fbpx

Poznać to zrozumieć – dlaczego warto być otwartym na drugiego człowieka?

Otwartość na drugiego człowieka
Im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)

Czasem wystarczy prosty gest. Wyciągnięta ręka. Rozmowa. Wspólny posiłek. Bo im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. Pozostawać w pozycji tego, który nie wie, nie zna, nigdy nie spotkał. Więc się boi.

Gej, muzułmanin, Żyd, uchodźczyni z Konga, uciekinier z Syrii – wszyscy oni wystąpili w reklamie chleba przygotowanej przez stowarzyszenia Chlebem i Solą oraz Otwarta Rzeczpospolita i piekarnię Putka. Pieką zwykły chleb. Nasz powszedni. A potem częstują nim zaproszonych na zaplecze sąsiadów. – Mam na imię Kamil, jestem gejem i przygotowałem dziś dla państwa chleb – mówi jeden z piekarzy. – Czy ten chleb smakuje tak samo jak chleb pieczony przez Polaka? – dopytuje Salam, muzułmanin z Syrii.

Normalnie, tak samo, nie widzę różnicy – odpowiadają klienci. Bo gdy weźmie się kromkę do ręki, ugryzie, posmakuje, trudniej jest zaatakować. Można pytać, dyskutować, kwestionować, ale nie atakować. Nie obrażać. Hejt karmi się anonimowością i strachem. Lęk – niewiedzą. Dlatego tak ważne jest, żeby jak najwięcej się o sobie dowiedzieć.

Są w Polsce ludzie, grupy oraz organizacje, którzy – niezależnie od mało optymistycznych sondaży, od lęku, presji, aktów agresji oraz wandalizmu, mnożących się nienawistnych napisów na murach – właśnie to robią. Dają wsparcie przedstawicielom dyskryminowanych środowisk, szukają dla nich mieszkań, pracy, uczą polskiego, ale i pomagają im poznać się ze swoimi sąsiadami. Do znudzenia powtarzają, że słowa takie, jak: „imigrant”, „uchodźca”, „muzułmanin”, powinny odzyskać swoje neutralne znaczenie. Zwłaszcza teraz, gdy coraz częściej używa się ich jako oręża w walce o polityczne poparcie.

Od czasu kryzysu migracyjnego, za którego początek uznaje się rok 2015, w Polsce wyraźnie wzrasta liczba przestępstw z nienawiści, znacząco więcej jest też przestępstw związanych z przemocą fizyczną albo werbalną w stosunku do osób o innej przynależności wyznaniowej albo etnicznej.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Imigranci z grupy Smile Warsaw, którzy regularnie karmią najuboższych, wykluczonych warszawiaków, poddali analizie grafologicznej rozproszone na terenie stolicy napisy. Okazało się, że wybazgrana na przystankach, słupach, ścianach fraza „Immigrants go home” najpewniej wyszła spod ręki tej samej osoby. Tych, którzy swoim codziennym życiem symbolicznie zmazują tego typu napisy, wciąż jest dużo więcej.

Jasny sygnał

Można sobie nie radzić z coming outem dziecka. Można więc to dziecko terapeutycznie rysować: skuloną, samotną postać. Z czasem dziecko się na rysunku wyprostuje – mówią Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica.

Otwartość na drugiego człowieka
Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada)

Coming out to komunikat. Zwykle pierwszymi odbiorcami tego komunikatu są najbliżsi: rodzice, rodzeństwo. Według danych Kampanii przeciw Homofobii to matki wiedzą częściej – ujawnia się przed nimi mniej więcej połowa osób LGBT. Jedna trzecia nie ujawnia się przed nikim z rodziny.

Reakcje są różne. Płacz. Wyparcie. Lęk. Złość. Akceptacja nie przychodzi od razu, czasem nie przychodzi wcale. Orientację dzieci LGBT w pełni akceptuje 25 procent matek i 12 procent ojców. Dla tych, którzy chcą zrozumieć i przepracować orientację swoich dzieci, Kampania przeciw Homofobii organizuje Akademię Zaangażowanego Rodzica, sześć weekendowych spotkań warsztatowych.

Grupa rodziców po Akademii postanowiła działać, zmieniać rzeczywistość. Założyli stowarzyszenie My, Rodzice i służą wsparciem potrzebującym rodzicom, ale i osobom LGBT.

– My jesteśmy tym młodym ludziom potrzebni, bo niektórzy mają dramatyczne relacje ze swoimi rodzicami – wyjaśnia Marek Błaszczyk, prezes stowarzyszenia.

Ewa Miastkowska dowiedziała się o orientacji swojego syna w 2005 roku, gdy miał 15 lat. Martwiło ją, że przy powszechnej homofobii będzie mu trudniej w życiu, ale nie od razu zaczęła działać na rzecz tolerancji.

– Takim wstrząsem, kiedy pomyślałam, że muszę coś zrobić, była śmierć Dominika z Bieżunia. Dwa lata przed śmiercią Kacpra z Gorczyna. Nie wiedziałam, że hejt może być tak potworny.

Stowarzyszenie My, Rodzice działa na rzecz zwiększania świadomości. Dlatego zwróciło się do minister edukacji z apelem o edukację już od przedszkola. Żeby te dzieci, które dowiadują się o swojej homoseksualności, nie przeżywały tragedii, nie cierpiały.

– Kiedy córka przekazała nam w liście, że jest lesbijką, płaczu, wyklinań nie było – zaznacza Marek Błaszczyk. – Ale trafiliśmy do bardzo ważnej osoby, Elżbiety Szczęsnej. Kiedy jej syna geja pobito, zamiast się schować, skontaktowała się z Lambdą, usiadła tam i raz na miesiąc od dziesięciu lat dyżuruje w Lambdzie gotowa do przyjęcia rodzica, który potrzebuje pomocy. My z żoną nie mieliśmy problemu z akceptacją, ale zaimponowała nam ta postawa. Ja zaangażowałem się w działania rodziców osób LGBTQiA, bo zrozumiałem, jak ważne jest wsparcie i dla rodziców, i dla osób LGBT.

Ważne są też Żywe Biblioteki, czyli otwarte spotkania z przedstawicielami grup postrzeganych stereotypowo. Członkowie stowarzyszenia regularnie biorą w nich udział i na kilka godzin stają się książkami. Można ich „wypożyczyć”, czyli zadawać pytania. Najczęściej do rodziców żywych książek przychodzą ludzie młodzi, którzy szukają definicji swojej orientacji. Łatwiej im się otworzyć przed kimś obcym.

Nie wszyscy rodzice po Akademii należą do stowarzyszenia. Wiele osób ma dobre kontakty z dziećmi, ale się nie ujawniło.

– Boją się reakcji otoczenia – tłumaczy Ewa Miastkowska. – Mówią, że nie są gotowi, ale to społeczeństwo nie czuje się gotowe, by przyjąć tę informację.

Dlatego tak ważne jest grupowe uczestnictwo w paradach równości. Bo to jasny sygnał: rodzice osób LGBT istnieją. Akceptują swoje dzieci.

– Rodzice to jedyna grupa osób heteroseksualnych, która stara się zrozumieć sytuację osób homoseksualnych nie dlatego, że je bada, pisze doktorat – podkreśla Marek Błaszczyk. – My bezwarunkowo stajemy za osobami nieheteronormatywnymi. Ja nigdy nie przestanę kochać mojej córki, choćby nie wiem co się stało.

Bądź zmianą

Trzeba się wstawiać za tymi, za którymi nikt się nie wstawia. To filozofia działania ludzi z fundacji „Ocalenie”. Pomagają obcokrajowcom znaleźć dach nad głową, pracę, poznać język, zacząć normalnie żyć.

Otwartość na drugiego człowieka
Kalina Czwarnóg i Gagik Grigoryan z Fundacji „Ocalenie”. (Fot. Albert Zawada)

Od 8 rano do 19. Ciągle coś się dzieje. Ktoś przychodzi po pomoc prawną, ktoś na kurs języka, komuś potrzebny wózek, ktoś inny szuka mieszkania. Jeśli jest ciemnoskóry, nie znajdzie go tak szybko. Wolontariusze i pracownicy Fundacji „Ocalenie” dzwonią, dzwonią, dzwonią. Czasem przy telefonie siada Gagik Grigoryan. Mówi po polsku dobrze, ale z akcentem. Często się okazuje, że mieszkania do wynajęcia już nie ma. Gdy pod ten sam numer dzwoni Polak, mieszkanie wciąż jest do wynajęcia. Dla cudzoziemca? Nieaktualne.

Z myślą o tych trudnościach powstał program Refugees Welcome. Fundacja kontaktuje cudzoziemców – osoby samotne – z Polakami gotowymi wynająć pokój w niższej niż rynkowa cenie. Uchodźcy przez kilka miesięcy mają gdzie mieszkać, dostają też do pomocy tzw. kumpla, czyli wolontariusza, który im towarzyszy i pomaga się integrować. Stają na nogi.

Trudniej znaleźć dom dla rodzin z dziećmi. Uchodźcze rodziny często mieszkają w garażach, przybudówkach, bez wody. Kalina Czwarnóg podkreśla, że nie będzie się w stanie uczyć polskiego czy integrować ktoś, kto sypia w kurtce, w namiocie rozbitym na środku nieogrzewanego mieszkania. Dlatego w ramach programu „Witaj w domu” Fundacja „Ocalenie” szuka osób, które chcą wynająć mieszkanie lub dom na co najmniej dwa lata. To fundacja podpisuje umowę z właścicielem i umieszcza tam rodzinę uchodźczą.

Jak się pracuje z cudzoziemcami? Z trudem. Państwo finansowo nie pomaga, od kilku lat jest dużo trudniej o wsparcie. Wiele organizacji działających na rzecz migrantów musi ograniczać działania.

Gagik Grigoryan mówi, że praca w Fundacji „Ocalenie” to też trud emocjonalny. Codziennie słyszy się, w jak dramatycznych warunkach żyją ludzie, jak źle są traktowani, widzi się dzieci, które głodują, ludzi w traumie, którzy stracili bliskich, mężczyzn po torturach, po doświadczeniach wojny.

Kalina Czwarnóg, która rekrutuje wolontariuszy i koordynuje ich pracę, zauważyła, że po kryzysie migracyjnym zmieniły się motywacje zgłaszających się osób. Jeszcze kilka lat temu pisały w podaniach: „Chcę poznać ludzi z innych krajów, cenię wielokulturowość”. Dziś mówią: „Mam dość, jestem wkurzony, nie chcę już tylko komentować rzeczywistości na Facebooku, chcę pokazać cudzoziemcom, że Polacy to nie tylko rasiści. Chcę być tą zmianą”.

Seva znaczy pomoc

Pieczone ziemniaki i kiełbaski, pączki i herbata. Tak urodziny obchodziła organizacja Smile Warsaw. Warszawscy imigranci od roku karmią tych, którzy nie mają domu.

Otwartość na drugiego człowieka
Działacze organizacji Smile Warsaw, od lewej: Piotr Podworski, Rajat Rana, Andy Eddles i Mo Khera. (Fot. Albert Zawada)

Dbamy o ludzi, o których się na co dzień zapomina – mówi Mo Khera, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw. Brytyjczyk, właściciel warszawskiej szkoły językowej, zawiaduje grupą wolontariuszy. Ludzi z prawie dwudziestu krajów. – Każdy kolejny tydzień jest szansą na nowy początek.

Mo, który przyszedł na świat w Walsall w środkowej Anglii, pochodzi z rodziny hinduskich sikhów z Pendżabu. Jego rodzice poważnie podchodzili do powinności, które religia nakłada na każdego członka sikhijskiej społeczności. Jedną z nich jest seva. Określenie pochodzi z sanskrytu. Oznacza regularną, bezinteresowną posługę na rzecz najbiedniejszych. Najczęściej – żywnościową. Wolontariusze z kuchni społecznej w Złotej Świątyni w Amritsarze codziennie szykują blisko 200 tys. placków roti i 1,5 tony soczewicowego dhalu. Wszystko z myślą o tych, którzy nie mają dość pieniędzy, żeby samemu sobie kupić posiłek.

To, co robi Smile Warsaw, jest sevą w nadwiślańskim wydaniu. Jedzenie nie zawsze jest wegetariańskie i nie powstaje w kuchni społecznej. Jest szykowane przez stołecznych restauratorów (w przygotowywaniu posiłków pomagają m.in.: The Alchemist Gastropub, Indian Taste, Legends, Le Cedre, a od niedawna też Regeneracja z Mokotowa oraz wegańska restauracja Leonardo Verde) i rozdawane przez ochotników z: Indii, Wielkiej Brytanii, Polski, Dubaju, Szkocji, Danii, Holandii, Brazylii, Kenii, Kanady, Wietnamu i Ukrainy.

Ludzie w kryzysach, którzy korzystają z pomocy Smile Warsaw, to nie tylko Polacy. Są Ukraińcy, zdarzają się uchodźcy. Tacy jak Andrij z Krymu, lekarz radiolog, który uciekł przed politycznymi prześladowaniami. Od prawie trzech lat czeka na status uchodźcy, a ponieważ przyznane mu przez państwo polskie środki nie starczają na przeżycie, ubiera się i żywi na ulicy.

– Chcemy im pomóc na nowo odnaleźć się w społeczeństwie – mówi Mo Khera. Dlatego Smile Warsaw nie ogranicza się do wydawania jedzenia. Rozdaje też ubrania, buty, kosmetyki, materace, namioty. Jest pion odpowiedzialny za profilowanie – zbierają informacje o podopiecznych, ich potrzebach oraz umiejętnościach. Chcą pomagać im w szukaniu zatrudnienia.

Ostatnio z Londynu przyleciał fryzjer. Wpadła manikiurzystka. Regularnie działa punkt medyczny. Rajat Rana z Indii oraz Wed Najjar z Arabii Saudyjskiej opatrują rany tym, którzy tego potrzebują. Popatrz, mówią, ten człowiek, który tańczy na chodniku, jeszcze kilka tygodni temu przyjeżdżał na wózku. Miał rozbabraną ranę na stopie, wdało się zakażenie. Dziś wszystko się zagoiło. A po wizycie fryzjera jeden z bezdomnych zorganizował maszynkę i teraz sam strzyże kolegów.

Gdy kończy się seva, kolorowo ubrani członkowie Smile Warsaw idą do baru. To ważna część procesu – ludzie z różnych miejsc na Ziemi, którzy pomagają w Warszawie wykluczonym, też potrzebują integracji. – Najbardziej brakuje nam Polaków – mówi Piotr Podworski, urodzony w Londynie syn polskiego pilota i śpiewaczki, który jest w Smile Warsaw od samego początku. – Chodźcie, zapraszamy serdecznie.

Grupa daje wsparcie imigrantom też przez projekt No Hate. Ubrani w odblaskowe pomarańczowe kamizelki z hasłem „No hate” na plecach chodzą na demonstracje w obronie praw wykluczanych środowisk: kobiet, lesbijek i gejów, imigrantów. Gdy na początku 2017 roku drzwi i szyby śródmiejskiej kawiarni Brunet Kafe wymazano farbą, a jej właścicielowi, Irańczykowi, grożono śmiercią, grupa stawiła się w kawiarni w komplecie. Nie będą żadni rasiści terroryzować sąsiadów, powiedzieli.

– Koniec końców wszyscy jesteśmy imigrantami – mówi Andy Eddles, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw, Kornwalijczyk z Milanówka. – Pora odzyskać to słowo, wycisnąć z niego całą truciznę.

Chciałem coś powiedzieć

Michał „Dimon” Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. Wyszedł z szafy, by przerwać błędne koło stereotypów.

Otwartość na drugiego człowieka
Michał „Dimon” Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. (Fot. Albert Zawada)

Kiedy to się stało, nie czułem lęku. On przyszedł później, już po coming oucie. Nagraliśmy płytę „Powstanie warszawskie”, i to zestawienie – płyta plus coming out – było dla niektórych skandalem, rozpisały się o tym gazety, Internet, dziennikarze wydzwaniali, zapraszali mnie do telewizji, a nie taki był mój cel. Po prostu chciałem coś powiedzieć.

Na płycie „Dzieciom” nagraliśmy ten kawałek: „Zawyły chamy: Bij gejów, mścij braci!”.

A potem Kampania przeciw Homofobii zapytała, czy zespół weźmie udział w akcji „Ramię w ramię po równość”. Ja jako osoba homoseksualna nie chciałem namawiać, powiedziałem: „Róbcie, jak uważacie”. Moi koledzy z zespołu uznali, że w to wchodzimy, i dziękuję im, że stanęli za mną, za wszystkimi osobami LGBT. Ta ich postawa zadziałała na mnie.

Bo później w rozmowie z Kampanią przeciw Homofobii przyznałem, że żyję w związku z mężczyzną, a oni zapytali, czy nie chciałbym o tym opowiedzieć. Często uprawiam czarnowidztwo, analizuję w nieskończoność. A wtedy stwierdziłem, że OK, powiem to publicznie. Wcześniej, gdy kogoś poznawałem, było oszukiwanie i kręcenie. Teraz mówię wprost. Pozbyłem się tego balastu. I już się nie zastanawiam, czy się to komuś spodoba. Jak się nie spodoba, trudno, najwyżej mnie nie polubi. Ludzie nie lubią się z różnych powodów.

Ale się bałem. Najbardziej o zespół. Po tej burzy zastanawiałem się, czy ktoś nie wparuje nam na koncert, ale właściwie tylko jeden fan oddał nam wszystkie płyty. Na stronie zespołu pojawiły się obelgi, ale to była chwila, a zespół jest, robimy muzykę, dalej gramy, ludzie przychodzą. Mieliśmy też dużo pozytywnych reakcji na żywo.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia. Dzieciaki cierpią, popełniają samobójstwa, to są tragedie. I wielka lekcja dla nas wszystkich, tylko czy my rzeczywiście wyciągamy z tego wnioski?

Wiele osób ze środowiska LGBT żyje w strachu. Boją się o pracę, o rodzinę. Ale to jest błędne koło, bo jak nie zaczniemy wychodzić z szaf i pokazywać się mamie, tacie, wujkowi i szefowi, stereotypy będą się utrwalać.

Parom hetero nikt nie zagląda do sypialni, a pary homoseksualne są sprowadzane wyłącznie do spraw seksu. A to przecież kompletnie nie o to chodzi. Chodzi o normalne życie. O mieszkanie, psa, spacer w niedzielę.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>