie lub nie. Nasza reakcja może być różna – możemy uznać zasadność i przeprosić. Albo nie uznać zasadności i przeprosić lub nie. O czym świadczą zarówno pretensje innych, jak i nasze reakcje na nie?

Mówimy o sytuacji, w której dochodzi między ludźmi – powiedzmy między nami – do jakiegoś konfliktu. To, co istotne dla tego przykładu, to że jesteśmy wobec siebie w jakiejś zależności – my akurat zawodowej, ale może być to także zależność prywatna. I teraz jedna strona konfliktu nie dąży do rozwiązania sytuacji, tylko chce wzbudzić w drugiej osobie poczucie winy, przekierować odpowiedzialność na jej stronę. Mogą za tym stać różne motywy: na przykład żeby sprawować nad kimś kontrolę lub żeby pokazać, że jest mniej inteligentny czy gorszy… Wtedy druga osoba przeprasza nie dlatego, że czuje taką potrzebę, ale by uniknąć odrzucenia i braku wybaczenia ze strony tego, kto ją obwinia. Przeprasza, nie będąc w zgodzie ze sobą, czyli trochę przeprasza za to, jaka jest.

Mając wybór, czy pozostać w zgodzie ze sobą, czy pozostać w zgodzie z drugą osobą – wybiera to drugie?

Pytanie: co to znaczy pozostać w zgodzie ze sobą? Weźmy sytuację sprzed chwili. Umówiliśmy się dziś w kawiarni na wywiad, pani spóźniła się pięć minut, bo najpierw zajrzała do naleśnikarni, a nie tu, gdzie usiadłem. Przychodzi pani, mówi: „przepraszam” i chce zaczynać wywiad, ale ja pełnym pretensji tonem mówię, że przez panią musiałem czekać. Co więcej, mam ku temu racjonalne podstawy. Ale one są podstawą do przeproszenia według zasad savoir-vivre‘u, co też pani zrobiła. Problem pojawia się wtedy, kiedy domagam się od pani ponownego lub bardziej kajającego się przeproszenia, grożąc odrzuceniem. Na przykład mówię: „Wiesz co, Asiu, naprawdę źle zrobiłaś. Nikt nigdy mnie nie potraktował tak jak ty. Ludzie zawsze przychodzą na wywiady ze mną na czas. Zastanawiam się, czy chcę z wami dalej współpracować“. A ponieważ jesteśmy w sytuacji zależności zawodowej, oznacza to, że dążę do tego, żeby pani mnie przeprosiła, ale wyłącznie po to, by poczuć się ważnym, kontrolującym, wyjątkowym, sprawczym… Natomiast jeżeli pani w to wejdzie i przy okazji jest osobą, która szuka akceptacji u innych, więc zwykle przeprasza pani w sposób nadmiarowy – to pani bardzo się tą sytuacją przejmie i pokaja nawet trochę zbyt przesadnie.

Nadmierne, przesadne przepraszanie nie jest dobre?

Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy przepraszasz pierwszy raz, to robisz to dla kogoś, a jeśli przepraszasz wiele razy, to przepraszasz już dla siebie – by nie poczuć się odrzuconym. I wtedy nie jest istotne, za co właściwie przepraszasz.

Jeśli osoba z potrzebą władzy trafi na kogoś z potrzebą akceptacji…

…wtedy mogą w takim klinczu trzymać się latami.

Jak go przerwać?

Jedyne, co może zrobić ktoś zmuszany ciągle do przepraszania, to zacząć się narażać na odrzucenie ze strony osób, które ciągle mu grożą odrzuceniem. Może to być wzorzec wymuszania przeprosin, ale też wymuszania seksu, pieniędzy, różnych rzeczy. Najlepiej zacząć od osób, których odrzucenia się najmniej boję – czyli na przykład od pani w kiosku lub pana na przystanku – i powoli zacząć się narażać na sytuacje, w których nie będą z jakiegoś mojego zachowania zadowoleni, np. nie dam pani dokładnie odliczonej kwoty, nie pomogę panu w sprawdzeniu rozkładu autobusów. Stopniowo można to przenieść na relacje z osobami, na których nam zależy. Oczywiście chodzi o to, by przyjąć jakiś racjonalny parametr tego, czy krzywdzimy kogoś, czy nie. No bo jeśli zacznę praktykować to, o czym mówię, poprzez spóźnianie się na różne spotkania o godzinę, uznając, że nic się nie dzieje, to w ten sposób będę okazywał jednak brak szacunku czy nawet pogardę wobec innych. Natomiast jeżeli dojdzie do sytuacji, że się spóźnię dwie minuty, a ktoś będzie w sposób nadmiarowy zdenerwowany, to mogę sobie zadać pytanie, ile zwykle się ludzie spóźniają i jak zwykle na to reagują. Przeważnie albo mówią: „Przepraszam za spóźnienie“ i przechodzą do innego tematu albo w ogóle ignorują ten fakt. Natomiast jeśli druga osoba cały czas napiera: „To brak szacunku”, to moim zdaniem na ten rodzaj odrzucenia musimy się już narazić. I właśnie nie przepraszać.

Ale jakoś powinniśmy zareagować…

Możemy na przykład zadać pytanie: „Czego się ode mnie domagasz?”, czyli zdemaskować drugą osobę. Można też opisać to, co robi: „Wiesz co, spóźniłam się dwie minuty, ludzie spóźniają się czasem dwie minuty, ale czuję, że chcesz, żebym wyjątkowo cię za to przeprosiła. Oczywiście, że mogę cię przeprosić, ale nie uważam, bym zrobiła coś, co takich ponawianych co chwila przeprosin wymaga”. Druga osoba może zareagować wybuchem, bo została zdemaskowana. Może też zauważyć absurdalność tej sytuacji lub pomimo zdenerwowania przejść nad tym do porządku dziennego. Najgorszą wersją dalszych wypadków jest wspomniane odrzucenie, czyli kiedy na przykład ja w reakcji na pani spóźnienie mówię: „No nie, to koniec naszej współpracy“. I należy się umieć na to narazić. Najlepiej odwołując się do swoich zasobów.

Co to znaczy?

Może pani powiedzieć sobie: „Na cholerę mi ten Srebnicki! Znam mnóstwo psychologów, którzy mogą robić to, co on. Zachowując się w ten sposób, nie tylko przekracza moje granice, ale jest nieprofesjonalny i niegrzeczny. Po co mi kontakt z takim człowiekiem? Chce zerwać umowę, proszę bardzo, zgłoszę to do naszego działu prawnego, niech z nim to załatwiają”. Naraża się pani na moje odrzucenie, jednocześnie rozpoznając zasoby, jakie pani ma w sytuacji, w której tego odrzucenia zaznała.

Czyli zadaję sobie pytanie: czy to jest taka straszna rzecz być odrzuconym przez kogoś w takiej sytuacji i w taki sposób?

Tylko właśnie osoby, które mają problem z nadmiernym przepraszaniem, najczęściej całą energię wkładają w budowanie jednej–dwóch bliskich relacji. I bardzo boją się potem je stracić. Czyli w pani przypadku mogłoby to być takie myślenie: „Boże, tylko Srebnicki może odpowiadać na listy do SENSu”. Co więcej, ja mogę pani przez lata wcześniej dawać do zrozumienia, że nikt inny do tego się nie nadaje i jeśli ja nie będę odpowiadał na listy, to SENS splajtuje, i to będzie pani wina. Mogę przez lata osaczać panią swoją osobą, by miała pani takie poczucie, że albo ja, albo nikt inny. I jeżeli ma pani lęk przed odrzuceniem, a do tego problemy z kompetencjami, pewnie będzie pani dążyć do tego, by mnie zaspokoić emocjonalnie – czyli będzie pani ciągle przepraszać i ugłaskiwać mnie.

Mówimy teraz o relacji zawodowej, ale bardzo często takie właśnie osaczanie i manipulowanie stosują wobec nas znajomi albo przyjaciele, czy raczej osoby, które uważamy za przyjaciół. Dlatego dobrze jest nie skupiać się na jednej–dwóch relacjach. Nie mówię, by mieć tabuny przyjaciół, bo o dobre przyjaźnie zawsze jest trudno, ale by mieć ciepłe i dobre relacje z ludźmi oraz zasoby techniczne, które pomogą nam poradzić sobie z ewentualnym odrzuceniem, np. koleżankę, u której mogę przenocować, kiedy pokłócę się z partnerem, lub zaoszczędzone pieniądze, gdy postanowię rzucić pracę. W ten sposób budujemy zasoby do tego, by nie musieć przepraszać, jeśli tego nie chcemy.

Po czym poznać, że się przeprasza nadmiarowo?

