fbpx

Pół żartem, pół serio o terapii: opór klienta versus nadgorliwość terapeuty

Pół żartem, pół serio o terapii: opór klienta versus nadgorliwość terapeuty
123rf.com

Niniejszym tekstem rozpoczynamy cykl artykułów odsłaniających kulisy psychoterapii. Punktem wyjścia do naszych luźnych dywagacji będą branżowe żarty, jakich mnóstwo krąży w sieci. Dowcipy te z jednej strony zawierają ziarno prawdy, z drugiej – umacniają mity, jakie narosły wokół wybranych metod terapii oraz relacji terapeuta – klient. Postaramy się obalić te mity, a jednocześnie pokazać, że psychoterapeuta to nie omnipotentna wyrocznia, tylko człowiek z krwi i kości, który ma własne słabości, wahania. Człowiek, któremu może zdarzyć się – o czym piszemy poniżej – zagalopować w terapeutycznej misji, i nadinterpretować zachowania zarówno klientów, jak i swoich bliskich.

– Proszę powiedzieć. Jest coś, co pana niepokoi teraz? – pyta terapeuta w czasie sesji. – Tak. Chciałbym skoczyć do toalety – odpowiada pacjent, wiercąc się na krześle. – No dobrze… W takim razie porozmawiajmy o tym…

Z jednej strony dowcip ten porusza zjawisko nazywane w terapii oporem. Taka reakcja terapeuty jak opisana w dowcipie może być spowodowana faktem, że w pewnym etapie procesu terapeutycznego u klienta pojawia się opór. Może się przejawiać na różne sposoby. Może to być, jak w przytoczonym przykładzie, nagła potrzeba udania się do toalety akurat wtedy, gdy miałoby się wydarzyć na sesji coś ważnego. Klient „ucieka”, aby rozproszyć swoje emocje, z obawy, że poczuje coś, przed czym czuje lęk. Takie wycofanie jest reakcją obronną na wewnętrznie nieakceptowane lub bolesne doświadczenie. Opór to taki mały sabotażysta terapii. Powoduje on, że proces terapii nie przebiega tak efektywnie, jakby mógł, z drugiej zaś strony jest zjawiskiem bardzo naturalnym. Stąd czasem szczególne uwrażliwienie terapeutów na opór.

Z drugiej strony dowcip dotyka pewnej skłonności terapeutów do szczegółowej analizy wszelkich zdarzeń, zachowań, motywów. Próby zrozumienia sytuacji i znalezienia przyczyny, w myśl zasady, że wszystko ma swoją przyczynę.

Syndrom stawiania diagnoz całemu otoczeniu dotyczy zwłaszcza osób, które dopiero rozpoczynają pracę w zawodzie. Mnie osobiście dopadł jeszcze na studiach. Pamiętam, jak słuchałam rozmów ludzi. Kiedyś na czynniki pierwsze rozłożyłam emocje towarzyszące rozmowie pary studentów. Jechałam akurat pociągiem, więc i tak nie miałam zbyt wiele do roboty. To było jeszcze przed erą empetrójek, e-booków i tym podobnych umilaczy, a może raczej pochłaniaczy czasu. Dziewczyna i chłopak nie mieli rzecz jasna pojęcia, z jaką pieczołowitością analizowałam, co mówią, dlaczego każde z nich reaguje w ten, a nie inny sposób, jakie jest podłoże ich zachowań etc. Pod koniec podróży miałam szczegółowo obmyślonych kilka hipotez i rozpracowany plan ewentualnej interwencji, której i tak nie podjęłam.

Nie uniknęłam oczywiście prób autodiagnozy i tak jak startujący lekarz odnajduje w sobie syndromy przeróżnych chorób (tzw. syndrom studenta medycyny), tak i ja cierpiałam na różne zaburzenia, które nadzwyczaj szybko i bezboleśnie mi przechodziły. Raz odkryłam w sobie nerwicę, innym razem zaburzenia odżywiania, które okazały się krótkotrwałą grypą jelitową o łagodnym przebiegu.

Pokusą dla początkujących jest również wrzucanie kamyczków do ogródka tego czy innego znajomego. Taka quasi-terapia dla przyjaciół. No bo jak to? Zostawić ich samych sobie, kiedy przecież jak na dłoni widać, że ona czuje się kompletnie niedoceniana, a on ma poczucie, że ona cały czas ma mu za złe, że potrzebuje czasu i przestrzeni dla siebie. Ja, wzrastająca gwiazda psychologii, miałam przecież misję pod tytułem „zbawię świat”. Dopiero z czasem przyszło bezcenne choć bolesne zderzenie z rzeczywistością: nie każdy oczekuje mojej pomocy. Co więcej, większość ludzi woli święty spokój i pozostanie w dobrze znanym schemacie nawyków, przyzwyczajeń, czy nawet krzywdzących zachowań. Pozwolić bliskim popełniać – dla nas oczywiste – błędy, dać im żyć po swojemu – to dla terapeuty może być wyzwaniem. Po paru latach prowadzenia terapii złapanie dystansu przychodzi na szczęście z większą swobodą. Pomaga mi w tym niezawodne pytanie: „Co rzeczywiście mogę dla danej osoby zrobić, a co jest kompletnie poza mną?”. To daje otrzeźwienie.

Poza tym, pracując dłużej, ma się po pewnym czasie ochotę nie rozmawiać„po godzinach” o problemach, być z przyjaciółmi „zwykłą koleżanką” i nie słyszeć tekstów typu: „A co na to psychologia?”, „A co byś powiedziała swojemu klientowi w takiej sytuacji?”.

Zdarza się, że terapeuta na sesji interpretuje każde wydarzenie i zachowanie Klienta. Kiedy Klient spóźnia się o 15 minut i zarzeka się, że uciekł mu tramwaj, to mam dylemat. Za każdym razem zadaję sobie pytanie: czy rzeczywiście mogło się tak przypadkowo zdarzyć, czy też w naszą relację wkradł się opór? Pojawiają się znaki zapytania. Co takiego dzieje się między nami, że Klient być może unika sesji? Jaki fragment terapii powoduje wycofanie? Takie rozważania pojawiają się w głowie. Są one tym silniejsze, im bardziej absurdalne wytłumaczenia otrzymuję: zaspałem (gdy sesja jest na 17:00), zapomniałem, wsiadłem w zły tramwaj, nie mogłem znaleźć klucza od mieszkania, drzewo zwaliło się na dach sąsiada i musiałem pomóc etc.

Zdarza się, że podobne dzielenie włosa na czworo pojawia się na gruncie prywatnym. Choćby wtedy, gdy trudno mi zaakceptować u kogoś odpowiedź „nie wiem”. Mam ochotę dociekać i dopytywać. Przecież zawsze coś stoi za naszymi wyborami, wahaniem, silnymi emocjami. Czasem trudno dać prawo do „niewiedzenia”. Podobnie, gdy wszelkie zmysły mówią mi, że partner zamienił się w gradową chmurę, a on ze stoickim spokojem oznajmia, że „nic mu nie jest”. A przecież widzę, że jest! A czasem po prostu trzeba odpuścić.

Co ciekawe, cała nasza terapeutyczna wiedza może nam płatać figle w sytuacjach, kiedy najbardziej jej potrzebujemy. Gdy w grę wchodzą kłótnie z bliskimi, istotne różnice zdań czy silne emocje, nie zawsze da się zareagować tak jak by się chciało, jak podpowiada wiedza. Zdarza się powiedzieć coś odruchowo. Czasem w sytuacjach krytycznych najbardziej dostępnymi rozwiązaniami okazują się te wyuczone w dzieciństwie. Dystans, umiejętność wyjścia na tzw. metapoziom? Owszem, ale po fakcie. Terapeuci mają być może wysoki poziom zrozumienia pewnych sytuacji, możliwość wyboru adekwatnej reakcji i szersze spektrum możliwych odpowiedzi na zdarzenie. Nie zawsze udaje nam się przełożyć te umiejętności na własne życie w stosownym momencie, ale łatwiej nam jest zreflektować się i naprawić błąd. Mamy większą świadomość.

I tak przeszliśmy od oporu u Klienta do rozterek terapeuty.

Myślę, że bycie terapeutą to duże wyzwanie, ale i wielka satysfakcja. Wierzę, że terapia wiele może pomóc, ale też mam świadomość, że nie jest wszechmocna. Każdemu pomaga co innego, do każdego należy dotrzeć inną drogą. Proces terapeutyczny wymaga cierpliwości i ogromnej pokory.


źródlo: gabinet-psychoterapii.wroclaw.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze