Mamo, jestem dorosła!

fot. iStock

Moja matka nie potrafi być szczęśliwa. Mówi mi: „nie interesuj się moim życiem, skoro mnie odrzucasz”.

Kocham mamę. Ale wystarczy pół godziny z nią i czuję się chora albo beznadziejna. Cokolwiek zrobię, ona wzdycha, krzywi się i komentuje. Gotuję „nie tak”, córki wychować nie umiem, wyszłam za niedojdę…

„Troszczę się o ciebie po prostu”
– powtarza, gdy próbuję przekonać ją, że to moje życie.

Wszystko wie lepiej, a każda dyskusja kończy się cichymi dniami. Mama nie krzyczy, ale jej słowa i zachowanie sprawiają, że czuję, że to ja ją krzywdzę i rozczarowuję. Przeze mnie skacze jej ciśnienie, płacze, jest jeszcze bardziej nieszczęśliwa, a przecież życie dało jej w kość. Poświęcała się dla mnie, brała nadgodziny, żeby zapewnić mi korepetycje, które pozwolą mi zdać na studia (zawiodłam ją, wybierając pedagogikę zamiast medycyny).

Ona wciąż próbuje być numerem jeden w moim życiu, osobą, bez której sobie nie poradzę. Mojego męża traktuje jak powietrze. Ja przed nim tłumaczę się za matkę, przed nią – za męża. W rezultacie cały czas czuję się nie w porządku wobec najbliższych.

„Jestem w pracy” – szepczę, gdy mama telefonuje po raz piąty. Ale ona chciała tylko powiedzieć, że zrobiła dla nas schabowe i jeszcze umyła mi okna, więc boli ją kręgosłup. „Nie prosiłam ani o obiad, ani o sprzątanie” – myślę, ale dziękuję. Nie umiem inaczej.

Słodkiego, ciężkiego życia

Czasem myślę, że mama nie cieszy się moim szczęściem. Pamiętam, jak ekscytowałam się urlopem w Chorwacji. „W moich czasach paszport i wyjazdy były luksusem” – westchnęła. I poprosiła: „Jak masz starą pościel, to mi daj”. „Przecież mogę ci kupić” – zapewniłam. „Szkoda wydawać na emerytkę” – machnęła ręką.

„Bidulka” – znowu czułam się winna. „Ona życzy ci ciężkiego życia, jakie sama miała” – powiedziała mi przyjaciółka. – Dlaczego to ty masz odpowiadać za jej szczęście?”.

Z dzieciństwa pamiętam mamę smutną, zmęczoną i samotną. Owszem, całowała mnie w czoło, gdy chorowałam. Pomagała w lekcjach, biła brawo, kiedy śpiewałam solówki w Gawędzie. Robiłam wszystko, żeby zasłużyć na takie gesty. Dziś życzliwą uwagę dostaję, gdy mówię jej o porażkach albo kłótniach z mężem. Wtedy nawet mnie przytuli.

Nie jestem idiotką, dostrzegam coś toksycznego w naszej relacji. Wiem, że mam prawo postępować, jak zechcę. Słuchać swoich potrzeb . W teorii, bo przy mamie wciąż czuję się głupią małolatą. A jej odpowiada taki układ. Ja jestem „gorsza”, ona czuje się aniołem, który mnie ratuje. Ale przecież nie zostawię 70-latki. To by ją zabiło. A ja nie uniosę poczucia winy.

Przymusowy odwyk

Mama nie odbiera ode mnie telefonu. Wysłała SMS: „Żyję, masz swoje sprawy”. Co oznacza: „Nie interesuj się mną, skoro mnie odrzucasz”. Szantażuje i karze emocjonalnie. Nawaliłam? Rok temu postanowiliśmy z mężem zaadaptować strych nad naszą klitką. Nie mieliśmy zdolności kredytowej, więc mama namówiła nas na pożyczkę pod zastaw jej mieszkania. Nie spłaciliśmy dwóch rat, lamentowała, że „wpędzę ją do grobu”. Kiedy oddaliśmy całą sumę… nie była zadowolona. „Traci nad nami kontrolę, woli żyć konfliktem niż go rozwiązywać” – docierało do mnie.

Mąż ostro powiedział: „Zapraszamy mamusię raczej na imprezy rodzinne i święta. Czas się usamodzielnić”.

„Jak mogłeś?” – oskarżałam go, że jest bezwzględny. „Jeszcze mi podziękujesz za to, że nas uratowałem”, mówił.

I miał rację. Trudne to, martwię się o mamę, sięgam po komórkę, żeby do niej zadzwonić. Jakbym była uzależniona. Psychoterapia? Dla kogo? Dla mnie czy dla niej? Ona się nie zmieni, ale ja już mam dość obchodzenia się z nią jak z jajkiem. Ale na konfrontację nie jestem gotowa. Na razie uczę się być dorosłą kobietą, a nie małolatą pod jej wieczną kuratelą. Nie wiem, czy uda mi się odwyk od własnej matki.