Czyli po czym poznać, że skrzywdziłem, a po czym poznać, że nie skrzywdziłem? Krzywda jest zawsze intencjonalna. Oczywiście można kogoś skrzywdzić przez przypadek, ale to dotyczy zwykle ludzi, których mało znamy. W bliskich relacjach krzywda jest z reguły intencjonalna. A ponieważ ludzie są nieustająco w relacjach, to się nieustająco nawzajem naruszają, bo z reguły w pierwszej kolejności działają we własnym interesie. Przeważnie w 98 proc. bliskich relacji wiemy, kiedy nasze zachowanie sprawi komuś przykrość, i jeśli mimo to je podejmujemy, to trzeba za nie przeprosić. Czyli na przykład ekstremalna sytuacja: ma pani kochanka i spotyka się z nim w ukryciu. I mąż się o tym dowiaduje.

Powinnam przeprosić za to, że mam kochanka?

Nie za fakt posiadania kochanka, tylko za to, że w taki sposób rozwiązała pani problem w relacji z mężem.

A klasyczne faux pas? Niezamierzone, ale krzywdzi.

Jeżeli widzę, że niewinny według mnie żart wpłynął na pogorszenie samopoczucia drugiej osoby, to absolutnie trzeba za to przeprosić, bo te przeprosiny są wyrazem mojej czujności na rozmówcę. Czyli dajmy na to opowiadam dowcip o wisielcu i widzę, że komuś twarz tężeje. Domyślamy się, że ktoś z jego bliskich się powiesił. Mogę wtedy powiedzieć: „Widzę, że pana czymś uraziłem. Absolutnie nie miałem takiej intencji i przepraszam“. Myślę, że te wszystkie nasze problemy wokół tematu „przeprosić czy nie przeprosić?” najczęściej obracają się wokół lojalności i uważności w relacjach międzyludzkich.

A co siedzi w głowach czy sercach osób, które nigdy nie przepraszają?

Na poziomie klinicznym mogą być to osoby z rysem psychopatycznym, które nie przepraszają, bo nie czują takiej potrzeby. Uważają, że to, co robią, jest absolutnie uzasadnione – nawet jeśli oszukały albo zabiły. Nie mają pewnej struktury poznawczej, która by pozwalała im zdefiniować siebie jako obiekt krzywdzący. Takie osoby, jak powiedziałem, mają zwykle rys psychopatyczny, ale też socjopatyczny lub narcystyczny. Zwykle nie przepraszają, a jeśli już, to robią to fasadowo, czyli w sposób absolutnie manipulacyjny. Na przykład mogę być psychopatą i uwodzić panią po to, by pani wzięła dla mnie kredyt. I nagle widzi mnie pani na ulicy z inną kobietą. Jako psychopata, który nie ma wyrzutów sumienia i chce po prostu pani użyć, rzucę się do przepraszania, łzami nawet zaleję – byle tylko w przyszłości naciągnąć panią na dużą kasę.

Czyli dobre przeprosiny powinny być szczere i adekwatne do sytuacji?

Tak. W szerszym znaczeniu, kulturowo-religijnym – zwłaszcza w naszej tradycji, gdzie przeprosiny są związane z formą spowiedzi, która jest przeproszeniem Boga – ważnym elementem przeprosin jest też mocne postanowienie poprawy. Czyli powinna iść za nimi zmiana w zachowaniu lub czujność wobec błędów, które popełniam, po to, by więcej tego nie robić. Jeśli ktoś stale powtarza te same błędy, to jego przepraszanie ma mało wspólnego z tą częścią „ja”, która może potencjalnie krzywdzić innych. I nie trzeba być psychopatą albo narcyzem, by nie widzieć swojego „ja” krzywdzącego – z reguły ludzie wolą postrzegać siebie w roli tych dobrych. Sporo wysiłku trzeba, by zaakceptować siebie w roli tego, kto nie zawsze jest dobry a nawet – w określonej sytuacji – może być zły.

Kiedy do pana jechałam, w radiu usłyszałam piosenkę, w której pojawiał się refren „Za późno na przeprosiny”. Czy są takie sytuacje? Co musiałoby się stać, by przeprosiny straciły „przydatność do spożycia”?

Przydatnością do spożycia przeprosin jest rozpad relacji. Jeżeli dochodzi do sytuacji, w której przestaję mieć motywację, by dążyć do kontaktu z osobą, którą chcę przeprosić lub która chce, bym ja ją przeprosił – to znaczy, że jest już zdecydowanie za późno. Oczywiście możemy się spotkać i przeprosić za pięć lat, ale nie będzie już powrotu do relacji.

Słowo „przepraszam“ zawiera w sobie przekaz: „Wróćmy do stanu sprzed” albo „Nauczymy się czegoś z tego doświadczenia i żyjmy dalej razem“. Jeśli to słowo się nie pojawia lub kiedy dwie strony konfliktu ponad porozumienie przedkładają swoje poczucie skrzywdzenia – i trwa to rok, dwa czy pięć lat – to w sposób naturalny dochodzi do rozpadu relacji.

A co w sytuacjach, kiedy obie strony uważają, że to ta druga powinna przeprosić? Czy – tak jak mawiały mamy, rozsądzając spory – ten, kto ustąpi, jest mądrzejszy?

To są sytuacje, w których trzeba najpierw zadać sobie pytanie: „O co chodzi?”. O co chodzi w tym, że chcę nadal tkwić w roli ofiary? Bo to, o czym pani mówi, to jest tkwietnie w roli ofiary. I przerzucanie się: „Ja jestem bardziej ofiarą”, „Nie, to ja jestem bardziej ofiarą”. I ponownie – może być milion motywacji dla takiego zachowania. Można zadać sobie pytanie: „Dlaczego ja tak bardzo chcę, by ktoś mnie przeprosił?”. Mamy miały rację, mądrzejszy ustąpi, czyli przeprosi. Przeprosi, by nadal być w tej relacji, i po to, by dalej sprawować kontrolę, w czym nie ma nic złego.

Wyobraźmy sobie, że nagle się o coś pokłóciliśmy i oboje jesteśmy obrażeni. Mogę uznać: „Wiem, że ta Olekszyk jest wybuchowa i uparta, ale ponieważ ją lubię – to postawię się w roli tego złego i ja przeproszę“. Przeproszę, ponieważ dużo mnie to nie kosztuje, ponieważ wiem, że nikogo strasznie nie skrzywdziłem, i ponieważ wiem, że chodzi w tym o to, by ta Olekszyk poczuła się ważna. A niech się czuje ważna. Czyli wybieram relację. Ustępując jej, nadal w istocie sprawuję nad tą relacją kontrolę.

Jak to? Nie ja sprawuję?

Nie, pani się tylko wydaje, że sprawuje kontrolę. Na tym polega cała mądrość przeprosin. Ja sprawuję kontrolę nad naszą relacją w tym sensie, że pani samopoczucie jest uzależnione od tego, czy ją przeproszę, czy nie. Dzięki mnie nadal może pani czuć się ważna, natomiast w niczym pani nie pomogłem, jeśli chodzi o pracę nad sobą, moje przeprosiny nie są dla pani rozwojowe.

Czyli przepraszanie jest mądrzejsze niż nieprzepraszanie i niż żądanie przeprosin.

Dokładnie tak. Ale ten mądry, o którym mówimy, ma też swoją wyporność. To, że ja pani teraz ustąpię, nie zwalnia pani z refleksji nad tym, co się stało. Jeśli po raz 55. powtarza pani to samo i nie podejmuje refleksji, czyli znów wylewa mi kieliszek na twarz i robi scenę przy innych, to ja te 54 razy byłem mądrzejszy i nie dotykało mnie zbytnio pani zachowanie, ale ten 55. raz może mi się już nie chcieć być w relacji z osobą, która jest tak niereformowalna.

Są sytuacje, w których można nie przyjąć przeprosin?

Nieprzyjęcie przeprosin zwykle oznacza: „Nie jestem już zainteresowany relacją z tobą“. Najczęściej jednak oznacza, że wielokrotnie już to robiłeś i straciłem zaufanie do twoich przeprosin albo uważam, że należy mi się coś więcej niż tylko przeprosiny. Ale co to znaczy „nie przyjmuję twoich przeprosin” – w codziennych kontaktach międzyludzkich jest to oczywiście absolutnie kretyńska odpowiedź. Można jednak wyobrazić sobie sytuacje, w których by się nie przyjęło czyichś przeprosin – ja na przykład nie przyjąłbym przeprosin kogoś, kto zabiłby moje dziecko lub mniej ekstremalnie – kogoś, kto mi obsmarował dupę. Jest skala krzywdzenia, poza którą można wprawdzie rozumieć, ale niekoniecznie wybaczać.

A warto siebie samego za coś przeprosić?

Myślę, że tak. Zwłaszcza za rzeczy, które wynikały z braku akceptacji siebie, czyli na przykład za to, że byłem alkoholikiem albo pracowałem 13 godzin dziennie i zostawiałem dziecko na cały dzień w przedszkolu, bo chciałem spłacić kolejną ratę za superdrogi samochód. Ale znów – to wymaga przyznania, że bywamy też tymi, którzy krzywdzą, w tym wypadku siebie. I trzeba to zaakceptować – walczyć z tym, ale uznać, że zło, tak jak i dobro, w nas jest.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »