fbpx

Sztuka kompromisu. Jak być razem i nie rezygnować z siebie? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Sztuka kompromisu w związku. Jak być razem i nie rezygnować z siebie, ale też nie zdominować partnera?
Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe, są niedożywione. (Ilustracja: Getty Images)

Ja jedno, on drugie, ja w lewo, on w prawo. W każdym związku są momenty, gdy jedno chce czegoś innego niż drugie, gdy ma inne zdanie lub coś ukrywa. Co wtedy? Czy kompromis jest najlepszy? A tajemnica? Czy mamy prawo do jej posiadania, czy to bomba zegarowa, która w końcu rozsadzi związek? Jak być razem i nie rezygnować z siebie, ale też nie zdominować partnera – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Rafał Bornus, małżeński psychoterapeuta, poleca, aby para co wieczór przez trzy minuty rozmawiała o pozytywach i negatywach, jakie wydarzyły się w naszym związku. Zobaczyłam wtedy, że często wystarczy opowiedzieć o problemie, by przestać się nim frustrować.
To, że nawet takie rytualne, zaaplikowane przez terapeutę rozmowy pomagają, świadczy o tym, jak bezcenną sprawą w bliskich związkach jest dobra komunikacja. Większość ludzi myśli, że partner powinien mieć matczyny wgląd w nasze problemy, intuicyjnie wiedzieć, co nam dolega i czego potrzebujemy. Z tą iluzją trzeba się rozstać. Ale opuszcza nas ona dopiero, gdy nauczymy się rozmawiać z partnerem o potrzebach i problemach. Wtedy okazuje się, że nikt nie posiada matczynych kwalifikacji, że nasza wiedza o drugim człowieku jest nikła. Dlatego w czasie takich rozmów słyszymy: „Czemu nie powiedziałaś, że tego potrzebujesz, a tamtego nie znosisz?!”. Jak w dowcipie o rozwodzących się staruszkach. Kiedy sędzia zorientował się, że to babcia z 70-letnim małżeńskim stażem złożyła pozew bez uzasadnienia, natychmiast zaproponował polubowne rozwiązanie sprawy. Babcia jednak uparcie twierdziła: „Nie, ja już z nim dłużej nie wytrzymam, muszę się rozwieść”. „Ale dlaczego?” „No już dłużej nie mogę słuchać, jak on siorbie zupę”. Cisza. Po czym słychać głos zrozpaczonego dziadka: „Kochanie, czemu czekałaś tak długo, żeby mi to powiedzieć!?”.

Bardzo prawdziwe! Kiedy zaczęliśmy ćwiczyć te trzyminutowe wypowiedzi o plusach i minusach bycia razem, okazało się, że mój mąż nie chce mówić o tym, co go we mnie irytuje, bo nie chce mnie krytykować.
Większość ludzi obawia się, że mówienie o tym, co w zachowaniu innych budzi negatywne uczucia, będzie odebrane jako miażdżąca i niesprawiedliwa krytyka. Może ich matki nie znosiły słowa protestu? Obrażały się na cały świat i przestawały piec ulubione ciasteczka synów, gdy ci ośmielali się im przeciwstawić? Jeśli tak, mogli nabrać przekonania, że kobiety nie przyjmują uwag, a więc że i ze strony partnerek czeka ich wtedy niechybne odrzucenie.

Z dowcipu o babci i siorbiącym dziadku, podobnie jak z mojej praktyki terapeutycznej, wiem jednak, że lepiej się zdobyć na odwagę i powiedzieć: „Chcę, żebyś wiedział, że bardzo mnie irytuje, gdy siorbiesz”. Skoro tego nie robimy, to dzieje się tak jak w innej opowieści, tym razem z życia wziętej. Młoda kobieta po śmierci mamy zaprosiła tatę na niedzielną zupę grzybową, którą specjalnie przygotowywała według przepisu matki. Ojciec zawsze zachwycał się tą zupą i dziękował mamie. Gdy postawiła wazę na stole, ku jej zdumieniu ojciec z irytacją powiedział: „Całe życie męczyłem się i bałem się twojej matce powiedzieć, że nie znoszę tej zupy! ”.

Ale szczera rozmowa bywa trudna, bo wiele osób nie znosi uwag.
Wszystko opiera się na obustronnym niezrozumieniu. Nadawcy wydaje się, że odbiera zachowanie odbiorcy obiektywnie, a odbiorcy, że jest obiektywnie oceniany. W istocie nasze oceny nie są obiektywne. Obiektywnie można mówić tylko o faktach np. „Termometr wskazuje plus 21 stopni”, ale już „W mieszkaniu jest ciepło” to subiektywne odczucie. Wracając do rozwodzących się dziadków, obiektywnie babcia mogła stwierdzić, że dziadek siorbie. Ale jeśli powiedziałaby, że siorbanie jest chamskie, wyraziłaby subiektywną ocenę. Problem w tym, że zabrzmiałoby to tak, jak obiektywny osąd. Co więcej, babcia zapewne przypisała sobie prawo do takiej obiektywnej oceny, więc tym bardziej chciała oszczędzić dziadka, a siebie nie narazić na odrzucenie. O dziwo – po 70 latach – w sądzie wypowiedziała właściwie sformułowane zdanie: „Nie mogłam już wytrzymać tego siorbania!”. Nie było w nim oceny ani potępienia. Dlatego dziadek dał jej do zrozumienia, że gdyby mu to powiedziała, przestałby siorbać. Nauka z tego taka, że wtedy, gdy świadomie, biorąc odpowiedzialność za swój subiektywizm, komunikujemy komuś nasze negatywne odczucia, minimalizujemy ryzyko odrzucenia. Warto też podkreślać, że mówimy o tym w trosce o nasze relacje, bo ta osoba jest nam bliska i powinna wiedzieć, co się z nami dzieje. Możemy wtedy usłyszeć np. „Zmienię to, aby zaoszczędzić ci przykrych uczuć” albo „Nie chcę tego zmienić, więc ty spróbuj zrobić coś, by zmienić swoją reakcję na moje zachowanie”. Gdy informujemy kogoś o naszych negatywnych odczuciach z nim związanych, dbajmy, by odnosiły się do tego, co on może zmienić. Unikajmy negacji np. wzrostu czy wady wymowy. Problem jest wtedy po naszej stronie.

W każdym razie są powody, aby żałować babci, która przez swoją bojaźliwość i dobre serce nie dość, że zmarnowała sobie życie, to jeszcze musiała porzucić Bogu ducha winnego dziadka.

A teraz: kompromis. Każą nam się go uczyć, gdy zaczynamy z kimś być. Ale czy zawsze jest możliwy? Na czym ma np. polegać kompromis, gdy on chce dziecko, a ona nie? Mieć pół dziecka?
Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe – są niedożywione, pozbawione rumieńców i błysku w oku. Obie strony czują się w głębi duszy rozżalone, przegrane. Związek potrzebuje do życia daru pogodnego poświęcenia. Wtedy kwitnie i pulsuje energią. Jedna strona czuje się dobrowolnym dawcą, a druga – obdarowana czymś naprawdę cennym. Ale i ten, który dał, dostał coś cennego, bo kto szczerze daje, ma poczucie zysku. Następuje więc wymiana miłości i wdzięczności. To prawdziwy życiodajny nektar.

Sprawa dzieci jest wyjątkowo trudna i nie do rozstrzygnięcia na zasadzie kompromisu, należy tę kwestię rozpatrywać na zasadzie daru. Wchodzą tu bowiem w grę potężne instynktowe energie związane z systemem rodzinnym obojga potencjalnych rodziców. We wszelkich decyzjach dotyczących poczęcia dzieci najważniejszy i decydujący głos należy do kobiety. Kobieta nie może być zmuszana do rodzenia ani nie może być zmuszana do nierodzenia. Tu nie ma miejsca na kompromis. Kobieta, która nie jest zdecydowana, by stać się matką, czuje organiczną niechęć do bycia w ciąży, rodzenia, karmienia itd., nie powinna z miłości do pragnącego dziecka partnera tych odczuć lekceważyć. Może dać sobie czas na ewentualne dojrzewanie tej potrzeby lub na dowiedzenie się, co za tą jej niechęcią stoi. Np. czy ma może ona podłoże hormonalne, psychologiczne? Musi jednak wtedy liczyć się z tym, że jej partner odejdzie, dać mu prawo do szukania kobiety, z którą będzie mógł mieć dzieci. Podobnie w drugą stronę, jeśli mężczyzna nie chce lub nie może mieć dziecka, a kobieta bardzo tego pragnie, to jego obowiązkiem jest dać jej swobodę: „Rozumiem, że masz taką potrzebę, ja jednak nie chcę być ojcem, dlatego jestem gotowy odejść, byś mogła znaleźć partnera, z którym założysz rodzinę”. On też nie może być wbrew sobie zmuszany lub wrabiany w bycie ojcem. W grę wchodzi bowiem szczęście dziecka. To ono będzie ponosić konsekwencje tego, w jaki sposób, przez kogo i dlaczego zostało powołane do życia. Zarówno zgniły kompromis, jak i gorzkie poświęcenie któregoś z rodziców nie wróżą dziecku satysfakcjonującego życia.

Kolega został ojcem po tym, jak obiecał żonie, że zapłaci za powiększenie jej biustu. Tak też się stało. Lecz po kilku latach ta kobieta odeszła z innym, zostawiając córkę z ojcem.
To ilustracja tego, o czym mówimy. Nie miała prawdziwej, organicznej motywacji do zostania matką. Lecz w końcu poszła na kompromis z potrzebami męża, lekceważąc to, co dla niej było ważne. Dlatego decyzja o powołaniu do życia nowego człowieka winna być oparta na silnej potrzebie i zgodzie obojga partnerów.

Czy więc kompromis jest dobry tylko tam, gdzie chodzi o kolor ścian w salonie?
Bywa dobrym rozwiązaniem, ale i w takich mało ważnych sprawach lepsze dla związku jest pogodne poświęcenie. Jeśli usłyszymy od partnerki, że jej zależy na wspólnym spędzaniu wolnego czasu i zostanie to ciepło i jasno zakomunikowane, otworzy się droga do pogodnego poświęcenia, dobrowolnie darowanej zmiany planów: „Wiem, że planujesz kolejny wyjazd, więc chcę, żebyś wiedział, że ja ten czas chętnie spędziłabym z tobą. Bardzo mi jest przykro, że znów wybrałeś swoją pasję zamiast bycia razem. Wiedz też, że to budzi mój żal i rozgoryczenie. Dlatego bardzo bym chciała, żebyś zmienił tę decyzję”. Takie słowa dają przestrzeń i czas na to, by pomyśleć, co robić. Dla zachowania twarzy prosimy o czas na zastanowienie i zapewne nie dalej niż za godzinę mówimy: „Kochanie, rzeczywiście nie zauważyłem, że zbyt często mnie nie ma. Nie przyszło mi do głowy, że chciałabyś, byśmy pobyli razem – więc zostaję”. To nie kompromis, lecz dar dla partnerki i dla związku.

Dla autora „Mitów o miłości…”, o których ostatnio rozmawialiśmy, „związek to właśnie to, co dajemy sobie nawzajem w dobrej wierze”.
I co przyjmujemy w dobrej wierze. Bo to też jest ważne, by partnerka, która mówi: „Zależy mi, żebyś został w domu…”, gdy usłyszy, że partner zostaje – przyjęła tę decyzję w dobrej wierze. Niestety, często bywa tak, że na: „Zostaję, kochanie”, odpowiada: „Już za późno! Nie potrzebuję twojej łaski!”.

A teraz temat tajemnic i kłamstw. Czasem robimy coś, co ukrywamy przed partnerem, choć niekoniecznie od razu jest to skok w bok. Nikt nie jest święty, ale co dalej? Czy powiedzieć, co się stało?
Nie ma zasady ogólnej, ale gdy postanawiamy coś ważnego zachować tylko dla siebie w imię dobra i ochrony związku, to warto przetestować się na hipokryzję. Odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: „Czy na pewno nie mówię tego, by ochronić kochaną osobę i związek? Czy biorę to na swoje sumienie i załatwię sam ze sobą? Czy boję się to powiedzieć, bo tak naprawdę chronię siebie i swoją reputację w oczach partnerki?”. Niestety, najczęściej okazuje się, że powodem nieujawniania bolesnej dla drugiej strony nowiny jest chronienie siebie, a to nie wróży dobrze związkowi. Nikomu nie służy życie w poczuciu, że daliśmy ciała. Nie dość, że zrobiliśmy głupstwo, nadużyliśmy zasady lojalności, to na dodatek tchórzymy i musimy się pilnować, by się nie wydało. To szkodzi budowaniu dobrych relacji, bo też ukrywanie prawdy jest często wyrazem braku szacunku dla drugiej połowy. Często usprawiedliwiamy swoje tchórzostwo, dewaluując partnera: „Ona tego nie zrozumie, nie zniesie, jest za słaba, za delikatna, nie dość mądra” itp. Najczęściej jest tak, że najbardziej się opłaca wyłożyć karty na stół.

Ale czy to nie jest czasem wyraz dziecięcego zrzucania odpowiedzialności na drugą osobę: „Zrobiłem coś, czego nie powinienem zrobić, i zobacz, jak bardzo teraz cierpię”.
Tak też bywa, nie dość, że sprawiliśmy ból drugiej stronie, to jeszcze domagamy się pocieszenia. To manipulacja. Jeśli czujemy się winni, weźmy to na klatę, wyrażając żal, skruchę i gotowość przyjęcia konsekwencji. Taka postawa może pomóc partnerowi w uporaniu się z tą trudną sytuacją, a w rezultacie bardzo zbliżyć oboje. Pod warunkiem jednak, że zachowane zostaną dobre intencje i pokora – czyli świadomość, że nikt nie jest bez grzechu, więc nie ma prawa rzucać kamieniem. Ważna jest też pewność, że nic nas nie spotyka bez powodu. Wtedy jesteśmy bliżej rozwiązania kryzysu i szansy na wzmocnienie i pogłębienie związku.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze